Tak jak latem ubiegłego roku po występie Metheny’ego w Bielsku-Białym (cytuję za Marcinem Kydryńskim), tak i wczoraj wyszedłem z mojego ulubionego Rialta nieco zirytowany. Wybaczcie, może zapowietrzam się niepotrzebnie, ale denerwują mnie te pary najczęściej w średnim wieku – żeby nie było, z żoną stanowimy podobną – z wystylizowanymi paniami, pary, które z góry zakładają, że będą obcować ze sztuką przez duże „S”. Bo zagra przecież ten, którego nazwisko tyle razy obiło im się o uszy.

[more]
Faktem jest, że francuski perkusista
grał z najlepszymi,
a od nazw i nazwisk może zakręcić się w głowie. Dodajmy jednak nieśmiało, że głównie z tymi z rockowej części sceny muzycznej. Do pozycji gwiazdy wyniosła go współpraca z Peterem Gabrielem przy okazji albumu So (1986). W dokumentalnym filmie poświęconym powstawaniu tego materiału jest zresztą bardzo znamienna i śmieszna scena. Katché nagrał partię perkusji do pierwszej piosenki. Gabriel, który wtedy w ogóle go jeszcze nie znał, powiedział: „Znakomicie. Nagrajmy to jeszcze raz”. Zdziwiony bębniarz odparł: „Po co? Zagrałem to najlepiej jak potrafię”.
Z pozoru jest tak, że jeśli mamy perkusję, fortepian, organy, trąbkę i saksofon, to będzie jazz. Ale od lat style mieszają się ze sobą, od dawna już wszystko wolno. Jednakże w tej otwartej formule jedni grają szlachetnie, a drudzy mniej. Sam pragnę, jako konsument takich występów na żywo, otrzymać porcję emocji innych niż te dostępne na koncertach rockowych czy popowych. Krzywię się, gdy za co najmniej dobrym warsztatem kryje się jedynie
konfekcja kompozytorska i wykonawcza.
A tak było wczoraj. Katché jest świetnym bębniarzem, dał tego wielokrotnie dowody, ale jednocześnie takim bandliderem, który stale musi być w centrum uwagi. Gra gęsto, bezustannie okładając swój niemały zestaw instrumentów. To nie Cobb czy Blakey, ani nie Davis czy Stańko, co dmuchną raz lub dwa w ciągu minuty i pozwalają grać innym. On niby też nie zabrania, ale stylowością pachniało tylko w niektórych fragmentach gry J.J. Watsona, pianisty i organisty. Dwaj młodzi panowie od instrumentów dętych grali gładko i okrągło, albo wespół realizując linię melodyczną utworu, albo serwując dość przewidywalne solówki. Subtelności i wyrafinowania zdecydowanie tej muzyce zabrakło.
Najbliżej prawdy jest pewnie, skądinąd bardzo sympatyczny, Katché. Dziękował za miły wieczór, zastanawiając się, czy to, co usłyszeliśmy, to był pop czy rock. Terminu „jazz” nie użył.
Bilety kosztowały trzydzieści złotych – i wszystko się zgadza. Na pewno występ francuskiego perkusisty
w kronikach JazzArt Festival
będzie odnotowany wyraźniej niż wiele innych. Ale, powiedzmy sobie szczerze, nie miał on z jazzem wiele wspólnego (to jeszcze nie zarzut), ani też nie należał do tych, które należałoby ocenić najwyżej. I tu raz jeszcze wracam do swojego poirytowania. Było to osiemdziesiąt minut przyzwoitego grania, ale żeby od razu standing ovations? Skoro Polakom bliżej do Skandynawów niż południowców, to skąd w nas tyle skłonności do egzaltacji? A o Skandynawach piszę nieprzypadkowo, bo dziś koncert jednego z nich. O bardzo swojsko brzmiącym nazwisku: Jan Garbarek. Wierzę, że skala doznań będzie zupełnie inna.
