Mój sen przeraża mnie – o Love i innych płytach Edyty Bartosiewicz

Z niejakim przerażeniem skonstatowałem właśnie, że od wydania ostatniej płyty Edyty Bartosiewicz mija już piętnaście lat. Jest takie powiedzenie: jak spaść, to z wysokiego konia. Tylko jak ma się ono do delikatnej materii, jaką jest twórcza działalność człowieka? A jeśli tak – w 1998 roku mieliśmy do czynienia z zaledwie kucykiem.

[more]

Bartosiewicz była

artystką gotową,

gdy pojawiła się na naszym rynku muzycznym. Jeśli ktoś kiedyś ten rynek rozsadził, to ona była jedną z takich osób. Pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobiły na mnie pierwsze nagrania Holloee Poloy (Bartosiewicz, Derentowicz, Siegel, Kunikowski, Grzelak, Poliński, Walter), które trafiły na antenę Trójki. To był jeden z tych momentów, w których doganialiśmy muzyczny świat. Pamiętam też, jak wokalistka skarżyła się, że nikt nie jest zainteresowany wydaniem ich muzyki. Ostatecznie płytę opublikowały w 1990 roku Polskie Nagrania.

Ubolewałem nad rozpadem HP, ale krążek Love (1992) robił wielkie wrażenie. A w 1994 przyszła pora na debiut po polsku. Sen okazał się największym sukcesem artystki, śpiewanie w Polsce po polsku wciąż ma sens największy. Do tego zwrot w stronę porządnego, gitarowego rocka – to wtedy między Odrą a Bugiem mogło liczyć na szczególny odbiór. Cośmy się nasłuchali tej płyty w domu, z trzyletnimi wówczas synami bliźniakami!

Dziś widać, że ta wolta była początkiem końca. Równią zdecydowanie pochyłą. Z dotychczasowego rozmachu i finezji nie za wiele zostało, choć dobre kompozycje sprawiły, że całość trzymała poziom, album świetnie się sprzedawał  i przyniósł

Fryderyki.

Szok’n’show (1995) był próbą powtórzenia patentów poprzedniczki, ale wyraźnie mniej udaną. Kolejny krążek w tej stylistyce, Dziecko (1997), dowodził poważnego kryzysu. Wodospady (1998) wydały mi się tak słabe, że nie zdecydowałem się na zakup tej płyty. Ani wtedy, ani wiele lat później, gdy mogłem ją nabyć za bodaj dziesięć złotych. Tylko po co, jeśli wiedziałem, że być może nie włożę jej drugi raz do szufladki. Coraz bardziej drażniące, niedbałe śpiewanie w stylu Gawlińskiego, słabe, nijakie kompozycje. Więc nie dziwię się, że wykonawczyni – po świetnym początku kariery i późniejszej wyraźnej zapaści – zamilkła. Ale na bardzo, bardzo długo. Czy ma jeszcze coś istotnego do powiedzenia?

*

Pierwsza solowa płyta,

choć jest znakiem swoich czasów, pewnych modnych wtedy rozwiązań brzmieniowych, aranżacyjnych – bardzo dobrze broni się po latach. Krążek dopracowany jest w najdrobniejszych szczegółach. Nie wiem, w jakiej mierze jest to zasługą samej artystki, a na ile współpracowników. Faktem jest jednak, że na żadnej z późniejszych płyt takiej dbałości o każdy fragment piosenki już nie było.

Love to bardzo szlachetne połączenie popu i rocka. Smakowitość studyjnej roboty przywodzi na myśl trochę wcześniejsze solowe dokonania Grzegorza Ciechowskiego. Nad wszystkim czuwał Rafał Paczkowski, który też zagrał na instrumentach klawiszowych, a liderkę wspomagali byli koledzy z zespołu – Paweł Derentowicz i Krzysztof Poliński, a ponadto Jan Borysewicz, Krzysztof Ścierański i Wojciech Kowalewski. I to po prostu słychać.

Bartosiewicz w świetnej formie – kompozytorskiej i wokalnej. Była wyraźnie w natarciu, gotowa podbić świat (choć wyprawa do Londynu akurat udana nie była), a z pewnością potwierdzająca

obecność w ścisłej czołówce

rodzimego grania. Czterdzieści sześć minut z kawałkiem, dziesięć znakomitych i bardzo dobrych piosenek. Wielki, wielki talent, nadzieja na wiele lat obecności na scenie, wiele świetnych płyt – przecież to był dopiero początek drogi.

Wciąż trudno uwierzyć, że trzy pierwsze płyty wyczerpały potencjał twórczy Pani Edyty. Dziś jest – nie wypominając – osobą dawno po czterdziestce, lecz jak dowodzi wiele innych przykładów w historii rocka, jeszcze sporo może zdziałać. Oczywiście, lepiej milczeć, niż nagrać słabą płytę. Jednak starzy fani (a do nich się zaliczam, mimo iż kręcę nosem) nie chcą przyjąć do wiadomości, że Bartosiewicz jest już tylko eunuchem w spódnicy, co to wie jak, ale nie potrafi.

Ostatnio napisała na fejsbuku: „To moment dla mnie wyjątkowy. Mogę w końcu podzielić się z Wami czymś dla mnie naprawdę ważnym. Siedzę w domu i słucham tego, co wydarzyło się w studiu. Trzynaście zgranych numerów.

Cała płyta. Najpiękniejsza,

jaką kiedykolwiek nagrałam. Czuję wzruszenie i coś, czego nie umiem jeszcze nazwać… Dziękuję Wam za wszystko, za to, że nigdy we mnie nie zwątpiliście, tak jak ja nie zwątpiłam nigdy w siebie”.

Nowy album ma się ukazać po wakacjach, singiel jeszcze przed. Oby słowa wokalistki nie były jedynie zaklinaniem rzeczywistości – mocnym pragnieniem, by wrócić w wielkim stylu, ze świetnym materiałem.

Must Be The Voice of Factor czyli telewizyjne formaty muzyczne

Przyznaję, podglądam, choć coraz mniej uważnie, bez emocji. I poczucia, że komuś, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, otworzą się bramy niebios i uda się wydać płytę. I sprzedać ją w oszałamiającym nakładzie piętnastu tysięcy egzemplarzy, co spowoduje przyznanie Złotej Płyty. Albo, co istotniejsze, może niekoniecznie wygrać program, ale stać się na dłużej kimś istotnym w polskiej muzyce rozrywkowej.

[more]

Stacje telewizyjne,

zamiast dać odetchnąć, jakby się wściekły, postanawiając emitować swoje muzyczne Tour de Pologne o tej samej porze roku. I wszystko miesza się jeszcze bardziej, o gwiazdkach kolejnych odcinków zapominamy jeszcze szybciej, a nawet granie na naszych – widzów – emocjach odbywa się z coraz większym trudem. Bo napięcia nie da się podkręcać bez końca.

Ten program to naszej stacji cyrk, a ci ludzie to nasze małpy. Może którejś uda się wybić na niepodległość, ale w tej chwili nie ma to żadnego znaczenia, liczy się oglądalność. Ktoś jest niewidomy, ktoś wylądował w domu dziecka, kto inny nie chce znać matki, ktoś ma żonę, która spodziewa się dziecka, ktoś jest dzieckiem, które uwierzyło, że świat jest kolorowy jak format telewizyjny, w którym występuje. Ojej. Nieszczęść, jakie spadły na uczestników programów, jest niewiele mniej niż ich znakomitych, wyjątkowych, fantastycznych i

wiekopomnych „wykonów”.

Aż dziw bierze, że nikogo z tych wybitnych jeszcze przed właściwym debiutem artystów nie wprowadzono do Rock and Roll Hall of Fame.

W swej naiwności przed laty sądziłem, że tego typu programy są w stanie przynajmniej wyłowić talenty. Tak się nawet działo, dopóki było tego mało. Bezpowrotnie skończyło na „Idolu”, mniejsza, czy pierwszym (mówię z pamięci: Ala Janosz, Ewelina Flinta, Szymon Wydra, Tomek Makowiecki, Ania Dąbrowska), drugim (Krzysztof Zalewski), trzecim (Monika Brodka) czy czwartym (Maciej Silski). Próg coverów jest dla większości aspirantów nieprzekraczalny. Śpiewają niektórzy może i całkiem dobrze, część ma nawet niezły warsztat, wiele lekcji śpiewu za sobą, ale cóż z tego, jeśli na twarzy wypisane: Zróbcie coś ze mną, chcę być gwiazdą. Sprawcie, żeby – parafrazując Skaldów – coś się ze mną stało.

No i dzieje się. Sztab ludzi ciężko pracuje, byśmy nie zasnęli przed telewizorami i nie zapomnieli wysłać esemesów – stylistów, fryzjerów, prezenterów, realizatorów i kamerzystów. Muzyków i krytyków, którzy przesiedli się do jurorskich foteli. I sprawiają, że sen o potędze niektórym śni się do samego końca. Czyli do finału.

A potem, podejrzewam, różnicy aż tak wielkiej nie ma, choć zwycięzcom obiecano nagranie płyty. Generalnie jest tak, że

światła gasną,

przyjaciele z fejsbuka mają już nowych bohaterów w innych programach, coraz mniej ludzi rozpoznaje uczestników na ulicy. I nikt na nich nie czeka. Z piosenką, z zespołem, ze studiem nagraniowym. Nikomu już nawet nie chce się gęby otworzyć. I powiedzieć: przecież ty, dziewczyno czy chłopcze, nie masz od siebie nic do zaproponowania, absolutnie nic.

A trzeba by chociaż spróbować wymyślić jakąś melodyjkę i słowa, powiedzmy: Chcę całować twoje kolana, la na na, myślę o tym już od rana, na na na. Niektórzy próbują i, zdarza się, że im się udaje (mniejsza tu o definicję słów: uznanie, popularność, twórczość itp.).

Myślę – i w tym miejscu już nie kpię i nie żartuję – że ta poprogramowa cisza musi być dla tych ludzi straszna. Jak dalej żyć, co ze sobą zrobić? Ileż hartu, samozaparcia trzeba, by sobie z tym poradzić, by nadal próbować zaistnieć w branży. Zwłaszcza że, co ogólnie wiadomo, w niej udaje się niekoniecznie tym, co mają talent.

Kilka lat temu, w okresie największej ekspansywności „Idola”, z radością i ulgą odkryłem, że do mediów w dalszym ciągu przedostają się ci, którzy jakimś cudem ominęli edukację w tych wszystkich gwiazdoodkrywczych formatach, że nagrywają płyty. A niektórzy są nawet, po prostu, dobrzy. Czyli – że nie jest tak, jak wielokrotnie twierdził najbardziej ekstrawertyczny juror wszystkich tych programów, iż ten czy ów pojawił się przed nim i przed kamerami, by

wywrócić polski rynek muzyczny

do góry nogami. Po pierwsze, ten rynek jest od lat w zapaśniczym parterze, a po drugie – jeszcze żadne wykonanie jednej tylko piosenki nie odmieniło losów świata, choć są takie, o których świat pamięta i pamiętać będzie. Ale to nie żadna z tych, co pojawiły się i pojawią jeszcze w którymś z tych programów.

Sztuka to delikatna materia. A w branży z kolei nieraz przydatne są łokcie. Jak masz miękkie serce, musisz mieć twardą dupę. I inne jeszcze złote myśli. Więc większość – nieuchronnie – pluje sobie w brodę. A tylko nieliczni, ci naprawdę z iskrą bożą, w bródkę. W Brodkę.

Jeśli komuś kibicuję, to zespołom.

Rzadziej – czerpiącym z folkloru, częściej tym, co przyznają się do rokendrolowej proweniencji. I nie odtwórcom, a tym, którzy sami komponują. Czasem całkiem nieźle. Bo takim wykonawcom się nie dziwię, że próbują skrócić sobie drogę do popularności, wygrać lotną premię, a nawet cały etap. To, że próbują pisać, zdecydowanie uprawomocnia ich pojawienie się przed kamerami i mikrofonami.

Tylko że potem jest tak, iż szczęśliwcy wydają swoje albumy. Enej, Lemon, Damian Ukeje i inni. Gienek Loska ma na koncie nawet dwa. No i – czy zostaje tylko wzruszenie ramion?

I już na koniec – dwie zanotowane kiedyś wypowiedzi uczestników: „Chcieliśmy zaśpiewać i zatańczyć jednocześnie. Ale tego się nie da połączyć, jeśli się tego nie umie”. I jeszcze: „Może gramy nieczysto, ale za to nierówno”.

Wyrwane z kontekstu: Focus, Hocus Pocus

Był taki czas, gdy z Wysp Brytyjskich na kontynent było szczególnie blisko. Na przełomie lat 60. i 70. wiele ciekawego działo się w Holandii. Spośród grup tamtego okresu największą sławę zyskał Focus, dowodzony przez dwóch wirtuozów – flecistę, klawiszowca i autora wokaliz Thijsa van Leera oraz gitarzystę Jana Akkermana.

[more]

Najsłynniejszy utwór w dorobku kapeli pochodzi z drugiej płyty, Moving Waves z 1971 roku. To brawurowy, rozpędzony progresywno-hardrockowy walec miażdżący wszystko, co napotka na swej drodze. Rewelacyjna gitara, niemal Bachowskie organy, jodłowanie, a nawet solo na bębnach. I, oczywiście, flet – flecistów było ich dwóch: Ian Anderson, lider Jethro Tull, i van Leer.

Jest gęsto, bardzo gęsto – numer skrzy się od pomysłów, ale bynajmniej nie czujemy ich nadmiaru. Porywające.

Nogawica lepsza niż całe spodnie – Jaromir Nohavica, Tak mě tu máš , 2012

Z Nohavicą zetknąłem się pierwszy raz przy okazji filmu Rok diabła (2002) Petra Zelenki. Do dawnej fascynacji filmami Menzla i Formana oraz powieściami Kundery dołożyły się nowe pozytywne emocje związane ze sztuką ostatnich lat naszych południowych sąsiadów, niekoniecznie tą wysoką: powieściami Michala Viewegha oraz filmami, przede wszystkim Zelenki właśnie.

[more]

Trudno było nie zainteresować się pierwszoplanową postacią tego paradokumentu, choć dotarcie do jej nagrań proste nie było i nadal nie jest. W ogóle – docieranie do płyt wykonawców, zarówno tych sprzed lat, jak i współczesnych, z byłych demoludów jest o wiele trudniejsze niż  anglosaskich. Nie znam więc i dziś wszystkich dokonań Pana Jarka, ale coś na półkach mam, a i na dwóch koncertach też byłem – bardzo dobrym w Górnośląskim Centrum Kultury w 2008 roku i słabszym późniejszym w chorzowskim Teatrze Rozrywki.

Nohavica to taki

czeski ekstrakt Dylana i Cohena.

Serwuje literackie teksty, ale jak komuś nie starcza cierpliwości, może oddać się smakowaniu wyłącznie warstwy muzycznej – a tu mamy i barda z gitarą akustyczną, i frontmena zdrowo łojącej kapeli (choć nie na tej akurat płycie). Barda, od razu zaznaczę, który nie śpiewa krwią, czego osobiście nie trawię, ale sercem. Zresztą, po co ja to mówię – czy wyobrażacie sobie, dajmy na to, Szwejka z kuflem piwa w ręce śpiewającego Wysockiego? Jeśli przyjmiemy, że istnieje coś takiego jak charakter narodowy, to Czech kładący się pod radziecki czołg jest zupełnym wyjątkiem, a nie wyobrażeniem sceny zbiorowego samobójstwa z filmu jakiegoś ichniego Poręby.

Nohavica nie jest już artystą młodym, urodził się w 1953 roku, własnych nagrań dokonuje od 1982 roku. O swym najnowszym albumie mówił niedawno na antenie Trójki, że to

jego najlepsze dzieło.

Znamy takie deklaracje artystów i wiemy, iż zwykle najbardziej kochają najmłodsze dziecko. Tyle że, po wielokrotnym już przesłuchaniu materiału, świetnie artystę rozumiem. Wstrzymując się – wobec faktu nieznajomości całej dyskografii – od ostatecznych opinii, stwierdzam, że płyta jest znakomita. I w dodatku bardzo piękna.

Milunost, która podbiła listę przebojów wspomnianej rozgłośni, jest chyba nieźle znana tzw. szerszemu ogółowi. Ale takich wielkiej urody lirycznych piosenek jest na tym krążku więcej – i nie będę ich wymieniał, bo to, lekko licząc, pół płyty. A reszta jest równie dobra.

I znów zazdrościmy Czechom,

że mają coś, czego my nie mamy – Nohavicę. Człowieka, który swoim przekazem dociera zarówno do miłośników klasycznej piosenki, jak i fanów rocka, poruszając się niedaleko wspomnianego Dylana czy Joni Mitchell. I grzejemy się trochę w jego cieple, bo facet jest takim dziwnym Czechem, który lubi Polaków, bardzo dobrze mówi po polsku, ma tu wielu przyjaciół, przyjeżdża i koncertuje po tej stronie Beskidów dość często.

A do tego jeszcze na omawianym krążku na akordeonie gra nasz rodak Robert Kuśmierski. Gra niesamowicie, wpisując się swym udziałem w powstaniu już tylko tej jednej płyty do grona najwybitniejszych akordeonistów, a przecież ten absolwent Akademii Muzycznej w Warszawie ma już na swoim koncie wiele znaczących osiągnięć. Ten instrument doczekał się w ostatnich latach nobilitacji, ale w moich uszach nigdy jeszcze nie brzmiał tak wspaniale jak w najnowszych piosenkach Nohavicy.


Jak zrzucić garb codzienności? – Jan Garbarek & The Hilliard Ensemble, JazzArt Festival Katowice, 1 maja 2013

Nie jest łatwo tak nagle uwolnić się od rozbiegania i zwariowanego tempa życia, jakie jest dziś udziałem zdecydowanej większości z nas. Uwolnić się, przenieść w swojej głowie gdzieś z jednego miejsca w drugie – i poddać zupełnie innym emocjom. Przystanąć, by dać się ogarnąć bezmiarowi czasu i przestrzeni.

[more]

Trochę jak wejść w klimat „Wielkiej ciszy”, filmu o klasztorze, którego lokatorzy przez trzysta sześćdziesiąt cztery dni w roku nie wypowiadają ani jednego słowa. Absolutnie nie chcę tego wartościować i kogoś potępiać: tak jak tamten film nie był dla wszystkich (a tym bardziej jego bohaterowie nie mogą stanowić powszechnego wzoru), tak i wczorajszy koncert nie każdemu się podobał. Co bardziej niecierpliwi opuścili imponujące wnętrze kościoła św. apostołów Piotra i Pawła po kilkunastu minutach.

Garbarek i The Hilliard Ensemble nagrali wspólnie trzy albumy, pierwszy w 1994, a ostatni – póki co – w 2010 roku. On jest uznanym w świecie saksofonistą norweskim, a oni brytyjskim kwartetem wokalnym specjalizującym się w wykonywaniu muzyki dawnej, m.in. tej z okolic chorałów gregoriańskich, kwartetem cieszącym się wielkim uznaniem fachowców.

Do zderzenia tych dwóch muzycznych światów

doszło z inicjatywy szefa wytwórni ECM, Manfreda Eichera.

Nie będę udawał, że jestem stałym konsumentem szeroko pojętej muzyki klasycznej, że moje ucho nawykłe jest do takich dźwięków. Tym trudniej odbiera się muzykę – czy, szerzej, sztukę – im trudniej odróżnić jeden utwór od drugiego, gdy nieuchronnie zlewają się one w całość. Ale mimo to podobało mi się – i to bardzo.

Było to wręcz medytacyjne, mantryczne przeżycie: oszczędność zastosowanych środków – cztery wspaniałe męskie głosy i saksofon, zwykle delikatny, gdzieś z oddali, ale czasem przeszywający przestrzeń. Taki

głos wieczności,

bo kościół nieuchronnie budzi w człowieku tego rodzaju myśli; monumentalna, akustyczna muzyka odbijająca się od sklepienia, a jednocześnie kojarząca się z wielką, otwartą przestrzenią gór. Stare, powstałe przed wiekami nuty uzupełnione tym, co do muzyki wniósł wiek dwudziesty. Garbarek grał jak na mistrza przystało, dobywając dźwięków ze swego instrumentu bardzo oszczędnie. Kunsztownie i czysto, stając się jakby piątym głosem w zespole.

Jeśli, najprawdopodobniej, wyszedłbym znużony i zmęczony z koncertu muzyki elektronicznej – myślę o Isao Tomicie albo niemieckich tuzach tego gatunku – to mam nieodparte wrażenie, że obcowałem wczoraj z czymś nieporównanie szlachetniejszym, prawdziwym i naturalnym. To było

kilkadziesiąt minut refleksji

jak marne i kruche jest życie człowieka, jak potężna jest natura, jak niezmierzona jest wieczność. I jak człowiek, w swej małości, potrafi w akcie tworzenia dotknąć tego wszystkiego. I wzruszyć innych. A że nie wszystkich? – trudno. Może na szczęście. Bo dobrze, że ludzie różnią się od siebie nawzajem, inaczej świat byłby trudny do zniesienia.

Manualnie bez zarzutu – Manu Katché, JazzArt Festival Katowice, Rialto, 30 kwietnia 2013

Tak jak latem ubiegłego roku po występie Metheny’ego w Bielsku-Białym (cytuję za Marcinem Kydryńskim), tak i wczoraj wyszedłem z mojego ulubionego Rialta nieco zirytowany. Wybaczcie, może zapowietrzam się niepotrzebnie, ale denerwują mnie te pary najczęściej w średnim wieku – żeby nie było, z żoną stanowimy podobną – z wystylizowanymi paniami, pary, które z góry zakładają, że będą obcować ze sztuką przez duże „S”. Bo zagra przecież ten, którego nazwisko tyle razy obiło im się o uszy.

[more]

Faktem jest, że francuski perkusista

grał z najlepszymi,

a od nazw i nazwisk może zakręcić się w głowie. Dodajmy jednak nieśmiało, że głównie z tymi z rockowej części sceny muzycznej. Do pozycji gwiazdy wyniosła go współpraca z Peterem Gabrielem przy okazji albumu So (1986). W dokumentalnym filmie poświęconym powstawaniu tego materiału jest zresztą bardzo znamienna i śmieszna scena. Katché nagrał partię perkusji do pierwszej piosenki. Gabriel, który wtedy w ogóle go jeszcze nie znał, powiedział: „Znakomicie. Nagrajmy to jeszcze raz”. Zdziwiony bębniarz odparł: „Po co? Zagrałem to najlepiej jak potrafię”.

Z pozoru jest tak, że jeśli mamy perkusję, fortepian, organy, trąbkę i saksofon, to będzie jazz. Ale od lat style mieszają się ze sobą, od dawna już wszystko wolno. Jednakże w tej otwartej formule jedni grają szlachetnie, a drudzy mniej. Sam pragnę, jako konsument takich występów na żywo, otrzymać porcję emocji innych niż te dostępne na koncertach rockowych czy popowych. Krzywię się, gdy za co najmniej dobrym warsztatem kryje się jedynie

konfekcja kompozytorska i wykonawcza.

A tak było wczoraj. Katché jest świetnym bębniarzem, dał tego wielokrotnie dowody, ale jednocześnie takim bandliderem, który stale musi być w centrum uwagi. Gra gęsto, bezustannie okładając swój niemały zestaw instrumentów. To nie Cobb czy Blakey, ani nie Davis czy Stańko, co dmuchną raz lub dwa w ciągu minuty i pozwalają grać innym. On niby też nie zabrania, ale stylowością pachniało tylko w niektórych fragmentach gry J.J. Watsona, pianisty i organisty. Dwaj młodzi panowie od instrumentów dętych grali gładko i okrągło, albo wespół realizując linię melodyczną utworu, albo serwując dość przewidywalne solówki. Subtelności i wyrafinowania zdecydowanie tej muzyce zabrakło.

Najbliżej prawdy jest pewnie, skądinąd bardzo sympatyczny, Katché. Dziękował za miły wieczór, zastanawiając się, czy to, co usłyszeliśmy, to był pop czy rock. Terminu „jazz” nie użył.

Bilety kosztowały trzydzieści złotych – i wszystko się zgadza. Na pewno występ francuskiego perkusisty

w kronikach JazzArt Festival

będzie odnotowany wyraźniej niż wiele innych. Ale, powiedzmy sobie szczerze, nie miał on z jazzem wiele wspólnego (to jeszcze nie zarzut), ani też nie należał do tych, które należałoby ocenić najwyżej. I tu raz jeszcze wracam do swojego poirytowania. Było to osiemdziesiąt minut przyzwoitego grania, ale żeby od razu standing ovations? Skoro Polakom bliżej do Skandynawów niż południowców, to skąd w nas tyle skłonności do egzaltacji? A o Skandynawach piszę nieprzypadkowo, bo dziś koncert jednego z nich. O bardzo swojsko brzmiącym nazwisku: Jan Garbarek. Wierzę, że skala doznań będzie zupełnie inna.

Wyrwane z kontekstu: Kasia Kowalska, Mojej krwi chcesz i Mój los

Kobiety w polskim rocku – to wciąż miłość niespełniona. Jest co prawda Nosowska, ale brakuje rasowego babskiego głosu w „męskim” repertuarze. Przed laty miałem nadzieję, że ten warunek spełni Ewelina Flinta, ale już zawartość jej pierwszej płyty, delikatnie mówiąc, rozczarowała. Zniknęła Bartosiewicz, a bohaterka niniejszego tekstu od dawna porusza się w klimatach, które mnie nieszczególnie interesują.

[more]

Ale nie znaczy to, że należy zapomnieć o dwudziestoletniej (a potem trochę starszej) dziewczynie o zbuntowanych oczach. Tej, która mimo niedostatków warsztatowych, wydawało się, że stanie się jedną z tych pań, co ruszą z posad męską bryłę polskiego rocka. Stało się inaczej, a w tamtym czasie – latach 90. – razem z nią przepadło, i to niemal zupełnie, kilka innych świetnych głosów (o nich niebawem).

Dwa wymienione wyżej utwory pochodzą z trzeciej płyty Kowalskiej, Czekając na… z 1996 roku. Aż dwa, bo umieszczone są obok siebie – i okazały się łabędzim śpiewem, jeśli chodzi o porządne łojenie w dorobku piosenkarki. W pierwszym dokładają do pieca Piotr Nalepa i Jarosław Chilkiewicz, w drugim Sławomir Piwowar i Maciej Gładysz. A obok nich grają m.in. Wojciech Pilichowski, Kostek Yoriadis oraz Wojciech Kowalewski. Ech, łza się w oku kręci…

Tie Break & Michał Urbaniak, JazzArt Festival Katowice, Rialto, 26 kwietnia 2013

Świnoujska FAMA w 1983 roku. Z głośników rozwieszonych na latarniach wokół pola namiotowego codziennie słychać było nagrania The Police z Synchronicity oraz Lady Pank z ich pierwszego albumu. Ze scen festiwalowych w różnych częściach miasta atakował punk rock na czele z jedną z legend tej muzyki w Polsce, Śmiercią Kliniczną, oraz nowa siła w polskim jazzie – Pick Up Formation, New Coast i ci, którzy podobali mi się najbardziej, Tie Break.

[more]

Najbardziej, bo ich formuła balansowała gdzieś

między jazzem a rockiem,

w składzie mieli fantastycznego gitarzystę, Janusza (jeszcze wtedy nie Yaninę) Iwańskiego, który grał bardziej w stylu mistrzów bluesa i rocka niż jazzu, oraz frontmena, jakiego od czasów Niemena z przełomu lat 60. i 70. w Polsce nie było – Jorgosa Skoliasa.

Tak się porobiło, że ten ostatni, niestety, niczego specjalnego nie zwojował (fani Dżemu mogą go usłyszeć w trzech utworach na pierwszej płycie, gdzie robi chórki). Tie Breakowi, mimo iż uderzenie young power mocno zamieszało w rodzimym jazzie, też zabrakło szczęścia, ze szczególnym uwzględnieniem życzliwych ludzi w Pagarcie i PSJ. To spowodowało, że były problemy z nagraniem płyty (stało się to dopiero w 1988 roku) oraz wyjazdami zagranicznymi. W ten sposób zespół nie odegrał tak znaczącej roli, jaką mógł, jak obwieszczały to w pierwszych latach 80. wszystkie jaskółki – po zwycięstwie w Jazz Juniors w Krakowie i nagrodzie w Jazzie nad Odrą we Wrocławiu – w obu przypadkach w 1980 roku.

Dziś muzycy zbierają się od czasu do czasu, ale każdy z obecnych członków zespołu (Iwański, „Ziut” Gralak, Mateusz i Marcin Pospieszalscy plus czarnoskóry bębniarz Frank Parker) zajęty jest innymi projektami. A jednak występ w Katowicach, tym atrakcyjniejszy, że z gościnnym udziałem legendy polskiego jazzu, Michała Urbaniaka, zgromadził sporą grupę słuchaczy, także tych, którzy pamiętają zespół z dawnych lat.

I było pięknie, mocno, energetycznie, z pomieszaniem wielu stylów muzycznych.

Nic dla ortodoksów,

którzy chcieliby czystości gatunkowej, prostego przypisania tego, co słyszą, do konkretnej muzycznej szuflady.

Zaczęło się funkująco, potem na scenie pojawił się – w nie najlepszej formie fizycznej – Urbaniak i zabawie nie było końca. Mieliśmy, a jakże, wokalne łobi-jabi, przecież Pospieszalski i Gralak to uwielbiają, ale pozostali dwaj panowie także podchodzili do mikrofonów, bo grano również utwory z tekstem, były gwałtowne jazzowe odloty, było też delikatniej i z melodią. Urbaniak grał na elektrycznych skrzypcach, tylko w jednym z bisów nastąpiła „nieoczekiwana” zamiana miejsc, gdy wziął do ręki saksofon, Gralak zagrał na basie, a Mateusz P. przesiadł się do instrumentu barytonowego.

Dwie godziny bardzo dobrego grania.

O warsztacie muzyków trudno dyskutować, zwłaszcza Iwański i Mateusz Pospieszalski dali się poznać szerszej, rockowej i popowej publiczności – pierwszy współpracował m.in. z Sojką i Maanamem, drugi jest członkiem VooVoo i twórcą repertuaru Zakopower. W przypadku Tie Breaku najprawdopodobniej już nic szczególnego się nie wydarzy, zespół nie podbije żadnego rynku muzycznego. A jednocześnie – jest w tej muzyce to, co najpiękniejsze. Że faceci potrafią bardzo dużo, jest jasne, natomiast to, że im się ciągle chce, że granie sprawia im olbrzymią radość – już takie oczywiste nie jest. A tak było w piątkowy wieczór. I w pełni usatysfakcjonowana publiczność doceniła to wielokrotnie bardzo długimi brawami.

Radio z głową lepsze od komputera – Radiohead, OK Computer, 1997

Moja znajomość z Radiogłowymi rozpoczęła się dopiero od tego albumu. Po pewnym czasie, w swoim prywatnym nierankingowym zestawieniu, uznałem ten krążek za ostatnie rockowe arcydzieło XX wieku (i tu mi ręka zadrżała, bo chyba mam jeszcze na oku debiutancki album z 1998 roku innej brytyjskiej grupy, o hiszpańskiej nazwie). Dziś wiem także, że ten zespół jest w moim pojmowaniu tzw. muzyki rockowej jednym z tych granicznych.

[more]

Jednym z tych, którego dokonania te

granice

przekroczyły, powodując, iż stałem się obojętny na jego ostatnie propozycje artystyczne. Zawsze zadziwiać mnie będzie, jak kapele mające w swym składzie rasowego gitarowego wymiatacza potrafią daleko odejść od sześciu strun, perkusji – i zapuścić się w klimaty tak bardzo komputerowo-syntezatorowe, których już moja głowa pojąć nie jest w stanie, a – co istotniejsze – serce nijak pokochać nie potrafi.

Ale, wbrew tytułowi albumu z 1997 roku, w tym przypadku mamy jeszcze w przytłaczającej większości instrumenty, a nie studyjną, elektroniczną robotę, jeśli komputer, to zdecydowanie OK. Jeśli nawiązanie do tradycji, to powłóczystość melodii, ich nieoczywista harmonia, instrumentarium, którym posłużyli się członkowie zespołu – kojarzą się nieodparcie z najlepszymi dokonaniami grup symforockowych. Jestem zdania, że to właśnie dzięki takim albumom widać, że

formuła art nie uległa całkowitemu wyczerpaniu,

że w tych klimatach da się jeszcze coś bardzo ważnego powiedzieć, że taka jedna płyta Radiohead znaczy więcej niż cała dyskografia Marillionu czy Pendragonu. Ale ja tu o definicjach, a to przecież muzyka. Wspaniała, najpiękniejsza.

I jednak od porównań nie potrafię uciec. Ramy czasowe utworów bardzo zwarte, przywodzące na myśl dokonania Genesis z A Trick of The Tail czy Wind And Wuthering albo Yes z Tormato, ale i Fragile. Z jednej strony album wieńczy pierwszy okres działalności grupy, dopełniając swego rodzaju trylogii z Pablo Honey i The Bends, a jednak gitary wyraźnie ustępują tu miejsca klawiszom. Kunsztownie opracowane utwory, po mistrzowsku wykonane, zdecydowanie – w odróżnieniu od tych pomieszczonych na następnej płycie, Kid A – nawiązują do wielowiekowej tradycji muzyki europejskiej, czyli oparte są, powtórzę, na melodii i harmonii.

Wspaniałym instrumentem jest

głos Thoma Yorke’a,

gdzieś w pewnym rejestrze łudząco podobny do Roya Orbisona, ale wnoszący zdecydowanie inne cechy do całości brzmienia – Orbison jest piosenkowy, popowy, Yorke natomiast wyraźnie neurotyczny, dzięki czemu nawet z pozoru banalny pomysł staje się oniryczny i niepokojący. Aranżacje są w ogóle cholernie mocną stroną tego albumu.

Trudno wskazywać na nim utwory lepsze od innych, bo to dwanaście w większości znakomitych numerów. Na przykładzie tego krążka wyraźnie widać, jak rokendrol zatoczył koło i stanął w miejscu, w którym dozwolone jest sięganie do absolutnie wszystkiego. Bo mija już – strach liczyć – szesnaście lat, a ten materiał równie dobrze mógłby powstać dzisiaj. Swoisty bezczas stał się cechą immanentną rocka, ale – już to sygnalizowałem kiedyś wcześniej – stanowi atut chyba tylko w przypadku płyt wybitnych. A OK Computer po tylu latach można już bez większego ryzyka w gronie takich albumów umieścić.

  

Słowo o szefach

„Mój mąż jest z zawodu dyrektorem” – dumnie oświadcza w filmie Poszukiwany, poszukiwana małżonka Jerzego Dobrowolskiego. Żeby nie było nieporozumień, daleki jestem od stwierdzeń, że wszystkie kobiety (mężczyźni, lekarze, nauczyciele, politycy, agenci ubezpieczeniowi itd.) to… Że wszyscy szefowie – prezydenci, prezesi, dyrektorzy, kierownicy – są tacy jak ci, o których niżej. Ale, niestety, jest takich bardzo wielu.

[more]

Świetnie, jeśli szef zna się na robocie. To naprawdę wiele załatwia i sporo ułatwia.  Powoduje, że – przynajmniej z grubsza – wie, o czym podwładny, kontrahent – do niego mówi. Nieraz jednak zdarza się tak, że niestety ma o meritum sprawy pojęcie mętne albo nie ma go wcale. I to już jest dramat.

Do tego trzeba dołożyć cechy, powiedzmy, ogólnoludzkie. Jakim szef jest człowiekiem – ? Z klasą (ten musi znać się na robocie, nie można być jednocześnie dyletantem i mieć kasę, przepraszam, klasę) lub bez, osobą o wysokiej kulturze osobistej (rzadko) lub chamem (częściej). Lubiącym ludzi lub stroniącym od nich, z sercem czy zamkniętym w sobie, nieprzystępnym.

Zajmowane stanowisko zmusza szefów do wystąpień. Na forum, przed audytorium. Jedni to uwielbiają, czują się wtedy jak ryba w wodzie, innym przychodzi to z trudem, mozolnie uczą się radzić sobie ze stresem i plączącym się językiem. Niektórym nic nie pomaga.

Ale są, bo muszą być, słuchani. Szef może wygadywać największe głupstwa. Jeśli tak się dzieje, mało kto ma tyle odwagi, na tyle silną pozycję w firmie, by powiedzieć mu to wprost. Więc zwykle gadają całkowicie bezkarnie. Jeśli to lubią – mówią w dodatku za dużo i za długo. Nawet gdy mądrze, trudno jest to wytrzymać za kolejnym – dziesiątym, setnym, pięćsetnym razem.

Najgorsze jednak jest to, że szefowie zwykle nie przestają być szefami po godzinach. Wieczorem, na urlopie lub emeryturze. Ich kompetencje stają się rozciągliwe jak guma w starych majtkach. Dalej wygłaszają swe opinie tonem autorytatywnym, nieznoszącym sprzeciwu. Na każdy temat. Bo oni się znają: w knajpie lub markecie – na żywności, przed telewizorem – na polityce, muzyce i sporcie, u cioci-kloci na imieninach – na wszystkim razem. Są nieomylni, genialni, zasłuchani w piękną barwę swego głosu, w barokową frazę kolejno wygłaszanych zdań.

Szef ma pozycję. W firmie, ale najczęściej w domu i zagrodzie też. Żaden kasujący go prawnik, lekarz, architekt wnętrz, ogrodnik, współplemieniec rodzinny, zwłaszcza jeśli gołodupiec, nie powie mu: „Zamknij się chłopie, pier… trzy po trzy, a nie masz o tym zielonego pojęcia!”.

Złośliwy jestem? Pewnie tak. Ale nie pisałbym o tym, gdybym wielu takich, niekoniecznie jako swoich przełożonych, nie spotkał.

Koniec, panie dyrektorze, już? Świetnie. Orkiestra, tusz!

(czerwiec 2012)