Szał niebieskich ciał nad samotną filiżanką herbaty

pobrane31

Może trzeba skłonić się ku opinii, że Kora była wokalistką punkową, w dodatku, zupełnie wbrew tej stylistyce, obdarzoną wspaniałą dykcją?

[more]

*

O tym, że Kora walczy z rakiem, wiedzieli chyba wszyscy, nie tylko fani muzyki rockowej i nie jedynie ci o mocno już ugruntowanych peselach. A jednak jej śmierć – ta chwila, gdy wszystko staje się nieodwołalne i nieodwracalne – poruszyła bardzo wielu.

Nigdy nie byłem fanem Maanamu. Z powodu Kory. Nigdy nie porywały mnie głosy, które ze stylistyką mocnego uderzenia miały i mają niewiele wspólnego – i jej też nie. Nic na to nie poradzę, tak mam i tak mi już zostanie. Choć piosenka musi posiadać tekst, głos wokalisty stanowi bardzo ważny, czy nie najważniejszy instrument w zestawie, i powinien być stylowy.Kora nie była wokalistką rockową i nic to, że miała obok siebie bardzo niezłych muzyków. Jednak wobec spraw ostatecznych człowiek raz jeszcze rewiduje swoje opinie, sądy i odczucia, gdzieś tam – i niekoniecznie na dnie – po ludzku czując żal i wzruszenie. Nie będę wdawał się w oczywiste oczywistości, że nie ma dziś takiego zestawu autorów, jakimi w latach 80. i później byli Olga Jackowska, Grzegorz Ciechowski i Lech Janerka.

Może trzeba skłonić się ku opinii, że Kora była wokalistką punkową, w dodatku, zupełnie wbrew tej stylistyce, obdarzoną wspaniałą dykcją. Wystarczy posłuchać [i]Oddechu szczura[/i], spróbować choć przez parę linijek nadążyć za wokalistką – by oddać się zwątpieniu i pokornie skłonić głowę przed mistrzynią.

Tekst niniejszy w swym zamiarze nie ma być żadnym hołdem, ale nie ma też stanowić dowodu w przewodzie sądowym. Choć uwielbiam tropienie bliźniaczych dźwięków w muzyce – w tym przypadku daleki jestem od prokuratorskich zapędów. Sprawa naznaczona jest patyną czasu, a poza tym, upierać się będę, muzyka ma sprawiać radość, a nie dzielić. 

Szał niebieskich ciał, przedostatnia piosenka na debiutanckim albumie Maanamu, bluesidło, był pierwszym kawałkiem grupy, który zaakceptowałem od razu i bez zastrzeżeń. Tylko że jakiś czas potem, w ramach nieustannie trwających – do dziś zresztą – rekolekcji i ślęczenia w oślej ławce nad zaległościami (co nota bene robię ze znacznie większą ochotą niż zapoznawanie się z tzw. nowościami), dotarłem wreszcie do pierwszej z dwóch najmniej klasycznych płyt pewnej klasycznej formacji. Myślę o Led Zeppelin i ich albumie Presence z 1976 roku, a więc o cztery lata wcześniejszego od krążka polskiej grupy. Jeśli cierpliwie – co przecież nie wymaga szczególnych poświęceń, przejść przez całość materiału, dopływając do pozycji numer 7, jeśli odsączyć dwadzieścia dwie sekundy fusów z herbaty bynajmniej nie gruzińskiej, dotrzemy do miejsca pt. „Skąd my to znamy?!”. By już nie przynudzać,  tylko jedno spostrzeżenie: choć z biegiem lat rósł mój szacunek dla umiejętności Ryszarda Olesińskiego, niegodziwością byłoby wystawianie go do wspólnej gonitwy z Jimmym Page’em.

Potraktujmy więc ten minizestaw jako dwa zeznania (znów ta sądowo-śledcza terminologia) w tej samej, muzycznej, bardzo pięknej sprawie. Szał… Maanamu był wtedy tak bardzo inny od reszty ich dokonań, tak osobny, zaś Tea For One dowodziło, iż wysokie loty Zeppelina, aż gdzieś w okolice Since I’ve Been Loving You, ciągle są możliwe.

[W NaTemat: 8 września 2018 ]

Młot bogów

pobrane30

Czas trwania utworu kojarzy się nieodparcie z latami 50. i początkami rokendrola. Jednakże sposób podania tego esencjonalnego dania był w 1970 roku inny i wyprzedzający prawie wszystko, co dotąd nagrano.

[more]

*

Greta Van Fleet braci Kiszków i ich kuzyna Wagnera zdobyła sobie serca niektórych Trójkowych dziennikarzy oraz słuchaczy, szczególnie tych stęsknionych za starym, porządnym łojeniem. Obecność najpierw jednego, a potem kolejnego utworu tego kwartetu na antenie i następnie w samym czubie listy przebojów, każdorazowo przypominała nam o źródle pochodzenia tych dźwięków. Albowiem źródło jest tu jednoznaczne – i jedno.

I pewnie ten fakt sprowokował redaktorów do wciągnięcia do zestawu propozycji do LP3 utworu, który… No właśnie, gdyby nie on i jedna z ostatnich w niedużej kolekcji pocztówek moich starszych braci, formację Led Zeppelin, jak wiele innych, poznawałbym tak naprawdę mocno ex post. Jeden kawałek wiosny oczywiście nie czyni i nie uczynił, ale wpisany we właściwy czas – czas swojego powstania – pozwolił mi na uzyskanie zupełnie innego kontekstu, a pewnie i osobistego, jako konsumenta muzyki, za przeproszeniem, backgroundu.

„W tym czasie położono podwaliny nie tylko pod następny album, ale także pod kolejne trzy – stanowiące szczytowe osiągnięcia grupy. Plant wraz z Page’em stali się kreatywną awangardą formacji, a inspiracje czerpali z wirującego wokół nich bogatego muzycznego potpourri. Dzięki niemu tworzyli muzykę zakorzenioną w przeszłości. Chwilami brzmiała ona jednak jak z innego świata. Powstała w efekcie głębokich przemyśleń i dzięki poczuciu cudownej izolacji, dosłownie i w przenośni”.*

Trzeci album LZ zasmakował mi szczególnie i upływ kolejnych dekad niczego w tym względzie nie zmienił. Wciąż fascynuje mnie  pierwszy w historii rocka set unplugged, którym jest druga strona analogowej wersji płyty, niezmiennie zakochany jestem w najpiękniejszym i najbardziej rozdzierającym bluesie świata, czyli Since I’ve Been Loving You. I wciąż mam ciary na plecach, gdy słucham kawałka, który został nagrany jako jeden z ostatnich. Niezmiennie zachwycony jestem formą – dwiema minutami i dwudziestoma sześcioma sekundami, w których mieści się to wszystko. Czas trwania i nieszczególnie skomplikowana faktura kojarzą się nieodparcie z latami 50. i początkami rokendrola, jednakże sposób podania tego esencjonalnego dania był wtedy – w 1970 roku –  inny i wyprzedzający prawie wszystko, co dotąd nagrano. Prawie, bo wcześniejszy krążek LZ otwiera cechująca się równie potężnym riffem kompozycja Whole Lotta Love.  Do dziś w mocnym graniu nie wymyślono niczego równie spektakularnego, nie bójmy się tego słowa: niczego nowego.

Immigrant Song rozpędza się w piorunującym tempie – sto kilometrów na godzinę osiąga już w trzeciej sekundzie, a gdy w osiemnastej do gitary i wtórującej jej perkusji dołącza porażający mocą bas – zespołu nic już nie jest w stanie zatrzymać. Plant tnie swym głosem powietrze na strzępy i wyśpiewuje „okrzyk wojenny Zeppelinów: „Młot bogów skieruje nasze statki ku nowym lądom, ku walce z hordą, śpiewając i krzycząc, Valhallo, nadchodzę*

Dziś kwestia imigrantów jest niesłychanie nośna i – co istotniejsze – bardzo bolesna na Starym Kontynencie, ale prawie pół wieku temu dwudziestodwuletni Robert Plant co innego miał na myśli – inspiracją stał się dla niego powrót z koncertu na Islandii. A „wspominając pobyt w Bron-Yr-Aur, stwierdził: Kiedy skończyliśmy trasę [po USA] i pojechaliśmy [na miesiąc] do Walii, zespół nabrał nowej dynamiki. Chodziło chyba o zamianę przesytu na nicość, w której przeżywaliśmy tę sielankę.*

Z tej sielanki powstała zaczynająca się od trzęsienia ziemi znakomita płyta. Nawet jeśli – jak pisze biograf Planta – pozostaje najbardziej niedocenioną. 

_________________

* Paul Rees, Życie. Robert Plant, Bukowy Las, 2014.

[W NaTemat:8 kwietnia 2018]

David Gilmour: sukienka żółta do szaleństwa

gilmour_rattle

Miłości, także te muzyczne, trwają albo przemijają. Zeznań przeróżnych na ten sam temat nie brakuje. Pragnienia, by nowe płyty starych mistrzów czarowały z mocą równą nagraniom sprzed lat, są najczęściej nieziszczalne.

[more]

Z rozmysłem unikam pisania o całej ostatniej płycie Gilmoura, by nie popaść w banał, nie tłuc i tak już obitych przez lata fraz. Mr. David bowiem popada raz po raz w

banał autocytatów,

tych nut rzewnych i rozciągniętych, a i trwających bez zmian przez lata. Lecz przecież gdzieś między nimi dosłyszeć można dźwięki mniej oczywiste, mniej flojdowate – i, przyznam – ich moje ucho spragnione jest najbardziej.

Po Rattle That Lock, nawet jeśli zabrakłoby jakichkolwiek innych argumentów na „tak”, warto sięgnąć i cierpliwie słuchać  już tylko dlatego, by dotrzeć do numeru ósmego, choć po drodze natrafiamy na jeszcze jedną smakowitość – Dancing Right In Front of Me.

Po kilku pełnych odurzenia odsłuchaniach The Girl In Yellow Dress głowa mi podpowiada, że przecież ten swing też już kiedyś otrzymaliśmy w muzyce macierzystej formacji DG. W 1971 roku ukazał się album Meddle, a na nim można znaleźć  taką jazzującą perełkę jak St. Tropez.

Zachwyt jednak nie mija,

bo nowa piosenka urody jest wielkiej i najczystszej. To trochę tak, jakbym wszedł do starego hotelu, w którym dobudowano kolejne piętro. Idę korytarzem, którego podłoga wyłożona jest tą samą wykładziną co na niższych kondygnacjach. Drzwi do kolejnych pokojów też znane: na lewo Pink, na prawo Floyd – i tak na zmianę. I nagle ósme spośród nich wyprowadzają mnie w noc…

W niezbyt bezpieczną dzielnicę, w podejrzaną ulicę, na której kręci się sporo typów spod ciemnej gwiazdy. Naciskam klamkę i wchodzę do knajpy. Też szemranej. Ciemno w niej, powietrze tak gęste od dymu, że można by siekierę zawiesić (Careful With That Axe Eugene). 

Przy paru zaledwie stolikach widzę sylwetki nielicznych konsumujących – degustujących raczej drinki niż zagrychę. W kącie samotnie siedzi niewiasta. Nie młódka już, może czterdziestka, ale taka, że każde 

męskie oko musi choć na chwilę zawiesić się na niej.

Sączy jakiś alkohol, w prawej dłoni trzyma zapalonego papierosa. Wzrok ma nieobecny, zatopiony gdzieś na dnie szklanki. Jest smutna, ale smutkiem, który łzy ma już jakiś czas za sobą. Tylko ból wciąż czai się w jej oczach.

Z kontemplowania tego widoku wyrywa mnie głos wokalisty i gitarzysty jednocześnie. Spoglądam na niewielką scenę. Pianista gra swoje nuty, trzymając wargami resztę papierosa. Facet od basu jest gdzieś daleko stąd, palcami głaszcząc struny swego instrumentu. Perkusista, najwyraźniej nieco już zawiany, stylowo omiata bębny. W pewnej chwili odzywa się saksofon, jakby naćpany i tęskny zarazem. Dźwięk instrumentu wywołuje chwilowy grymas na twarzy kobiety. No tak, więc to dla niej gra. To jej opowiada o tym, co było piękne jak nic nigdy wcześniej na świecie, a skończyło się banalnie i okrutnie pospolicie jak większość takich historii. 

Muzyka snuje się po sali,

zespół jest świetny, zupełnie z innej bajki niż ta knajpa. I chciałoby się, by grał nadal, wciąż i jeszcze. Tymczasem kobieta dopija drinka i szybko podnosi się z miejsca. Wychodzi, nie spoglądając nawet na scenę. Saksofonista gra nadal, tylko jakby jeszcze bardziej skulony, jeszcze mocniej pochylony ku ziemi. 

Chciałbym doczekać końca utworu, ale wychodzę na ulicę w ślad za piękną kobietą, gnany jakimś irracjonalnym impulsem. Muzyka cichnie z każdym moim krokiem. A ona – pani, dama, zjawa – znika niespodziewanie z oczu za pierwszym rogiem. 

Nie ma więc już ani jej, ani muzyki. Zatrzymuję się bezradnie, nie wiedząc, co ze sobą dalej począć. Pozostaje tylko wspomnienie – dziewczyny w żółtej sukience, którą była kiedyś. W piosence.

[W NaTemat: 1 lutego 2016]

„Lubię żartować i grać w blasku słońca moją muzykę”

miller_band_joker

Przepis na piosenkę jest podobno bardzo prosty. Tyle że tylko niektórym autorom i zwykle z rzadka udaje się dotrzeć do istoty tej prostoty.

[more]

*

Jest mnóstwo amerykańskich wynalazków, które nieszczególnie przyjęły się w Europie. Jednym z nich jest Steve Miller ze swoim bandem. Spora popularność zespołu w USA nieszczególnie przeniosła się za ocean, a w Polsce kojarzymy tak naprawdę dwa utwory: będący przedmiotem niniejszej „rozprawki” oraz późniejszą o dziewięć lat Abracadabrę.

Kapela powstała w 1966 roku w San Francisco, wydała osiemnaście studyjnych albumów z premierowym materiałem, z czego pierwszych osiem do 1973 roku.

Właśnie w owym, nota bene jednym z najbardziej magicznych w rocku 1973 roku, ukazał się album zatytułowany tak samo jak najsłynniejszy utwór kapeli –  The Joker. Przepis na piosenkę jest podobno bardzo prosty. Tyle że tylko niektórym autorom i zwykle z rzadka udaje się dotrzeć do istoty tej prostoty. Większość tzw. przebojów już po paru miesiącach przykrywa bezpowrotnie kurz, a jedynie nieliczne zupełnie nic nie robią sobie z upływającego czasu.

Ani trochę nie dziwię się rozkołysaniu i szczęściu na twarzach ludzi oraz ich niemilknących brawach, co tak świetnie widoczne jest w poniżej zamieszczonym klipie. Chciałbym być tam wtedy razem z nimi.

I’m a joker

I’m a smoker

I’m a midnight toker

I get my lovin’ on the run

I’m a picker

I’m a grinner

I’m a lover

And I’m a sinner

I play my music in the sun

[W NaTemat: 29 listopada 2015]

Patrząc wstecz i tęskniąc za Jenny

mayall_jenny

Wiele lat temu w Trójkowym „Bielszym odcieniu bluesa” panowie Mann i Chojnacki kończąc prezentację nagrań Johna Mayalla, zaproponowali słuchaczom stworzenie listy dziesięciu najlepszych utworów artysty. Ku chyba nie tylko ich zaskoczeniu na samym szczycie zestawienia pojawiła się „Jenny”.

[more]

Na krążku Looking Back (1969), siódmym w dorobku Mayalla, ojca i mistrza brytyjskiego bluesa, zebrała się cała plejada znakomitych muzyków, w sporej mierze jego wychowanków: między innymi Eric Clapton i Jack Bruce (obaj Cream), Mick Taylor (Rolling Stones), bębniący z wieloma bardzo i trochę mniej znaczącymi Aynsley Dunbar, basista John McVie, perkusista Mick Fleetwood i Peter Green. Trzej ostatni wymienieni to podpory pierwszego, nie tylko dla mnie najlepszego wcielenia Fleetwood Mac.

O wielkiej urodzie ballady, której autorem jest sam Mayall, w olbrzymiej mierze decyduje – obok zrezygnowania z perkusji – jeden z gigantów bluesowej i rockowej gitary, Peter Green – dobywający ze swojego instrumentu dźwięki wyjątkowe i pełne szlachetnej delikatności. Ktoś, kto z pewnością wytyczył nowy szlak gitarowego elektrycznego grania. Wielu do dziś podąża jego tropem, a do absurdu i całkowitego spospolitowania (śmiem twierdzić) doprowadził ten sposób obsługi sześciostrunowego instrumentu Gary Moore. Green to jednak zupełnie inna bajka…

[W NaTemat: 15 marca 2015]

Igrajet kamanda Pinka Fłojda

more

Czy gdy mówimy „Pink Floyd”, zawsze mamy na myśli to samo? Czy wśród znudzonych już ciągłym wynoszeniem zespołu na ołtarze wywołuje to tylko wzruszenie ramion, a wszyscy zagorzali miłośnicy kochają go za to samo?

[more]

*

Czy gdy mówimy lub słyszymy „Pink Floyd”, mamy pewność, że zawsze chodzi właśnie o „to”, a nie o nic innego? Czy wśród znudzonych ciągłym wynoszeniem zespołu na ołtarze ta nazwa wywołuje już tylko wzruszenie ramion, a wszyscy zagorzali miłośnicy kochają go za to samo? Czy, wreszcie, można nie tolerować pewnych płyt, a cenić i/lub uwielbiać inne? Odpowiedź jest oczywista.

Wściekłej psychodelii, przede wszystkim pierwszego albumu, sam uległem niedawno, za to całkowicie. Czas The Dark Side of The Moon i kolejnych krążków wydawanych w dwuletnich odstępach pozostanie najsłynniejszy i najlepiej rozpoznany przez szerokie rzesze wyznawców grupy. W obu okresach prawie zawsze znajdowało się miejsce na wyciszenie, na gitarę akustyczną. Na piękną balladę.

Pierwszą porcję takiego grania otrzymaliśmy w lipcu 1969 roku na płycie More – w wielkim pośpiechu powstającym materiale będącym muzyczną ilustracją do filmu Barbeta Schroedera (podobno poganiany kwartet uwinął się z robotą w osiem dni). 

Dość rzadko wraca się dziś do tych utworów, a ja mam do nich wielką słabość. Wynika to z dwóch prostych faktów. Pierwszy to ten, że moi starsi bracia mieli tę płytę nagraną na jednej ze swych nielicznych taśm magnetofonowych. Drugi natomiast związany jest z uczestnictwem w obozie we Francji w 1977 roku. W ośrodku był do dyspozycji (niezbyt wysokich lotów) gramofon, a obok niego leżało bezpańsko kilka płyt. Po jedną z nich wyjątkowo chętnie sięgał pewien bardzo przystojny, długowłosy francuski nastolatek. 

To była właśnie More. Okładkę, nieco już sfatygowaną, wielokrotnie i nabożnie brałem do rąk i uważnie studiowałem. Dziś, po wielu, wielu latach, nawet jeśli potraktować ten materiał jako swego rodzaju szkicownik – tak wiele utworów na jednym krążku, nie licząc kolejnego filmowego dzieła Obscured By Clouds (1972), pojawiło się dopiero na The Wall – jest to szkicownik, jak przystało na wielki zespół, urody niepospolitej.

A w nim pod trzecią pozycją pojawia się przepełniony smutkiem i nostalgią numer Crying Song ozdobiony w finale solem gitary elektrycznej, którego autorstwa nie sposób pomylić. Dwa tracki dalej mamy Green Is The Colour, balladę w klasycznym, akustycznym wydaniu. Na proste akordowe granie gitary rytmicznej nałożone są jednak subtelne dźwięki gitary solowej, a całość wzbogaca jeszcze cudownie lekka partia fortepianu Wrighta oraz flet. A zaraz potem jeszcze jedna perła: Cymbaline. Znów świetne piano i nieoczywista piosenkowość. Element niepokoju słyszalny od samego początku rozrasta się wciąż mocniej i mocniej. Gitara oraz fortepian znikają, pozostają tylko psychodeliczne organy i bębny. Ta pieśń chyba bardzo zainspirowała panów z Rare Bird – w skądinąd bardzo dobrym kawałku House In The City.

Sporą porcję łagodności PF zaserwowali też rok później, na drugiej stronie Atom Heart Mother. Ale o tym to już może przy innej okazji.

*

Tytuł tekstu ma źródło w czymś niewiele młodszym niż More. Stare radioodbiorniki radiowe odbierały kilka zakresów fal, w tym krótkich. Jakość dźwięku była kiepska, stacje ciągle „uciekały”, odstrajały się, ale zdarzało się wśród nich namierzać te z mową naszego ówczesnego wielkiego brata. I gdzieś pojawiła się taka właśnie zapowiedź: „Igrajet kamanda Pinka Fłojda”.

[W NaTemat: 28 września 2014]

Największy rockman z Kanady

neil_young_freedom

Od 1966 roku mieszka w Stanach, współpracuje i nagrywa z muzykami amerykańskimi, ale nigdy nie zrezygnował z kanadyjskiego paszportu: Neil Young.

[more]

Urodzony w 1945 roku w Toronto kompozytor, autor tekstów, wokalista i gitarzysta – samouk ma tak bogatą biografię, wciąż – mimo upływu lat – jest tak aktywny, że próbować ogarnąć jego dzieło jest ekwilibrystycznym zajęciem. W tym miejscu skupię się więc na jednym małym, za to bardzo smakowitym szczególe.

W 1989 roku Young rozstał się z wytwórnią Geffen i powrócił do (macierzystej w jego przypadku) Reprise. Powrócił albumem, nomen omen, Freedom, na który złożyły się m.in. utwory wydane wcześniej tylko w Japonii i Australii na EPce Eldorado czy odrzuty z innych sesji nagraniowych, a także klasyk On Broadway. Życzyć by należało wszystkim wykonawcom, by dane im było dysponować takimi pozostałościami – płyta jest po prostu bardzo dobra.

Album spina rewelacyjny kawałek zaprezentowany w dwóch wersjach, akustycznej i elektrycznej – Rockin’ In The Free World. Wersja otwierająca nawiązuje do nurtu balladowego, a nawet – jak się trochę uprzeć – folkowego w twórczości artysty (dominują w niej dylanowskie gitara akustyczna i harmonijka ustna), zaś kończąca pokazuje Younga jako bezkompromisowego rokendrolowca, który potrafi solidnie dosypać do pieca.

Nic dziwnego, że zupełnie inne pokolenie – grunge – dojrzalo w nim jednego ze swych największych mistrzów. Szczególną atencją obdarzyli go panowie z Pearl Jam, czego dowodem jest także włączenie na stałe rzeczonego utworu do swego repertuaru. Youngowi i PJ zresztą od lat jest po drodze – i on, i oni zaangażowani są w sprawy społeczne, a wzajemny szacunek dla swych dokonań zaowocował przyjaźnią i wieloma wspólnymi występami.

Ostatni z dołączonych filmów pochodzi z koncertu w Toronto, a więc dla Younga domowego, Muzyk ma wtedy, nie wypominając, sześćdziesiąt sześć lat. Kondycji można tylko pozazdrościć. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Rokendrol jednym zabrał życie, innych wyśmienicie zakonserwował.

{W NaTemat: 19 czerwca 2014]

Jeżeli możesz, zapamiętaj

bd_uspavanka

Pisząc o Bijelo Dugme, a więc i, oczywiście, o Goranie Bregoviciu, zostawiłem sobie coś na deser. Jeśli bowiem sięgam od czasu do czasu do wersji oryginalnych i coverów tych czy innych utworów, to ten pan – z racji skali zjawiska, liczby kolejnych powrotów do swoich kiedyś już nagranych i wydanych na płytach piosenek – mógłby być bohaterem nie tylko krótkiego tekstu, ale całej dysertacji.

[more]

Ako možeš zaboravi (Jeśli potrafisz, zapomnij) to znakomity, wielkiej urody kawałek pochodzący z albumu Uspavanka za Radmilu M. (1983). To była już końcówka współpracy lidera z pierwszym i, co tu dużo mówić, najlepszym wokalistą zespołu, Željko Bebekiem.

Dziesięć lat później ukazał się soundtrack do Arizona Dream, filmu Emira Kusturicy. Trzy utwory zaśpiewal tam sam Iggy Pop. Długo wahał się, czy przyjąć propozycję współpracy od kogoś nieznanego w zachodniej branży. Zdarzyło się, że trafił, bodaj w Nowym Jorku, do knajpy prowadzonej przez emigranta z Bałkanów. Popijając coś mocniejszego, zwierzył mu się ze swoich wątpliwości.

– Bregović?! Nie zastanawiaj się, w Jugosławii to był bóg! – usłyszał w odpowiedzi.

Z kronikarskiego obowiązku odnotuję też, że jedna z wersji tej piosenki pojawiła się na wspólnej płycie GB z Katarzyną Szczot.

[W NaTemat: 9 czerwca 2014]

P.S. Mija ponad rok od napisania obu tekstów o Bijelo Dugme. I stwierdzam z przykrością, że niepojęte są dla mnie wygłoszone kilka miesięcy temu słowa poparcia Gorana Bregovicia dla polityki Putina. Niezbadane, jakimi ścieżkami podążać mogą myśli syna Serbki i Chorwata. Ale to takie niemuzyczne już uwagi.

Każdy ma swojego Psycho Killera

th_psycho

Lata 1973 i następne to okres artystycznego przesilenia, jakie dopadło pierwszych mistrzów rocka. Choć ciągle powstawały dzieła z tych najwybitniejszych – z „The Dark Side of The Moon” czy „Larks’ Tongues in Aspic” na czele, coraz wyraźniej dokonywał się zjazd po równi pochyłej. Tymczasem w gitarowym graniu raczkowało nowe. Proste, wręcz prymitywne jak rock and roll z lat 50., a jednocześnie gwałtowniejsze niż wszystko, co powstało dotąd.

[more]

Na Wyspach Brytyjskich rodziły się w 1973 i 1974 roku składy stanowiące początki The Clash i Sex Pistols, a po drugiej stronie oceanu Television czy Talking Heads. Tę ostatnią formację utworzyli starannie wyedukowani młodzi ludzie – David Byrne, Chris Frantz, Jerry Harrison i basistka Tina Weymouth. Choć związani byli z nowojorską sceną punkową, stanowią raczej wzorzec post punka albo nowej fali.

TH debiutancki album wydali w 1977 roku, a Psycho Killer jest przedostatnim numerem na tym krążku. Był przebojem nawet w Polsce, ta muzyka nie brzmiała przecież groźnie i nie zawierała w sobie elementów mogących powodować szczególne rozdrażnienie tzw. czynników. Natomiast stanowiła źródło inspiracji dla wielu wykonawców na całym świecie. Słychać bardzo wyraźnie, że dla Johna Portera i wczesnego Porter Bandu także.

Utwór, w zupełnie innej aranżacji, znalazł się ponadto na drugiej koncertowej płycie w dorobku grupy – Stop Making Sense z 1984 roku. Natomiast zespół, rozwiązany w 1991 roku, w 2002 roku trafił do Rock and Roll Hall of Fame, a cztery jego albumy znalazły się wśród pięciuset najważniejszych w rankingu magazynu „Rolling Stone” sporządzonym rok później.

[W NaTemat: 29 kwietnia 2014]

Pęknięte ogniwo w łańcuchu Alicji

aic_rooster

To z niedzielnej – przed laty – audycji Wojciecha Manna dowiedziałem się, że zmarł Layne Staley, wokalista Alice In Chains. „Następny” – pomyślałem z bólem rockfana.

[more]

Tak jak Kurt Cobain – urodzony w 1967 roku, przez całą dekadę beznadziejnie uzależniony. „Wiem, że jestem bliski śmierci, brałem crack i heroinę od lat. Nigdy nie chciałem zakończyć życia w ten sposób” – powiedział w wywiadzie udzielonym trzy miesiące wcześniej. Tę ostatnią datę ustalono na 5 kwietnia, ale ciało wokalisty znaleziono dopiero po dwóch tygodniach.

Mijało już sześć lat od wydania Unplugged. Jerry Cantrell finalizował swój drugi solowy projekt. A przecież oni dwaj: ten wokal i ta ujadająca gitara – stanowili o brzmieniu kapeli. Gitarzysta jeszcze w marcu 2002 w jednym z wywiadów powiedział, że członkowie zespołu wciąż liczą na wspólne nagrania. Ale czy miał na myśli także Staleya? Ten, od lat zamknięty w sobie,  wycofany, stroniący od ludzi, potwornie wychudzony, był już wtedy na ostatniej prostej.

 

I zawsze w takich razach pojawia się to trywialne, ale jakże bolesne w obliczu nieodwołalnych, ostatecznych zdarzeń pytanie: czy tak musiało się to skończyć? Pytanie tym wyraźniej zadawane, im trudniej oprzeć się wrażeniu, że AIC jest dziś tylko cieniem samej siebie.

Pozostały płyty, jest muzyka. Nierówna, ale w wielu momentach bardzo dobra, na przykład na krążku Jar of Flies. Są znakomite numery, a wśród nich ten mój najukochańszy: Rooster. Jeszcze jeden rockowy kawałek, w którym powraca wojna w Wietnamie. Autorstwa Cantrella, a poświęcony jego ojcu. Dirt, druga płyta zespołu, 1992 rok.

[W NaTemat: 16 kwietnia 2014]