Basia razem z chłopcami

pobrane32

Chłopcy kontra Basia to zespół funkcjonujący chyba nie najgorzej w świadomości słuchaczy, choć zdecydowanie poza mainstreamem. I szkoda, i dobrze.

[more]

*

Chłopcy kontra Basia to kapela, którą już trzeci raz miałem okazję oglądać w akcji. Najpierw gdy grali na żywo w spektaklu „Morfina” według prozy Szczepana Twardocha (w katowickim Szybie Wilsona), potem na koncercie w Teatrze Śląskim i teraz – znów w stolicy województwa – w kinoteatrze „Rialto”. Wcześniej gorąco kibicowałem im w 2012 roku, gdy brali udział w edycji „Must Be The Music”, dochodząc aż do finału.

Krystalicznie czysta dykcja

frontmanki, dobry głos, talent do pisania tekstów czerpiących z tego, co ludowe, inspirowanych albo  pieśniami wykonywanymi przez naturszczyków, albo osadzonymi w podobnej tradycji tekstami literackimi, swoboda i wręcz – dobrze pojęte, nieprzerysowane – aktorskie zacięcie, gdy chodzi o ruch sceniczny, uroda i znacznie subtelniejsze od średniej krajowej poczucie humoru – to wszystko wielkie atuty. Określenie „kontra” w nazwie zespołu wzięło się stąd, że zanurzona w folku Barbara Derlak spotkała na swej drodze dwóch panów, Marcina Nenkę oraz Tomasza Waldowskiego, których „źródłosłów” jest zdecydowanie jazzowy.

 

Zderzenie dwóch muzycznych światów

daje bardzo ciekawe rezultaty: jesteśmy bardzo daleko od plebejskości i przaśności w stylu na przykład Golec uOrkiestra, za to – przy zachowaniu lekkości – w kręgu dużej kultury muzycznej i wykonawczej. Kontrabas i perkusja, wspierane w dodatku w piątek świetną trąbką Łukasza Korybalskiego, w rękach kształconych w muzycznych uczelniach panów dają szlachetne rezultaty. Jazz stanowi co prawda punkt wyjścia muzycznych realizacji, ale swobodne poruszanie się w różnych stylistykach powoduje, iż ucho słuchacza bez trudu jest w stanie wyobrazić sobie te same nuty, czasami po prostu świetne zagrywki na basie oraz swingujące miotełki przy bębnach w nieco innej konfiguracji brzmieniowej, choćby rockowej. Stąd takie moje skojarzenie pomysłów ChkB z tym, co robi Wojciech Waglewski z kolegami z Voo Voo (kłania się jego Osjanowy rodowód) – myślę, że połączone siły obu kapel mogłyby zaprowadzić słuchaczy w nieoczywiste, a bardzo interesujące rejony.

Chłopcy kontra Basia to zespół funkcjonujący chyba nie najgorzej w świadomości słuchaczy, choć zdecydowanie 

poza mainstreamem.

W ten sposób antena radiowa nie jest dla nich zbyt przychylna i zespół raczej nie ma szans na szeroką popularność. Chyba zresztą w tym przypadku nie o to chodzi – raczej o prawo do istnienia, do uprawiania swego subtelnego ogródka: muzyki inspirowanej folklorem rodzimym, ale także naszych sąsiadów zza wschodnich granic albo bałkańskim. Póki co, w ośmioletniej historii zespołu, osiągnięć jest całkiem sporo: dwie wydane płyty, trzecia lada chwila zostanie ukończona, szereg nagród – nominacja do Fryderyka za najlepszy debiut (w 2014), triumf w plebiscycie World Music Network na najlepszy utwór w nurcie world music A Battle of Band, czego skutkiem była obecność piosenki pt. Jerzy na składance The Rough Guide to Undiscovered World. W 2015 roku natomiast utwór A gdzież moje kare konie w ich wykonaniu został umieszczony na albumie Grzegorz Ciechowski – spotkanie z legendą (obok utworów wykonanych przez kilkunastu innych artystów). Ponadto napisali muzykę do czterech spektakli, którą wykonywali bądź wykonują na żywo. Mało?

A jednak – w uroczy sposób – wokalistka powiedziała w piątkowy wieczór, że rzadko zdarza się im 

grać na tak… dużej scenie

(na której np. składy rockowe mają biedę się pomieścić). Rozbawiła nas też żartem o schodach przykrytych czerwonym dywanem – bo takie prowadzą na scenę w „Rialcie”. I poprosiła kolegów, by razem z nią usiedli na nich i wykonali jedną z piosenek – kończącą część zasadniczą występu. A potem był jeszcze bis – na głos i kontrabas. Kawał muzyki, kawał świetnego grania.
(Chłopcy kontra Basia, Katowice, „Rialto”, 20 kwietnia)

[W NaTemat: 23 kwietnia 2018]

McCartney i rząd jego dusz w muzycznym niebie

mcca4

 

Wyszedł do nas nie jak gwiazdor, syty i pełen pychy, lecz niczym przyjaciel, stary znajomy, kumpel, niemal brat-łata, który swoimi piosenkami leczy od lat skołatane serca i myśli

[more]

*

O mniej więcej 20.30 rozległ się gitarowy gong rozpoczynający A Hard Day’s Night i cały koncert, I w ten sposób cały mój

muzyczny bagaż

– cała walizka, której zawartość zaczęli w latach 60. układać starsi bracia, potem radiowa Trójka, a resztę wypełniłem już sam, otwarła się lekko, bez żadnego oporu, ukazując zawartość w stanie nienaruszonym i kolorach, które nie wypłowiały przez pół wieku.

Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się niczego innego, zwłaszcza że to otwarcie nastąpiło drugi już raz, a za pierwszym podejściem, na Stadionie Narodowym w stolicy przed pięciu laty, mimo niedomagań akustycznych obiektu, było pięknie i wzruszająco. Jednakże czas biegnie nieubłaganie, Sir Paul ma już siedemdziesiąt sześć lat, i zawsze istnieje ryzyko, iż trasa koncertowa dla niemłodego organizmu w pewnym momencie może okazać się zbyt forsowna.
Właśnie: doskonale nie było, bo na przykład głos mistrza, głos wielkiego Beatlesa nigdy wielkim – obiektywnie rzecz biorąc – nie był. Teraz ma już poważne trudności z pokonywaniem gór, co słychać było zwłaszcza wtedy, gdy umilkły chórki, a z instrumentów pozostał tylko akompaniament gitary akustycznej: w Blackbird i Here Today. Doskonale nie było, co w niczym nie zmienia faktu, że po prostu fantastycznie. Bo ta muzyka, w odróżnieniu od wykonywanej na co dzień w filharmoniach, chwyta za serce niekoniecznie perfekcyjnością wykonania, lecz żywiołowością –

prawdą czasu i sceny.

Rock (mniejsza tu o definicję) – upierać się będę – jest muzyką oryginału, szorstki i tu albo ówdzie zarysowany jest zwykle prawdziwszy od najgładszych i nabożnych podejść do zapisu nutowego pierwowzoru.

Muzyka, która w sporej mierze zapisała się na moim osobistym twardym dysku, wówczas gdy jeszcze swobodnie mieściłem się pod stołem, której wielkości i ponadczasowości zaprzeczyłem na krótko, w latach 70., w której zakochałem się na nowo w 1979 roku, gdy Tonpress opublikował pierwsze polskie wydawnictwo The Beatles (siedem nagrań na dwóch małych płytach), którą kocham od tamtej pory, dziś miłością starzejącego się mężczyzny – zabrzmiała wczoraj w krakowskiej Tauron Arenie na żywo, zagrana przez najbardziej do tego uprawnionego faceta – człowieka, który jest największym kompozytorem pop music drugiej połowy XX wieku. Znów wyszedł do nas nie jak gwiazdor, syty i pełen pychy, lecz niczym przyjaciel,

stary znajomy, kumpel, 

niemal brat-łata, co to swoimi piosenkami leczy od lat skołatane serca i myśli. Nawet te kilka minut w czasie bisu, gdy (jak kiedyś z darami dla władców) dopuszczono do niego najpierw dziewczynę z Suwałk, a następnie słowacką parę, by publicznie dokonały się – przyjęte – oświadczyny, nie miały nic z koturnowej operetki, bo ci ludzie byli po prostu szczęśliwi, że mogli chwilę pobyć obok Mistrza i wyściskać się z nim.

*

McCa mógłby, co oczywiste, ułożyć ze swoich piosenek z dziesięć programów koncertowych. Wczoraj zagrał całe mnóstwo – setlista obejmuje prawie czterdzieści pozycji – sięgając po materiał najstarszy,  sygnowany jeszcze nazwą The Quarrymen, From Me To You czy Can’t Buy Me Love, ale też całkiem świeży, z dopiero co wydanej płyty Egypt Station. Te ostatnie zaprezentowane na żywo potwierdziły tylko swe walory, bez zarzutu wpisując się w ciąg  przebojów, które wyszły spod ręki PMcC. Żałuję trochę, że były to trzy chyba najbardziej skoczne numery z krążka, a nie któryś z tych o trochę bardziej skomplikowanej fakturze. Przeplatał kawałki wielkiej czwórki piosenkami z repertuaru The Wings oraz kilkoma innymi, widownia jednak, co zrozumiałe, te pierwsze oklaskiwała szczególnie długo i gorąco. Od tego już 

nie da się uciec

– i McCartney wcale nie zamierza, zwłaszcza na tym etapie życia, tego robić. Pojawiły się więc utwory dedykowane George’owi Martinowi, Lennonowi oraz Harrisonowi. Te wszystkie animozje towarzyszące rozpadowi zespołu, które jak echo pamiętam z dzieciństwa, te niedobre słowa, jakimi obdzielili się zwłaszcza John z Paulem, to już zamierzchła przeszłość, to grzechy dawno odpuszczone przez Boga i zainteresowanych sobie nawzajem. Są czymś mało istotnym w zestawieniu z miarą wspólnego dorobku, lat, które spędzili razem i które zaowocowały w sposób niebywały. Wzruszenie ogarniało raz po raz, gdy na telebimach, jako ilustracje do kolejnych piosenek, pojawiały się stare wspólne zdjęcia czy filmy kwartetu z Liverpoolu, na których widać, jak uśmiechają się do siebie i jak wielka jest między nimi chemia.

Dostałem to, czego chciałem. Usłyszałem numer, który w całym dorobku Beatlesów postrzegam jako coś szczególnie wyjątkowego: Strawberry Fields Forever. Cóż, wykonanie mnie nie uwiodło, bo zastąpienie smyczków klawiszami zawsze pozostawi uczucie niedosytu. Natomiast obecność trzyosobowej sekcji dętej (nieoczekiwanie prezentującej się po raz pierwszy w Letting Go nie na scenie, a wysoko z boku, między sektorami) dodała ognia innym numerom, jak choćby Lady Madonnie, która zawsze już będzie dla mnie wspomnieniem dzieciństwa i ery pocztówek dźwiękowych.

Finałów, jak się mogło wydawać, było kilka – i Let It Be, i Live And Let Die, uroczy w swych wystrzało-wybuchach i sztucznych ogniach, kiczowatych jak cała seria filmów o 007. Ten prawdziwy nastąpił jednak w wymarzony sposób: Hey Jude, bodaj pierwszy hymn w dziejach rocka, narastający i z obsesyjnie powtarzanym, nieprawdopodobnym refrenem, który można by 

grać i śpiewać bez końca,

wybrzmiał jednak do ostatniej nuty i zamknął zasadniczą część koncertu. Pozostawiając – czy tylko mnie? – ze spływającą po policzku łzą i ściśniętym gardłem. To są takie magiczne chwile, kiedy nie masz wątpliwości, że warto żyć, i nie zastanawiasz się, jak bardzo drogie były bilety, tylko chłoniesz całym sobą każdą nutę, każdy dźwięk płynący ze sceny. A takich chwil było wczoraj szczególnie wiele.

Muzycy, w sumie ośmiu, wszyscy świetni (gitarzyści z fryzurami prosto z „Dynastii”) zniknęli ze sceny, ale wiadomo było, że jest jeszcze na co czekać.

*

Bis, w całości złożony z 

beatlesowskich klasyków,

dopieścił i uszczęśliwił chyba każdego. Po Birthday i przerwie na wspomniane „hołdy”, nastąpił jeszcze jeden mocny fragment. Po  rozgrzewającym początku i podobnym zakończeniu części zasadniczej, McCa kolejny raz pokazał rokendrolowy pazur, serwując Sierżanta Pieprza, a po nim mój naj wśród ostrych numerów The Beatles, Helter Skelter, dociskając przy tym wokalnie i zdecydowanie dając radę. Na sam koniec dostaliśmy deser rodem z Abbey Road: Golden Slumbers-Carry That Weight-The End.

Nic tylko palce lizać, pomlaskiwać z radością i cmokać z ukontentowania. Mr. Music, sam bardzo wyraźnie zadowolony i szczęśliwy, zabrał nas wczoraj na dwie godziny i czterdzieści pięć minut do muzycznego nieba.

(Paul McCartney, Freshen Up, Tauron Arena Kraków, 3 grudnia)

Setlista:

https://www.setlist.fm/setlist/paul-mccartney/2018/tauron-arena-krakow-poland-5b977754.html

Lao Che: instytucja kultury

images4

Jeśli teksty lidera płockiej formacji sytuują się w ścisłej krajowej czołówce nie tylko aktualnych dokonań w tej mierze, to swym niezaangażowaniem politycznym – przy jednocześnie bardzo bystrych i błyskotliwych obserwacjach socjologicznych – nawiązują przede wszystkim do klimatów okołorepublikańskich.

[more]

*

Nie kochałem dotąd tego zespołu, nie pokochałem też po tym – pierwszym moim – koncercie. Wątpliwości pozostały, jednakże nabrałem większego szacunku dla jego dokonań. Nadarzyła się bowiem wielka okazja, by zobaczyć w akcji LC za jedynie dwadzieścia pięć złotych i w dodatku w bardzo szlachetnych warunkach – w socrealistycznych okolicznościach przyrody Pałacu Kultury Zagłębia w Dąbrowie Górniczej, gmachu tyleż nienowym, co robiącym spore wrażenie starannością utrzymania.

Sala wypełniła się po brzegi – publicznością w bardzo różnym wieku. Układ siedzący, chcąc nie chcąc, wymusił bardziej stateczne zachowania, mimo iż im bliżej było końca, tym więcej nóg podrywało się do tańca.

Myślę, że Grzegorz Ciechowski, gdyby żył, ciepło wypowiadałby się o ekipie Spiętego. Bo jeśli teksty lidera płockiej formacji sytuują się w ścisłej krajowej czołówce i to nie tylko aktualnych dokonań w tej mierze, to swym niezaangażowaniem politycznym – przy jednocześnie bardzo bystrych i błyskotliwych obserwacjach socjologicznych – nawiązują przede wszystkim do 

klimatów okołorepublikańskich.

W tym miejscu od razu należy też nisko ukłonić się osobom odpowiedzialnym za nagłośnienie: wokal był znakomicie słyszalny, wysunięty do przodu. Tak powinno być, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z mądrymi tekstami. Jednocześnie nie przeszkadzało to we właściwym ustawieniu proporcji – w każdej chwili można było skupić uwagę na dowolnym instrumencie.

Republika to skojarzenie również muzyczne. Aż dziw bierze, że frontman, gitarzysta i mózg całego przedsięwzięcia ma tyle  artystycznej dyscypliny w sobie, by niemal zupełnie – tak jak to miało miejsce w przypadku formacji toruńskiej – zrezygnować z solówek. Nawet jeśli Hubert Dobaczewski wirtuozem instrumentu nie jest, opanował go w takim stopniu, że mógłby pokusić się o danie palcom więcej swobody. Ale nie: liczą się powściągliwość i praca.Lao Che, po blisko dwudziestu latach działalności, to już instytucja, jedna z nie tak wielu na naszym rynku. A jednak, z góry proszę o łagodny wymiar kary, moje ucho miałoby ochotę zamieszać w tej maszynie. Tym, co trzyma mnie 

na dystans 

wobec tej kapeli, są dwie rzeczy. Pierwsza to elektronika: z jednej strony ta nowsza, sample i inne takie, z drugiej – nawiązująca do moich bardzo nieulubionych lat 80. Drugą kwestią jest, w ścisłym związku z pierwszą, mechaniczność rytmu – słuchając płyt można sądzić, że dźwięk perkusji jest zaprogramowany, a nie dobywany przez ludzi. Na żywo jest z tym niby lepiej, ale w stopniu w moim odczuciu zdecydowanie niewystarczającym. Jeśli szarą eminencją składu jest Rafał Borycki, bardzo stylowo grający na czterech strunach, świadomy zarówno historii rocka, jak i nawiązujący do klimatów nieodległych jazzowi, to w zderzeniu z jego grą  kompletny brak swingu u dwóch panów bębniarzy razi w uszy. I mam wątpliwości, czy wzięcie lekcji coś tu by zmieniło. Bo aż się, w wielu momentach, prosi, by zwolnić, pomiotełkować trochę, pomuskać z czułością talerze, a tu tylko mało finezyjne łup-łup-łup. Tak samo było, w zaskakująco obfitych, fragmentach reggae’owych: śliczny bas, a kołysania bębnów ani słychu. 

Zupełnie zbędna jest dla mnie obecność na scenie tego pana całkiem po prawej. Lao Che to jednak 

coś znacznie więcej

niż tylko DJ z komputerkiem firmy np. Apple, częściej rozkiwany na lewo i prawo, znacznie rzadziej udający, że gra, wydobywając syntetyczne, wcześniej zaprogramowane dźwięki.Tym bardziej zbędna, że formacja od pewnego czasu jest już septetem, a nowy nabytek, Karol Gola, nie tylko dodaje kolorytu występom zespołu swym dynamicznym zachowaniem, ale przede wszystkim smaczną grą na żywych instrumentach: saksofonie barytonowym czy flecie. A poza tym jest w stanie obsłużyć także klawiatury.

Dosyć tego mądrzenia się przy blogowym laptopie, jeśli jestem taki mądry, czemu sam nie założę zespołu? Spięty ma 

pomysł 

na wszystko, tak jak kiedyś Ciechowski. Na teksty, na muzykę, na aranżacje. Taki pomysł na pomieszanie stylistyk rockowej, gitarowej, syntezatorowej i samplowanej. I to działa już od kilkunastu lat, Lao Che to firma, zespół dający mocny, profesjonalny w każdym calu koncert, zespół podobający się ludziom bardzo młodym i tym średnim wieku, ale także osobom ze znacznie zaawansowanymi peselami. Odnieść sukces komercyjny, nie wdzięcząc się do publiczności, tym bardziej – broń, Boże – nie schlebiając gustom tzw. ogółu, to sztuka, która udała się i udaje  nielicznym. Te niemal dwie godziny wczoraj potwierdziły tylko wszystkie atuty. A malkontenci, tacy jak ja, dowodzą jedynie odwiecznej prawdy, że jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. Ale racja nie jest po stronie malkontentów, lecz, rozluźnionego nieco, Spiętego. Który wie jak – i potrafi.

(Lao Che, Pałac Kultury Zagłębia, Dąbrowa Górnicza, 18 października)

Peter J. Birch w pałacowej piwnicy

images3

Bardzo przyjemne wnętrze Piwnicy Pałacu Kultury Zagłębia w Dąbrowie Górniczej było miejscem, gdzie pierwszy raz dane było mi oglądać na żywo Piotra Brzezińskiego, legitymującego się kilkuletnim stażem estradowym, a wciąż bardzo młodego songwritera pochodzącego z Wołowa na Dolnym Śląsku.

[more]

Wyjście tylko z gitarą na scenę, choćby niedużą, to bardzo 

trudna sztuka.

Nawet Bob Dylan odstąpił od tego po paru latach, zamieniając gitarę akustyczną na elektryczną i dokooptowując paru muzyków. Peter J. Birch, bo pod takim pseudonimem ukrywa się polski artysta, przynajmniej póki co, walczy sam, na dodatek jeszcze śpiewając teksty w języku angielskim. Z jednej strony  pozwala mu to w proporcjach jeden do jednego przekraczać granice (a czyni to często) i występować w Czechach, Niemczech albo innych krajach, z drugiej – na pewno utrudnia przekaz, a tym samym przebicie się na rodzimym rynku.

A ma wszelkie dane ku temu. Dysponuje

świetnym głosem,

w sytuacji koncertowej niczym nie różniącym się od tego na płytach, przez ponad godzinę dając bez problemu radę. Jeśli coś mnie zaczęło uwierać, to tylko nadmierne używanie wokaliz. Jeśli artysta nie potrafi z nich zrezygnować, to może wystarczyłoby odsunąć się wtedy nieco od mikrofonu?

Gdy chodzi o instrumentarium, ograniczyło się ono do gitary akustycznej, harmonijki ustnej w bodaj dwóch piosenkach oraz w jednym przypadku do komputerowego podkładu. Tego ostatniego spodziewałem się więcej, ale – pytany po występie Peter J. – bez entuzjazmu, raczej ironicznie skomentował ów aranż. Stąd, jak widać, bierze się ostrożne  podejście do takich rozwiązań. Co innego zespół towarzyszący, tego muzyk nie wyklucza, ale – wiadomo – większy, elektryczny skład wszystko zmienia: listę płac, wymogi sali itp. To już nie tylko wsiąść do pociągu z jednym pudłem.

Pieśni i piosenki się bronią, wiele z nich to 

potencjalne przeboje,

talentu kompozytorskiego bowiem nie można PJB odmówić. Inspiracje są rozległe, choć stylistycznie najbliżej oczywiście do Amerykanów – Townesa Van Zandta, wspomnianego Dylana czy Johnny’ego Casha, a więc folk, alt country – tzw. americana. Dziś Brzeziński ma na koncie cztery solowe albumy, występy na Open’erze i OFF Festivalu. Czy dane mu będzie zakosztować szerszej popularności, czy też pozostanie artystą  znanym tylko pewnej, mimo iż coraz większej, grupie słuchaczy?

(Peter J. Birch, Pałac Kultury Zagłębia, 17 października 2018)

Jacek III Biały anarchista pod Wawelem

white1

Tauron Arena w środowy wieczór daleka była od tzw. szczelnego wypełnienia. Tym razem jednak nie należy z tego robić problemu – chyba pierwszy raz bowiem zdarzyło się, że artysta ze światowej ekstraklasy dał w Polsce aż cztery koncerty: w Trójmieście, Poznaniu, Warszawie i Krakowie. Byłem świadkiem tego ostatniego.

[more]

To Hańba!

Support był świetny. Bandżo, tuba, akordeon lub klarnet, bęben i czasami grzebień – czyli krakowska Hańba! Ależ dali czadu czterej panowie. Gdy z klimatów międzywojennych, bałkańskich, żydowskich i tym podobnych wyłonił się punk, wszystko ułożyło się w klarowną całość. Więc można grać dziś punka, łamiąc przy tym wszystkie ustalone przed dziesięcioleciami reguły tej gry, przede wszystkim: umiejąc posługiwać się instrumentami i dobierając ich zestaw zupełnie inaczej, niż by „należało”. Skaczący – w dobrze tym razem znany sposób – bandżysta Andrzej Zamenhof dodawał tylko kolorytu całości. Kapela funkcjonuje poza mainstreamem, ale ma na swoim koncie całkiem sporo płyt i nagród. Płyt niestety nie znam i – przynajmniej póki co – pozostaje mi zastanawiać się, czy ów łomot równie dobrze sprawdziłby się w domowych warunkach.

Tym, co podpowiada mi, że tak, jest jedno ewidentne skojarzenie. Która w dawnych czasach z rodzimych punkowych kapel umiała grać, miała dwóch wokalistów i stosowała chórki? Nieodżałowana Śmierć Kliniczna. 

Gromkie brawa, jakie zebrała Hańba! na koniec występu, były w pełni zasłużone.

JW III

Od czego zacząć? Kłębowisko różnych myśli towarzyszyło mi w trakcie tego występu. Cóż, trochę już w życiu dane mi było zobaczyć i wysłuchać, ale nie jestem w stanie teraz przywołać podobnych wspomnień dotyczących pierwszego oglądanego koncertu wykonawcy – koncertu, który tak bardzo by mnie zaskoczył, tak bardzo odbiegał od tego, czego – jak mi się zdawało – mogę się spodziewać na podstawie nagrań płytowych.

Uderzyła w słuchaczy bezkompromisowa ściana dźwięku i decybeli. Szukając odniesień, ustaliłem, przynajmniej na własny użytek, że najbardziej podobna do tej, którą serwuje Queens of The Stone Age. Prócz bólu uszu miałem jeszcze jeden dyskomfort, bardziej chyba merytoryczny. Z pewnym zdziwieniem skonstatowałem mianowicie, że brakowało mi… swingu. Tego łagodnego, płynnego przechodzenia od jednej nuty do drugiej, od zwrotki do refrenu i z powrotem. Z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że White z pełnym rozmysłem „łamał” linię melodyczną każdego niemal utworu, z jednej strony przypominając tutaj czarnych bluesmanów grających jakby cały czas tuż obok. Różnica, zasadnicza, tkwi w tym, że w Krakowie to wszystko odbywało się przy potencjometrach odkręconych na maksimum, i z rozkołysanym bluesem nie miało wiele wspólnego. Drugi powód to wokal White’a: na płytach tego nie ma, ale na żywo chyba nie do końca artysta panuje nad swoim głosem, który wielokrotnie wymykał się linii melodycznej. Jeśli w przypadku gitary był to zabieg zamierzony, o tyle w przypadku śpiewu mam już wątpliwości. Natomiast ta charakterystyczna chrypa nieodparcie – i dobrze –  kojarzyła mi się z Janis Joplin.

Kiedy już przywykłem do gwałtownego ataku wymierzonego w mój aparat słuchowy, zacząłem zastanawiać się nad sposobem obsługi gitary przez lidera pięcioosobowego składu (poza nim dwóch czarnoskórych klawiszowców, basista i perkusistka). Na pewno White nie jest wirtuozem klasy Hendriksa czy Claptona, ale wiele potrafi – i zdecydowanie pierwszy z wymienionych jest dla niego jednym wielkim wzorem i punktem odniesienia. Właśnie poprzez to

nieoczywiste dobieranie nut,

łamanie faktury utworów, granie, zwłaszcza na koniec kolejnych utworów długimi dźwiękami, wybrzmieniami, obfite korzystanie – w starym stylu – z możliwości gitarowych przystawek.

Oswojony już z ciągłym dysonansem między wersjami płytowymi i tym, co słyszałem na żywo, coraz lepiej reagowałem na muzykę. O Jacku III myślałem raczej jako o chłodnym intelektualiście, który ukochał starą muzykę i metodycznie realizuje w tym stylu kolejne projekty. Tymczasem na scenie objawił się facet może z ADHD, ale na pewno temperamentny, którego gryf gitary wciąż gna z jednego końca sceny na drugi, który wciąż wchodzi w interakcje z pozostałymi muzykami, który dyryguje orkiestrą, raz po raz dając umówione znaki.

Facet jest „nasz”. Nie kadził zanadto publiczności – i dobrze, bo niespecjalnie to lubię, ale miał z publiką dobry kontakt. Okazał się prawdziwym artystą: gram dla was, bez was nie istnieję, to, że jesteście tu, słuchacie i skaczecie pod sceną, napędza mnie i jest istotą rokendrola. Część zasadniczą koncertu zagrał ubrany w granatowego tiszerta z białym orłem na piersiach – w końcu ma polskie korzenie. Gdy po długich chyba dziesięciu minutach przerwy band wyszedł na bis, White przebrany w inną koszulkę rzucił tę pierwszą niczym 

trofeum

– w bodaj pierwszy rząd pod sceną. (Ciągle nie wiem, czy gdyby to była moja zdobycz, wyprałbym ją, czy też zasuszył niczym najcenniejszą relikwię).

Część zasadnicza trwała osiemdziesiąt pięć minut, może krótko, ale odbywała się właściwie bez przerw. Jak już wspomniałem, kolejne kawałki wybrzmiewały, a Jack zmieniał w tym momencie wiosło i – dawaj! – atakował po raz kolejny. Ci, którzy opuścili halę w tym momencie (nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy wychodzą przed końcem występu, żeby np. uniknąć korków przy wyjeździe itp.), niech żałują. Bis to był set półgodzinny, a w nim zaserwowano nam coś na kształt „The Best of”. To repertuarowo (oj, ma w czym JW wybierać!), zaś muzycznie… Wreszcie zostaliśmy dopieszczeni: łamańców było zdecydowanie mniej, za to piosenki, których bym o to nie podejrzewał, jak choćby Connected By Love czy finałowy Seven Nation Army, przybrały hymnową, monumentalną postać. Ta posągowość kojarzyć się może z wieloma numerami np. Pearl Jam, tyle że barwa głosu nie ta.

Zacząłem od jakichś przytyków i kręcenia nosem, ale koncert z każdą minutą podobał mi się bardziej, by zachwycić w swych końcowych fragmentach. No i jeszcze ten – bezlitosny, na drugi czy trzeci dzień – papierek lakmusowy: jak mi się słucha płyt JW po koncercie? Świetnie, jak nigdy dotąd.

(Jack White, Boarding House Reach, Tauron Arena Kraków, 10 października)

Setlista: https://www.setlist.fm/setlist/jack-white/2018/tauron-arena-krakow-poland-6be942fe.html

Strzały aż do ostatniego naboju

15103179884hdL99hWWY47mRvLY5LjzyLJaJQD992059773261ba19cc7a9718c96e31c19bfdb0774e97

To już nie młodziaki przecież, a bardzo im się chciało. Trzy i pół godziny to dawka, która usatysfakcjonowała wszystkich.

[more]

*

Tyle się działo między Tatrami a Bałtykiem w ostatnich dniach – Open’er, festiwal w Wadowicach, Pearl Jam w Krakowie, Rolling Stones w Warszawie – że problem stanowiły tylko zasobność portfela i czas. Dość nieoczekiwanie dla nas samych – żony, syna i mnie – w czwartek zdecydowaliśmy się zakupić bilety na pierwszy koncert organizowany na nowym Stadionie Śląskim: występ Guns’N’Roses. Najtańsze, za 149 zł, całkiem już z boku w stosunku do ustawienia sceny, i z pewnym niepokojem odbierane bezpośrednio przez imprezą.

G’N’R mogła, ale nigdy nie stała się kapelą, która wymościła sobie kawałek miejsca w moim muzycznym sercu. Gdy w 1987 roku ukazał się jej debiutancki album, byli formacją gotową, dojrzałą i ukształtowaną muzycznie. Dla mnie chyba po prostu będącą w zbyt dużym stopniu spadkobierczynią Deep Purple, a w zbyt małym Led Zeppelin. 

Atawizm

– dużo hałasu, ostra gitarowa jazda skutecznie wspomagana warunkami głosowymi Axla Rose’a, mnóstwo hard rocka, śladowe zaledwie ilości bluesa, czyli tego, przy czym zawsze będę się upierał – swingu. No i coraz więcej nieporozumień i awantur zamiast nowych nagrań. To było jednak ćwierć wieku temu, a zejście się po latach Axla ze Slashem i McKaganem zelektryzowało fanów.

Gdy obejrzałem setlisty z ostatnich występów, zacząłem się modlić o jak najmniejszy poślizg względem zaplanowanej godziny rozpoczęcia występu, czyli 20.00. I nadal nie dowierzałem, gdy parę minut przed tą godziną muzyka z taśmy ustąpiła strzałom i wybuchom, wspomaganym skutecznie przez stosowny obraz na telebimach. Zespół w przeszłości znany ze skandalicznych spóźnień zameldował się punktualnie na scenie i zaczął od It’s So Easy. Pełne słońce nie ułatwiało wejścia w klimat koncertu, ale też, niestety, ustawienie dźwięku, głównie wokalu, pozostawiało sporo do życzenia. Nie jestem miłośnikiem obrazków, nie oglądam koncertów na DVD, sporadycznie sięgam do YouTube’a, więc widok podtatusiałego frontmana wprawił mnie w niejaką konfuzję. Wokalnie jednak najczęściej dawał radę, wciąż wyciągając liczne góry, stąd tym większe moje zdziwienie, że przy stole mikserskim nic z tym nie zrobiono. Zbyt często było więc nieczysto: charczało, piszczało w nieprzyjemny dla ucha sposób.

 

Wziąłem swój bilet do ręki i ruszyłem, by sprawdzić warunki odsłuchu w innych miejscach stadionu. Nikt mnie nie zatrzymywał, a gdy ujrzałem sporo wolnych miejsc w centralnych sektorach, zapytałem młodego ochroniarza, czy gdy przyjdziemy tu zaraz w trzy osoby, będziemy mogli usiąść. Sprzeciwu nie było, więc po paru minutach siedzieliśmy na wprost sceny, na miejscach za ponad czterysta złotych. 

Akustyka

była zdecydowanie lepsza, ale uwagi co do ustawienia wokalu pozostały aktualne do samego końca. A dawka okazała się piorunująca: trzy i pół godziny. To budzi wielki szacunek, nigdy jeszcze nie dane mi było uczestniczyć w tak długim koncercie zachodniego wykonawcy. G’N’R zagrali wszystko – i jeszcze trochę. Ci, którzy mają do tego zespołu bardziej emocjonalny stosunek, przeżywali chwile szczęścia. A ja myślę, ze gdyby potencjometry głośności ustawione były ciut niżej, byłoby dużo lepiej. Słychać to było zwłaszcza pod koniec zasadniczej części, czyli w trzeciej już godzinie koncertu, gdy Axl Rose wspaniale, czysto wyciągał partię wokalną w Wichita Lineman, coverze numeru Jimmy’ego Webba.

Trochę zmęczyły mnie też kaskady Slasha. Ten niewątpliwy wirtuoz gitary elektrycznej bliżej jest jednak gryfoślizgaczy w stylu Satrianiego i, niestety, bardzo konwencjonalnego popisywactwa metalowego, niż stylistów miary Claptona, Page’a czy Bonamassy. Było więc trochę takich fragmentów, kiedy Rose znikał ze sceny, a tę we władanie brały gitary. Tak było przy instrumentalnym, mało finezyjnym niestety, wykonaniu Wish You Were Here, który przeszedł w drugą część Layli, a ta z kolei w intro November Rain, kiedy z mroku wyłonił się Rose przy fortepianie – siedzący na czymś, co przypominało spory fragment… motocykla. Właśnie: ten fortepian, mimo narastającego largo, cały czas był świetnie słyszalny. Czyli dało się to wszystko odpowiednio miksować.

Covery

to w ogóle znaczący element występów Gunsów. Może wolałbym słuchać ich utworów, ale wersje cudzych kompozycji zawsze rzucają nieco inne światło na wykonawcę. Poza wymienionymi Floydami, Live And Let Die Wings i Dylanowskim Knockin’ On Heaven’s Door, z radością powitałem hymn Soundgarden, Black Hole Sun (forsowanie głosu to wspólna cecha Axla i Cornella), a na początku bisów, znów instrumentalny, fragment Melissy Allman Brothers Band, a później klasyk AC/DC Whole Lotta Rosie (tu akurat zdarzyło się Rose’owi parę razy nie trafić z tonacją) i jeszcze The Seeker The Who.

Całość klamrowały fantastyczne utwory z pierwszej płyty. Na otwarcie było, jak już wspominałem It’s So Easy, po nim Mr. Brownstone, chwilę później Welcome To The Jungle, na koniec części zasadniczej Nightrain, a całość zwieńczył Paradise City. Siedmioosobowy skład w bardzo dobrej formie i, jak się wydaje, w pokojowym współistnieniu, może bez licznych uśmiechów i radosnego poszturchiwania się, aczkolwiek ze wspólnym wyjściem i ukłonem na „do widzenia”. Czy to daje nadzieję na zupełnie nowe nagrania? Ci panowie na pewno wiedzą, że choć ciężko im czasem ze sobą, nic lepszego w życiu im się nie przytrafiło i już raczej nie przytrafi.

Mimo iż G’N’R to nie moja bajka, musiałbym jednak wykazać mnóstwo złej woli, by nie dostrzec, że bardzo im się chce, że dają z siebie maksimum, a to niesłychanie cenne. Melduję więc, że po wielu latach przerwy ze Stadionu Śląskiego znowu popłynęła muzyka. I czekam na zapowiedzi kolejnych koncertów.

(Guns’N’Roses, Not In This Lifetime Tour, Stadion Śląski Chorzów, 9 lipca)

setlista:

[url=https://www.setlist.fm/setlist/guns-n-roses/2018/stadion-lski-chorzow-poland-4bea53ba.html]Tekst linka[/url]

Grad kamieni rzucony na Warszawę

pobrane23

Gdyby nasi kopacze oddali wczoraj choć w przybliżeniu tyle strzałów na bramkę rywali, ile decybeli zaaplikowali zgromadzonej w hali Torwaru publiczności panowie z Queens Of The Stone Age, wynik meczu byłby zupełnie inny.

[more]

Amerykańska formacja nieprzypadkowo uchodzi za sztandarowego przedstawiciela stoner rocka, a jeśli ktoś miałby po ostatnich dwóch płytach co do tego jakieś wątpliwości, zostały one rozwiane we wtorkowy wieczór. Od pierwszych sekund A Song For The Deaf stopa perkusyjna do spółki z basem wgniatały mi żebra w dość skromnych rozmiarów wnętrzności, zaś resztki włosów najchętniej odleciałyby z miejsca koncertu przynajmniej za drzwi, do holu hali. 

Jeśli jest gdzieś 

kres rokendrola,

jeśli jest w ogóle ta ściana, skalista półka, za którą nie ma już nic, to z pewnością nie są to żadne metale, death, speed, black czy inne crashe, które – niech starcowi będzie wybaczone – jawią mi się jako karykatura rocka, muzyczny kabaret stworzony z wywróconych na drugą stronę gardeł wokalistów, strzelistych gitar, czarnych strojów i cyrkowych albo w najlepszym razie pantomimicznych makijaży tych, co stoją na scenie i wywołują niestrawność żołądka i recepcji po paru minutach. Prawdziwe napieprzanie, bezkompromisowość niepodlegająca jakimkolwiek protestom i dyskusjom – to granie QOTSA. Spokojny wokal i falsety Josha Homme’a w stylu nieodżałowanej pamięci Jacka Bruce’a tylko wzmacniają efekt, są wspaniałą wartością dodaną. Spotkałem się kiedyś z opinią, że muzyka Queens wykoncypowana została na zimno, w postaci algorytmu: tak spreparowana całość musi znaleźć nabywców. Trudno było mi wtedy i jest dzisiaj oprzeć się wrażeniu, że było to stwierdzenie podszyte w najlepszym razie zazdrością, w najgorszym – zawiścią. W życiu, a w sztuce w szczególności, jest ciągle sporo miejsca na to, co zwie się talentem.

Bardzo żałowałem przed paru laty swej nieobecności na Open’erze podczas występu kwintetu, odgrażałem się po Orange Warsaw Festival na Stadionie Narodowym w 2014 roku, że muszę raz jeszcze zobaczyć kapelę w akcji, gdy zagra w jakimś normalnym, gdy mowa o akustyce, miejscu. Torwar daleki jest od ideału, ale bez porównania lepszy od futbolowej, ale tylko futbolowej, bazyliki (która katedrą stanie się, jeśli awansujemy do 1/8 mistrzostw). Uwzględniwszy ponadto fakt, iż przez te kilka lat dorobek zespołu mam znacznie lepiej przetrawiony, mój odbiór dźwięków dochodzących ze sceny był, mniemam nieskromnie, należyty.

Można by oczywiście skonstruować playlistę z utworów bardziej melodyjnych, wręcz przebojowych, których nie brak w dorobku grupy, można by z pewnością odrobinę przesunąć w dół 

potencjometry głośności, 

ale… Może wtedy bylibyśmy świadkami zwykłego tylko odstrzału w kamieniołomach, a nie tego, jak królowe ciskają na ziemię nie drobne kamyki, lecz wielkie i potwornie ciężkie bloki skalne, przed którymi nie sposób uciec. Takie to już prawo zespołu o określonym dorobku, takie prawo jego lidera, by na żywo proporcje były podobne do tych na płytach.

Dźwięk na granicy bólu nie sposób potraktować jako epatowanie słuchaczy, nie była nim też oprawa wizualna – z mocnymi i często wymierzonymi w publiczność światłami, ale niezawierająca niczego, czego byśmy wcześniej nie znali. Kokietowania także nie było, trudno bowiem za takowe uznać typowe zawołania frontmana, których często doświadczają bywalcy koncertów.

*

Nie mogę powiedzieć, że to był koncert mojego życia, ani że wymieniłbym go wśród tych szczególnie dobrze odebranych i zapamiętanych (za wcześnie zresztą, by o tym mówić). Lecz zafascynowany jestem kojarzącą się z punkiem

bezkompromisowością przekazu,

nawet jeśli dziś, z racji scenicznego stażu, w takim graniu jest więcej zawodowstwa niż młodzieńczej spontaniczności. Widać to świetnie choćby przy przeglądaniu zestawów wykonywanych w trasie kawałków – nie jest tak, że im bliżej końca, tym bliżej list przebojów. Ba! – na bis dostaliśmy co prawda największy hicior, Make It Wit Chu, ale jak wszystkie inne utwory doprawiony na ostro, zaś całość zakończyła się znów kaskadą ciężkich riffów, czyli numerem A Song For A Dead.

To ciągle rokendrol, nie mam wątpliwości. Natomiast co parę minut zerkałem na moją lepszą połowę, czy daje radę i czy przypadkiem nie jest innego zdania. O dziwo, usłyszałem po wszystkim, że podobało jej się.  Wiem jednak, że byłaby odosobniona w tej opinii w gronie naszych znajomych – i to nie tylko jego damskiej części. Ale sama tego chciała – kupiła bilety bez konsultacji ze mną, jako prezent jeszcze gwiazdkowy.

P.S. Osobistym papierkiem lakmusowym dotyczącym wrażeń z koncertów jest to, jakie wrażenia towarzyszą mi przy słuchaniu płyt wykonawcy dopiero co obejrzanego na żywo. Po paru dniach w szufladce wylądował krążek Lullabies To Paralyze z 2005 roku i po prostu mnie zachwycił.

(Queens of The Stone Age, Torwar Warszawa, 19 czerwca)

Wieczór na dworze Karmazynowego Króla

pobrane22

Moja północna dusza uwielbia być od czasu do czasu sponiewierana półmrokiem panującym na dworze Karmazynowego Króla.

[more]

*

Jeśli w piątek, na koncercie Carlosa Santany, doświadczyliśmy z żoną muzyki radośnie rozwibrowanej, wygrzanej w słońcu i pieszczącej na przemian gorącym piaskiem i ciepłym oceanem, to dzień później klimat uległ radykalnej zmianie, choć zamieniliśmy tylko Oświęcim na Kraków. W graniu King Crimson pełno jest 

brytyjskich mgieł,

wściekle uderzających o szyby kropel deszczu, niepokojących porywów wiatrów i z rzadka jedynie wyzierających zza chmur, nieśmiałych promyków słońca. Nic jednak nie poradzę na to, że choć doceniam i bardzo lubię meksykańskiego gitarzystę, moja północna dusza uwielbia być sponiewierana i unurzana w półmroku panującym na dworze Karmazynowego Króla. Tak miałem jako dzieciak i nastolatek, tak mam i dziś – a że wokół siebie lubię raczej porządek niż nieład, laboratoryjne podejście do muzyki Roberta Frippa jest mi szczególnie bliskie.

Miejsce – krakowska hala ICE – świetnie współgrało z koncepcją muzyczną. Nowoczesna bryła, dużo szkła, zaś widownia, z dominującym drewnem,  powyżej parteru stworzona jakby z całego szeregu wysuniętych z półokrągłej komody szuflad, ponownie nas zachwyciła. Matematyczny układ sceny znaliśmy już z koncertu w Zabrzu – trzy zestawy perkusyjne z przodu i za nimi, trochę wyżej, stanowiska dla pozostałych pięciu muzyków. Lista płac wydłużyła się więc o jedno nazwisko w porównaniu z tamtą trasą.

Lepszego początku nie mogłem sobie wymarzyć: Larks’ Tongues In Aspic Part One, nieco skrócony w stosunku do płytowej wersji i z odrobinę inaczej zaaranżowanym, moim ukochanym finale: partia smyków zastąpiona została gitarą. Szczęście to coś, co muska nas w przelocie i zaraz odchodzi? Nie, są takie minuty w życiu, gdy zostaje obok na dłużej. Przecież to był dopiero początek. Gdy jako trzeci w kolejności rozbrzmiał Moonchild, z żalu ścisnęło się chyba nie tylko moje gardło. Na przełomie 2016 i 2017 roku, w odstępie niespełna dwóch miesięcy zmarli Greg Lake i John Wetton, zabierając ze sobą 

okruchy marzeń

fanów o tym, że może jeszcze kiedyś staną wspólnie z Frippem na scenie. A tego najstarszego materiału w programach koncertów zespołu przybywa – i dobrze, bo jest w czym wybierać. W pierwszej części występu – bagatela, osiemdziesięciominutowej – usłyszeliśmy jeszcze The Court of The Crimson King, Cirkus, Lizard, Islands, a na jej zakończenie drugi fragment Larks’.

 

Ciężkie, gitarowe klimaty ostatnich trzech studyjnych albumów to  wariacje, wręcz „umocowane” w postaci tytułu, na temat Larks’ Tongues In Aspic  (wczoraj część trzecia) – a innym razem, mam nieodparte wrażenie, Red. Wzruszyłem się przy pierwszych dźwiękach Cadence And Cascade, jedynego wczoraj, lecz jakże pięknego reprezentanta drugiej płyty, wsłuchiwałem w narastanie napięcia w kończącym zasadniczą część koncertu słynnym Starless. Po kilku minutach niemilknących oklasków grupa pojawiła się raz jeszcze na scenie, by uraczyć nas

długim bisem,

a w nim klasykami Epitaph i, na sam koniec, 21. Century Schizoid Man, jak w soczewce skupiającym styl KC: symforockową monumentalność, potężne gitarowe, niemal heavymetalowe riffy i jazzowo-oniryczny odjazd.

Tym razem uważniej przypatrywałem się perkusistom. Temu, jak kunsztownie rozpisali między siebie partie w kolejnych utworach i jak wspaniale razem walili w kotły i co tam jeszcze mieli. Parokrotnie czułem się, jakby wrota zamku Króla Karmazyna otwierały się przede mną, zaś nim dane będzie stanąć przed obliczem władcy, mam okazję zobaczyć i usłyszeć fenomenalnych afrykańskich bębniarzy. Może ktoś oburzy się na takie skojarzenie, ale z Patem Mastelotto, Gavinem Harrisonem i Jeremym Staceyem jest trochę jak z Paco de Lucią, Alem di Meolą i Johnem McLaughlinem. Bo jeśli w koncertach KC jest 

pierwiastek szaleństwa,

wymykania się z zakreślonych przez lidera ram – to jest on przynależny przede panom z pałeczkami w dłoniach. Lecz nad ich głowami nie było gorzej: na basach szalał Tony Levin, piękne partie fletu i saksofonów odegrał Mel Collins, a jeden z zestawów klawiatur obsługiwał Bill Rieflin. Gitarzystą i głównym wokalistą pozostaje Jakko Jakszyk, barwowo przypominający Haskella i Burella (czyli czas trzeciej i czwartej płyty). No i całkiem na prawo siedział lider, w skupieniu obsługujący gitarę oraz instrumenty klawiszowe.

Była zapowiadana dwudziestominutowa przerwa – to już standard, gdy chodzi o koncerty KC – ale muzyki dużo, dużo więcej. Łącznie z bisami nazbierało się tego sto sześćdziesiąt minut, co usatysfakcjonować i dopieścić musiało chyba każdego.

Parę razy już do tego się przyznawałem: robotę Frippa i kolegów noszę głęboko w sobie. Ten rodzaj muzycznej wyobraźni jest mi wyjątkowo bliski, stąd też przeżywam szczególne emocje w trakcie ich występów. Dają one słuchaczom istotę tego, o co chodzi: staranną, ale bez niekoniecznych szaleństw oprawę koncertu i zero umizgów do publiczności. Bez tego drugiego widzowie mogą się obejść i mimo to uszczęśliwieni wrócić do domów. Warunkiem niezbędnym jest, powtarzam uparcie, strona muzyczna. A ta jest ciągle najwyższej próby, zaś powrót po latach do materiału z pierwszych płyt jest – co tu dużo gadać – wielką wartością dodaną występów kapeli w ostatnich latach.

(King Crimson, ICE Kraków, 16 czerwca)

Carlos Santana z małżonką z wizytą w Oświęcimiu

pobrane21

Raz po raz popatrywałem, co czynią jego lewa i prawa ręka, a głowa ciągle uciekała w stronę nielubianych przeze mnie szybkobiegaczy sześciostrunowych. Jak to jest, że ten meksykański ekwilibrysta i wyborny technik wyzwala zupełnie inne emocje?

[more]

*

Niełatwo jest pisać o drugim zobaczonym koncercie tego samego wykonawcy, zwłaszcza gdy wrażenia są bardzo podobne. Trudno uwierzyć, że to już prawie trzy lata mijają od chwili, gdy w nadmorskiej Dolinie Charlotty Carlosa Santanę widzieliśmy z żoną  pierwszy raz w akcji. Dziś mogę tylko powtórzyć niektóre 

frazesy:

że nieoczywiste jest oglądanie siedemdziesięcioletniego artysty wciąż w znakomitej formie (bo niewiele jest takich przypadków), że równie nieoczywiste jest to, że po  trzech latach byliśmy świadkami kolejnego jego rewelacyjnego występu. Wątpliwości co do tego mogliśmy mieć bardzo krótko. Koncert oświęcimski w ramach Tauron Life Festivalu rozpoczynał dwumiesięczne tournée zespołu po Europie i mogliśmy się spodziewać, że w związku z tym, czyli wymogami takiej imprezy, będzie krótszy niż zwykle. Dziwny też, choć zupełnie bez konsekwencji, był swoisty falstart, gdy lider po już kilku wydobytych ze swojego instrumentu dźwiękach zamilkł, by zmienić gitarę. 

Energetyczność występów bandu Santany wynosi – nie mam żadnych wątpliwości – sto procent. Rytmy latynosko-karaibsko-rokendrolowe to ze swej istoty najczęściej gra forte, bezustanna jazda do przodu. I fantastyczne jest to, że wysokie napięcie stworzone na scenie udaje się od samego początku przenieść na widownię – i utrzymać do samego końca. Przez dwie godziny, bo tyle bez mała trwał występ, powietrze wokół stadionu MOSiR-u bezustannie 

iskrzyło, drgało i pulsowało 

raz po raz takimi czy innymi smaczkami pieszcząc nasze uszy.

Santana, co oczywiste, pozostaje wierny temu wszystkiemu, co kiedyś wyniosło go na sam szczyt: na plecach jego marynarki ujrzeliśmy wizerunek Jimiego Hendriksa, z ekranów telebimu raz po raz pojawiały się obrazki z Woodstocku z 1969 roku, zaś jego miłość do jazzu znalazła wyraz w Coltraine’owskim [i]A Love Supreme[/i] ([i]It’s up to me, it’s up to you[/i] – jak śpiewali wokaliści). Nieco nowszy, choć nienowy, zwłaszcza dla fanów czy czytelników jego biografii, jest nieco kaznodziejski ton, wołanie o wolność, pokój i miłość dla całego świata, który tylko w ten sposób znaleźć się może bliżej nieba.

Gdy raz po raz popatrywałem, co czynią jego lewa i prawa ręka, głowa ciągle uciekała w stronę nielubianych przeze mnie szybkobiegaczy sześciostrunowych. Jak to jest, że ten meksykański ekwilibrysta i wyborny technik wyzwala zupełnie inne emocje? Gra Santany nigdy nie służyła efekciarstwu, narcystycznym popisom – lecz muzyce. Tej przez największe M, a tworzonej w każdej kolejnej  sekundzie granego akurat utworu. Jego wirtuozeria nie była i nie jest wartością samą w sobie, lecz służy przekazowi tworzonemu przez wszystkich muzyków – wczoraj było ich dziewięciu. Santana nie epatuje dźwiękiem swoich gitar, daje pograć każdemu, pozostawiając miejsce zarówno na solówki, jak i tę przestrzeń w każdej chwili grania, do której wszyscy dokładają swoje co-nieco.

Zespół, jakby świadom nieco ciaśniejszych, festiwalowych ram czasowych, nie dał słuchaczom właściwie ani chwili wytchnienia: kolejne utwory układały się albo w koronkowe medleye, albo przerwy między nimi były ledwie kilkusekundowe. Bo szkoda czasu – zdaje się mówić CS – 

najważniejsza jest muzyka,

z nią przecież przyjechaliśmy do was, by dać to, co mamy najlepszego, by dać wam radość.

Kilkudziesięcioletni dorobek Santany jest imponujący, jest z czego wybierać. Wiadomo jednak, że nie może zabraknąć pewnych evergreenów z pierwszych płyt[, jak i znakomitych piosenek z okresu Supernatural. Jak zwykle też – maestro nie udawał, że jest najważniejszą wyspą muzyczną na świecie – i bawił krótszymi lub dłuższymi cytatami z klasyków: oczywiście ze wspomnianego już Jimiego H., z Miss You i Satisfaction Stonesów czy żartobliwie, parodystycznie wykonanego fragmentu Roxanne Police z Tommym Anthonym na wokalu. W trakcie bisów na kilka minut oddano też scenę we władanie żonie mistrza – bardzo niebylejakiej perkusistce Cindy Blackman.

Dostałem wszystko, czego pragnąłem. Nie interesują mnie bowiem pirotechniczne cuda i inne fajerwerki przeznaczone dla zmysłu wzroku, dopieszczone mają być przede wszystkim uszy. I były – dzięki świetnej formie całego zespołu oraz bardzo dobremu nagłośnieniu. I tak oto w Oświęcimiu, na festiwalu wymyślonym przez Dariusza Maciborka,  dane mi było – po występach Petera Gabriela, Soundgarden, Erica Claptona i Eltona Johna – być uczestnikiem kolejnego znaczącego koncertu.

(Carlos Santana, Tauron Life Festival Oświęcim, 15 czerwca)

Hey – zespół potrzebny ludziom

pobrane18

Z zastępów debiutujących po 1989 roku wykonawców jeden Hey tak naprawdę ostał się, mając na sobie cały czas skupioną uwagę ogromnej rzeszy fanów oraz tzw. branży.

[more]

*

Ćwierć wieku działalności, trudno nie dostrzec pewnej analogii, że Hey ma historię niemal równie długą jak polska transformacja. I oprzeć się refleksji, że z zastępów debiutujących po 1989 roku wykonawców on jeden tak naprawdę ostał się, mając na sobie cały czas skupioną uwagę ogromnej rzeszy fanów oraz tzw. branży. Że swoimi dokonaniami wpisał się do ekstraklasy historii rodzimego rocka, a w jeden sposób z całą pewnością pozostawia w tyle całą stawkę, z Niemenem i SBB, z Republiką i Maanamem na czele: przez dwadzieścia pięć lat ciągłej działalności cały czas tworzył rzeczy istotne, znaczące artystycznie. (Może i jest jeszcze jedna podobna kapela w Polsce, tyle że jej członkowie przez ponad trzydzieści lat nie nauczyli się grać, co w moich uszach dyskredytuje ją od przynajmniej dwóch dekad).

To, czego byłem świadkiem wczoraj 

w katowickim Spodku, 

wzruszyło mnie wielokrotnie i to bardzo, ożywiając przy tym wspomnienia związane ze szczególnymi chwilami spędzonymi w tej hali. Pominąwszy wszelkie „spędy”, imprezy, w których brało udział wielu wykonawców, pozostawiając na moment z boku zespół pod specjalnym nadzorem, jakim jest dla mnie Dżem, jego sety wieńczące Rawy Blues w latach 80. i występ z okazji trzydziestolecia, przywołuję dwa takie wieczory: powracającego pod koniec lat 80. Perfectu z Hołdysem oraz szalony koncert Obywatela G.C. po wydaniu Tak, tak. Ale i tym razem rozum nakazuje mi uznać wyższość tego, czego doświadczyłem wczoraj, a to z tego mianowicie powodu, iż tamci mieli wtedy za sobą parę, nawet nie dziesięć, lat aktywności, a tutaj jest tego cała „ćwiartka”.

Pełniuteńki Spodek, a na scenie nasi rodacy niczym nieustępujący gwiazdom zachodnim – to rzadki obrazek. Tę magię w sporej mierze tworzył w piątkowy wieczór jeden szczególnie istotny element: powrót do starszego, a nawet najstarszego materiału w jego oryginalnym, oczyszczająco bezkompromisowym, gitarowym brzmieniu. Bo choć byłem jednym z wielu, którzy pozostali przy Heyu po jego stylistycznej wolcie, to oczywiste jest, że – też tak jak wielu – pokochałem zespół za mocne dźwięki, za najlepszy przeszczep grunge’u na polskiej ziemi, za twórcze jego przetworzenie i pójście dalej swoją własną, oryginalną drogą.

 

Tym, co również stanowi o wyjątkowości szczecińskiej kapeli – wciąż mając na myśli naszych najlepszych – jest obecność w jej składzie 

kobiety

(i nie zapominam w tym miejscu o Korze, o której można powiedzieć różne rzeczy, ale nie to, że charakteryzuje ją rockowa barwa głosu). Talent i osobowość Katarzyny Nosowskiej rozkwitały z biegiem lat, a jej przynależność do grona autorów najważniejszych i najlepszych tekstów piosenek nie podlega dziś dyskusji. Moja do niej słabość, razem z jej introwertycznością i – chyba – neurotycznością – wynika ze ściśle merytorycznych względów, a nasiliła się (słabość) ponad półtora roku temu, gdy w katowickim Rialcie formacja promowała krążek Błysk, zaś Nosowska, oprócz znanego od zawsze skromnego i wycofanego „No, dziękujemy”, prowadziła regularną i dowcipną konferansjerkę. 

Ale wczoraj przeszła chyba samą siebie. Pal licho od zawsze niską samoocenę, co jest aż trudne do uwierzenia w przypadku kogoś tak niepospolitego. Wiele jej wypowiedzi skrzyło się od humoru rodem z najlepszych kabaretów – pani Kasia objawiła się wczoraj jako damski porte-parole Grzegorza Halamy. Nie żałowała też anegdot. Kto był albo widział transmisję koncertu w Youtubie, ten wie, kto nie – niech żałuje. Przytoczę tylko jedną: męska część zespołu od lat ma swojego zaufanego mechanika samochodowego. I on niedawno stwierdził: „Byliśmy z żoną w tym internecie, ale tam nic nie ma”.

Przede wszystkim jednak – była w świetnej formie wokalnej, bez problemów dając sobie radę w ostrych kawałkach, co nie zawsze udawało się jej w przeszłości, a w spokojniejszych potwierdzając ogólnie znane walory. I, co pewnie odnotowała większość obecnych na widowni pań, wyglądała zdecydowanie ładniej niż ostatnimi czasy, znów kobieco.

Jedyną kwestią, co do której pozwoliłbym się z nią nie zgodzić, były peany na cześć 

gości,

ściślej – dwóch wokalistów płci męskiej. Mietall Waluś (Negatyw) nigdy wybitnym śpiewakiem nie był, ale wczoraj spalił także wejście w swym ukochanym – jak powiedział – numerze Heya, [sic!]. To i tak nic w porównaniu z Igorem Herbutem (LemON). Pani Katarzyna zapowiedziała go jako przybysza z innej wokalnej planety (choć trochę później wspomniała, że znała go wcześniej z telewizji). Zgadza się – aczkolwiek planeta to mocno powiedziane, raczej satelita – czyli mała hala przy Rondzie – w porównaniu ze Spodkiem,  talentszoły przy przekazie prawdziwie artystycznym. Herbut pozostał do dziś w blokach startowych pewnego programu, w dodatku prezentując się jak większość jego uczestników: w ciągu paru minut trzeba pokazać wszystko, co Bozia dała. Cóż, Igor H. zupełnie nie rozumie, o czym jest śpiewana przez niego piosenka – położył na łopatki coś tak pięknego, jak List.

To tyle krytyki – dotyczącej kilku minut w występie trwającym w sumie prawie dwie i pół godziny. Wszystko inne: palce lizać. Świetna była Brodka – w duecie z Nosowską w Nic więcej… oraz w solowym, kanonicznym odśpiewaniu Zazdrości.

Najważniejszym gościem był jednak, co oczywiste – pierwszy lider zespołu, 

Piotr Banach. 

Czy nie przeszedł go dreszcz, gdy popatrzył na pełną halę, czy nie poczuł podobnego ukłucia, jak – podejrzewam – Mick Taylor patrzący ze sceny na bezkresne tłumy na koncercie Rolling Stones w Hyde Parku parę lat temu? Paweł Krawczyk ustąpił Banachowi miejsca, a zespół zagrał najostrzejszy fragment koncertu, z One of Them, Schisophrenic Family i Misiami. Oj, zadrżałem wtedy cały, bo nie oczekiwałem aż takiego dosypania do pieca. Kapela w ten sposób wróciła przecież do swoich początków. Musiałem potem chwilę przestawiać swoje uszne potencjometry, by wejść w Historie i dalszą część koncertu, wciąż gitarowego, ale bardziej melodyjnego.

Zdecydowanie wybaczam Nosowskiej dwie łzy, które zawisły jej u rzęs w czasie Heledore. To nie Geppert płacząca w minutę po wyjściu na scenę i rozdarciu trzewi w Kocham cię, życie. To adrenalina, emocje związane z pożegnalną trasą i trwającym właśnie koncertem.

Zakończenia

były trzy. Część zasadniczą zamykała Moja i twoja nadzieja, a potem wszystko było już poddaniem się żywiołowi sceny: Teksański, Mimo wszystko i Luli lali, a gdy niektórzy widzowie zaczęli  zmierzać ku wyjściu, bez Jacka Chrzanowskiego, Hey odegrał jeszcze dwa numery: Ja sowa oraz Chyba.

Brakło może wspólnego ukłonu na koniec, ale… Ufam, że jest w tym palec Opatrzności (nie opaczności): że w działaniu członków zespołu jest tyleż przemyślenia, co spontaniczności. Że to jeszcze nie koniec. Bo zagrali fantastycznie – Marcin Żabiełowicz potwierdził swoje superkwalifikacje jako gitarzysta solowy, niski bas Chrzanowskiego sprawił parę razy, że poczułem ciarki na plecach, Paweł Krawczyk, Robert Ligiewicz i Marcin Macuk pięknie dopełnili całości – radością było patrzeć na muzyków zawodowców i zawodowo zrealizowany od strony wizualnej koncert.

I chciałoby się zawołać: jak można, będąc w tak świetnej formie, zawieszać na nie wiadomo jak długo, może na zawsze, działalność?! Odbijam się od ściany po lewej do tej po prawej, od „Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym” do pięknego stwierdzenia pani Kasi, że tak ważne w życiu jest, by czuć się potrzebnym innym ludziom. Właśnie, moje serce fana krzyczy: „Hej, Hey, jesteście potrzebni ludziom!…”.

P.S. Setlista: https://www.setlist.fm/setlist/hey/2017/spodek-katowice-poland-73e052d5.html

(Hey, Fayrant, 8 grudnia, Spodek, Katowice)

[W NaTemat: 9 grudnia 2017]