Ptasie mleczko na czerwonym jęzorze

pobrane33

Tylko Fripp mógł wpaść na pomysł pełnoprawnego zatrudnienia w zespole faceta grającego na skrzypcach nie jako instrumencie tworzącym tło, lecz jednym z wiodących. I jeszcze tego perkusjonisty, nie bez kozery pozującego do zdjęcia w piłą w rękach…

[more]

*

1973? Należy do Pink Floyd i ich dzieła nad dziełami, opus magnum – The Dark Side of The Moon. 1973? Dla mnie

jeden z tych magicznych,

wspominałem bowiem o tym parokrotnie, że czas zastąpienia w moim domu pocztówek dźwiękowych magnetofonem szpulowym zbiegł się z zamianą dominujących gitar na syntezatory. A przecież tamten rok dla muzyki progresywnej jest zdecydowanie najlepszy – poza wymienioną wyżej, ukazują się wtedy krążki: Genesis – Selling England By The Pound, Yes – Tales From Topographic Ocean i Emerson, Lake & Palmer – Brain Salad Surgery. Gdzieś bardzo blisko są Jethro Tull z A Passion Play, a nawet Electric Light Orchestra z On The Third Day, kolejne płyty wydają m.in. Manfred Mann’s Earth Band czy Gentle Giants. Jak dorzucić do tego jeszcze Houses of The Holy Led Zeppelin, Sabbath Bloody Sabbath Black Sabbath,  The Who i ich Quadrophenię, Lou Reeda z Berlinem, Roxy Music z For Your Pleasure, McCartneya i Band On The Run, Eltona Johna z Goodbye Yellow Brick Road, Mike’a Oldfielda z Tubular Bells, Steely Dan z Countdown To Ecstasy oraz szalony Raw Power The Stooges – uświadamiamy sobie, że było to wyjątkowe dwanaście miesięcy, nie pierwsze i nie ostatnie, ale jedne z niewielu aż tak znaczących. Jednakże zarówno ten zestaw, jak i mój prywatny wybór najlepszych płyt wszech czasów byłby niepełny, gdyby zabrakło w nim Larks’ Tongues In Aspic kapeli dowodzonej przez Roberta Frippa, czyli King Crimson. Albumu, który – tak jak krążek Floydów – ukazuje się w marcu 73.

*

Jedna z niewielu płyt, które moi bracia mieli nagrane w całości – bo też 

taśm magnetofonowych

mieli niewiele. Dziś aż trudno się nie dziwić, gdy rozebrać na części pierwsze operację nagrywania muzyki z audycji radiowych na dość podłym sprzęcie, w wersji monofonicznej. Lecz przecież tak było: wielu fanów miało dostęp do muzyki taki – albo żaden.
Więc znałem tę płytę, zaprezentowaną z pewnością w jednej z audycji Piotra Kaczkowskiego, od zawsze. W 1977 roku, gdy zawartość nielicznych taśm poddawałem wielokrotnej samodzielnej lekturze – zwariowałem i pokochałem. I nie odkochałem się nigdy, a gdy teraz słucham tych nagrań z jubileuszowego, wydanego w trzydzieści lat po analogowej premierze krążka kompaktowego, mój zachwyt nie jest ani trochę mniejszy. Ba! – raczej większy, ponieważ emocje wspiera jeszcze głowa, ponieważ teraz mam świadomość, jaki ogrom znakomitych płyt ukazał się do marca 1973, a jaki – choć już znacznie mniejszy – przez kolejne czterdzieści pięć lat. I jak ciągle znakomicie na tym tle wypada Larks’.
W 1972 roku, w zaledwie trzy lata po genialnym debiucie, Fripp montuje zupełnie nowy skład, można rzec – trzecią odsłonę KC. Przy mikrofonie, z gitarą basową przewieszoną przez ramię, staje John Wetton (pozyskany z Family), za bębnami zasiada Bill Bruford, do niedawna w Yes, ponadto formację zasilają skrzypek David Cross i Jamie Muir grający na przeróżnych instrumentach perkusyjnych, który niedługo po nagraniu płyty zamyka się w buddyjskim klasztorze. Zmiana dokonuje się także na posadzie autora tekstów: Richard Palmer-James (nb. pierwszy gitarzysta Supertramp) zastępuje Pete’a Sinfielda (który niebawem znajduje zatrudnienie w EL&P).

Bruford wspomina: 

„To naprawdę było piekło

– bo nikt nie mógł się zdecydować, jaką muzykę mieliśmy grać”. Ostatecznie dochodzi do nagrania swoistej trylogii, którą uzupełniają Starless And Bible Black oraz Red, płyt – wreszcie? – spójnych stylistycznie, zaś fanom dających oddech w postaci głosu tego samego frontmana. Tyle tylko, że po kolejnych dwóch latach, w 1974, jest już pozamiatane: Fripp rozwiązuje zespół. I to w chwili, gdy ten wspina się na sam szczyt.
Spójnych stylistycznie? Dekadę później sporą karierę zrobiło określenie „odjazd”, na przykład w odniesieniu do niesamowitych nowych płyt. Pierwszy raz usłyszałem je z ust znajomego, który zachwycił się… Three of A Perfect Pair (1984), zupełnie innego zespołu o tej samej nazwie: King Crimson. Larks’ to piekielny odjazd – z jednej strony potężne riffy gitary znane już z 21st. Century Schizoid Man, liryczność, zwłaszcza olśniewającej miniatury Book of Saturday, w stylu I Talk To The Wind, symforockowa przestrzeń w stylu Epitaph czy tytułowych kompozycji z dwóch pierwszych albumów w Exiles, ale wszystko to zaprawione jest szalonymi improwizacjami z okolic muzyki współczesnej, tzw. konkretnej, albo jazzu. Tylko Fripp mógł wpaść na pomysł pełnoprawnego zatrudnienia w zespole Crossa, faceta grającego na skrzypcach (lub altówce), nie jako instrumencie tworzącym tło, lecz jednym z wiodących. I jeszcze ten perkusjonalista Muir, nie bez kozery pozujący do zdjęcia w piłą w rękach… Jednak ucho, przynajmniej moje, ogarnia to zdecydowanie lepiej niż dokonania Zappy. Amerykanin nie daje słuchaczowi większych szans, by zaczepić się o melodię czy harmonię, jego muzyka sprawia wrażenie, jakby była niemożliwa do odtworzenia na żywo bez pomocy partytury. Fripp tymczasem raz po raz daje wytchnienie, powracając do odwiecznego kanonu muzyki europejskiej. Jego i jego kolegów 

odloty

w jakiś sposób przywodzą na myśl te o kilka lat wcześniejsze The Cream – Bruce’a, Claptona i Bakera. Jeśli jednak trio BBC robiło to na bazie bluesa, gitar i przystawek, u Frippa żadne granice już nie istnieją.
Cream przypominam tu nieprzypadkowo. Jeden z najpiękniejszych w moim odczuciu fragmentów muzyki rockowej, finał pierwszej części utworu tytułowego z Larks’  – te niespełna dwie minuty od jedenastej minuty i czterdziestej sekundy – całego wyjętego jakby z ówczesnych telewizyjnych teatrów sensacji („Kobry”) jest tak niesamowity także z tego powodu, że ani nie eksploatuje, ani nawet nie ogrywa fantastycznego konceptu z gitarą basową w roli głównej i wtóryjącym jej skrzypcom (lub altówce, nie potrafię rozstrzygnąć). Całkiem jak w Badge Claptona i Harrisona, gdzie powalające wejście gitary rozbrzmiewa tylko raz. 
Dlatego tak cenię sobie robotę Roberta Frippa i różnych jego kolegów. Poszukiwacz ciągle żądny nowych wrażeń przez wiele lat gnał ciągle do przodu, ani myśląc okopać się w rozpoznanych rewirach – w tej strefie komfortu własnego, ale też – i może przede wszystkim – słuchaczy. Stąd tyle wcieleń – jego i jego formacji. Stąd bezustanne wymykanie się wszelkim szufladom: 

progresja Frippa

zdaje się nie do opanowania, nie do ogarnięcia. Zupełnie inaczej niż ta floydowska, yesowa czy Genesis (oczywiście do 1976 roku). Może tylko Keitha Emersona da się jakoś z nim porównać, choć w tym przypadku mamy do czynienia z fascynacją klasyczną muzyką europejską i czerpaniem z jej formuły. Zaś z tych zasłuchanych, umiejętnie czerpiących z – między innymi – KC z tego okresu wymienić należy rodzime SBB.

Na zasadzie żartu jeszcze jedno spostrzeżenie. Mocny, pulsujący w refrenie gitarowy numer, jakim jest Easy Money, został umieszczony w tym samym miejscu na krążku analogowym – jako otwierający drugą stronę – co Money Pink Floyd. To oczywiście przypadek (przypominam, że obie płyty ukazały się w marcu 73), ale…
Dark Side of The Moon zgarnęła całą pulę: dziewięćset trzydzieści siedem tygodni obecności na liście „Bilboardu” to rekord już chyba nie do pobicia. Od lat uparcie uciekając od rankingów i innych zestawień wiem jednak, że gdybym miał spędzić resztę życia na bezludnej wyspie i mógł zabrać na nią tylko dziesięć płyt, i Dark Side, i Larks’ znalazłyby się wśród nich. 

(King Crimson, Larks’ Tongues In Aspic, 1973)

[W NaTemat: 26 marca 2018]

Znów Borówki na talerzu

pobrane27

Dawno tyle przyjemności nie sprawiło mi słuchanie tak bezpretensjonalnie skrojonej płyty.

[more]

Dziś nadrabiam zaległości: oto recenzje dwóch kolejnych wydawnictw agencji Borówka Music Bartosza Borowicza: przeciętnego singla Henry David’s Gun oraz świetnej pełnowymiarowej płyty Ragnara Ólafssona.

*

Henry David’s Gun 

W niedługim czasie po ukazaniu się singla Henry No Hurry, otrzymaliśmy zapowiedź nowego albumu Henry David’s Gun. W obu przypadkach chodzi o Jana Wawrzyńca Dąbrowskiego oraz – choć pierwsza z wymienionych nazw to jego solowy projekt – wspierających go Michała Sepiołę oraz Macieja Rozwadowskiego.

Jeśli kręciłem nosem nad HNH, aczkolwiek nie tyle z powodów artystycznych, co pomysłów na ciągnięcie kilku bardzo podobnych projektów jednocześnie, to tym razem moje wątpliwości są ściśle merytoryczne. Chwaliłem bowiem pierwszy krążek Henry David’s Gun, tymczasem trzy nowe utwory rozczarowują mnie bardzo. Mogę oczywiście wziąć poprawkę na to, że niekoniecznie stanowię target takiego grania, ale nie zmienia to faktu, że zachowuję prawo do własnych opinii. Zwłaszcza gdy mam w sobie wielką dozę ufności, a tak jest zawsze, gdy nowe odwołuje się do bardzo szeroko pojętej tradycji, nie tylko pop music. 

Trzy utwory, dziewięć minut – a nie umiem uwolnić się od wrażenia, że jest nużąco, monotonnie i w dodatku – w odróżnieniu od płytki HNH – nieswingująco. Jeśli Dąbrowski z kolegami pragnie dotrzeć do szerszego grona odbiorców, powinien coś z tym fantem zrobić. Urozmaicić fakturę muzyczną, ożywić to granie – tak aby umknąć wrażeniu liniowości i podobieństwa jednej piosenki do drugiej. Nie sądzę bowiem, że chodzi mu o usypianie słuchaczy. Potencjał jest, wrażliwości i kultury muzycznej nie brakuje, trzeba natomiast wpuścić w to granie więcej życia. (Te słowa pisałem kilka miesięcy temu. Ostatnio dotarła do mnie druga długogrająca (choć niespełna czterdziestominutowa) płyta Henry David’s Gun. I chyba – na szczęście – jest lepiej, niż się obawiałem).

Tego ostatniego nie brakuje natomiast w solowej propozycji

Ragnara Ólafssona.

Muzyk znany wcześniej z udziału m.in. w Árstíðir debiutuje jako solista. Dawno tyle przyjemności nie sprawiło mi słuchanie tak bezpretensjonalnie skrojonej płyty. Dyskutowanie nad kwestiami wrażliwości i wyobraźni muzycznej jest trudne i, najczęściej, bezprzedmiotowe. Jeśli propozycje Henry David’s Gun muskają mnie i płyną gdzieś dalej, o tyle Ólafsson trafia mnie w samo serce.

Ten mężczyzna o posturze drwala potrafi oczarować pokładami delikatności, przejawiającymi się zarówno w sposobie śpiewania, jak i w warstwie instrumentalnej. A ja, obok zamiłowania do mocniejszych gitarowych dźwięków, zawsze znajdowałem w sobie sporo przestrzeni dla nut łagodnych i niespiesznych. Mam nieodparte przekonanie, iż inspiracje Islandczyka są tym, co stanowi lwią część mojej osobistej edukacji muzycznej: zostajemy przeniesieni do lat 60. i 70., w przestrzenie ballady – rozpisanej najczęściej na instrumenty akustyczne, wśród których prym wiodą raz gitary, a kiedy indziej instrumenty klawiszowe. W zaśpiewanym w damsko-męskim duecie [i]War[/i] kłaniają się więc Simon i Garfunkel w swym najbardziej aksamitnym numerze Scarborough Fair, a także klasycy rocka symfonicznego w swej lirycznej odsłonie – Pink Floyd (Dozen albo znakomity, łączący kameralność z monumentalnością Scar), z głosem dziecka przywodzącym mi na myśl  Yesowy Circus of Heaven), Genesis z czasów, gdy był kwartetem (A Prayer czy przepiękne, kończące album Red Wine) oraz wczesny Radiohead – tytułowy Urges.

Oczywiście – i na szczęście – u Ólafssona nie ma mowy o tak rozbudowanym instrumentarium klawiszowo-komputerowym. To pozwala ocalić kameralność piosenek i uniknąć wtórności i epigoństwa. Ponadto, co niebagatelne, pozwala bronić się tej muzyce wykonywanej na żywo w skromnym, dwuosobowym składzie, na gitary akustyczna i elektryczną, czego doświadczyłem w październiku na koncercie w Chorzowie.

Słucham tej płyty z niemalejącą przyjemnością. Dostrzegam w niej wielki potencjał, który powinien uczynić jej autora kimś o powszechnej popularności, pożądanego i wyczekiwanego, nie zaś znanego nielicznym. Muzycznie niczego tu nie brakuje, potrzeba „tylko” trybów machiny promocyjnej o trochę innych gabarytach. Krążek ma bowiem wszelkie dane, by na dłużej zagościć na antenie Programu III Polskiego Radia. A przede wszystkim – w sercach słuchaczy.

(Ragnar Ólafsson, Urges; Henry No Hurry, Black Desaese, 2017)

[W NaTemat; 3 marca 2018 ]

Play Like Led Zep, czyli Kiszka z chrzanem

pobrane19

Ten, kto w swym muzycznym sercu znajduje miejsce na wspólne dokonania Planta, Page’a, Jonesa i Bonhama, nie może nie zareagować na granie młodych Amerykanów uśmiechem pomieszanym ze wzruszeniem.

[more]

*

Zacznę banałem: każdy, kto często słucha muzyki, na własnej skórze – i uszach – doświadcza tego, że po wyjęciu z odtwarzacza jednej płyty, wkłada do niego coś z zupełnie innego czasu czy rodzaju – po klasyce może zabrzmieć jazz, po płycie starej, sprzed półwiecza, coś świeżo wydanego. Ot, normalna kolej rzeczy.

Więc zdarzyło mi się, po kilku tygodniach przerwy, wrzucić do odtwarzacza najnowszy album Queens of The Stone Age (ciesząc się znalezionymi pod choinką biletami na ich czerwcowy koncert na Torwarze), a zaraz potem włożyć w to samo miejsce własny świąteczny nabytek – krążek młodej amerykańskiej kapeli Greta Van Fleet, która zdobyła sobie ostatnio uznanie sporej części Trójkowych słuchaczy.

Ten, kto w swym muzycznym sercu znajduje miejsce na wspólne dokonania Planta, Page’a, Jonesa i Bonhama, nie może nie zareagować

uśmiechem pomieszanym ze wzruszeniem,

słuchając piosenki Highway Tune. Pozornie to proste: wykorzystać naturalne warunki głosowe, zastosować gitarowe (ale nie tylko) patenty – i zagrać jak Led Zeppelin. Pozornie, bo gdyby tak było w istocie, naśladowców mielibyśmy jeszcze więcej niż ma to miejsce, a od udanych kopii roiłoby się w YouTubie albo na sklepowych półkach z płytami. W przypadku trzech braci Kiszków (typowo amerykańskie nazwisko) i ich kuzyna Wagnera „podróba” jest jednak wyjątkowo udana: kipi nieskrępowaną energią, świeżością i radością grania.

Pierwsze przesłuchania całości, czyli dwóch EPek umieszczonych na jednej, trochę ponadpółgodzinnej płycie, to przedzieranie się przez siedem nieznanych utworów okraszonych tym jednym dobrze już przyswojonym. I co się okazuje, przynajmniej gdy chodzi o moje wrażenia? Chłopaki potrafią posługiwać się instrumentami i, jak mnóstwo dwudziestoparolatków, są zafascynowani 

graniem z przełomu lat 60. i 70.

Do tego – powtórzę – barwa głosu Josha Kiszki nieuchronnie prowokująca do porównań z mistrzem Robertem spowodowała zapewne, iż skłonność amerykańskiej czwórki do dziedzictwa LZ przybrała szczególną postać. Można się domyślać, ile razy na próbach przećwiczyli lwią część dorobku Page’a i Planta, jak bardzo ich muzyczna wyobraźnia została naznaczona brzmieniem słynnych Brytyjczyków. Ale nie tylko ich – A Change Is Gonna Come, znakomity soulowy numer Sama Cooke’a,  brzmi w wykonaniu Grety jak wyrwany żywcem z dorobku Janis Joplin. W ogóle, za wybór coverów – drugi to kawałek Fairport Convention – należą się chłopakom duże brawa.

Kwartet istnieje od 2012 roku, w 2018 ma zjechać do Europy, a nawet dać koncert w studiu im. Agnieszki Osieckiej. Będzie więc okazja, by sprawdzić, jak spisuje się na żywo. Co zaś do jego przyszłości – tak jak oczywiste są skojarzenia, tak nieuchronne pytania, czy obecne granie GVF to patent na dłuższą i sporą karierę, czy może punkt wyjścia do przemówienia własnym, bardziej oryginalnym głosem. Czy mamy do czynienia z narodzinami gwiazdy, czy raczej kolejnym przemykającym meteorem, który – nim zgaśnie – zdołał na chwilę poruszyć serca fanów klasycznego rocka?

(Greta Van Fleet, From The Fires, 2017)

[W NaTemat: 6 stycznia 2018]

Śpiewnik Diany Krall

pobrane17

Ta płyta to jeden z dowodów na to, że świat nie cały zwariował, że nie pędzi ciągle jak oszalały do przodu.

[more]

*

Płyta sprzed trzech lat – wydana w lutym 2015 – to już niemal staroć. W bezustannym zalewie tzw. nowości coraz trudniej o poświęcenie uwagi albumom, które ukazały się jakiś czas temu i nic nie wskazuje na to, by miały okazać się wyjątkowymi i wpłynąć choć odrobinę na dalsze losy, w tym przypadku – pop music.

Mam w domu kilka krążków Diany Krall. Przesadziłbym, mówiąc, że to moja szczególnie ulubiona artystka, a jednak jej dokonania –  starannie opracowane i wykonane piosenki o, najczęściej,

jazzowym zabarwieniu 

– budzą sympatię i zainteresowanie. DK jest ponadto żoną Elvisa Costello, śpiewaka, kompozytora i wykonawcy, i ma z nim dwóch synów – bliźniaków (co dodatkowo ociepla wizerunek tej pary w moich oczach, jako osoby podobnie doświadczonej życiowo).

Aż by się chciało napisać, że Wallflower to taka bardziej współczesna wersja American Songbook, gdyby nie fakt, że wśród dwunastu piosenek wybranych przez kanadyjską wokalistkę są utwory napisane nie tylko przez Amerykanów, ale też Anglików, Irlandczyka czy Nowozelandczyka.

Idą święta, czas definiowany jako rodzinny. Ze świecą szukać dziś domów, w których śpiewa się przy tej okazji kolędy. Częściej już spotkamy się z przypadkami stosownych płyt położonych na talerz bądź wrzuconych do odtwarzacza. Wśród zalewu zajechanych do bólu piosenek z dzwoneczkami coraz trudniej znaleźć takie, które wymykają się banałowi (w moim domu są to na przykład krążki rodzin Pospieszalskich albo Steczkowskich). Jak jeszcze dołożyć do tego czas grudniowy w centrach handlowych, gdzie od lat atakują nasze uszy dżinglbelsy, kicz zdaje się nie mieć granic.

Album Krall wydaje mi się świetnym 

zamiennikiem

takiego kolędopastorałkowania, zwłaszcza tego w anglosaskim wydaniu. Sprawdzi się jako nieinwazyjne tło rozmów przy świątecznym stole, snując swe łagodne dźwięki między podłogą a sufitem. Ale równie dobrze, a nawet jeszcze lepiej zadziała, gdy poświęcimy mu więcej uwagi.

Matowy głos Krall kiepsko funkcjonowałby w potężnych, orkiestrowych aranżacjach, tych znanych z wykonań, skądinąd wzorcowych, choćby Franka Sinatry, które z pewnością wybrałaby  Celine Dion. Jest więc zdecydowanie bardziej kameralnie, ale znów – bez prób w stylu, niepodrabialnego przecież, Boba Dylana. Ładność wersji Krall nie ma nic wspólnego z cukierkowatością, z nieznośnym do omdlenia lukrem. Broni ich poczucie smaku: wielka kultura muzyczna, 

dopieszczone aranżacje

zrodzone z tego, że ma się pomysł na opracowanie każdej wybranej piosenki. Nie bez znaczenia na pewno jest fakt, iż nad całością czuwał David Foster. Dominuje wyciszenie – charakterystyczny, ciepły wokal, subtelne chórki, fortepian. Wprowadzane od czasu do czasu smyki tworzą przestrzeń i dodają urody. To naprawdę jest coś: z tak znanych i ogranych zdałoby się numerów jak California Dreamin’ Mamas and Papas, Desperado i I Can’t Tell You Why Eagles, Alone Again Gilberta O’Sullivana  czy I’m Not in Love 10cc uczynić coś bardzo swojego, innego. Jeśli trochę żal, że kilka lat temu Paul McCartney na Kisses On The Bottom zatrudnił Panią Dianę jako pianistkę i nie zaśpiewał z nią nawet jednego duetu, tutaj mamy męskie głosy: Michaela Buble, Blake’a Millsa i Bryana Adamsa.

Ta płyta to jeden z dowodów na to, że świat nie cały zwariował, że nie pędzi ciągle jak oszalały do przodu.

(Diana Krall, Wallflower, 2015)

[W NaTemat: 26 listopada 2017]

cdn – czas do namysłu?

pobrane16

Nie lubię coverów, nowych wersji starych piosenek. Ale w tym przypadku jest inaczej. Zupełnie inaczej.

[more]

*

Nigdy nie przyszło mi do głowy, że trwanie – nielicznych – kapel przez długie lata, przez kilka dekad, to przebywanie 

w strefie komfortu.

Żeby użyć najcięższych dział: na przykład Jagger i Richards, mimo wielu nieporozumień i niedomówień, a nawet nie tak dawnych zapowiedzi rychłego końca, nie przenieśli póki co nazwy The Rolling Stones do historii. I ani mi w głowie podejrzewać, że wynika to między innymi z faktu, że ich solowe płyty nie zbliżyły się popularnością do krążków macierzystej formacji. Nawet jeśli dobra, bardzo dobra nazwa to maszynka do zarabiania pieniędzy, trzeba było czasu, by tak się stało. Nie widzę nic złego w tym, że dyskontuje się – choćby i przez długie lata –  dochodzenie do wysokiego poziomu, pracowanie na to, by zdobyć łaskę słuchaczy. Dyskontowanie postrzegam również w ten sposób, że trzyma się poziom, czyli ciągle walczy o coś, co jest znacznie trudniejsze: by łaski słuchaczy nie utracić. Wielokrotnie udowadniając, że ta maszyna funkcjonuje więcej niż należycie.

A jednak Katarzyna Nosowska mówi o wyjściu ze strefy komfortu, że trzeba przestać podpierać się nazwą Hey i sprawdzić się 

w innych kontekstach.

Można z przekąsem, ironicznie pokiwać głową: łatwo jej mówić, bo ona, będąc frontmanką, ma prostsze zadanie. W dodatku od lat równolegle do działań grupy zajmuje się własną karierą. Ba! Wypracowała już swoją markę, zdobyła wiele nagród, a wręcz doprowadziła do tego, że ostatnie dokonania zespołu, bądź co bądź gitarowego w swych korzeniach, stały się bliźniaczo podobne do jej solowych projektów. Czy jednak tzw. ogół równie dobrze radzi – i poradzi – sobie z nazwiskami Marcina Żabiełowicza, Jacka Chrzanowskiego, Roberta Ligiewicza, Pawła Krawczyka czy Marcina Macuka? Czy, po prostu, osobno są oni w stanie zbliżyć się do poziomu wspólnych nagrań? Zdobyć choć w przybliżeniu podobną popularność, która przełoży się na sprzedaż płyt albo koncertów? Oby moje wątpliwości rozwiał czas.

Póki co – ubolewam nad decyzją o zawieszeniu działalności, odliczając czas do katowickiego koncertu w grudniu w ramach pożegnalnej trasy – „Fajrantu”. Żałuję, bo Hey jest jedyną polską kapelą, która działając nieprzerwanie przez ćwierć wieku, wciąż budzi we mnie żywe i bardzo ciepłe emocje, która – inaczej niż na przykład Kult czy Dżem – nadstawiała ciągle ucha i sprawdzała, co dzieje się w świecie muzyki, zmieniając się i ewoluując.

*

Piotr Metz kilkanaście dni temu poprowadził w Trójce bardzo piękną i bardzo osobistą audycję poświęconą Heyowi i jego ostatniemu, dwupłytowemu wydawnictwu – cdn. Wśród wielu  bliskich mi opinii wygłosił i taką (powtarzam z pamięci): „Muszę się do czegoś przyznać. 

Nie lubię coverów,

nowych wersji starych piosenek. Ale w tym przypadku jest inaczej”. Natomiast ja muszę się przyznać do tego, że bez entuzjazmu przyjąłem informację o albumie złożonym ze starych piosenek w nowych aranżacjach. I nie kupiłem go od razu. Dopiero ta audycja i prezentowany w niej materiał muzyczny sprawiły, że wracając do domu, poczułem nieprzepartą potrzebę zahaczenia o sklep na literę „S”.

Czekałem na to bardzo długo, padły przecież nawet jakieś zapowiedzi – by usłyszeć  zespół taki, jaki pokochałem przed laty – gitarowy. Paradoks cdn polega bowiem na tym, że gitary zrobiły przeciąg w elektronicznym graniu dominującym w ostatnim okresie, że brzmią po prostu oczyszczająco i świeżo.

Od razu trzeba jednak powiedzieć: to dlatego, że niczego po drodze nie spieprzono. Nie próbowano niczego udziwniać ani na siłę zmieniać. Raz jeszcze kapela – razem z producentami całości: CD1 Leszkiem Kamińskim i CD2 Marcinem Borsem i Szymonem Orchowskim – pokazuje swoją wielką klasę. Nawet jeśli w niektórych momentach głos Nosowskiej wydaje się za mało liryczny, a nadmiernie znaczony nikotyną (jeszcze jedna opinia ze wspomnianego programu, tym razem znajomego pana redaktora P.M.: „Wtedy te piosenki śpiewała Kasia, teraz – Katarzyna”).

Nie ma chyba sensu dyskutować nad dokonanym wyborem

dwudziestu sześciu utworów,

zrobili to sami muzycy na etapie przygotowań do pracy nad albumem. Osobiście cieszy mnie całość, choć oczywiście mam swoje typy: szczególną radość sprawiają mi nowe odsłony Teksańskiego (czego zupełnie bym się nie spodziewał), Misiów czy uwielbianego od zawsze Listu, a zachwycają Ja sowa, Eksperyment, 4 pory, Że, Katasza  i – już z racji samej obecności – Moja i twoja nadzieja.

Co zrobi Nosowska w przyszłości – tego nie wie nikt. Być może pochyli się, gdy pośmiertny szum nieco ucichnie, nad swoją N/M, czyli wyszuka nie całkiem oczywiste piosenki Wojciecha Młynarskiego i oświetli je z zupełnie innej strony.  Co zrobią panowie – jeszcze trudniej przewidzieć. Czy będą niczym Krzywański, Ciesielski i Biolik – jak te sieroty bez swojego republikańskiego lidera?

Póki co, choć to przecież jeszcze ciągle przed fajrantem, sam czuję się jak sierota po Heyu, mimo iż członkowie zespołu są młodsi ode mnie. Lecz jeśli zdecydujecie się, proszę pani Kasi i panów, kiedyś powrócić ze wspólnym repertuarem, starym albo i nowym – zagrajcie nam to pięknie.

Świetny materiał muzyczny ukryto w kartonowym pudełku. Do jego środka próbowałem dostać się dwukrotnie: w sklepie (co czynię zawsze, by sprawdzić zawartość) oraz w domu. Bez dodatkowych narzędzi jest to niemożliwe. Szatański koncept, chyba że ma to być dobieranie się do puszki Pandory. Co tam? Co jest w środku? Fanów – moja i twoja nadzieja na ciąg dalszy?

(Hey, cdn, 2017)

[W NaTemat: 19 listopada 2017]

Robert Plant: popowy czy topowy?

pobrane_11

Jeśli ktoś pytałby mnie o najwybitniejszych wokalistów rockowych, Planta wymieniłbym jako pierwszego, a – po chwili krótkiego namysłu – postawił na najwyższym stopniu podium.

[more]

*

Urodzony w 1962 roku, wychowywałem się na muzyce lat 70. a mając znacznie starszych od siebie braci, nie mogłem nie nasiąknąć muzyką poprzedniej dekady. Gdy bardziej metodycznie zacząłem penetrować pop music, wsiąknąłem w tamten okres – dosłownie – po uszy, dokładając sobie jeszcze drugą połowę lat 50. Nie wiem więc, jak to jest być znacznie młodszym i nie wychować się na Beatles, Stones czy Led Zeppelin. Jak to jest odbierać ich, a także nowe nagrania członków słynnych kapel z tamtego czasu, nie nosząc w sobie muzycznych emocji z gatunku tych największych i najgorętszych. 

Jeśli ktoś pytałby mnie o 

najwybitniejszych rockowych wokalistów,

Planta wymieniłbym jako pierwszego, a – po chwili krótkiego namysłu – postawił na najwyższym stopniu podium. Potem dopiero zastanawiałbym się nad Freddiem Mercurym, Jimem Morrisonem czy Mickiem Jaggerem. Plant – bo, po pierwsze, był wokalistą największego łojącego ansamblu w historii rokendrola, a po drugie  – robił z głosem, pozostając w rockowej konwencji, co chciał.   Wyciągał, za sprawą barwy, bardzo wysokie rejestry, był tzw. screamerem: świetnie się darł i krzyczał, ale też, po prostu, pokazywał – i pokazuje do dzisiaj – że umie śpiewać kawałki utrzymane w średnim tempie i potrafi być liryczny.

Spracowana twarz

na okładce nowej płyty, ogorzała od tytułowego ognia, to oblicze niepokojąco niemłodego już idola (pojawiają się wręcz jakieś skojarzenia z Iggym Popem, choć gdzie tam Plantowi do niego, gdy chodzi o igranie z ogniem, to jest – chciałem powiedzieć – z życiem). Zawartość jednak rozwiewa niepokój – RP od dawna prowadzi się należycie, a jego głos wciąż brzmi czysto i pięknie. Wręcz anielsko.

A jak anioły – to i

syreny.

Przed laty sięgnął (na Dreamland, 2002) po kawałek Song to the Siren, interpretując go w bardzo podobny sposób jak osiemnaście lat wcześniej zrobili to Elisabeth Frasier i Robin Guthrie na pierwszej płycie This Mortal Coil. I po kilkakrotnym wysłuchaniu nowej płyty Pana Roberta od skojarzeń z TMC nie umiem się uwolnić. Oczywiście, tam dominowały instrumenty elektroniczne, klawiszowe, u Planta, na szczęście, jest inaczej, pojawia się piano, gitara akustyczna albo smyki. Jest też trochę gitar elektrycznych, zdecydowanie więcej niż na przykład na poprzednim albumie, są – tradycyjnie już – elementy muzyki bliskowschodniej czy afrykańskie bębny, ale całość daje obraz 

krainy łagodności:

wyciszonego wokalu i ładnych melodii, których jednak faktura oraz aranżacja dalekie są od popowego banału. Nawet gdy pod koniec albumu na plan pierwszy wysuwa się brzmienie instrumentów elektronicznych, gitara – na zasadzie kontrapunktu – brzmi szczególnie ostro.
Carry Fire nie zmusza słuchacza do przyklęknięcia. Nie jest to bowiem album wybitny, album, na którym stary mistrz szuka swoich nowych ścieżek. Jest ciągiem dalszym Lullaby and… THE CEASELESS ROAD, co słychać bardzo wyraźnie, zwłaszcza gdy pomiędzy kolejnymi odsłuchaniami nowej płyty włożyć do odtwarzacza tę z 2013 roku – i to może stanowić dla niektórych powód do niejakiego zawodu. Nie mam jednak wątpliwości, że to bardzo dobry zestaw piosenek, kolejny raz dowodzący wielkiego talentu muzyka, który wciąż trzyma poziom i klasę. Powtórzę, co już zdarzyło mi się parę razy napisać: ilu ich jest, ich – starogwardzistów – co ciągle są aktywni i ciągle nagrywają płyty, nad którymi nie sposób się nie pochylić? Tych, co ciągle tworzą muzykę, przy której nie sposób się – z satysfakcją starego fana – nie uśmiechnąć? Szczególnie szeroko na przykład wtedy, gdy w końcówce Bones of Saints cytuje wokalizę z The Battle of Everymore.

(Robert Plant, Carry Fire, 2017)

[W NaTemat: 5 listopada 2017]

Omega na aktywnej emeryturze

pobrane13

Słucham koncertowych wersji utworów, w większości dobrze mi znanych, z rozrzewnieniem i nostalgią, ale i z potwierdzonym po latach wrażeniem, że mieliśmy i mamy nadal do czynienia z zespołem niepospolitej miary.

[more]

*

Dzieciństwo i młodość musiałyby być czymś bardzo niedobrym, by nie chcieć do nich wracać. Moja pamięć, wciąż jako tako dopisująca, sięga czasów coraz bardziej odległych, bo lat 60. – w dodatku, jak coraz częściej się mówi i pisze, ubiegłego stulecia. Okien na świat było wtedy nie za wiele, a większość z nich zaledwie uchylona. Muzyka rockowa przesączała się przez mur berliński wąską strużką, ale dostatecznie wartką, by skazić krew milionów młodych ludzi zza żelaznej kurtyny.

Ówczesne, pożal się, Boże, elity polityczne na różne sposoby próbowały ujarzmić albo przynajmniej zapanować nad zjawiskiem, którego za bardzo nie rozumiały. Skoro już nie można było udawać, że czegoś nie ma, starano się, tak jak całą gospodarkę, narastający

proces szarpidructwa

okiełznać, a że w rękach państwa było praktycznie wszystko, sprawowanie kontroli przychodziło tym łatwiej.

Na różne sposoby więc też próbowano nam wmawiać, że socjalistyczne nie jest gorsze od zgniłego kapitalistycznego, ba! – jest częstokroć znacznie lepsze, bo własne. Jednakże rock zawsze był dzieckiem niepokornym, w odróżnieniu od tradycyjnej piosenki. Właśnie: był, toteż jeden z wentyli stanowiły – tradycyjnie nieliczne – programy muzyczne prezentujące głośne granie z demoludów rodem. Nieocenione usługi w tym zakresie oddał Dariusz Michalski, prowadzący w Trójce, we wtorki, Muzyczną Pocztę UKF i prezentując muzykę „stąd”. Redaktor miał do dyspozycji jeszcze piątkowe Interradio – magazyn informujący o bieżących wydarzeniach. I tak balansując, by i Panu Bogu oddać, co boskie, i diabłu zapalić ogarek, prezentował płyty „najwybitniejszych” przedstawicieli ostrego grania naszego Wielkiego Brata, wynajdywał nawet propozycje rumuńskie albo bułgarskie. Ale wszyscy czekaliśmy na to, co w kadeelach było najlepsze: muzykę z ówczesnej Jugosławii, pewne propozycje z Czechosłowacji albo NRD, ale nade wszystko – przynajmniej tacy jak ja – na krążki wydawane przez 

madziarską Pepitę.

Dobrze grających kapel było nad Dunajem, uwzględniwszy populację naszych bratanków, wyjątkowo sporo, a i paru solistów, jak chociażby Zsuzsy Koncz, też im zazdrościliśmy. Był Fonograf, General, Piramis, Scorpio, ale przede wszystkim dwie formacje: Locomotiv GT (zasłuchany pod koniec lat 70. w Steely Dan) oraz – no właśnie – Omega.

Mam parę pięknie wydanych – to też budziło naszą, Polaków, zazdrość – winyli z tamtych czasów, do których wracam z sentymentem, ale i przyjemnością – zwłaszcza do albumów VI i VIII. W 2001 roku, podczas pobytu na Węgrzech, rozglądałem się za krążkami kompaktowymi, ale, o dziwo, nie natrafiłem na żadne. U nas także pojawiają się z rzadka i zwykle drogie. Dlatego zaskoczyła mnie niedawna oferta MM – Greatest Performances, dwupłytowy zestaw nagrań koncertowych wydany z okazji…

pięćdziesięciolecia

istnienia zespołu, w cenie niespełna dwudziestu złotych.
Słucham tych koncertowych wersji utworów, w większości dobrze mi znanych, z rozrzewnieniem i nostalgią, co nietrudno było przewidzieć, ale i po latach wrażeniem potwierdzonym, a wręcz – świeżym uchem – umocnionym, że mieliśmy i mamy nadal do czynienia z zespołem niepospolitej miary.

*

I cóż z tego, że to mainstream rockowy czasem aż do bólu. Osobiście szczypie mnie w uszy, gdy słucham podobnych rzeczy w trochę innym wykonaniu – grup, o których nikt nigdy nie zapomniał, a ich niektóre utwory zajeżdżono w polskim radiu jak łyse kobyły. Nazwy? Proszę bardzo, już się narażam: Deep Purple i Pink Floyd, dorzucę jeszcze Scorpions. Sam sobie odpowiadam na wątpliwość – dlaczego w przypadku Omegi uwodzi i wzrusza mnie to samo, co w tamtych przypadkach powoduje wręcz zgrzytanie zębami? Bo Omegi od lat nikt nie prezentuje, nie przypomina (poza t y m jednym numerem), a warsztat – co dobrze słychać na omawianym albumie – mają ci panowie wyborny, niczym nieustępujący wielu uznanym i świetnie zarobionym tuzom, nawet jeśli wziąć poprawkę na fakt, iż pięciu niemłodych już muzyków wspomagają na scenie inni. No i wszelkie chwyty tzw. 

rocka stadionowego

– w tym miejscu do wymienionej trójki dorzuciłbym jeszcze Queen – także mają opanowane do perfekcji.

Szczyt artystycznej formy w przypadku Omegi przypada na drugą połowę lat 70. Z tamtego okresu rekrutuje się więc przeważająca część materiału dwupłytowego wydawnictwa. Zawsze oczywiście pojawia się niedosyt, bo repertuar koncertowy „odsiał” kilka bardzo interesujących kawałków (jak choćby dwa numery kończące album Omega VII), lepszych niż niejeden z obecnych w setliście, ale do tego już przywykłem, przyglądając się i przysłuchując przez lata choćby naszemu Dżemowi. Moja żona, z jakichś powodów w czasach licealnych uodporniona na wpływy takich kapel, jak SBB czy właśnie formacje węgierskie („Czego wy w tym Chorzowie wtedy słuchaliście?!” – zapytałem kiedyś ironicznie i z wyrzutem) stwierdziła, że brzmi to archaicznie. Hm, dobrze, ale czy muzyka sprzed kilkudziesięciu lat może ścigać się z powstałą dopiero co? Dobre stare jest lepsze niż takie sobie nowe, powiem krótko. A po przejrzeniu – kolejny raz – artykułu o zespole w wikipedii upewniam się w przekonaniu, że SBB była formacją najbardziej poszukującą w tej części Europy, zaś Omega znakomicie wpisywała się w nurt mainstreamowy. Miała wszelkie dane ku temu, by 

odnieść sukces

zarówno artystyczny, jak i komercyjny, ale duch marksizmu i leni(ni)zmu oraz czujne ręce aparatczyków pilnie czuwały nad tym, by ta bajka o wschodnioeuropejskim Kopciuszku przypadkiem się w okolicach Londynu nie ziściła.

  

Pozostaje ukłonić się nisko kwintetowi, który od dawna tworzą János Kóbor, László Benkő, Győrgy Molnár, Mihály Tamás i Ferenc Debreczeni – za to, czego dokonali przez te wszystkie lata. I z zazdrością odnotować fakt, że na ich olbrzymie, jubileuszowe i stadionowe koncerty zjeżdżają fani nie tylko z całych Węgier, ale z różnych miejsc w Europie, zaś rodzimi Skaldowie obchodzili półwiecze na festiwalu w Opolu (co i tak nie jest pozbawione pewnej wartości). A urodę Leny, jednego z największych przebojów zespołu, pochodzącego z krążka Omega VIII, przyszło mi w pełni, z zachwytem, docenić dopiero dziś.

(Omega, Greatest Performances, 2012)

[W NaTemat: 21 października 2017]