Z Nohavicą zetknąłem się pierwszy raz przy okazji filmu Rok diabła (2002) Petra Zelenki. Do dawnej fascynacji filmami Menzla i Formana oraz powieściami Kundery dołożyły się nowe pozytywne emocje związane ze sztuką ostatnich lat naszych południowych sąsiadów, niekoniecznie tą wysoką: powieściami Michala Viewegha oraz filmami, przede wszystkim Zelenki właśnie.

[more]
Trudno było nie zainteresować się pierwszoplanową postacią tego paradokumentu, choć dotarcie do jej nagrań proste nie było i nadal nie jest. W ogóle – docieranie do płyt wykonawców, zarówno tych sprzed lat, jak i współczesnych, z byłych demoludów jest o wiele trudniejsze niż anglosaskich. Nie znam więc i dziś wszystkich dokonań Pana Jarka, ale coś na półkach mam, a i na dwóch koncertach też byłem – bardzo dobrym w Górnośląskim Centrum Kultury w 2008 roku i słabszym późniejszym w chorzowskim Teatrze Rozrywki.
Nohavica to taki
czeski ekstrakt Dylana i Cohena.
Serwuje literackie teksty, ale jak komuś nie starcza cierpliwości, może oddać się smakowaniu wyłącznie warstwy muzycznej – a tu mamy i barda z gitarą akustyczną, i frontmena zdrowo łojącej kapeli (choć nie na tej akurat płycie). Barda, od razu zaznaczę, który nie śpiewa krwią, czego osobiście nie trawię, ale sercem. Zresztą, po co ja to mówię – czy wyobrażacie sobie, dajmy na to, Szwejka z kuflem piwa w ręce śpiewającego Wysockiego? Jeśli przyjmiemy, że istnieje coś takiego jak charakter narodowy, to Czech kładący się pod radziecki czołg jest zupełnym wyjątkiem, a nie wyobrażeniem sceny zbiorowego samobójstwa z filmu jakiegoś ichniego Poręby.
Nohavica nie jest już artystą młodym, urodził się w 1953 roku, własnych nagrań dokonuje od 1982 roku. O swym najnowszym albumie mówił niedawno na antenie Trójki, że to
jego najlepsze dzieło.
Znamy takie deklaracje artystów i wiemy, iż zwykle najbardziej kochają najmłodsze dziecko. Tyle że, po wielokrotnym już przesłuchaniu materiału, świetnie artystę rozumiem. Wstrzymując się – wobec faktu nieznajomości całej dyskografii – od ostatecznych opinii, stwierdzam, że płyta jest znakomita. I w dodatku bardzo piękna.
Milunost, która podbiła listę przebojów wspomnianej rozgłośni, jest chyba nieźle znana tzw. szerszemu ogółowi. Ale takich wielkiej urody lirycznych piosenek jest na tym krążku więcej – i nie będę ich wymieniał, bo to, lekko licząc, pół płyty. A reszta jest równie dobra.
I znów zazdrościmy Czechom,
że mają coś, czego my nie mamy – Nohavicę. Człowieka, który swoim przekazem dociera zarówno do miłośników klasycznej piosenki, jak i fanów rocka, poruszając się niedaleko wspomnianego Dylana czy Joni Mitchell. I grzejemy się trochę w jego cieple, bo facet jest takim dziwnym Czechem, który lubi Polaków, bardzo dobrze mówi po polsku, ma tu wielu przyjaciół, przyjeżdża i koncertuje po tej stronie Beskidów dość często.
A do tego jeszcze na omawianym krążku na akordeonie gra nasz rodak Robert Kuśmierski. Gra niesamowicie, wpisując się swym udziałem w powstaniu już tylko tej jednej płyty do grona najwybitniejszych akordeonistów, a przecież ten absolwent Akademii Muzycznej w Warszawie ma już na swoim koncie wiele znaczących osiągnięć. Ten instrument doczekał się w ostatnich latach nobilitacji, ale w moich uszach nigdy jeszcze nie brzmiał tak wspaniale jak w najnowszych piosenkach Nohavicy.
