Tie Break & Michał Urbaniak, JazzArt Festival Katowice, Rialto, 26 kwietnia 2013

Świnoujska FAMA w 1983 roku. Z głośników rozwieszonych na latarniach wokół pola namiotowego codziennie słychać było nagrania The Police z Synchronicity oraz Lady Pank z ich pierwszego albumu. Ze scen festiwalowych w różnych częściach miasta atakował punk rock na czele z jedną z legend tej muzyki w Polsce, Śmiercią Kliniczną, oraz nowa siła w polskim jazzie – Pick Up Formation, New Coast i ci, którzy podobali mi się najbardziej, Tie Break.

[more]

Najbardziej, bo ich formuła balansowała gdzieś

między jazzem a rockiem,

w składzie mieli fantastycznego gitarzystę, Janusza (jeszcze wtedy nie Yaninę) Iwańskiego, który grał bardziej w stylu mistrzów bluesa i rocka niż jazzu, oraz frontmena, jakiego od czasów Niemena z przełomu lat 60. i 70. w Polsce nie było – Jorgosa Skoliasa.

Tak się porobiło, że ten ostatni, niestety, niczego specjalnego nie zwojował (fani Dżemu mogą go usłyszeć w trzech utworach na pierwszej płycie, gdzie robi chórki). Tie Breakowi, mimo iż uderzenie young power mocno zamieszało w rodzimym jazzie, też zabrakło szczęścia, ze szczególnym uwzględnieniem życzliwych ludzi w Pagarcie i PSJ. To spowodowało, że były problemy z nagraniem płyty (stało się to dopiero w 1988 roku) oraz wyjazdami zagranicznymi. W ten sposób zespół nie odegrał tak znaczącej roli, jaką mógł, jak obwieszczały to w pierwszych latach 80. wszystkie jaskółki – po zwycięstwie w Jazz Juniors w Krakowie i nagrodzie w Jazzie nad Odrą we Wrocławiu – w obu przypadkach w 1980 roku.

Dziś muzycy zbierają się od czasu do czasu, ale każdy z obecnych członków zespołu (Iwański, „Ziut” Gralak, Mateusz i Marcin Pospieszalscy plus czarnoskóry bębniarz Frank Parker) zajęty jest innymi projektami. A jednak występ w Katowicach, tym atrakcyjniejszy, że z gościnnym udziałem legendy polskiego jazzu, Michała Urbaniaka, zgromadził sporą grupę słuchaczy, także tych, którzy pamiętają zespół z dawnych lat.

I było pięknie, mocno, energetycznie, z pomieszaniem wielu stylów muzycznych.

Nic dla ortodoksów,

którzy chcieliby czystości gatunkowej, prostego przypisania tego, co słyszą, do konkretnej muzycznej szuflady.

Zaczęło się funkująco, potem na scenie pojawił się – w nie najlepszej formie fizycznej – Urbaniak i zabawie nie było końca. Mieliśmy, a jakże, wokalne łobi-jabi, przecież Pospieszalski i Gralak to uwielbiają, ale pozostali dwaj panowie także podchodzili do mikrofonów, bo grano również utwory z tekstem, były gwałtowne jazzowe odloty, było też delikatniej i z melodią. Urbaniak grał na elektrycznych skrzypcach, tylko w jednym z bisów nastąpiła „nieoczekiwana” zamiana miejsc, gdy wziął do ręki saksofon, Gralak zagrał na basie, a Mateusz P. przesiadł się do instrumentu barytonowego.

Dwie godziny bardzo dobrego grania.

O warsztacie muzyków trudno dyskutować, zwłaszcza Iwański i Mateusz Pospieszalski dali się poznać szerszej, rockowej i popowej publiczności – pierwszy współpracował m.in. z Sojką i Maanamem, drugi jest członkiem VooVoo i twórcą repertuaru Zakopower. W przypadku Tie Breaku najprawdopodobniej już nic szczególnego się nie wydarzy, zespół nie podbije żadnego rynku muzycznego. A jednocześnie – jest w tej muzyce to, co najpiękniejsze. Że faceci potrafią bardzo dużo, jest jasne, natomiast to, że im się ciągle chce, że granie sprawia im olbrzymią radość – już takie oczywiste nie jest. A tak było w piątkowy wieczór. I w pełni usatysfakcjonowana publiczność doceniła to wielokrotnie bardzo długimi brawami.

Dodaj komentarz