Pokochawszy

pobrane26

Drugi dzień 4. Śląskich Targów Książki. Podpisana lista obecności na spotkaniach z Rafałem Olbińskim, Ignacym Karpowiczem, autorką książki o Krzysztofie Kieślowskim, Katarzyną Surmiak-Domańską, oraz profesorostwem Lucyną Kirwil i Jerzym Bralczykiem.

[more]

*

Spotkanie z  profesorską parą – psycholog Lucyną Kirwil i językoznawcą Jerzym Bralczykiem – z okazji wydania ich wspólnej książki „Pokochawszy. O miłości w języku”. Radością było słuchać obojga małżonków, jak mówią o mowie zakochanych. Ale radością było też patrzeć, jak reagują na siebie, jak do siebie się odnoszą – w trzydziestym siódmym roku małżeństwa.Z ust profesora w pewnym momencie popłynęło jedno z najpiękniejszych miłosnych wyznań, jakie dane mi było słyszeć lub czytać: „Wolę się z tobą kłócić, niż z kim innym zgadzać”. Cóż to byłby za cudowny szlagwort piosenki! Tylko kto miałby ją napisać, skoro Przybora, Osiecka i Młynarski nie żyją? Cygan, a może Nosowska?

Skoków narciarskich skok na bulę

Jeśli zabraknie świetnych Austriaków, zniknie najpewniej forsa sponsorów, zmaleje zainteresowanie mediów i kibiców. Znikać będzie coś, co przyjdzie odbudowywać przez lata, a może nie uda się tego odtworzyć już nigdy.

[more]

*

Jak się ma w najbliższej rodzinie dwóch dziennikarzy zajmujących się sportem, nie sposób od tej dziedziny życia zupełnie się uwolnić. Zwłaszcza jeśli tak naprawdę wcale tego się nie chce, jeśli zmagania ludzi uprawiających tę czy inną dyscyplinę budzą żywsze bicie serca.

*

Znów mamy taki czas, gdy możemy cieszyć się wynikami naszych skoczków narciarskich. Nawet gdy powiemy, że Kamilowi Stochowi nie pozostało nic innego, niż wygrać Turniej Czterech Skoczni, bo po drugim konkursie cyklu odpadł z rywalizacji Kraft, a po trzecim Freitag. Nawet gdy zauważymy, że rywale w konkursie drużynowym MŚ w lotach robili wiele, by na podium się nie znaleźć. Nawet gdy odnotujemy nieobecność w ekipie Norwegów Tandego w minionym dopiero co weekendzie w Zakopanem. 

Już niebawem olimpiada, na której skoczkowie będą naszymi największymi nadziejami medalowymi, a w marcu finisz zmagań o Kryształową Kulę i wielkie szanse na jej kolejne zdobycie przez naszego mistrza.

*

Skoki narciarskie stały się polskim

sportem narodowym

odkąd Adam Małysz przeskoczył swoje najśmielsze marzenia i zapomniał w swoich podniebnych lotach o perspektywie patrzenia na świat z góry, ale z pozycji dekarza. Dał rodakom, zwłaszcza zimową porą, powody do dumy i radości, jakiej nie przeżywaliśmy od dawna. Stabilizacja jego formy na najwyższym poziomie była czymś mało znanym wśród reprezentantów naszego kraju. Gdy przyszedł nieco gorszy czas, gdy zajmował miejsca w drugiej dziesiątce, zdarzało mi się mówić, siedząc przed telewizorem, że jeszcze za tymi nastymi miejscami w skokach zatęsknimy, gdy Małysz zakończy karierę. Ku kolejnemu zdumieniu i kolejnym radościom – stało się inaczej. Z grubsza każdy wie, jak.

Ale, ale… Mój syn już parę lat temu mówił, że coś jest nie tak, skoro w mistrzostwach Polski startuje niewiele ponad trzydziestu zawodników. W grudniu 2017 było podobnie. Drużynę narodową mamy mocną jak nigdy, szczyt formy przeżywa Stefan Hula, rekompensując gorszą dyspozycję Kota i Żyły. Tyle tylko, że najmłodszy z tej piątki ma dziś dwadzieścia siedem lat, a następców jakoś nie widać. Znów chciałbym się mylić i wierzyć, że talent Pilcha, inaczej niż Ziobry czy Bieguna, rozkwitnie na całego, a kilku innych chłopaków dzielnie będzie mu asystować.
Bo od czasów Małysza jest zainteresowanie kibiców, mediów i sponsorów. Gdy są pieniądze, wszystko jest łatwiejsze. W skali kraju, ale i całej dyscypliny. A ta – bardzo pragnę raz jeszcze się mylić – zdaje się 

powoli umierać.

Wystarczy prześledzić to na przestrzeni owych kilkunastu lat, jakie dzielą nas od pierwszych sukcesów Adama M. Skoki coraz bardziej stają się sprawą kilku zaledwie nacji. To będzie tak długo nieistotne, jak długo dyscyplina pozostawać będzie w gronie sportów olimpijskich. Bo póki do wywalczenia będą medale igrzysk, póty sztaby ludzi w paru miejscach na świecie będą z uwagą pochylać się nad wyjściem z progu i punktem K. Znajdzie się kasa – i nadzieja, że nasi chłopcy też ją będą mieli, posiadając tym samym zdolność do wyszarpywania kawałków ciągle atrakcyjnego tortu (bo był już czas, gdy polskie skoki przypominały saneczkarstwo z okresu, gdy tory śniegowe zamieniono na lodowe i świat nam raz na zawsze odjechał).

Nacji walczących – i to nie tylko o najwyższe laury, ale w ogóle walczących w trzech klasach rozgrywkowych, jest niewiele. Finowie, od zawsze potęga narciarska, w czasach Małysza lśniąca koalicją Ahonena z braćmi Hautamaekimi i jeszcze paroma niewiele mniej utalentowanymi, są dziś w czarnej nocy okołobiegunowej. O zbłąkanym choć jednym Szwedzie słuch zaginął, gdzieś tam trzepią w bule jeden Bułgar, jeden Rumun i kilku Turków, Koreańczyków (byle do olimpiady) oraz Estończyków. Szwajcaria, w czasach Fortuny, Pawlusiaka i Krzysztofiaka potęga, wraz z przejściem Ammanna na emeryturę będzie miała okazję stać się kolejnym krasnoludkiem. Kto wie, może niewiele lepsze perspektywy będą mieli Japończycy po odpięciu nart przez Kasaiego. Rosjanie, kiedyś liczący się, całkiem niedawno mający w składzie Karelina (zginął w wypadku samochodowym), a ostatnio Klimowa (zdawało się, wielki talent), w sobotę przeskoczyli jedynie buloklepów z Kazachstanu. Czesi (moje pokolenie pamięta Raškę i Hubača, a jeszcze rok – dwa lata temu byli Koudelka, Janda i Hajek) zamiatają ogony, nie wystawiając nawet – podobnie jak Włosi czy Francuzi – drużyny w mistrzostwach w lotach. Kruczek, jak widać, reprezentantom Italii nie jest w stanie pomóc, Francuzi po zakończeniu kariery przez Chedala jeszcze w poprzednim sezonie mieli Sevoie, ale dziś nie radzi on sobie zupełnie, a inni ubijają zeskoki w pucharze kontynentalnym czy zawodach fiscupowych. O chłopakach zza oceanu od dawna już nie da się mówić poważnie.

Nadzieja, przyszłość skoków zdaje się być 

w rękach Austriaków.

Przedstawiciele tej nacji, z powodzeniem, prowadzą kadry Polski, Niemiec i Norwegii. Pora wywalić z roboty Schallerta (Czechy) i, przede wszystkim, Kutina, który nie radził sobie parę lat temu u nas, a teraz rozwala potęgę, wydawało się, nie do rozwalenia, czyli Austrię właśnie, słabą jak nigdy dotąd. Bo jeśli skoczkowie z okolic Innsbrucka, Bischofshofen i Kulm przestaną, tak jak Finowie, liczyć się w rozgrywkach o najwyższe laury, wieszczę całej dyscyplinie schyłek. Pozostaną co prawda Niemcy i Norwegowie, ale oni są mocni w wielu innych dyscyplinach zimowych, mogą nie mieć aż takiego ciśnienia, by łożyć na tę akurat dyscyplinę. No i Słoweńcy, którzy zawsze mogą rozegrać między sobą trochę lepszy lub trochę gorszy turniej o wielką nagrodę Planicy. 

Jeśli więc zabraknie świetnych Austriaków, zniknie najpewniej forsa sponsorów, zmaleje zainteresowanie mediów i kibiców. Jeśli z czasem zamierać będą ich słynne skocznie, znikać będzie coś, co przyjdzie odbudowywać przez lata, a może nie uda się tego odtworzyć już nigdy. Jeśli nie będzie można liczyć na pieniądze (nb. dużo mniejsze niż w futbolu czy tenisie) w formie nagród dla najlepszych, jeśli producenci przestaną interesować się zmianami, poszukiwaniami nowinek technologicznych w sprzęcie, cały ten latający cyrk zacznie się zwijać. Jako kibic myślę sobie: oby nie skończył jako zabawa dla garstki zapaleńców, co to sami przecierają tory na rozbiegach niszczejących skoczni i uklepują zeskok. Ot, taki bajer dla wtajemniczonych w czasie wolnym od innych zajęć. Prawie jak bojery.

[W NaTemat: 31 stycznia 2018]

WykopaLISKA PRZEBOJÓW 2016

Nigdy dotąd nie bawiłem się w jakiekolwiek rankingi. Skoro jednak uległem i dałem się namówić kolegom blogerom, by sporządzić osobistą listę płyt 2016 roku, nie będę tego faktu ukrywał, a wręcz czuję wewnętrzny imperatyw, by się ze swoich wyborów choć trochę wytłumaczyć.

[more]

Takie zestawienia to bardzo trudna sprawa. Nagle próbujemy zaprząc statystykę i matematykę do dziedziny niechętnie poddającej się takim zabiegom, niewymiernej. I w ten sposób odbijamy się od  

boków trójkąta 

niekoniecznie równobocznego: boku pierwszego, czyli tego, co spodobało nam (mi) się szczególnie; drugiego, czyli tego, co uznajemy za ważne, choć niekoniecznie mocno nas (mnie) ujęło; trzeciego wreszcie, czyli tego co – wydaje się – że wypada odnotować. I wpadamy w pułapkę, kręcąc się jak mucha w zamkniętym słoiku. Nie pozostaje więc nic innego, jak mrugnąć okiem, uśmiechnąć się, raz jeszcze podkreślić, że to tylko zabawa – i, też nie pierwszy raz, z uporem starego ramola stwierdzić, że dopiero czas pokaże, co było przez te dwanaście miesięcy najbardziej istotne, co przetrwa(ło) próbę dni i lat. 

*

Tak przy okazji, tytułem pierwszej dygresji – ciekaw jestem, czy za parę lat odkryję – na swój osobisty użytek – jakiegoś wykonawcę, który pojawił się właśnie teraz – bo to są bardzo miłe, czasem po wielu latach, zaskoczenia.
I druga dygresja – chyba równie ciekawa byłaby osobista lista typu The Best of 2016 sporządzona w odniesieniu do płyt zakupionych w tym właśnie roku (pod warunkiem, że gdzieś takie nabytki się odnotowuje). W tym miejscu trzeba by przyznać się nie tylko do wcześniejszego nieposiadania, ale wręcz nieznajomości tego czy innego krążka. 
Nie powiem nic odkrywczego – ani dla siebie, ani dla tych, którzy jakoś tam obserwują tego bloga – jeśli nazwę siebie archeologiem albo raczej 

pospolitym dinozaurem,

coraz bardziej uparcie wyszukującym płyty stare i bardzo stare, ze szczególnym uwzględnieniem tych, których wcześniej nie dane mi było poznać (chodzi jednak najczęściej o wykonawców, których nazwiska lub nazwy nie są nieznane). W ten sposób odwalam robotę Syzyfa, próbując zasypać dół nie do zasypania albo skonsumować ocean łyżeczką do kawy. A ocean rozlewa się wciąż bardziej, bo nawet jeśli po przekroczeniu pięćdziesiątki coraz trudniej zachwycić się nową płytą, książką czy filmem, to – na szczęście – nadal wychodzą na świat dzieła większe i mniejsze, które powodują szybsze bicie serca. Dzięki którym człowiek nadal potrafi się wzruszyć. A to pozwala z kolei z pewną ulgą odnotować, że wciąż jeszcze się żyje.

*

1. Mając problem z miejscami na podium i zupełnie nie radząc sobie z ustaleniem dalszej kolejności, jednego jestem absolutnie pewien: moją płytą ubiegłego roku jest

Post Pop Depression  Iggy’ego Popa 

i Josha Homme’a. I nie mam też wątpliwości, że to zasługa przede wszystkim drugiego z wymienionych. Homme, lider Queens of The Stone Age, stał się dla mnie ukochanym artystą rockowym XXI wieku. Nie doszło do tego nagle, ale płyta …Like Clockwork (2013) znokautowała mnie zupełnie. A ta nowsza, podpisana przez Popa, Homme’a, Fertitę i Heldersa, utwierdza mnie tylko w przekonaniu o wybornej formie JH. Ale Popa także, oddajmy cesarzowi co cesarskie. IP dobrał sobie dużo młodszych od siebie współpracowników i bez wątpienia nagrał jedną z najlepszych płyt w swoim dorobku.

2. Nie sądziłem, że ten krążek kiedykolwiek się ukaże. Gdy zobaczyłem go na redakcyjnym stole, w trakcie podsumowania roku w „Tygodniku Kulturalnym”, serce zabiło mi mocniej. Moja żona – który to już raz? – stanęła na wysokości zadania, co zaowocowało prezentem od moich synów: zupełnie zaskoczony, w Wigilię odpakowałem winyla

Śmierci Klinicznej pt. Nienormalny świat

Album zdecydowanie zasługuje na odrębny tekst, tu powiem tylko, że gliwicki zespół mógł – powinien! – stać się jedną z najważniejszych grup nie tylko punkrockowych w Polsce lat 80. Jestem przekonany, że mocno popchnąłby rodzimego rocka do przodu, stając w jednym szeregu z Klausem Mitffochem i potem Lechem Janerką. Stało się inaczej, bardzo wielka to szkoda. Lecz wspaniale, mimo że po z górą trzydziestu latach, iż ten materiał wreszcie ukazał się na płycie. Teksty Dariusza Duszy wciąż są o czymś, a muzycznie… – ba! Jak wiele można było wycisnąć z pomieszania stylistyki punka, reggae i klasycznego rokendrola, gdy umiało się grać!

3. Trzecie miejsce to pierwsze moje rozterki. Przyznaję je albumowi

Blackstar Davida Bowiego

– za przejmujący, ostatni głos umierającego bardzo ważnego artysty.

 

Reszty raczej nie odważę się klasyfikować, wymienię więc tylko:

– Rolling Stones: Blue & Lonesome – za bezpretensjonalny – i zupełnie niespodziewany! – powrót do źródeł. Za wciąż wyborną formę. Jagger wokalnie i jako harmonijkarz przechodzi sam siebie.

– Bob Dylan: Fallen Angels – za kolejną przepiękną płytę z piosenkami z amerykańskiego kanonu. No i za Nobla i tzw. w ogóle.

– Paul Simon: Stranger To Stranger – Simon wytęskniony, bo nagrywający bardzo rzadko – wciąż w wysokiej formie, wciąż tworzący w klimatach z okolic Graceland i innych solowych albumów – wierny sobie.

– Van Morrison: Keep Me Singing – za kolejną porcję fantastycznych piosenek.

– Jack White: Acoustic Recordings – za jego other kind of, za prostotę i powrót do akustycznych korzeni.

– Pixies: Head Carrier – za zdrowy łomot, za ładne piosenki i konsekwencję.

– Radiohead: A Moon Shaped Pool – za oniryczność znów wysokiej próby, za (moim skromnym zdaniem) powrót może nie do wielkiej, ale bardzo dobrej formy.

– Nick Cave and The Bad Seeds: Skeleton Tree – za niepokój, dojmujący smutek i piękną muzykę ledwie znaczoną brzmieniem instrumentów.

– Hey: Błysk – za – jak oni to robią?! – ocalenie swingu pośród elektroniki. I za teksty, to już oczywiste.

Próbując ułożyć to zestawienie, miałem też w rękach płyty Erica Claptona i Santany, Martyny Jakubowicz i SBB, a nawet Joego Bonamassy i Blackberry Smoke. I pewnie co najmniej paru nie miałem – bo nie mam ich (jeszcze?) na półkach, a może powinienem mieć.

[W NaTemat: 15 stycznia 2017]

Dlaczego Bob Dylan powinien odebrać Nagrodę Nobla 5

Dylan_nobel1

Gdy 13 października ogłoszono, że Bob Dylan został laureatem literackiej Nagrody Nobla, byłem jednym z wielu, którzy bardzo się z tego faktu ucieszyli. Gdy ostatnio artysta oświadczył, że nie przybędzie na ceremonię jej wręczenia, zmartwiłem się. Też – z pewnością – jak wielu.

[more]

*

Gdyby jurorzy Dylanowi takiego Nobla przyznali, (…) otworzyliby literaturę na twórczość, która kiedyś była jej naturalną częścią, a dziś umiejscawiana jest zazwyczaj na literackich peryferiach,  najchętniej zaś – poza literaturą. Chodzi (…) o utwory, w których słowo nie jest sekwencją czarnych liter na białej kartce, ale żywym głosem, wspólnikiem rytmu i melodii.

(z książki Jerzego Jarniewicza, All You Need Is Love. Sceny z życia kontrkultury. Wyd. Znak 2016)

*

Gdy 13 października ogłoszono, że Bob Dylan został laureatem literackiej Nagrody Nobla, byłem jednym z wielu, którzy bardzo się z tego faktu ucieszyli. Pozwoliłem sobie wtedy na fb napisać: „Użyję wielkich słów, ale dzień ku temu dziś szczególny: literacki Nobel dla Boba Dylana to ostatnia pieczęć na nobilitacji rock and rolla, pop music czy jak tam zwać to coś zapoczątkowane w drugiej połowie XX wieku. Ostateczne uznanie jako wielkiego, znaczącego zjawiska w kulturze i – po prostu – w dziejach ludzkości”. Gdy ostatnio artysta oświadczył, że nie przybędzie na ceremonię jej wręczenia, zmartwiłem się. Też – z pewnością – jak wielu.

*

To, iż władcy tego świata lubią ogrzać się w blasku chwały artystów, jest stare jak świat. Historia pełna jest przypadków obecności na dworach cesarskich czy królewskich pisarzy, malarzy albo kompozytorów, nie mówiąc o „instytucji” mecenatu, który niejednemu artyście pozwalał dostatnio żyć lub ratował go przed nędzą.

Rokendrol, jak żaden inny ruch kulturalny, na wielką skalę skanalizował bunt młodych przeciw zastanemu porządkowi, skostniałym układom społecznym, przeciw imperialnym zakusom wielkich i mocnych. Rozwój mediów tylko wzmocnił tę i tak potężną falę, umożliwił rozlanie się jej pod wieloma szerokościami geograficznymi, przekraczając i łamiąc granice ustalone przez ówczesną politykę.

Można było udawać, że właściwie nic się nie dzieje, próbować całą tę bombę społeczną i kulturową zamiatać pod globalny dywan, ale nie sposób było twierdzić, że tego zjawiska nie ma. Zwłaszcza gdy z początkiem lat 60. hałas elektrycznych gitar i śpiew wokalistów z rąk czarnoskórych został przejęty przez coraz bardziej zagniewaną białą młodzież po obu stronach Atlantyku.

Już w 1965 roku The Beatles zostali uhonorowani Orderem Imperium Brytyjskiego w uznaniu zasług na polu rozsławiania Zjednoczonego Królestwa w świecie, a najstarszy z członków zespołu, John Lennon, nie miał wtedy ukończonych nawet dwudziestu pięciu lat. Z nie tak odległej przeszłości pamiętamy spotkania Vaclava Havla jako prezydenta Czechosłowacji ze Stonesami. Barack Obama wraz z małżonką wzięli parę lat temu udział w wielkiej gali poświęconej Led Zeppelin. Wojewoda śląski w latach 90., Marek Kempski, też korzystał z okazji, by spotkać się z gwiazdami rocka występującymi w katowickim Spodku – np. z Robertem Plantem i Jimmym Page’em. Przykłady można mnożyć.

Dziś nie sposób wyobrazić sobie drugą połowę XX stulecia w zachodnim świecie bez tego, co nazywa się popkulturą, bez rokendrola. Zjawisko, choć z czasem niosące coraz mniejszy ładunek społeczny, wciąż trzyma się dzielnie, choć przeistoczyło się w potężną gałąź gospodarki i narzędzie w rękach obrotnych biznesmenów. I choć z wielu gwiazd uczyniło multimilionerów, nadal nie całkiem pozbawione jest elementu buntu. A, co najistotniejsze, stało się już jednym z ogniw dziejów kultury, a nie – jak postrzegano to przez pierwsze dekady – ruchem rozsadzającym koło historii. Dość szybko zaczęto dostrzegać walory artystyczne, jakie niósł przekaz najwybitniejszych reprezentantów tego coraz bardziej skomplikowanego zjawiska – przekaz zarówno muzyczny, jak i literacki. Tym ostatnim coraz powszechniej zajmowali się historycy literatury, zaś flirty, mniej lub bardziej udane, z muzyką tzw. poważną, z orkiestrami symfonicznymi i śpiewakami operowymi, a tym bardziej ze środowiskiem jazzowym, od dawna już nie są niczym szczególnym. Rokendrol wszedł do kulturowego mainstreamu – tym łatwiej i bardziej bezkonfliktowo, im bardziej łagodnieli z wiekiem ich wielcy i niejednokrotnie najbardziej obrazoburczy przedstawiciele – uładzony świat coraz mniej ryzykował, wpuszczając na swe salony siwiejących rokendrolowców. Tych znaków wszelakich, iż establishment zaakceptował zjawisko, jest aż nadto dużo, ale też trudno, by było inaczej, skoro wielu dzisiejszych polityków i biznesmenów jest młodszych od gwiazd rocka, skoro na ich muzyce się wychowywali i z nią wkraczali w dorosłość. Muzyka rockowa w świadomości lwiej części przedstawicieli zachodnich nacji odgrywa znacznie większą rolę niż literatura czy malarstwo.

*

Z Nagrodą Nobla, jak z każdym tego typu przedsięwzięciem, bywało różnie. W przypadku tej literackiej psioczono nie raz na akademię za dokonane wybory, na jej polityczną poprawność i różne „parytety”, którymi usiłowała i usiłuje się posługiwać (np.geograficzne, płciowe czy polityczne). Psioczono za to, komu nagrodę przyznała, i za to, że komuś jej nie przyznała (czasem: nie zdążyła), choćby Jorge Luisowi Borgesowi, pisarzowi argentyńskiemu, który podobno bardzo cierpiał z tego powodu.

Bob Dylan znajdował się na liście nazwisk już od dawna, bodaj od lat 90. – „rywalizowała” z nim jeszcze Wisława Szymborska. Wówczas przez kilka kolejnych lat wymieniało się go głośno jako jednego z najbardziej prawdopodobnych kandydatów.

A potem zrobiło się jakby ciszej, a czas biegł nieubłaganie – pieśniarz ma dziś siedemdziesiąt pięć lat. Obawiałem się, że pomysł, by wreszcie dać Nobla muzykowi rockowemu, autorowi, za przeproszeniem, tekstów piosenek – rozejdzie się po kościach i w końcu umrze wraz ze śmiercią artysty. Nobilitacje rokendrola i rokendrolowców odbywały i odbywają się od dawna na przeróżne sposoby, ale tej kropki nad „i”, postawienia wreszcie znaku równości między poetami, powieściopisarzami oraz autorami tekstów piosenek – Nobla dla rockmana wciąż brakowało. Niczym ostatniej perły w bogato inkrustowanej koronie. I dobrze się stało, że gremium doszło chyba do podobnych wniosków. No bo jeśli nie Dylan, to kto?

*

Bob Dylan właściwie od początku był kimś osobnym. To jasne – aby być wybitnym, nie można być takim jak wszyscy. Trzeba iść co najmniej jeden krok z przodu, przecierać nowe szlaki, a nie podążać tymi już wydeptanymi.

Robił swoje. Został okrzyknięty zdrajcą i Judaszem już w połowie lat 60., gdy zamienił gitarę akustyczną na elektryczną. Fani protestowali i odwracali się od niego, a on – pewny swoich racji i wyborów – szedł dalej. I fani wracali.

Dziś, gdy jest starszym panem, o niepodważalnym i ogromnym dorobku, nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzeczy już randze jego dokonań, wielkim walorom literackim pisanych przez niego tekstów – wierszy, poezji po prostu. Wiekiem i pozycją tłumaczymy wiele z jego zachowań: przechodzimy do porządku także nad dwutygodniowym milczeniem po ogłoszeniu tegorocznego werdyktu Akademii Królewskiej. Gdy jednak oświadcza, że do Skandynawii nie przyjedzie, bo trzymają go jakieś inne zobowiązania, moje serce się burzy. 

Robercie Zimmermanie, nie czujesz potrzeby, by to zrobić dla siebie? Zgoda, lecz zrób tę ostatnią rzecz dla zjawiska, którego stałeś się jednym z niekwestionowanych liderów, jego ikoną: wsiądź w samolot i odbierz tę nagrodę.

Bo dzieje ludzkości to także takie różne – krótkie, acz pamiętne i znaczące chwile: czyjegoś hołdu komuś złożonego, składania podpisów przez bardzo ważnych ludzi pod bardzo ważnymi dokumentami, wielkiej chwały lub też medali wręczanych sportowcom na olimpiadach. A więc wiwatujących, bijących brawo tłumów, błysków fleszy i kamer, które to wszystko uwiecznią. 

By kiedyś w przyszłości każdy, kto zechce, mógł zobaczyć, jak w 2016 roku pierwszy spośród rockmanów, genialny artysta drugiej połowy dwudziestego i początku dwudziestego pierwszego stulecia odbiera z królewskich rąk najważniejszą literacką nagrodę na świecie. Rozumiem, że nie zależy Ci na tym, ale powinieneś to zrobić. Przez wzgląd na pamięć tych, co umarli – Jima Morrisona, Johna Lennona czy Leonarda Cohena. Przez wzgląd na zastępy tych, co od drugiej połowy lat 50. poprzedniego wieku szarpali i szarpią struny gitar, okładają klawisze i walą w bębny. Przez wzgląd na miliony rockfanów rozsianych po całym świecie.

By the way

Przy okazji niedawnego, XVII Konkursu Chopinowskiego znów odżyły odwieczne spory między akademikami, zwolennikami „czystości” formy, oraz tymi, którzy – też już od bardzo dawna przecież – twierdzą, że tak naprawdę nie wiemy, jak grał sam Chopin.

[more]

*

Czy w sztuce może jeszcze pojawić się coś całkowicie nowego? Jakaś zupełnie nowa jakość, coś, czego świat dotąd nie oglądał i nie słyszał?

Przy okazji niedawnego, XVII Konkursu Chopinowskiego znów odżyły odwieczne spory między akademikami, zwolennikami „czystości” formy, oraz tymi, którzy – też już od bardzo dawna przecież – twierdzą, że tak naprawdę nie wiemy, jak grał sam Chopin.

Barok przeciw renesansowi, pozytywizm przeciwko romantyzmowi, ekspresjonizm w opozycji do impresjonizmu? Coś, co po czasie wymyślono w uniwersyteckich katedrach na potrzeby opisania tej czy innej dziedziny sztuki w większych lub mniejszych sekwencjach czasu, zupełnie nijak się ma do życia i bezustannego w nim mieszania się wszystkiego ze wszystkim. Mamy co prawda prekursorów i epigonów, ale wyznaczanie cezur czasowych jest sprawą czysto umowną.
Jako nastolatek ubolewałem nad przemijającą modą mini, dziś mamy wszystko: mini, midi i maxi, mamy spodnie-rurki i bardzo szerokie nogawki, czego oko zapragnie. Nie ma jednego, jedynie obowiązującego trendu – i chwała Najwyższemu albo stylistom za tę różnorodność.

W muzyce jest podobnie: trudno o odkrywcze wartości w muzyce tzw. poważnej, w jazzie czy rocku. Czasy wyraźnego separowania się jednych od drugich mamy dawno za sobą, przeminęło poczucie wyższości filharmoników nad niesubordynowanymi jazzmanami, a tych z kolei nad rockowymi w większości analfabetami, gdy chodzi o znajomość zapisu nutowego. Jazz i rock zaczęły się mieszać jeszcze w latach 60., zaś moda na występy grup rockowych z orkiestrami nastała w latach 90. (choć Concerto For a Group and Orchestra Deep Purple to rok 1970), a gwiazdy scen operowych zaczęły wtedy ochoczo występować wraz z gwiazdorami wokalistyki rockowej. Mniejsza o karykaturalne częstokroć efekty mieszania odległych stylistyk, chodzi o to, że nikt o zdrowych zmysłach już nie udaje, że nie ma innych światów artystycznych poza tym uprawianym przez niego.

[W NaTemat: 1 stycznia 2016]

Święta, święta – i już po

Czego Wam – a i sobie też – życzyć w te dni? Pojednania. Z innymi. Z samymi sobą. Pojednania, jednakże nie mylonego z poddawaniem się.

[more]

*

Z wiekiem jest tak, że pogrzebów wokół znacznie więcej niż narodzin. Gdy jednak te pierwsze dotyczą osób najbliższych, musi to boleć – i boli.

Nie lubię, publicznie bądź co bądź, się wywnętrzać, ale – właściwie dlaczego czasami tego nie zrobić, zwłaszcza gdy uwiera to i boli szczególnie? Jeśli czytacie te słowa, to znaczy, że od pewnego, dłuższego lub krótszego czasu zerkacie w moją stronę.

W ubiegłym roku w lutym zmarł mój teść. Nagle, bez jednego ostrzeżenia. A jutro, w Wigilię, miną dwa miesiące od śmierci mojej mamy. Już ubiegłoroczne święta spędziła w szpitalu, a potem nastąpiły trudne miesiące – przede wszystkim dla niej, ale i dla nas też. A jednak ta śmierć, mimo zaawansowanego wieku i kiepskiego zdrowia, była niespodziewana. Jeśli się kogoś kocha, to ten, odchodząc nawet w bardzo zaawansowanym wieku, umrze za wcześnie.

I jeszcze jedno, na co zwrócił mi uwagę Maciek Trzepałka, autor rysunków do tego bloga: ze śmiercią rodziców definitywnie kończy się nasze dzieciństwo. To mądra obserwacja. Dziś, choćbym chciał, nie powiem mamie już ani słowa, nikt już nie powie do mnie „synku”. I co z tego, że jestem siwiejący i łysawy?

Nie życzę nikomu tego typu doświadczeń, choć – niestety – są one nieodłączną częścią życia. Nie życzę Wam udziału w pięciu pogrzebach w jednym roku, w tym  dwóch zdecydowanie przedwczesnych.

*

Z niepokojem śledzę wiadomości, zarówno z kraju, jak i ze świata. Krzyczą nieliczni, zdecydowana większość milczy, pragnąc normalności, spokoju i pokoju. Wciąż wielu spośród tych nielicznych się wydaje, że jak będą krzyczeć najgłośniej, racja będzie po ich stronie. Tymczasem rację ma raczej wieszcz Adam mówiący:

Wszystko przejdzie. Po huku, po szumie, po trudzie

Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie.

A prawie pół tysiąca lat temu Jan z Czarnolasu pisał:

 

Cieszy mię ten rym: „Polak mądr po szkodzie”;

Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,

Nową przypowieść Polak sobie kupi,

Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

Przeraża ciągła aktualność tych spostrzeżeń.

Co pozostaje? Pewnym ludziom jesteśmy potrzebni, a ściślej: nie my, lecz naszych parę krzyżyków postawionych na kartach do głosowania, raz na cztery-pięć lat. Na tym kończy się nasze oddziaływanie na niektóre sprawy. Pozostaje to, na co mamy wpływ, w tym na wartości największe, a nie do przeliczenia na pieniądze: rodzina i zdrowie.

Czego Wam – a i sobie też – życzyć w te dni? Pojednania. Z innymi. Z samymi sobą. Pojednania, jednakże nie mylonego z poddawaniem się. Papież Franciszek powiedział ostatnio: „Nie idźcie spać bez pogodzenia się”. 

Życzmy sobie, aby tak się stało, tak się działo w naszych domach. Spokojnych myśli, spokojnych słów. Spokojnych snów.

[W NaTemat: 23 grudnia 2015]

JM Rektor ASP & Co. – czyli potęga smaku

woman_in_jazz

Co łączy Astrud Gilberto, Włodzimierza Szymanowicza, Jima Morrisona i Milesa Davisa? Otóż to, że zarówno wiekowa pani w swoim łóżku, jak i trzej panowie w grobach przewracali się wczoraj wielokrotnie.

[more]

*

4 i 5 grudnia w katowickim Rialcie odbyły się dwa koncerty z cyklu Women in Jazz – w ramach europejskiej trasy projektu  przygotowanego pod patronatem włoskiego ministerstwa kultury. Przez dwa dni na scenie kinoteatru pojawiały się więc włoskie składy, a w nich zarówno śpiewające, jak i grające panie. Włochy słabo kojarzą się z jazzem, a jednak – jeśli zawczasu pozbyć się jakichś niepotrzebnych wątpliwości i uprzedzeń, można było – i to za zupełną darmochę, bo wstęp był wolny – poobcować z naprawdę dobrze podaną muzyką, a rysów niemałej szlachetności też nie brakowało, jak choćby w kończącym całość występie kwartetu Jazz Oddity (skojarzenia ze Space Oddity Davida Bowiego jak najbardziej na miejscu: w programie koncertu znalazło się kilka interpretacji jego utworów).

Niestety, tym, co mnie najbardziej poruszyło, nie była muzyka z Półwyspu Apenińskiego, lecz to, co zdarzyło się na scenie drugiego dnia pomiędzy występami dwóch włoskich zespołów.

Nie mi dociekać, jak to dziś niejednokrotnie się dzieje, że do przeróżnych projektów 

podpinają się dziwni ludzie, 

którzy to lub owo na tym podpięciu się usiłują dla siebie ugrać. Wiele da się wybaczyć, jeśli nie odbywa się to kosztem obniżania rangi wydarzenia, jeśli poziom artystyczny owego „załącznika” nie jest zbyt odległy od całości. Gdy jednak dzieje się inaczej, pytania zaczynają się nieuchronnie pojawiać.

Konferansjerkę prowadził Wenancjusz Ochmann. Z jednej strony niby stara gwardia, a z drugiej – wolałbym, aby zamiast kwiecistego stylu i barokowej ornamentyki, Pan prowadzący przed koncertem gdzieś w zaciszu spokojnie przyjrzał się i nauczył wymawiać poprawnie nazwiska wykonawców. Ich obfite przekręcanie, zwłaszcza w odniesieniu do włoskich gości, nie robiło bowiem dobrego wrażenia. Cóż, savoir vivre najwyraźniej dokonał żywota wraz ze śmiercią ostatniego dżentelmena w życiu publicznym, czyli redaktora Bohdana Tomaszewskiego.

Na tym jednak rola Pana Ochmanna w festiwalu się nie kończyła. Pierwszego dnia na scenie pojawili się uczniowie jego prywatnej szkoły muzycznej. To, że młodzi ludzie odstawali – raz mniej, raz bardziej – poziomem od zagranicznych wykonawców, to jeszcze jest wybaczalne. Są przecież dopiero na początku wyboistej drogi do ewentualnej kariery.

Kumulacja nastąpiła drugiego dnia, gdy „przerywnik” stanowił ansambl rewelersów: Gigi And Her Boysband, w którym Pan Ochmann grał na fortepianie, a w kilku utworach za gitarę złapał Jego Magnificencja Rektor Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach (i cóż z tego, że były), profesor Marian Oslizlo.

Trzeba wiedzieć, kiedy na scenę wejść.

Gdybyż to była knajpa z karaoke, rodzinna Wigilia, podczas której po obfitym posiłku i odśpiewaniu kolęd, niemłodzi – nie wypominając, bo sam już też nie jestem młodziakiem – uczestnicy postanowili sobie jeszcze pograć, no niech tam – nawet scena kinoteatru „Rialto”, tyle że podczas imprezy zamkniętej – pal licho i nikomu nic do tego. Gdy jednak amatorsko muzykujący ludzie (choć – W. Ochmann jest przecież absolwentem katowickiej Akademii Muzycznej i człowiekiem zajmującym się muzycznym kształceniem młodych ludzi, a M. Oslizlo, poza tym, że pozostaje jedną z najważniejszych postaci katowickiej ASP, jest też m.in. członkiem rady programowej JazzArt Festival) wciskają się pomiędzy zawodowców – dochodzi do pomieszania porządków. 

Co łączy Astrud Gilberto, Włodzimierza Szymanowicza, Jima Morrisona i Milesa Davisa? Otóż to, że zarówno wiekowa pani w swoim łóżku, jak i trzej panowie w grobach przewracali się wczoraj wielokrotnie. Trzeba być kompletnie pozbawionym instynktu samozachowawczego, aby wyjść przed najskromniejsze nawet audytorium, tyle że złożone nie tylko z krewnych i znajomych królika, i zagrać The Girl From Ipanema, All Blues czy Riders On The Storm.

Panie profesorze, winszuję opanowania kilku chwytów na gitarze i znajomości tekstu genialnego utworu The Doors. Ale nie wiem, czy orientuje się Pan, że dobrych trzydzieści lat temu z piosenkami tego zespołu występował na żywo późniejszy rektor sąsiedniej uczelni, Uniwersytetu Śląskiego – profesor Tadeusz Sławek. Ma On jednak do dzisiaj licznych świadków, że robił to 

z wyczuciem, kulturą muzyczną i smakiem.

Jeszcze bardziej nie na miejscu była stojąca w dwóch piosenkach przed mikrofonem pani, której nazwisko litościwie przemilczę. Proszę Pani, aby śpiewać, trzeba słyszeć. Jak się nie słyszy, lepiej nawet nie otwierać ust. Parafrazując Rachel z „Wesela”, można by powiedzieć: „gust ten właśnie wielki miałam, by nie śpiewać – lichą formą się brzydzę”. Czego z serca Pani życzę. Niech więcej nie sprawdza się powiedzenie, że gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Na przykład na scenę.
Szacowne, stuletnie Rialto niejedno już przeżyło, niejedno widziało i słyszało – i w niejedno dziwne przedsięwzięcie zostało wkręcone. Scena wczoraj, choć powinna, nie zapadła się ze wstydu pod ziemię.

Szanowni Państwo, wśród których są 

nauczyciele i wychowawcy przyszłych pokoleń: 

zazdroszczę dobrego samopoczucia, ale powinniście wiedzieć, że nie ma nic gorszego niż to, gdy impreza na scenie jest zdecydowanie lepsza niż na widowni, gdy miesza się porządki dwóch odległych od siebie muzycznych światów, nieprzystających do siebie poziomów wykonawczych. Niech Was ręka boska broni przed zakusami, by jeszcze kiedyś wystąpić publicznie. Wy świetnie się bawiliście, a ja – ale zapewniam, że nie tylko ja – z każdą minutą wstydziłem się coraz bardziej, że musiałem tego słuchać.  Zastanawiałem się i zastanawiam nadal, czy włoscy goście po wczorajszym wieczorze nie doszli przypadkiem do wniosku, że Polacy o jazzie mają właśnie takie pojęcie jak Wy?

Nieznany nikomu bloger wielkiej krzywdy takim tekstem Wam nie uczyni. Co jednak nie znaczy, że powinniście być nadal wolni od refleksji: „Zastanów się, co robisz”. Siwy i łysiejący – kończę cytatem z Księgi Hioba:

Mądrość nie z wiekiem przychodzi,a prawość nie tylko starcom jest znana.

(Women In Jazz, Katowice, Rialto, 4-5 grudnia)

[W NaTemat: 6 grudnia 2015]

Matko kopana – czyli futbolowa racja stanu

Albo drugie miejsce w zakończonych dopiero co eliminacjach okaże się wielkim otwarciem, przełamaniem, wyjściem z cienia, albo tylko kolejnym wynurzeniem głowy nad powierzchnię wody. Na chwilę i bez trwałych konsekwencji.

[more]

*

Po ostatnim gwizdku sędziego wstałem z fotela i odetchnąłem z ulgą. Uff, nareszcie, tym razem się udało, panowie dowieźli prowadzenie do końca. Obrona oblężonej Częstochowy zakończyła się powodzeniem, choć utratą bramki „śmierdziało” wielokrotnie.

I zaraz dopadła mnie oskarżycielska wobec siebie myśl: 

jakie to polskie!

Toż to jak, nie przymierzając, z tymi dwiema paniami:- Jaką masz ładną sukienkę!- A, daj spokój, stara już, rok w szafie wisiała…

Futboliści całkiem niedawno jeszcze mieli problemy z Mołdawią, a przez lata całe, gdy przyszło grać z bardziej wymagającymi rywalami, robili wszystko, by jak najszybciej pozbyć się piłki, oddać ją byle jak i byle komu, zaś po godzinie biegania oddychali rękawami.

Nawet w czasach największej chwały, w 1973 i 1974 roku, też z obroną nie było wcale różowo. Kto pamięta tamto Wembley, ten wie, że przez cały w zasadzie mecz kotłowało się pod bramką Tomaszewskiego. Szczęście było wówczas po naszej stronie – tak samo jak w inauguracyjnym meczu MŚ z Argentyną, gdy ta przy stanie 2-3 stawała na głowie, by doprowadzić do wyrównania. Nawet Włosi, ówcześni – jeszcze – wicemistrzowie świata, choć widmo klęski i przedwczesnego powrotu do domu zaglądało im w oczy, nieźle kręcili Gorgoniem, Żmudą, Szymanowskim i Musiałem.

Czas drugiej wielkiej chwały, rok 1982, dla mnie na zawsze pozostanie bladym odbiciem tej pierwszej, pod wodzą Kazimierza Górskiego. Kadra Piechniczka zagrała wówczas tak naprawdę dwa wielkie mecze, a może wręcz tylko półtora: drugą połowę z Peru i całe starcie z Belgią. To wystarczyło wtedy do trzeciego miejsca – którego nikt nigdy tej ekipie nie zabierze.

Dziś polscy reprezentanci gryzą trawę, Lewandowski szaleje przez dziewięćdziesiąt minut praktycznie w każdej części boiska,

przetrącany i kopany 

na niezliczoną ilość sposobów, pokazując, że jest nie tylko obdarzonym wybornym instynktem strzeleckim egzekutorem, ale i liderem z prawdziwego zdarzenia. W środku jest Krychowiak, w obronie Glik, w bramce Fabiański – cała czwórka, przeżywająca akurat swój najlepszy piłkarsko okres, tworzy szkielet, wokół którego można już zbudować naprawdę niezły zespół.

Który – prawda – męczył się ze Szkocją, jeszcze bardziej z Irlandią, ale dziś nikt już tanio skóry nie sprzedaje, właściwie nie ma już chłopców do bicia, może poza Gibraltarem i San Marino. Z tą samą przecież Irlandią Niemcy trzy dni wcześniej polegli – i co z tego, że są dziś bladym odbiciem drużyny sprzed kilkunastu miesięcy, z MŚ w Brazylii? (Jak uczy doświadczenie, poczekajmy z oceną naszych zachodnich sąsiadów do kolejnej dużej imprezy, czyli finałów ME).

Przed rokiem zastanawiałem się, ile znaczy bezprecedensowy triumf nad Niemcami właśnie. Teraz pojawia się podobna refleksja związana z wywalczeniem awansu do finałów ME. Czy da się go porównać z wygraniem eliminacji do MŚ 1986 i wyprzedzeniem Belgii, eliminacjami do MŚ 2002 i przeskoczeniem Ukrainy oraz mocnej wtedy Norwegii, eliminacjami do ME 2008 i czterema punktami w meczach z Portugalią? Oby nie, bo finały wszystkich tych imprez okazały się, delikatnie rzecz ujmując, porażką biało-czerwonych.

I tak samo jest dzisiaj – i będzie za rok i przez wszystkie następne lata. Albo drugie miejsce w zakończonych dopiero co eliminacjach okaże się wielkim otwarciem, przełamaniem, 

wyjściem z cienia,

albo tylko wynurzeniem głowy nad powierzchnię wody na chwilę i bez trwałych konsekwencji. O tyle – czujemy – jest inaczej – że nigdy albo od bardzo dawna nie mieliśmy w składzie aż tylu piłkarzy  światowego czy europejskiego formatu. I serce się wyrywa, chciałoby, by to – jak dziś z upodobaniem powiadają dziennikarze zajmujący się sportem – w grze zespołu z orzełkiem na piersiach uczyniło różnicę.

By tych czterech wymienionych z nazwiska nie utraciło do czerwca 2016 niczego ze swej obecnej dyspozycji, a pozostali jeszcze mocniej zbliżyli się poziomem do nich. By drużyna wstydu nie przyniosła, wyszła z grupy i napędziła stracha najlepszym. Ale też, co jeszcze bardziej istotne, by to, co stało się w tych eliminacjach, było początkiem długiego, brzemiennego w skutki przez lata procesu. By reprezentacja Polski, gdy już przestaną w niej grać Lewandowski i Krychowiak, była nadal liczącą się siłą w futbolu, grającą regularnie w finałach wielkich imprez i groźną dla najlepszych. Czy to takie dziwne w trzydziestoośmiomilionowym kraju, że już zawsze mielibyśmy możliwość oparcia oka na 

dwudziestu paru młodych ludziach

potrafiących nawiązać równorzędną walkę z reprezentacją kilkunastomilionowej Holandii czy porównywalną gdy chodzi o zasoby ludzkie Argentyną?

Jakże bym nie chciał, byśmy po trzech meczach w czerwcu przyszłego roku z goryczą powtarzali za Kumką Olik: „Podobno nie ma już Francji”. Jakże bym chciał, by duetowi Boniek – Nawałka udało się coś, co nie udaje się od ponad trzydziestu lat (i chowam głęboko takie czy inne swoje spostrzeżenia na temat obu panów, są bez znaczenia). Piłkarski talent ich obu objawił się światu w Meksyku, w 1978 roku. Boniek stał się w ciągu kilku lat graczem światowego formatu, zaś Nawałka wskutek grzechów młodości przedwcześnie zakończył karierę.

 

Dziś im obu świeci słońce nad głową, mimo iż temperatura w Polsce niewiele wykracza ponad kreskę oznaczającą zero stopni. Niech donoszą tę ciążę – i za kolejnych dziewięć miesięcy uśmiechają się do nas z ekranów telewizorów i zdjęć. Skoro są już w Polsce stadiony, są – coraz częściej – spore pieniądze w piłce kopanej, niech też wreszcie w dużej liczbie pojawią się rodzimi piłkarze z prawdziwego zdarzenia, a nie tylko zawodnicy z numerami na koszulkach.

[W NaTemat: 12 października 2015]

Zielonych myśli w święta

zajac_

Tak trudno o odnalezienie dziecięcej radości ze świąt. Ale przecież czujemy, że powinniśmy coś choć na chwilę w sobie i wokół siebie zmienić.

[more]

Skoro prawie niemożliwe jest przeniesienie świątecznej atmosfery w codzienność: w bieżączkę i kalendarzową czkawkę – w takim razie życzymy Wam i sobie, abyśmy nie wpuścili nastroju powszedniości za progi naszych domostw przez najbliższe dni.

{W NaTemat:  kwietnia 2014]

Rock and roll circus za sto lat

rocknroll

Z całych minionych stuleci zostało mniej partytur niż płyt współcześnie nagranych i dostępnych w pierwszym z brzegu sklepie muzycznym. Czy Beatles, Doors albo Hendrix ważni są tylko – mimo kłopotów ze wzrokiem – dla mniej więcej dwóch pokoleń, czy też będzie się o nich pamiętać (jeśli biała rasa i kultura Zachodu przetrwają) także za kolejnych pięćdziesiąt czy sto lat?

[more]

*

Na marginesie przedostaniego wpisu chcę podzielić się nawiedzającą mnie regularnie refleksją – na temat arcydzielności domniemanej lub rzeczywistej, tego piania, tych ochów, także moich skromnych, nad jedną czy drugą płytą, a czasem wręcz całym dorobkiem jakiegoś wykonawcy.

Z całych minionych stuleci zostało mniej partytur niż płyt współcześnie nagranych i dostępnych w pierwszym z brzegu sklepie muzycznym. Możliwość utrwalania zapisu dźwięku to całkiem niedawny wynalazek, a uczynienie z wydawania płyt przemysłu na wielką skalę, wielkoprzemysłowej produkcji – ma jeszcze krótszą historię.

 

Czy te wiekopomne dzieła rockowe nie są takimi jedynie dla tych, którzy za sprawą przynależności pokoleniowej otarli bądź ocierają się o nie? Którzy się, jak to się ładnie mówi, na nich wychowali? Widzę wyraźnie, że to, co stanowi istotę rockowej sprawy dla mnie, dla moich synów wcale takim nie jest. Czy Beatles, Doors albo Hendrix ważni są tylko dla mniej więcej dwóch pokoleń, czy też będzie się o nich pamiętać (jeśli biała rasa i kultura Zachodu przetrwają) także za kolejnych pięćdziesiąt czy sto lat? Wiele obwołanych arcydziełami dzieł, na przykład literackich, po dłuższym lub krótszym czasie utraciło bezpowrotnie swe aureole.

Wielokrotnie miałem okazję się przekonać, że dla moich rówieśników, pierwszych roczników sześćdziesiątych, najważniejsze nazwy i nazwiska z tamtej dekady znaczą niewiele lub zgoła nic, że załapali się dopiero na muzykę lat 70. Jakie to wszystko ulotne, względne. A jednocześnie przecież – tak wielu dziś bardzo młodych muzyków pełnymi garściami czerpie z dorobku wykonawców aktywnych w latach 60. i 70.

No i do tego ta pewność, że czas z większością tej ukochanej nie tylko przeze mnie muzyki obejdzie się brutalnie i bez sentymentu. Bardzo jestem ciekaw, co z niej ocaleje, przetrwa, co stanie się jedynie przedmiotem badań maniaków – historyków rocka, a co z tych wielkości bezpowrotnie przykryje mgła czasu. I wreszcie – odbyłoby się to najpewniej ku naszemu zdumieniu – co niedocenianego dziś wywindowane zostanie przez przyszłe pokolenia na sam szczyt dokonań pop music drugiej połowy XX i początku XXI wieku?

[W NaTemat:2 lutego 2015]