Ptasie mleczko na czerwonym jęzorze

pobrane33

Tylko Fripp mógł wpaść na pomysł pełnoprawnego zatrudnienia w zespole faceta grającego na skrzypcach nie jako instrumencie tworzącym tło, lecz jednym z wiodących. I jeszcze tego perkusjonisty, nie bez kozery pozującego do zdjęcia w piłą w rękach…

[more]

*

1973? Należy do Pink Floyd i ich dzieła nad dziełami, opus magnum – The Dark Side of The Moon. 1973? Dla mnie

jeden z tych magicznych,

wspominałem bowiem o tym parokrotnie, że czas zastąpienia w moim domu pocztówek dźwiękowych magnetofonem szpulowym zbiegł się z zamianą dominujących gitar na syntezatory. A przecież tamten rok dla muzyki progresywnej jest zdecydowanie najlepszy – poza wymienioną wyżej, ukazują się wtedy krążki: Genesis – Selling England By The Pound, Yes – Tales From Topographic Ocean i Emerson, Lake & Palmer – Brain Salad Surgery. Gdzieś bardzo blisko są Jethro Tull z A Passion Play, a nawet Electric Light Orchestra z On The Third Day, kolejne płyty wydają m.in. Manfred Mann’s Earth Band czy Gentle Giants. Jak dorzucić do tego jeszcze Houses of The Holy Led Zeppelin, Sabbath Bloody Sabbath Black Sabbath,  The Who i ich Quadrophenię, Lou Reeda z Berlinem, Roxy Music z For Your Pleasure, McCartneya i Band On The Run, Eltona Johna z Goodbye Yellow Brick Road, Mike’a Oldfielda z Tubular Bells, Steely Dan z Countdown To Ecstasy oraz szalony Raw Power The Stooges – uświadamiamy sobie, że było to wyjątkowe dwanaście miesięcy, nie pierwsze i nie ostatnie, ale jedne z niewielu aż tak znaczących. Jednakże zarówno ten zestaw, jak i mój prywatny wybór najlepszych płyt wszech czasów byłby niepełny, gdyby zabrakło w nim Larks’ Tongues In Aspic kapeli dowodzonej przez Roberta Frippa, czyli King Crimson. Albumu, który – tak jak krążek Floydów – ukazuje się w marcu 73.

*

Jedna z niewielu płyt, które moi bracia mieli nagrane w całości – bo też 

taśm magnetofonowych

mieli niewiele. Dziś aż trudno się nie dziwić, gdy rozebrać na części pierwsze operację nagrywania muzyki z audycji radiowych na dość podłym sprzęcie, w wersji monofonicznej. Lecz przecież tak było: wielu fanów miało dostęp do muzyki taki – albo żaden.
Więc znałem tę płytę, zaprezentowaną z pewnością w jednej z audycji Piotra Kaczkowskiego, od zawsze. W 1977 roku, gdy zawartość nielicznych taśm poddawałem wielokrotnej samodzielnej lekturze – zwariowałem i pokochałem. I nie odkochałem się nigdy, a gdy teraz słucham tych nagrań z jubileuszowego, wydanego w trzydzieści lat po analogowej premierze krążka kompaktowego, mój zachwyt nie jest ani trochę mniejszy. Ba! – raczej większy, ponieważ emocje wspiera jeszcze głowa, ponieważ teraz mam świadomość, jaki ogrom znakomitych płyt ukazał się do marca 1973, a jaki – choć już znacznie mniejszy – przez kolejne czterdzieści pięć lat. I jak ciągle znakomicie na tym tle wypada Larks’.
W 1972 roku, w zaledwie trzy lata po genialnym debiucie, Fripp montuje zupełnie nowy skład, można rzec – trzecią odsłonę KC. Przy mikrofonie, z gitarą basową przewieszoną przez ramię, staje John Wetton (pozyskany z Family), za bębnami zasiada Bill Bruford, do niedawna w Yes, ponadto formację zasilają skrzypek David Cross i Jamie Muir grający na przeróżnych instrumentach perkusyjnych, który niedługo po nagraniu płyty zamyka się w buddyjskim klasztorze. Zmiana dokonuje się także na posadzie autora tekstów: Richard Palmer-James (nb. pierwszy gitarzysta Supertramp) zastępuje Pete’a Sinfielda (który niebawem znajduje zatrudnienie w EL&P).

Bruford wspomina: 

„To naprawdę było piekło

– bo nikt nie mógł się zdecydować, jaką muzykę mieliśmy grać”. Ostatecznie dochodzi do nagrania swoistej trylogii, którą uzupełniają Starless And Bible Black oraz Red, płyt – wreszcie? – spójnych stylistycznie, zaś fanom dających oddech w postaci głosu tego samego frontmana. Tyle tylko, że po kolejnych dwóch latach, w 1974, jest już pozamiatane: Fripp rozwiązuje zespół. I to w chwili, gdy ten wspina się na sam szczyt.
Spójnych stylistycznie? Dekadę później sporą karierę zrobiło określenie „odjazd”, na przykład w odniesieniu do niesamowitych nowych płyt. Pierwszy raz usłyszałem je z ust znajomego, który zachwycił się… Three of A Perfect Pair (1984), zupełnie innego zespołu o tej samej nazwie: King Crimson. Larks’ to piekielny odjazd – z jednej strony potężne riffy gitary znane już z 21st. Century Schizoid Man, liryczność, zwłaszcza olśniewającej miniatury Book of Saturday, w stylu I Talk To The Wind, symforockowa przestrzeń w stylu Epitaph czy tytułowych kompozycji z dwóch pierwszych albumów w Exiles, ale wszystko to zaprawione jest szalonymi improwizacjami z okolic muzyki współczesnej, tzw. konkretnej, albo jazzu. Tylko Fripp mógł wpaść na pomysł pełnoprawnego zatrudnienia w zespole Crossa, faceta grającego na skrzypcach (lub altówce), nie jako instrumencie tworzącym tło, lecz jednym z wiodących. I jeszcze ten perkusjonalista Muir, nie bez kozery pozujący do zdjęcia w piłą w rękach… Jednak ucho, przynajmniej moje, ogarnia to zdecydowanie lepiej niż dokonania Zappy. Amerykanin nie daje słuchaczowi większych szans, by zaczepić się o melodię czy harmonię, jego muzyka sprawia wrażenie, jakby była niemożliwa do odtworzenia na żywo bez pomocy partytury. Fripp tymczasem raz po raz daje wytchnienie, powracając do odwiecznego kanonu muzyki europejskiej. Jego i jego kolegów 

odloty

w jakiś sposób przywodzą na myśl te o kilka lat wcześniejsze The Cream – Bruce’a, Claptona i Bakera. Jeśli jednak trio BBC robiło to na bazie bluesa, gitar i przystawek, u Frippa żadne granice już nie istnieją.
Cream przypominam tu nieprzypadkowo. Jeden z najpiękniejszych w moim odczuciu fragmentów muzyki rockowej, finał pierwszej części utworu tytułowego z Larks’  – te niespełna dwie minuty od jedenastej minuty i czterdziestej sekundy – całego wyjętego jakby z ówczesnych telewizyjnych teatrów sensacji („Kobry”) jest tak niesamowity także z tego powodu, że ani nie eksploatuje, ani nawet nie ogrywa fantastycznego konceptu z gitarą basową w roli głównej i wtóryjącym jej skrzypcom (lub altówce, nie potrafię rozstrzygnąć). Całkiem jak w Badge Claptona i Harrisona, gdzie powalające wejście gitary rozbrzmiewa tylko raz. 
Dlatego tak cenię sobie robotę Roberta Frippa i różnych jego kolegów. Poszukiwacz ciągle żądny nowych wrażeń przez wiele lat gnał ciągle do przodu, ani myśląc okopać się w rozpoznanych rewirach – w tej strefie komfortu własnego, ale też – i może przede wszystkim – słuchaczy. Stąd tyle wcieleń – jego i jego formacji. Stąd bezustanne wymykanie się wszelkim szufladom: 

progresja Frippa

zdaje się nie do opanowania, nie do ogarnięcia. Zupełnie inaczej niż ta floydowska, yesowa czy Genesis (oczywiście do 1976 roku). Może tylko Keitha Emersona da się jakoś z nim porównać, choć w tym przypadku mamy do czynienia z fascynacją klasyczną muzyką europejską i czerpaniem z jej formuły. Zaś z tych zasłuchanych, umiejętnie czerpiących z – między innymi – KC z tego okresu wymienić należy rodzime SBB.

Na zasadzie żartu jeszcze jedno spostrzeżenie. Mocny, pulsujący w refrenie gitarowy numer, jakim jest Easy Money, został umieszczony w tym samym miejscu na krążku analogowym – jako otwierający drugą stronę – co Money Pink Floyd. To oczywiście przypadek (przypominam, że obie płyty ukazały się w marcu 73), ale…
Dark Side of The Moon zgarnęła całą pulę: dziewięćset trzydzieści siedem tygodni obecności na liście „Bilboardu” to rekord już chyba nie do pobicia. Od lat uparcie uciekając od rankingów i innych zestawień wiem jednak, że gdybym miał spędzić resztę życia na bezludnej wyspie i mógł zabrać na nią tylko dziesięć płyt, i Dark Side, i Larks’ znalazłyby się wśród nich. 

(King Crimson, Larks’ Tongues In Aspic, 1973)

[W NaTemat: 26 marca 2018]

Basia razem z chłopcami

pobrane32

Chłopcy kontra Basia to zespół funkcjonujący chyba nie najgorzej w świadomości słuchaczy, choć zdecydowanie poza mainstreamem. I szkoda, i dobrze.

[more]

*

Chłopcy kontra Basia to kapela, którą już trzeci raz miałem okazję oglądać w akcji. Najpierw gdy grali na żywo w spektaklu „Morfina” według prozy Szczepana Twardocha (w katowickim Szybie Wilsona), potem na koncercie w Teatrze Śląskim i teraz – znów w stolicy województwa – w kinoteatrze „Rialto”. Wcześniej gorąco kibicowałem im w 2012 roku, gdy brali udział w edycji „Must Be The Music”, dochodząc aż do finału.

Krystalicznie czysta dykcja

frontmanki, dobry głos, talent do pisania tekstów czerpiących z tego, co ludowe, inspirowanych albo  pieśniami wykonywanymi przez naturszczyków, albo osadzonymi w podobnej tradycji tekstami literackimi, swoboda i wręcz – dobrze pojęte, nieprzerysowane – aktorskie zacięcie, gdy chodzi o ruch sceniczny, uroda i znacznie subtelniejsze od średniej krajowej poczucie humoru – to wszystko wielkie atuty. Określenie „kontra” w nazwie zespołu wzięło się stąd, że zanurzona w folku Barbara Derlak spotkała na swej drodze dwóch panów, Marcina Nenkę oraz Tomasza Waldowskiego, których „źródłosłów” jest zdecydowanie jazzowy.

 

Zderzenie dwóch muzycznych światów

daje bardzo ciekawe rezultaty: jesteśmy bardzo daleko od plebejskości i przaśności w stylu na przykład Golec uOrkiestra, za to – przy zachowaniu lekkości – w kręgu dużej kultury muzycznej i wykonawczej. Kontrabas i perkusja, wspierane w dodatku w piątek świetną trąbką Łukasza Korybalskiego, w rękach kształconych w muzycznych uczelniach panów dają szlachetne rezultaty. Jazz stanowi co prawda punkt wyjścia muzycznych realizacji, ale swobodne poruszanie się w różnych stylistykach powoduje, iż ucho słuchacza bez trudu jest w stanie wyobrazić sobie te same nuty, czasami po prostu świetne zagrywki na basie oraz swingujące miotełki przy bębnach w nieco innej konfiguracji brzmieniowej, choćby rockowej. Stąd takie moje skojarzenie pomysłów ChkB z tym, co robi Wojciech Waglewski z kolegami z Voo Voo (kłania się jego Osjanowy rodowód) – myślę, że połączone siły obu kapel mogłyby zaprowadzić słuchaczy w nieoczywiste, a bardzo interesujące rejony.

Chłopcy kontra Basia to zespół funkcjonujący chyba nie najgorzej w świadomości słuchaczy, choć zdecydowanie 

poza mainstreamem.

W ten sposób antena radiowa nie jest dla nich zbyt przychylna i zespół raczej nie ma szans na szeroką popularność. Chyba zresztą w tym przypadku nie o to chodzi – raczej o prawo do istnienia, do uprawiania swego subtelnego ogródka: muzyki inspirowanej folklorem rodzimym, ale także naszych sąsiadów zza wschodnich granic albo bałkańskim. Póki co, w ośmioletniej historii zespołu, osiągnięć jest całkiem sporo: dwie wydane płyty, trzecia lada chwila zostanie ukończona, szereg nagród – nominacja do Fryderyka za najlepszy debiut (w 2014), triumf w plebiscycie World Music Network na najlepszy utwór w nurcie world music A Battle of Band, czego skutkiem była obecność piosenki pt. Jerzy na składance The Rough Guide to Undiscovered World. W 2015 roku natomiast utwór A gdzież moje kare konie w ich wykonaniu został umieszczony na albumie Grzegorz Ciechowski – spotkanie z legendą (obok utworów wykonanych przez kilkunastu innych artystów). Ponadto napisali muzykę do czterech spektakli, którą wykonywali bądź wykonują na żywo. Mało?

A jednak – w uroczy sposób – wokalistka powiedziała w piątkowy wieczór, że rzadko zdarza się im 

grać na tak… dużej scenie

(na której np. składy rockowe mają biedę się pomieścić). Rozbawiła nas też żartem o schodach przykrytych czerwonym dywanem – bo takie prowadzą na scenę w „Rialcie”. I poprosiła kolegów, by razem z nią usiedli na nich i wykonali jedną z piosenek – kończącą część zasadniczą występu. A potem był jeszcze bis – na głos i kontrabas. Kawał muzyki, kawał świetnego grania.
(Chłopcy kontra Basia, Katowice, „Rialto”, 20 kwietnia)

[W NaTemat: 23 kwietnia 2018]

Szał niebieskich ciał nad samotną filiżanką herbaty

pobrane31

Może trzeba skłonić się ku opinii, że Kora była wokalistką punkową, w dodatku, zupełnie wbrew tej stylistyce, obdarzoną wspaniałą dykcją?

[more]

*

O tym, że Kora walczy z rakiem, wiedzieli chyba wszyscy, nie tylko fani muzyki rockowej i nie jedynie ci o mocno już ugruntowanych peselach. A jednak jej śmierć – ta chwila, gdy wszystko staje się nieodwołalne i nieodwracalne – poruszyła bardzo wielu.

Nigdy nie byłem fanem Maanamu. Z powodu Kory. Nigdy nie porywały mnie głosy, które ze stylistyką mocnego uderzenia miały i mają niewiele wspólnego – i jej też nie. Nic na to nie poradzę, tak mam i tak mi już zostanie. Choć piosenka musi posiadać tekst, głos wokalisty stanowi bardzo ważny, czy nie najważniejszy instrument w zestawie, i powinien być stylowy.Kora nie była wokalistką rockową i nic to, że miała obok siebie bardzo niezłych muzyków. Jednak wobec spraw ostatecznych człowiek raz jeszcze rewiduje swoje opinie, sądy i odczucia, gdzieś tam – i niekoniecznie na dnie – po ludzku czując żal i wzruszenie. Nie będę wdawał się w oczywiste oczywistości, że nie ma dziś takiego zestawu autorów, jakimi w latach 80. i później byli Olga Jackowska, Grzegorz Ciechowski i Lech Janerka.

Może trzeba skłonić się ku opinii, że Kora była wokalistką punkową, w dodatku, zupełnie wbrew tej stylistyce, obdarzoną wspaniałą dykcją. Wystarczy posłuchać [i]Oddechu szczura[/i], spróbować choć przez parę linijek nadążyć za wokalistką – by oddać się zwątpieniu i pokornie skłonić głowę przed mistrzynią.

Tekst niniejszy w swym zamiarze nie ma być żadnym hołdem, ale nie ma też stanowić dowodu w przewodzie sądowym. Choć uwielbiam tropienie bliźniaczych dźwięków w muzyce – w tym przypadku daleki jestem od prokuratorskich zapędów. Sprawa naznaczona jest patyną czasu, a poza tym, upierać się będę, muzyka ma sprawiać radość, a nie dzielić. 

Szał niebieskich ciał, przedostatnia piosenka na debiutanckim albumie Maanamu, bluesidło, był pierwszym kawałkiem grupy, który zaakceptowałem od razu i bez zastrzeżeń. Tylko że jakiś czas potem, w ramach nieustannie trwających – do dziś zresztą – rekolekcji i ślęczenia w oślej ławce nad zaległościami (co nota bene robię ze znacznie większą ochotą niż zapoznawanie się z tzw. nowościami), dotarłem wreszcie do pierwszej z dwóch najmniej klasycznych płyt pewnej klasycznej formacji. Myślę o Led Zeppelin i ich albumie Presence z 1976 roku, a więc o cztery lata wcześniejszego od krążka polskiej grupy. Jeśli cierpliwie – co przecież nie wymaga szczególnych poświęceń, przejść przez całość materiału, dopływając do pozycji numer 7, jeśli odsączyć dwadzieścia dwie sekundy fusów z herbaty bynajmniej nie gruzińskiej, dotrzemy do miejsca pt. „Skąd my to znamy?!”. By już nie przynudzać,  tylko jedno spostrzeżenie: choć z biegiem lat rósł mój szacunek dla umiejętności Ryszarda Olesińskiego, niegodziwością byłoby wystawianie go do wspólnej gonitwy z Jimmym Page’em.

Potraktujmy więc ten minizestaw jako dwa zeznania (znów ta sądowo-śledcza terminologia) w tej samej, muzycznej, bardzo pięknej sprawie. Szał… Maanamu był wtedy tak bardzo inny od reszty ich dokonań, tak osobny, zaś Tea For One dowodziło, iż wysokie loty Zeppelina, aż gdzieś w okolice Since I’ve Been Loving You, ciągle są możliwe.

[W NaTemat: 8 września 2018 ]

Młot bogów

pobrane30

Czas trwania utworu kojarzy się nieodparcie z latami 50. i początkami rokendrola. Jednakże sposób podania tego esencjonalnego dania był w 1970 roku inny i wyprzedzający prawie wszystko, co dotąd nagrano.

[more]

*

Greta Van Fleet braci Kiszków i ich kuzyna Wagnera zdobyła sobie serca niektórych Trójkowych dziennikarzy oraz słuchaczy, szczególnie tych stęsknionych za starym, porządnym łojeniem. Obecność najpierw jednego, a potem kolejnego utworu tego kwartetu na antenie i następnie w samym czubie listy przebojów, każdorazowo przypominała nam o źródle pochodzenia tych dźwięków. Albowiem źródło jest tu jednoznaczne – i jedno.

I pewnie ten fakt sprowokował redaktorów do wciągnięcia do zestawu propozycji do LP3 utworu, który… No właśnie, gdyby nie on i jedna z ostatnich w niedużej kolekcji pocztówek moich starszych braci, formację Led Zeppelin, jak wiele innych, poznawałbym tak naprawdę mocno ex post. Jeden kawałek wiosny oczywiście nie czyni i nie uczynił, ale wpisany we właściwy czas – czas swojego powstania – pozwolił mi na uzyskanie zupełnie innego kontekstu, a pewnie i osobistego, jako konsumenta muzyki, za przeproszeniem, backgroundu.

„W tym czasie położono podwaliny nie tylko pod następny album, ale także pod kolejne trzy – stanowiące szczytowe osiągnięcia grupy. Plant wraz z Page’em stali się kreatywną awangardą formacji, a inspiracje czerpali z wirującego wokół nich bogatego muzycznego potpourri. Dzięki niemu tworzyli muzykę zakorzenioną w przeszłości. Chwilami brzmiała ona jednak jak z innego świata. Powstała w efekcie głębokich przemyśleń i dzięki poczuciu cudownej izolacji, dosłownie i w przenośni”.*

Trzeci album LZ zasmakował mi szczególnie i upływ kolejnych dekad niczego w tym względzie nie zmienił. Wciąż fascynuje mnie  pierwszy w historii rocka set unplugged, którym jest druga strona analogowej wersji płyty, niezmiennie zakochany jestem w najpiękniejszym i najbardziej rozdzierającym bluesie świata, czyli Since I’ve Been Loving You. I wciąż mam ciary na plecach, gdy słucham kawałka, który został nagrany jako jeden z ostatnich. Niezmiennie zachwycony jestem formą – dwiema minutami i dwudziestoma sześcioma sekundami, w których mieści się to wszystko. Czas trwania i nieszczególnie skomplikowana faktura kojarzą się nieodparcie z latami 50. i początkami rokendrola, jednakże sposób podania tego esencjonalnego dania był wtedy – w 1970 roku –  inny i wyprzedzający prawie wszystko, co dotąd nagrano. Prawie, bo wcześniejszy krążek LZ otwiera cechująca się równie potężnym riffem kompozycja Whole Lotta Love.  Do dziś w mocnym graniu nie wymyślono niczego równie spektakularnego, nie bójmy się tego słowa: niczego nowego.

Immigrant Song rozpędza się w piorunującym tempie – sto kilometrów na godzinę osiąga już w trzeciej sekundzie, a gdy w osiemnastej do gitary i wtórującej jej perkusji dołącza porażający mocą bas – zespołu nic już nie jest w stanie zatrzymać. Plant tnie swym głosem powietrze na strzępy i wyśpiewuje „okrzyk wojenny Zeppelinów: „Młot bogów skieruje nasze statki ku nowym lądom, ku walce z hordą, śpiewając i krzycząc, Valhallo, nadchodzę*

Dziś kwestia imigrantów jest niesłychanie nośna i – co istotniejsze – bardzo bolesna na Starym Kontynencie, ale prawie pół wieku temu dwudziestodwuletni Robert Plant co innego miał na myśli – inspiracją stał się dla niego powrót z koncertu na Islandii. A „wspominając pobyt w Bron-Yr-Aur, stwierdził: Kiedy skończyliśmy trasę [po USA] i pojechaliśmy [na miesiąc] do Walii, zespół nabrał nowej dynamiki. Chodziło chyba o zamianę przesytu na nicość, w której przeżywaliśmy tę sielankę.*

Z tej sielanki powstała zaczynająca się od trzęsienia ziemi znakomita płyta. Nawet jeśli – jak pisze biograf Planta – pozostaje najbardziej niedocenioną. 

_________________

* Paul Rees, Życie. Robert Plant, Bukowy Las, 2014.

[W NaTemat:8 kwietnia 2018]

McCartney i rząd jego dusz w muzycznym niebie

mcca4

 

Wyszedł do nas nie jak gwiazdor, syty i pełen pychy, lecz niczym przyjaciel, stary znajomy, kumpel, niemal brat-łata, który swoimi piosenkami leczy od lat skołatane serca i myśli

[more]

*

O mniej więcej 20.30 rozległ się gitarowy gong rozpoczynający A Hard Day’s Night i cały koncert, I w ten sposób cały mój

muzyczny bagaż

– cała walizka, której zawartość zaczęli w latach 60. układać starsi bracia, potem radiowa Trójka, a resztę wypełniłem już sam, otwarła się lekko, bez żadnego oporu, ukazując zawartość w stanie nienaruszonym i kolorach, które nie wypłowiały przez pół wieku.

Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się niczego innego, zwłaszcza że to otwarcie nastąpiło drugi już raz, a za pierwszym podejściem, na Stadionie Narodowym w stolicy przed pięciu laty, mimo niedomagań akustycznych obiektu, było pięknie i wzruszająco. Jednakże czas biegnie nieubłaganie, Sir Paul ma już siedemdziesiąt sześć lat, i zawsze istnieje ryzyko, iż trasa koncertowa dla niemłodego organizmu w pewnym momencie może okazać się zbyt forsowna.
Właśnie: doskonale nie było, bo na przykład głos mistrza, głos wielkiego Beatlesa nigdy wielkim – obiektywnie rzecz biorąc – nie był. Teraz ma już poważne trudności z pokonywaniem gór, co słychać było zwłaszcza wtedy, gdy umilkły chórki, a z instrumentów pozostał tylko akompaniament gitary akustycznej: w Blackbird i Here Today. Doskonale nie było, co w niczym nie zmienia faktu, że po prostu fantastycznie. Bo ta muzyka, w odróżnieniu od wykonywanej na co dzień w filharmoniach, chwyta za serce niekoniecznie perfekcyjnością wykonania, lecz żywiołowością –

prawdą czasu i sceny.

Rock (mniejsza tu o definicję) – upierać się będę – jest muzyką oryginału, szorstki i tu albo ówdzie zarysowany jest zwykle prawdziwszy od najgładszych i nabożnych podejść do zapisu nutowego pierwowzoru.

Muzyka, która w sporej mierze zapisała się na moim osobistym twardym dysku, wówczas gdy jeszcze swobodnie mieściłem się pod stołem, której wielkości i ponadczasowości zaprzeczyłem na krótko, w latach 70., w której zakochałem się na nowo w 1979 roku, gdy Tonpress opublikował pierwsze polskie wydawnictwo The Beatles (siedem nagrań na dwóch małych płytach), którą kocham od tamtej pory, dziś miłością starzejącego się mężczyzny – zabrzmiała wczoraj w krakowskiej Tauron Arenie na żywo, zagrana przez najbardziej do tego uprawnionego faceta – człowieka, który jest największym kompozytorem pop music drugiej połowy XX wieku. Znów wyszedł do nas nie jak gwiazdor, syty i pełen pychy, lecz niczym przyjaciel,

stary znajomy, kumpel, 

niemal brat-łata, co to swoimi piosenkami leczy od lat skołatane serca i myśli. Nawet te kilka minut w czasie bisu, gdy (jak kiedyś z darami dla władców) dopuszczono do niego najpierw dziewczynę z Suwałk, a następnie słowacką parę, by publicznie dokonały się – przyjęte – oświadczyny, nie miały nic z koturnowej operetki, bo ci ludzie byli po prostu szczęśliwi, że mogli chwilę pobyć obok Mistrza i wyściskać się z nim.

*

McCa mógłby, co oczywiste, ułożyć ze swoich piosenek z dziesięć programów koncertowych. Wczoraj zagrał całe mnóstwo – setlista obejmuje prawie czterdzieści pozycji – sięgając po materiał najstarszy,  sygnowany jeszcze nazwą The Quarrymen, From Me To You czy Can’t Buy Me Love, ale też całkiem świeży, z dopiero co wydanej płyty Egypt Station. Te ostatnie zaprezentowane na żywo potwierdziły tylko swe walory, bez zarzutu wpisując się w ciąg  przebojów, które wyszły spod ręki PMcC. Żałuję trochę, że były to trzy chyba najbardziej skoczne numery z krążka, a nie któryś z tych o trochę bardziej skomplikowanej fakturze. Przeplatał kawałki wielkiej czwórki piosenkami z repertuaru The Wings oraz kilkoma innymi, widownia jednak, co zrozumiałe, te pierwsze oklaskiwała szczególnie długo i gorąco. Od tego już 

nie da się uciec

– i McCartney wcale nie zamierza, zwłaszcza na tym etapie życia, tego robić. Pojawiły się więc utwory dedykowane George’owi Martinowi, Lennonowi oraz Harrisonowi. Te wszystkie animozje towarzyszące rozpadowi zespołu, które jak echo pamiętam z dzieciństwa, te niedobre słowa, jakimi obdzielili się zwłaszcza John z Paulem, to już zamierzchła przeszłość, to grzechy dawno odpuszczone przez Boga i zainteresowanych sobie nawzajem. Są czymś mało istotnym w zestawieniu z miarą wspólnego dorobku, lat, które spędzili razem i które zaowocowały w sposób niebywały. Wzruszenie ogarniało raz po raz, gdy na telebimach, jako ilustracje do kolejnych piosenek, pojawiały się stare wspólne zdjęcia czy filmy kwartetu z Liverpoolu, na których widać, jak uśmiechają się do siebie i jak wielka jest między nimi chemia.

Dostałem to, czego chciałem. Usłyszałem numer, który w całym dorobku Beatlesów postrzegam jako coś szczególnie wyjątkowego: Strawberry Fields Forever. Cóż, wykonanie mnie nie uwiodło, bo zastąpienie smyczków klawiszami zawsze pozostawi uczucie niedosytu. Natomiast obecność trzyosobowej sekcji dętej (nieoczekiwanie prezentującej się po raz pierwszy w Letting Go nie na scenie, a wysoko z boku, między sektorami) dodała ognia innym numerom, jak choćby Lady Madonnie, która zawsze już będzie dla mnie wspomnieniem dzieciństwa i ery pocztówek dźwiękowych.

Finałów, jak się mogło wydawać, było kilka – i Let It Be, i Live And Let Die, uroczy w swych wystrzało-wybuchach i sztucznych ogniach, kiczowatych jak cała seria filmów o 007. Ten prawdziwy nastąpił jednak w wymarzony sposób: Hey Jude, bodaj pierwszy hymn w dziejach rocka, narastający i z obsesyjnie powtarzanym, nieprawdopodobnym refrenem, który można by 

grać i śpiewać bez końca,

wybrzmiał jednak do ostatniej nuty i zamknął zasadniczą część koncertu. Pozostawiając – czy tylko mnie? – ze spływającą po policzku łzą i ściśniętym gardłem. To są takie magiczne chwile, kiedy nie masz wątpliwości, że warto żyć, i nie zastanawiasz się, jak bardzo drogie były bilety, tylko chłoniesz całym sobą każdą nutę, każdy dźwięk płynący ze sceny. A takich chwil było wczoraj szczególnie wiele.

Muzycy, w sumie ośmiu, wszyscy świetni (gitarzyści z fryzurami prosto z „Dynastii”) zniknęli ze sceny, ale wiadomo było, że jest jeszcze na co czekać.

*

Bis, w całości złożony z 

beatlesowskich klasyków,

dopieścił i uszczęśliwił chyba każdego. Po Birthday i przerwie na wspomniane „hołdy”, nastąpił jeszcze jeden mocny fragment. Po  rozgrzewającym początku i podobnym zakończeniu części zasadniczej, McCa kolejny raz pokazał rokendrolowy pazur, serwując Sierżanta Pieprza, a po nim mój naj wśród ostrych numerów The Beatles, Helter Skelter, dociskając przy tym wokalnie i zdecydowanie dając radę. Na sam koniec dostaliśmy deser rodem z Abbey Road: Golden Slumbers-Carry That Weight-The End.

Nic tylko palce lizać, pomlaskiwać z radością i cmokać z ukontentowania. Mr. Music, sam bardzo wyraźnie zadowolony i szczęśliwy, zabrał nas wczoraj na dwie godziny i czterdzieści pięć minut do muzycznego nieba.

(Paul McCartney, Freshen Up, Tauron Arena Kraków, 3 grudnia)

Setlista:

https://www.setlist.fm/setlist/paul-mccartney/2018/tauron-arena-krakow-poland-5b977754.html

Trzysta tysięcy gitar, Ojciec Redaktor i kustosz

pobrane28

Jeśli nie Dariusz Michalski – to kto miałby targnąć się na takie tomiszcze? Właśnie on, miłośnik rokendrola, naoczny świadek i aktywny uczestnik lwiej części tamtych czasów, badacz zjawiska, a także – jako dziennikarz – postać opiniotwórcza i wywierająca wpływ na losy tej muzyki w Polsce.

[more]

*

Pisać o książce w cztery lata po jej wydaniu jest czynnością cokolwiek spóźnioną. Przyznać się do dopiero co ukończonej lektury, mimo iż wydawnictwo niemal zaraz po ukazaniu się znalazło miejsce w domowych zbiorach – trochę wstyd.

Pan Dariusz i diariusz

Ale też zabrać się do opasłego, liczącego ponad osiemset stron tomu wymaga niemałej mobilizacji. Czymże jednak jest ona, tak samo jak czytelnicze kręcenie nosem w pewnych momentach, wobec monumentalności opisywanego dzieła? Dariusz Michalski, przez lata dziennikarz muzyczny radiowy i prasowy, autor „Metronomu” na łamach „Sztandaru Młodych” oraz wtorkowej „Muzycznej poczty UKF” i „Interradia” w radiowej Trójce, nie od wczoraj znany jest jako niestrudzony archeolog, encyklopedysta i kronikarz mocnego grania w Polsce. Trzeci tom „Historii polskiej muzyki rozrywkowej”, obejmujący lata 1958-1973, a więc opisujący początki i pełen zakrętów rozwój big beatu, a potem rocka między Bałtykiem a Tatrami, jest jednak dziełem wyjątkowym dla niejednego fana tej muzyki.

Gdy przed laty czytałem reportaż o Władysławie Kopalińskim, zadziwiła mnie informacja, iż ten wybitny leksykograf do końca pracował nad swoimi słownikami, posługując się fiszkami, nie zaś komputerem. Mogę tylko domyślać się, iż dom redaktora Michalskiego wygląda podobnie, stanowiąc jedno wielkie „analogowe” archiwum – tworzone przez tony książek, czasopism, teczek i segregatorów z wycinkami prasowymi oraz korespondencją z ludźmi z tzw. branży (o źródłach wspomina autor na końcu książki), no i oczywiście tysiącami płyt wszelkiej maści. Do których komputer, internet i cyfrowe zdobycze ostatnich lat stanowią niezbędny już, ale tylko dodatek. Jeśli nie ten człowiek – to kto miałby targnąć się na takie tomiszcze? Właśnie on, miłośnik rokendrola, naoczny świadek i aktywny uczestnik lwiej części tamtych czasów, badacz zjawiska, a także – jako dziennikarz – postać opiniotwórcza i wywierająca wpływ na losy tej muzyki w Polsce. Choć kustoszem nazywa Walickiego, akurat to określenie – ten tytuł – zarezerwowałbym dla Pana Dariusza.

„Trzysta tysięcy gitar nam gra” to 

kopalnia wiedzy. 

Bezmiar nazwisk, nazw zespołów, klubów i miast – mrówcza praca, której efektem jest fascynujący zapis pierwszych lat rodzimego szarpidructwa, wszelkich zmagań o to, by zaistnieć: z niechętnymi „czynnikami” partyjnymi na zmianę z brakami sprzętowymi (przez wiele lat nie było nic: ani instrumentów, ani sprzętu nagłaśniającego, ani możliwości przyzwoitego rejestrowania nagrań w studiach). Wymieniane są zarówno nazwy i nazwiska świetnie znane – zwłaszcza tym obecnie już niemłodym – miłośnikom mocnego uderzenia, jak i te nieco lub kompletnie zapomniane. Nie brakuje frapujących anegdot, ale i całych artykułów – zwłaszcza gdy mowa o legendach, którym nie dane było nagrać choćby jednej długogrającej płyty (a czasem nawet singla albo tzw. czwórki), jak wrocławskim Romualdowi & Romanowi czy krakowskiemu Zdrojowi Jana.

*

Fragment wspomnień F. Walickiego dotyczący pewnego koncertu  we wrześniu 1959 roku:

Mieliśmy już za sobą kilkanaście występów w największych halach Polski […] ale tu, na Śląsku, reakcje były silniejsze niż gdzie indziej. Katowicki Torkat, wypełniony po brzegi sympatykami rock and rolla, przypominał nieckę olbrzymiego stadionu w chwili strzelenia przez gospodarzy decydującej bramki.
[Tymczasem nazajutrz, na dziewiątą rano, zostaliśmy wezwani do Komitetu Wojewódzkiego]. Staliśmy na dywaniku. Przywitał nas wysoki, silnie zbudowany mężczyzna. Po latach, gdy stał się Bardzo Ważną Osobistością, jego zdjęcie oglądaliśmy w prasie niemal codziennie. Tego dnia zobaczyłem go po raz pierwszy. Nie prosząc o zajęcie miejsc, dając do zrozumienia, że i tak poświęca nam zbyt wiele czasu, wygłosił następujący monolog:
– Jesteście na Śląsku. Nasza młodzież uczy się i pracuje. Raz w tygodniu chciałaby kulturalnie wypocząć, nabrać sił do dalszej nauki i pracy. Nie interesują nas wynaturzone mody, nie chcemy rozwydrzenia i rozpasania. Przyjmijcie zatem do wiadomości, że wasz wczorajszy koncert (słowo „koncert” wymówił z wyraźną ironią) był ostatnim występem waszego zespołu.
Audiencja była skończona. Trwała najwyżej minutę. Ale wystarczająco długo, aby przekonać nas, że ze[/i] Stu lat, [i]jakie wieczorem poprzedniego dnia śpiewała na cześć gdańskiego Rhytm & Bluesa publiczność katowickiego Torkatu, została zaledwie chwila.

*

Ojciec Redaktor i reaktor

Historia zaczyna się od Trójmiasta, redaktora Franciszka Walickiego (o którym od dawna nie mówi się inaczej, niż jako ojcu mocnego uderzenia w naszym kraju) i Rhythm & Bluesa. Później wkraczamy m.in. w muzyczne środowiska stolicy, Łodzi, Krakowa, Wrocławia, Poznania i kilku innych miast, by podróż w tym tomie zakończyć na początkach śląskiego SBB i mocno umownej oraz wielokrotnie z konieczności naruszanej cezurze w postaci roku 1973. Całość zamyka – jakże by inaczej? – rozdział poświęcony Ojcu Redaktorowi, który szczęśliwie doczekał tej publikacji (zmarł w 2015 roku w wieku dziewięćdziesięciu czterech lat). Na kartach książki wymienieni są wszyscy, na których wychowywali się  tacy konsumenci muzyki jak ja. 

Mogę tylko domyślać się, ile wysiłku kosztowało Dariusza Michalskiego pogodzenie chęci bycia niemal akademickim encyklopedystą z dziennikarską pasją oceniania i wartościowania, a w tym drugim przypadku oddzielenie tego, co obiektywne i ogólnie przyjęte, czemu z racji zasług przynależne jest odpowiednio dużo miejsca w publikacji, od osobistych ocen związanych z własnym gustem i upodobaniami – dawnymi i obecnymi. To, co w tym miejscu wytknąłbym autorowi, to zupełnie niepotrzebne kąśliwe uwagi na temat tych, których temat dzieła wprost nie dotyczy, np. Ani Rusowicz (jako córki Ady i Wojciecha Kordy) albo Piaska (przy okazji ostatnich akapitów o Sewerynie Krajewskim).

„Trzysta tysięcy gitar nam gra” jest księgą, która zawsze już stanowić będzie nieocenione źródło i punkt odniesienia – jako imponujący, najobszerniejszy z dotychczasowych (a pewnie takim już pozostanie) zapis dokumentujący pierwszy okres rocka nad Wisłą i Odrą. Czekając na czwartą część „Historii polskiej muzyki rozrywkowej” polecam gorąco tę trzecią, zwłaszcza że wciąż jest do zdobycia i to za nieprzystojnie małe dziś pieniądze. A nie próbując nawet ścigać się z Ojcem Redaktorem F. Walickim na epitety i pochwały dla D. Michalskiego, na koniec zacytuję raz jeszcze jego słowa – te, którymi zakończył „Przedmowę”:

„To książka niezwykła, jak niezwykły jest jej autor – nieustanny poszukiwacz, wróg banału, mistrz dokładności i precyzji.[i]Trzysta tysięcy gitar nam gra[/i] to obowiązkowa lektura każdego, kogo trafił kiedyś grom rock and rolla”.

[Dariusz Michalski, Trzysta tysięcy gitar nam gra. Historia polskiej muzyki rozrywkowej (lata 1958-1973) z przedmową Franciszka Walickiego. Wyd. Iskry 2014]

[W NaTemat: 17 marca 2018]

Znów Borówki na talerzu

pobrane27

Dawno tyle przyjemności nie sprawiło mi słuchanie tak bezpretensjonalnie skrojonej płyty.

[more]

Dziś nadrabiam zaległości: oto recenzje dwóch kolejnych wydawnictw agencji Borówka Music Bartosza Borowicza: przeciętnego singla Henry David’s Gun oraz świetnej pełnowymiarowej płyty Ragnara Ólafssona.

*

Henry David’s Gun 

W niedługim czasie po ukazaniu się singla Henry No Hurry, otrzymaliśmy zapowiedź nowego albumu Henry David’s Gun. W obu przypadkach chodzi o Jana Wawrzyńca Dąbrowskiego oraz – choć pierwsza z wymienionych nazw to jego solowy projekt – wspierających go Michała Sepiołę oraz Macieja Rozwadowskiego.

Jeśli kręciłem nosem nad HNH, aczkolwiek nie tyle z powodów artystycznych, co pomysłów na ciągnięcie kilku bardzo podobnych projektów jednocześnie, to tym razem moje wątpliwości są ściśle merytoryczne. Chwaliłem bowiem pierwszy krążek Henry David’s Gun, tymczasem trzy nowe utwory rozczarowują mnie bardzo. Mogę oczywiście wziąć poprawkę na to, że niekoniecznie stanowię target takiego grania, ale nie zmienia to faktu, że zachowuję prawo do własnych opinii. Zwłaszcza gdy mam w sobie wielką dozę ufności, a tak jest zawsze, gdy nowe odwołuje się do bardzo szeroko pojętej tradycji, nie tylko pop music. 

Trzy utwory, dziewięć minut – a nie umiem uwolnić się od wrażenia, że jest nużąco, monotonnie i w dodatku – w odróżnieniu od płytki HNH – nieswingująco. Jeśli Dąbrowski z kolegami pragnie dotrzeć do szerszego grona odbiorców, powinien coś z tym fantem zrobić. Urozmaicić fakturę muzyczną, ożywić to granie – tak aby umknąć wrażeniu liniowości i podobieństwa jednej piosenki do drugiej. Nie sądzę bowiem, że chodzi mu o usypianie słuchaczy. Potencjał jest, wrażliwości i kultury muzycznej nie brakuje, trzeba natomiast wpuścić w to granie więcej życia. (Te słowa pisałem kilka miesięcy temu. Ostatnio dotarła do mnie druga długogrająca (choć niespełna czterdziestominutowa) płyta Henry David’s Gun. I chyba – na szczęście – jest lepiej, niż się obawiałem).

Tego ostatniego nie brakuje natomiast w solowej propozycji

Ragnara Ólafssona.

Muzyk znany wcześniej z udziału m.in. w Árstíðir debiutuje jako solista. Dawno tyle przyjemności nie sprawiło mi słuchanie tak bezpretensjonalnie skrojonej płyty. Dyskutowanie nad kwestiami wrażliwości i wyobraźni muzycznej jest trudne i, najczęściej, bezprzedmiotowe. Jeśli propozycje Henry David’s Gun muskają mnie i płyną gdzieś dalej, o tyle Ólafsson trafia mnie w samo serce.

Ten mężczyzna o posturze drwala potrafi oczarować pokładami delikatności, przejawiającymi się zarówno w sposobie śpiewania, jak i w warstwie instrumentalnej. A ja, obok zamiłowania do mocniejszych gitarowych dźwięków, zawsze znajdowałem w sobie sporo przestrzeni dla nut łagodnych i niespiesznych. Mam nieodparte przekonanie, iż inspiracje Islandczyka są tym, co stanowi lwią część mojej osobistej edukacji muzycznej: zostajemy przeniesieni do lat 60. i 70., w przestrzenie ballady – rozpisanej najczęściej na instrumenty akustyczne, wśród których prym wiodą raz gitary, a kiedy indziej instrumenty klawiszowe. W zaśpiewanym w damsko-męskim duecie [i]War[/i] kłaniają się więc Simon i Garfunkel w swym najbardziej aksamitnym numerze Scarborough Fair, a także klasycy rocka symfonicznego w swej lirycznej odsłonie – Pink Floyd (Dozen albo znakomity, łączący kameralność z monumentalnością Scar), z głosem dziecka przywodzącym mi na myśl  Yesowy Circus of Heaven), Genesis z czasów, gdy był kwartetem (A Prayer czy przepiękne, kończące album Red Wine) oraz wczesny Radiohead – tytułowy Urges.

Oczywiście – i na szczęście – u Ólafssona nie ma mowy o tak rozbudowanym instrumentarium klawiszowo-komputerowym. To pozwala ocalić kameralność piosenek i uniknąć wtórności i epigoństwa. Ponadto, co niebagatelne, pozwala bronić się tej muzyce wykonywanej na żywo w skromnym, dwuosobowym składzie, na gitary akustyczna i elektryczną, czego doświadczyłem w październiku na koncercie w Chorzowie.

Słucham tej płyty z niemalejącą przyjemnością. Dostrzegam w niej wielki potencjał, który powinien uczynić jej autora kimś o powszechnej popularności, pożądanego i wyczekiwanego, nie zaś znanego nielicznym. Muzycznie niczego tu nie brakuje, potrzeba „tylko” trybów machiny promocyjnej o trochę innych gabarytach. Krążek ma bowiem wszelkie dane, by na dłużej zagościć na antenie Programu III Polskiego Radia. A przede wszystkim – w sercach słuchaczy.

(Ragnar Ólafsson, Urges; Henry No Hurry, Black Desaese, 2017)

[W NaTemat; 3 marca 2018 ]