Trzysta tysięcy gitar, Ojciec Redaktor i kustosz

pobrane28

Jeśli nie Dariusz Michalski – to kto miałby targnąć się na takie tomiszcze? Właśnie on, miłośnik rokendrola, naoczny świadek i aktywny uczestnik lwiej części tamtych czasów, badacz zjawiska, a także – jako dziennikarz – postać opiniotwórcza i wywierająca wpływ na losy tej muzyki w Polsce.

[more]

*

Pisać o książce w cztery lata po jej wydaniu jest czynnością cokolwiek spóźnioną. Przyznać się do dopiero co ukończonej lektury, mimo iż wydawnictwo niemal zaraz po ukazaniu się znalazło miejsce w domowych zbiorach – trochę wstyd.

Pan Dariusz i diariusz

Ale też zabrać się do opasłego, liczącego ponad osiemset stron tomu wymaga niemałej mobilizacji. Czymże jednak jest ona, tak samo jak czytelnicze kręcenie nosem w pewnych momentach, wobec monumentalności opisywanego dzieła? Dariusz Michalski, przez lata dziennikarz muzyczny radiowy i prasowy, autor „Metronomu” na łamach „Sztandaru Młodych” oraz wtorkowej „Muzycznej poczty UKF” i „Interradia” w radiowej Trójce, nie od wczoraj znany jest jako niestrudzony archeolog, encyklopedysta i kronikarz mocnego grania w Polsce. Trzeci tom „Historii polskiej muzyki rozrywkowej”, obejmujący lata 1958-1973, a więc opisujący początki i pełen zakrętów rozwój big beatu, a potem rocka między Bałtykiem a Tatrami, jest jednak dziełem wyjątkowym dla niejednego fana tej muzyki.

Gdy przed laty czytałem reportaż o Władysławie Kopalińskim, zadziwiła mnie informacja, iż ten wybitny leksykograf do końca pracował nad swoimi słownikami, posługując się fiszkami, nie zaś komputerem. Mogę tylko domyślać się, iż dom redaktora Michalskiego wygląda podobnie, stanowiąc jedno wielkie „analogowe” archiwum – tworzone przez tony książek, czasopism, teczek i segregatorów z wycinkami prasowymi oraz korespondencją z ludźmi z tzw. branży (o źródłach wspomina autor na końcu książki), no i oczywiście tysiącami płyt wszelkiej maści. Do których komputer, internet i cyfrowe zdobycze ostatnich lat stanowią niezbędny już, ale tylko dodatek. Jeśli nie ten człowiek – to kto miałby targnąć się na takie tomiszcze? Właśnie on, miłośnik rokendrola, naoczny świadek i aktywny uczestnik lwiej części tamtych czasów, badacz zjawiska, a także – jako dziennikarz – postać opiniotwórcza i wywierająca wpływ na losy tej muzyki w Polsce. Choć kustoszem nazywa Walickiego, akurat to określenie – ten tytuł – zarezerwowałbym dla Pana Dariusza.

„Trzysta tysięcy gitar nam gra” to 

kopalnia wiedzy. 

Bezmiar nazwisk, nazw zespołów, klubów i miast – mrówcza praca, której efektem jest fascynujący zapis pierwszych lat rodzimego szarpidructwa, wszelkich zmagań o to, by zaistnieć: z niechętnymi „czynnikami” partyjnymi na zmianę z brakami sprzętowymi (przez wiele lat nie było nic: ani instrumentów, ani sprzętu nagłaśniającego, ani możliwości przyzwoitego rejestrowania nagrań w studiach). Wymieniane są zarówno nazwy i nazwiska świetnie znane – zwłaszcza tym obecnie już niemłodym – miłośnikom mocnego uderzenia, jak i te nieco lub kompletnie zapomniane. Nie brakuje frapujących anegdot, ale i całych artykułów – zwłaszcza gdy mowa o legendach, którym nie dane było nagrać choćby jednej długogrającej płyty (a czasem nawet singla albo tzw. czwórki), jak wrocławskim Romualdowi & Romanowi czy krakowskiemu Zdrojowi Jana.

*

Fragment wspomnień F. Walickiego dotyczący pewnego koncertu  we wrześniu 1959 roku:

Mieliśmy już za sobą kilkanaście występów w największych halach Polski […] ale tu, na Śląsku, reakcje były silniejsze niż gdzie indziej. Katowicki Torkat, wypełniony po brzegi sympatykami rock and rolla, przypominał nieckę olbrzymiego stadionu w chwili strzelenia przez gospodarzy decydującej bramki.
[Tymczasem nazajutrz, na dziewiątą rano, zostaliśmy wezwani do Komitetu Wojewódzkiego]. Staliśmy na dywaniku. Przywitał nas wysoki, silnie zbudowany mężczyzna. Po latach, gdy stał się Bardzo Ważną Osobistością, jego zdjęcie oglądaliśmy w prasie niemal codziennie. Tego dnia zobaczyłem go po raz pierwszy. Nie prosząc o zajęcie miejsc, dając do zrozumienia, że i tak poświęca nam zbyt wiele czasu, wygłosił następujący monolog:
– Jesteście na Śląsku. Nasza młodzież uczy się i pracuje. Raz w tygodniu chciałaby kulturalnie wypocząć, nabrać sił do dalszej nauki i pracy. Nie interesują nas wynaturzone mody, nie chcemy rozwydrzenia i rozpasania. Przyjmijcie zatem do wiadomości, że wasz wczorajszy koncert (słowo „koncert” wymówił z wyraźną ironią) był ostatnim występem waszego zespołu.
Audiencja była skończona. Trwała najwyżej minutę. Ale wystarczająco długo, aby przekonać nas, że ze[/i] Stu lat, [i]jakie wieczorem poprzedniego dnia śpiewała na cześć gdańskiego Rhytm & Bluesa publiczność katowickiego Torkatu, została zaledwie chwila.

*

Ojciec Redaktor i reaktor

Historia zaczyna się od Trójmiasta, redaktora Franciszka Walickiego (o którym od dawna nie mówi się inaczej, niż jako ojcu mocnego uderzenia w naszym kraju) i Rhythm & Bluesa. Później wkraczamy m.in. w muzyczne środowiska stolicy, Łodzi, Krakowa, Wrocławia, Poznania i kilku innych miast, by podróż w tym tomie zakończyć na początkach śląskiego SBB i mocno umownej oraz wielokrotnie z konieczności naruszanej cezurze w postaci roku 1973. Całość zamyka – jakże by inaczej? – rozdział poświęcony Ojcu Redaktorowi, który szczęśliwie doczekał tej publikacji (zmarł w 2015 roku w wieku dziewięćdziesięciu czterech lat). Na kartach książki wymienieni są wszyscy, na których wychowywali się  tacy konsumenci muzyki jak ja. 

Mogę tylko domyślać się, ile wysiłku kosztowało Dariusza Michalskiego pogodzenie chęci bycia niemal akademickim encyklopedystą z dziennikarską pasją oceniania i wartościowania, a w tym drugim przypadku oddzielenie tego, co obiektywne i ogólnie przyjęte, czemu z racji zasług przynależne jest odpowiednio dużo miejsca w publikacji, od osobistych ocen związanych z własnym gustem i upodobaniami – dawnymi i obecnymi. To, co w tym miejscu wytknąłbym autorowi, to zupełnie niepotrzebne kąśliwe uwagi na temat tych, których temat dzieła wprost nie dotyczy, np. Ani Rusowicz (jako córki Ady i Wojciecha Kordy) albo Piaska (przy okazji ostatnich akapitów o Sewerynie Krajewskim).

„Trzysta tysięcy gitar nam gra” jest księgą, która zawsze już stanowić będzie nieocenione źródło i punkt odniesienia – jako imponujący, najobszerniejszy z dotychczasowych (a pewnie takim już pozostanie) zapis dokumentujący pierwszy okres rocka nad Wisłą i Odrą. Czekając na czwartą część „Historii polskiej muzyki rozrywkowej” polecam gorąco tę trzecią, zwłaszcza że wciąż jest do zdobycia i to za nieprzystojnie małe dziś pieniądze. A nie próbując nawet ścigać się z Ojcem Redaktorem F. Walickim na epitety i pochwały dla D. Michalskiego, na koniec zacytuję raz jeszcze jego słowa – te, którymi zakończył „Przedmowę”:

„To książka niezwykła, jak niezwykły jest jej autor – nieustanny poszukiwacz, wróg banału, mistrz dokładności i precyzji.[i]Trzysta tysięcy gitar nam gra[/i] to obowiązkowa lektura każdego, kogo trafił kiedyś grom rock and rolla”.

[Dariusz Michalski, Trzysta tysięcy gitar nam gra. Historia polskiej muzyki rozrywkowej (lata 1958-1973) z przedmową Franciszka Walickiego. Wyd. Iskry 2014]

[W NaTemat: 17 marca 2018]

Park Jurajski (po raz kolejny i nie ostatni)

pobrane25

Profesor Tadeusz Sławek powiedział niedawno, iż bardzo żałuje, że nie udało mu się – jako rektorowi Uniwersytetu Śląskiego – zrealizować pomysłu przyznania doktoratu honoris causa Mickowi Jaggerowi.

[more]

Chyba wszyscy słuchający tego fani zarówno profesora, jak i rocka uśmiechnęli się, ja też. Choć od razu pomyślałem, czemu nie Paulowi McCartneyowi, skoro Beatlesi są zespołem bliższym Sławkowi niż Stonesi. No tak, ale Lennon, bardziej uwodzący swymi niekonwencjonalnymi wypowiedziami i zachowaniami, nie żyje, a McCartney to nie całkiem ten typ osobowości. Więc Jagger, jako frontman największej kapeli świata – jest oczywistym wyborem.

The Beatles i The Rolling Stones.

Ostatnie publikacje tych drugich, zwłaszcza zaś album On Air, wciąż dowodzą silnych związków obu zespołów oraz – po kilku dekadach – przypominają pierwsze lata działalności, czasy Sierżanta Pieprza i Their Satanic Majesties Request, ciągłego zerkania na siebie nawzajem – ze wskazaniem jednak na częstsze podpatrywanie kolegów przez Toczące Się Kamienie. I teraz jest podobnie: kilka lat temu wyciągnięto z archiwów radiowe, dokonane dla BBC, nagrania The Beatles, więc teraz światło dzienne ujrzały podobne rejestracje The Stones. Powiem od razu: dla mnie o wiele ciekawsze, starannie wyselekcjonowane, ograniczone do muzyki, pięknie oczyszczone. W oryginalnym składzie, bez Micka Taylora czy Rona Wooda, za to z Brianem Jonesem i Billem Wymanem.

TRS najpierw, przy okazji wydania Grrr!, zadeklarowali odwieszenie instrumentów na kołki, a zaraz potem dostali kolejnego, potężnego

wiatru w żagle.

W krótkich odstępach czasu fani otrzymali rejestrację koncertu w Hyde Parku (Sweet Summer Sun), znakomity film Olé  Olé  Olé! o trasie po Ameryce Południowej, nowy, bardzo dobry album z zestawem pierwszych inspiracji – Blue and Lonesome i teraz wzruszający On Air. Częstotliwość zawrotna, przypominająca tę z lat 60. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Stonesi wpisują się w tę mało liczną grupę starych gwiazd, które jakby czując kurczenie się czasu, stają się jeszcze bardziej aktywne. (Nawet jeśli wziąć poprawkę na to, że ostatnie publikacje to głównie nagrania na żywo).

Jak ich kumpel Bob Dylan, który rozkręcił się ostatnio do tego stopnia, że w ubiegłym roku wydał album aż trzypłytowy, Triplicate, trzeci już z piosenkami z okolic American Songbook. Nie ustępuje mu Van Morrison, który w 2017 w odstępie trzech miesięcy opublikował dwie nowe płyty. O Neilu Youngu też nie sposób nie wspomnieć, choć on od wielu już lat prawie nie wychodzi ze studiów nagraniowych albo innych „budek telefonicznych” i wydaje swoje kolejne płyty w ilościach niemal hurtowych.

No i dobrze, 

no i na zdrowie.

Bo kto i czego im dzisiaj zabroni? Dawno temu pasja stała się ich robotą, czego można tylko pozazdrościć, gdyż to dane jest nielicznym. A jeśli wziąć pod uwagę miarę talentu, którego starczyło nie na rok i nie na pięć lat, a całe pół wieku, na to, by łączyć radość z muzykowania z radością dawaną innym swoimi nagraniami – trzeba się tylko nisko pokłonić. Tak dochodzę kolejny raz do niezbyt odkrywczej konstatacji, że nic tak dobrze nie konserwuje jak ulubiona forma aktywności. Oraz drugiej: że sztuka jest górą – nad polityką, gorzałą, dragami, seksem i czym tam jeszcze.

Do wymienionych nazw i nazwisk dodać jeszcze trzeba paru innych (choć boję się, że kogoś tu pominę) – tych, co nagrywają nieco rzadziej albo bardzo rzadko – jak Paul Simon – ale wciąż trzymają poziom: Eric Clapton, Paul McCartney, Robert Plant,  Elton John (ten zapowiedział koniec – trasą koncertową, bagatela, trzyletnią), Carlos Santana czy Mark Knopfler.

Moje 

muzyczne puzzle

wysypały się z pudełka w latach 60. Do dziś próbuję je jakoś poskładać. Wciąż z nieskrywaną ochotą na rzeczy tzw. stare, na płyty z czasów, gdy w rocku wszystko działo się pierwszy, a nie setny raz. I wybaczam sobie, że w tej puzzlowej układance tak niewiele jest miejsca na rzeczy nowsze i całkiem nowe, że coraz częściej zbywam je wzruszeniem ramion. Stosując jeszcze jedno porównanie: moja studnia jest już prawie pełna, ciężko dolać do niej choćby szklankę. Zwłaszcza czegoś, co średnio komponuje się z dotychczasową zawartością. Bo coraz trudniej zachwycać się czymś niedawno powstałym, gdy tyle się już słyszało. Gdy serce wyłożone jest dźwiękami z lat 50. – 70. I co z tego, że ubiegłego stulecia?

[W NATemat: 25 lutego 2018]

Śmierć Kliniczna – największy z zapomnianych zespołów?

pobrane20

Nie da się uprawiać punk rocka w czystej postaci, jeśli posiada się całkiem spore umiejętności w obsłudze instrumentów, jeśli umie się śpiewać, w dodatku na dwa głosy, i ma dobrze odrobione lekcje z historii muzyki rockowej.

[more]

Stan Śmierci Klinicznej na FAMIE

Lipiec 1983 roku. Pierwsza FAMA od czasu wprowadzenia stanu wojennego i pierwsza – z trzech – moja. Z głośników radiowęzła na placu namiotowym codziennie rozbrzmiewają przeboje The Police pochodzące z albumu Synchronicity na zmianę z piosenkami Lady Pank, które później znajdą się na pierwszej płycie zespołu. 

W amfiteatrze znakomity koncert daje Przemysław Gintrowski – Jacka Kaczmarskiego nie ma już od pewnego czasu w kraju. Gintrowskiemu towarzyszą Zbigniew Łapiński na fortepianie oraz Duo Laboratorium, czyli Janusz Grzywacz na elektronicznych klawiaturach i Marek Stryszowski na saksofonie. Gintrowski, ponieważ nie stosuje się do wytycznych cenzury i wyśpiewuje dwa zatrzymane teksty, zostaje wyrzucony z festiwalu. 

Do Świnoujścia dociera nawet Józef Skrzek, dając ad hoc recital na kiepsko strojącym fortepianie w tymże amfiteatrze (po jego występie pobiegłem szybko do namiotu po świeżo nabytą w Szczecinie Józefinę, pierwszy solowy album nagrany po rozwiązaniu SBB. „O, już jest!…” – zdziwił się mistrz, podpisując krążek). 

Jeśli chodzi o młody narybek – muzycznie, jazzowo, na scenach namiotu albo Miejskiego Domu Kultury szaleją częstochowski Tie Break z Jorgosem Skoliasem na wokalu, Januszem Iwańskim na gitarze i Antonim Gralakiem na trąbce, katowicki Pick Up Formation z Krzysztofem Popkiem i Henrykiem Gembalskim oraz A New Coast (myślę, że nie przekręcam nazwy zespołu).  Gdy chodzi o gitarowe klimaty – nie ma sobie równych załoga z Gliwic: Darek Dusza, Mercik i koledzy – czyli Śmierć Kliniczna.

*

Moja 

punkowa inicjacja

dokonała się późno, zaledwie kilka tygodni przed FAMĄ, w Toruniu. Znalazłem się tam niespodziewanie na koncercie, a z niespełna godzinnego występu kapeli, której nazwy nie pamiętam, w głowie pozostał mi tylko bezprzykładny łomot, pogo kilkunastu chłopaków z jedną upatrzoną, zdrowo przetrącaną ofiarą oraz najbardziej melodyjny fragment, czyli refren kawałka na bis: „Wypierdalaj, wypierdalaj jak najdalej stąd”. Była to deklaracja dość oczywista, jeśli uwzględnić fakt, iż stan wojenny, wprowadzony niecałe półtora roku wcześniej, trwał nadal. Niezapomniane przeżycie.

*

Bunt buntem, ale ja – choć nie umiałem wtedy tego tak nazwać – szukałem w muzyce, podobnie jak dziś, swingu. Tak się jednak składało, że mimo hałasu i wykrzykiwanych tekstów – w graniu Śmierci Klinicznej swingu nie brakowało. Nie sposób bowiem uprawiać punka w czystej postaci, jeśli posiada się całkiem już spore umiejętności w obsłudze instrumentów, jeśli umie się śpiewać, w dodatku na dwa głosy, i ma się dobrze odrobione lekcje z historii muzyki rockowej. W ten sposób punk i nowa fala mieszają się z klasycznym, rodem z lat 50., rokendrolem, a ponadto z coraz odważniej sygnalizującym obecność na muzycznej scenie w Polsce reggae. Tak jak ładne dzieci rodzą się z pomieszania nacji, tak interesujące i niebanalne rzeczy wychodzą z pomieszania stylistyk, gdy ma się kulturę grania i talent niepospolitej miary, pozwalający penetrować dziewicze dotąd ostępy.

*

Longplay

jest pięknie wydany. Dziś to już nikogo nie dziwi, ale jeśli wspomnieć polskie edytorstwo, w tym płytowe, z czasów słusznie minionych, odlot jest zupełny. Twarda, kartonowa okładka, bez zarzutu wytłoczona i, co zaskakujące – zważywszy, iż nagrania pochodzą sprzed ponad trzech dekad, a część z nich jest w dodatku rejestracją na żywo – świetnie brzmiąca płyta. Do tego obszerna wkładka, a w niej historia zespołu napisana z biglem, dowcipnie, oraz wycinki prasowe.

Nie będę udawał, że pamiętam, bo nie pamiętam. Moje wspomnienia dotyczące Śmierci Klinicznej to tamta FAMA i dwa single na pólkach z płytami. Oficjalne media  omijały nowe w polskim graniu jak długo się dało, a uszy Trójkowych redaktorów – czemu zupełnie się nie dziwię – niekoniecznie przyswajały punkrockowy zgiełk. Posiłkuję się więc rzeczoną wkładką.

*Początki zespołu sięgają września 1981 roku. W listopadzie, w czasie studenckich strajków, do Dariusza Duszy, Wojciecha Jaczyczki i Marka Czapelskiego dołącza szesnastoletni wokalista, Jerzy Mercik. W marcu następnego roku, po lekkim poluzowaniu reguł stanu wojennego, ruszają próby. Dwa miesiące później zespół daje pierwszy koncert, a w lipcu wysyła kasetę z nagraniami 

do Jarocina

W sierpniu radość i panika, bo kapela, mająca za sobą jeden występ na żywo (na podwórku klubu „Gwarek” w Gliwicach), kwalifikuje się do festiwalu. Tam gliwiczanie poznają kolegów z innych kapel: SS-20 (późniejszego Dezertera), Bikini, Rejestracji, Kontroli W czy WC. Występ Śmierci obywa się bez większych wpadek i zostaje dobrze przyjęty.

Zespół trochę koncertuje. Paweł Karpiński kręci o nim film, a jesienią ŚK wchodzi po raz pierwszy do profesjonalnego studia nagraniowego – WFDiF w Warszawie – i rejestruje cztery utwory. Następuje czas intensywnych prób, a wiosną 1983 w zespole pojawia się nowy człowiek – grający na kongach i śpiewający Jacek Szafir, zupełnie zakręcony na punkcie reggae.

W maju, w gliwickim Kino-Teatrze X, razem z Brakiem (późniejszym Rendez-vous) Ziemka Kosmowskiego, dają znakomity koncert, którego fragmenty dwie dekady później znajdą się na jedynym CD zespołu.

Latem występują w Opolu. Nadal ćwiczą, by w lipcu znaleźć się na FAMIE w Świnoujściu. Tam skład uzupełnia saksofonista Piotr Malak. W Jarocinie, gdzie występują już jako gwiazdy (przesłany materiał z gliwickiego koncertu zachwyca Waltera Chełstowskiego), dają znów świetny koncert, przez wielu uważany za najlepszy z całej imprezy. Niestety, jesienią odchodzi Mercik, a ciągle napływają zaproszenia do grania koncertów. Podczas pierwszej edycji Róbrege śpiewa – i daje radę – Szafir.

W Tonpressie nagrywają swojego 

pierwszego singla.

Nienormalny świat wchodzi nawet na listę przebojów Programu III PR, gdzie wspina się do 9. miejsca. Drugi utwór, Nasza edukacja, na antenie pojawia się tylko raz – interweniuje ktoś z Komitetu Centralnego jedynie słusznej partii i piosenka dostaje szlaban.

W listopadzie na Rockowisku w Łodzi zespół występuje bez Malaka, za to z Gralakiem (Tie Break). Zimę i wiosnę 1984 kapela spędza na próbach i tworzeniu nowego materiału. Mimo sukcesów, pochlebnych ocen w prasie, w zespole zaczyna zgrzytać. Dusza chce grać punka i rokendrola, Szafir reggae, Jaczyczko jazz-rocka, a Czapelski kotłowe połamańce. Męczący jest brak perspektyw: koncertów aż tak wiele nie ma, o wydaniu dużej płyty nie ma co marzyć – nie z tą nazwą, nie z takimi tekstami. A na inną opcję muzycy się nie zgadzają. Dusza i Czapelski ciągną kolegów do Warszawy, licząc, że tam zespół będzie miał większe szanse na przebicie, ale reszta nie chce. Koniec zbliża się wielkimi krokami.

Dusza nawiązuje współpracę z Ireneuszem Dudkiem. Na Rock Arenie jednego dnia gra z nim, następnego ze Śmiercią, ale ostatecznie postanawia odejść z macierzystej formacji. Wspólnie nagrywają jeszcze drugiego singla – Jestem ziarnkiem piasku i Psychopatę. Ten drugi utwór zatrzymuje jednak cenzura, toteż na jego miejsce wskakuje ASP z poprzedniej sesji. Płytka, podobnie jak pierwsza, sprzedaje się świetnie, ale piosenek w radiu nie słychać.

Latem 1984 znów świnoujska FAMA, a potem wspólna trasa z Klausem Mitffochem. W Jarocinie ostatni koncert z Duszą, tym razem niezbyt udany. Kapela walczy jeszcze przez jakiś czas, Szafir, Jaczyczko i Mercik w końcu zakładają reggae’owy R.A.P., Czapelski gra z Voo Voo i Manaamem, Dusza tworzy punkowy Absurd i działa w Shakin’ Dudi.

*

Żal.

Śmierć Kliniczna została zniszczona przez panujący wtedy system. Zupełnie jak Rhythm & Blues na przełomie lat 50. i 60. XX wieku, chciałoby się westchnąć. Zbyt niepokorna w warstwie tekstowej – o wiele mocniej waląca prosto w twarz niż Lech Janerka, Kora czy Grzegorz Ciechowski, a jednocześnie z kapel nowych, wywodzących się z okolic punka, zespół będący chyba najbliżej mainstreamu – z racji posiadanych umiejętności i świadomości tego, czym rokendrol był wcześniej, oraz  umiejętnego czerpania z jego dorobku. Można dziś tylko gdybać, czy, a jeśli tak – jak bardzo inna byłaby ówczesna scena rockowa w Polsce, gdyby Śmierci Klinicznej pozwolono rozwinąć skrzydła, nagrywać płyty, grać koncerty, a piosenki emitowano by w radiu. I jak bardzo grupa wpłynęłaby na dalsze losy rodzimego rocka.

Kamil Sipowicz pisał w 1983 roku, po Jarocinie, na łamach „Magazynu Muzycznego”:

„Najlepszą grupą festiwalu okazała się moim zdaniem Śmierć Kliniczna. (…) Wszystko to tworzy muzykę w zaskakujący sposób świeżą i w niczym nieprzypominającą zachodnich zespołów, choć grupa wykorzystuje świadomie zdobycze reggae i nowej fali, budując z tego jednak własny styl”.

Natomiast nieżyjący już Robert Leszczyński w „Gazecie Wyborczej”, po latach – w 2000 roku, wspominał:

„Śląsk zawsze był ostoją bluesa i heavy metalu, więc pojawienie się w 1982 roku ŚK z Gliwic było zaskoczeniem. Zespół Darka Duszy miał znakomite, często autoironiczne teksty oraz dwóch wokalistów lepszych niż w innych grupach punkowych. Śmierć Kliniczna rozpadła się po interwencji samego wojewody katowickiego, który uniemożliwił jej nagranie albumu”.

Krążek, wydany w dwóch wersjach, winylowej i – szerszej – kompaktowej, ocala tę muzykę od zapomnienia. W pełni zasłużenie, a jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jest działaniem dzielnego kustosza skierowanym do siwawych i łysawych fanów. Rewelacyjny materiał muzyczny nie zaistniał w szerszym odbiorze wtedy, w latach 80., trudno więc się dziwić, że teraz trafia już tylko do nielicznych.

(Śmierć Kliniczna, Nienormalny świat, Zima Records 2016)

Big Day: pięć minut w mocnym świetle

pobrane5

Trzynaście piosenek składających się na debiutancki album wyraźnie nawiązywało do amerykańskiej muzyki epoki dzieci-kwiatów.

[more]

*

Lata 90. to szczególny czas w polskiej muzyce. W pełni przystawalny do każdej innej sfery ówczesnego życia. 4 czerwca 1989 roku skończyła się komuna, wszyscy zachłysnęliśmy się wolnością. Na podbój muzycznych scen ruszyła kolejna fala wykonawców, w większości tych urodzonych na początku lat 70. Wielu spośród nich miało w swym repertuarze piosenki śpiewane nie tylko po polsku, ale i angielsku.

Młodzi muzycy

– ale chyba nie tylko oni – naiwnie wierzyli, że skoro wreszcie otwieramy się na świat, to i świat otworzy się na nas, ba! – przyjmie nas z otwartymi ramionami. Że w związku z tym karierę będzie dało się zmierzyć w zupełnie innej skali niż kilometry kwadratowe między Bałtykiem i Tatrami, między Odrą a Bugiem. W muzyce skończyło się to wszystko na nic nieznaczącym artystycznie, protekcjonalnym geście, w efekcie którego Edyta Górniak w 1994 roku, pierwsza reprezentantka naszego kraju w konkursie Eurowizji, zdobyła drugie miejsce.

O Big Day dowiedziałem się z cyklicznego programu Zbigniewa Hołdysa, bodaj półgodzinnego, jaki wówczas prowadził na antenie TVP. Świetnym pomysłem było prezentowanie obiecujących debiutantów. Były lider Perfectu zdecydowanie miał nosa – przypuszczam, że występ u niego stał się dla olsztyńskiego kwartetu trampoliną do ogólnopolskiej popularności.

Któregoś dnia w 1994 roku przyniosłem do domu dwa kompakty wydane przez Izabelin Studio: drugi album Heya, Ho!, i pierwszy BD – W świetle i we mgle. Ten drugi bez instrumentalnych fajerwerków, za to z materiałem zdradzającym niemały talent kompozytorski. Trzynaście piosenek, zaśpiewanych w części w rodzimym języku, w części po angielsku, wyraźnie nawiązywało do amerykańskiej muzyki epoki

dzieci-kwiatów, 

tak jak efektowne logo zespołu do słynnej pacyfy. Wpadające w ucho, zgrabne melodie i przyjemny wokalny dwugłos damsko-męski muzycznej i życiowej pary, Ani Zalewskiej i Marcina Ciurapińskiego przyniosły zespołowi dużą popularność. Przywodziły na myśl z jednej strony dokonania takich zespołów jak np. Jefferson Airplane z Grace Slick jako frontmanką, a z drugiej korespondowały z wczesnymi nagraniami rzeszowskiego Breakoutu i duetu Mira Kubasińska – Tadeusz Nalepa. Nie od rzeczy chyba będzie w tym miejscu wspomnieć także Edie Brickell, która pod koniec lat 80. wraz z zespołem New Bohemians udanie przypomniała klimaty sprzed dwóch dekad.

„Tylko Rock” uznał płytę za najlepszy debiut 1994 roku, była ona też nominowana do Fryderyka. Wydany rok później drugi krążek, zatytułowany Kalejdoskop, rozszedł się w ponadstutysięcznym nakładzie, stając się Złotą Płytą i przynosząc bodaj największy przebój zespołu, 

Przestrzeń.

A potem nastąpiła w składzie pierwsza z całego szeregu zmian. Dzień trzeci z 1996 roku nie powtórzył już sukcesu poprzednich krążków, zaczęło jakby brakować świeżości. Ale prawdą też jest, że na ciasnym ryneczku lidla niezmiernie ciężko  się utrzymać, ludzie gonią wciąż za nowymi wrażeniami – wytwórni nagraniowych i producentów nie wyłączając. Prędzej więc da się szansę nowemu wykonawcy na debiut niż nieco starszemu na czwartą czy piątą płytę, jeśli popularność tego drugiego wyraźnie spadła i nie daje już gwarancji sprzedaży płyt na odpowiednim poziomie.

Kapela dowodzona niezmiennie przez małżeństwo Ciurapińskich działa do dziś, ale z dala od radiowych anten i chyba już tylko dla garstki najzagorzalszych fanów. Ostatnią jak dotąd płytę wydała w 2012 roku.

[W NaTemat: 19 lutego 2017]

Pretendent Kukiz – facet po pięćdziesiątce z małym Hakiem

aya_rl

Dzisiaj dzień, gdy w ten lub inny sposób przychodzi nam wypełniać swój obywatelski obowiązek. Bodaj w Belgii jest tak, że jeśli ktoś dwa razy z rzędu nie pójdzie do urn wyborczych, traci prawo do głosowania na dziesięć lat. Postuluję niniejszym, by wprowadzić ten przepis u nas. Już widzę te protesty słusznie oburzonych: „Co, oni znów chcą mi coś zabrać? O, takiego!”. W ten sposób osiągnięto by szczytny cel, czyli bardzo wysoką frekwencję.

[more]

Chcąc coś skrobnąć o miejscach, gdzie muzyka, a raczej muzycy, i polityka wchodzą w nieco bliższe relacje, a nie mając zamiaru narazić się na zarzuty o naruszenie ciszy wyborczej, publikuję (hm) ten wpis po 21.00.

*

W historii dokonała się swoista wolta, gdy chodzi o zabieranie głosu w sprawach publicznych. Kiedyś wypowiadały się o nich elity. W dawnej naszej literaturze roi się od takich wierszy czy dzieł o większych rozmiarach. Słuchano Reja, Kochanowskiego, Frycza-Modrzewskiego, wolno było księżom, i to nie tylko plebanom, Zabłockiemu czy Krasickiemu, biskupowi zresztą.

Ostatni raz, gdy artystów na wielką skalę dopuszczono do mikrofonów i łamów gazet, to był rok 1989. „Jesteśmy wreszcie we własnym domu. Nie stój, nie czekaj…”. Już wcześniej literatów władza ludowa goniła do pióra: mają się zajmować swoim, a nie wpychać palce w politykę, o której nie mają bladego pojęcia. W III RP niewiele się w tej materii zmieniło – ogół nieufnie przyjmuje wystąpienia reżyserów, pisarzy czy muzyków w kwestiach państwa i narodu. Przecież oni nie są specjalistami w tej dziedzinie, od tego są politycy – działacze partyjni, radni, posłowie, ministrowie i prezydenci.

Na byle stanowisko – kto choć raz aplikował, składał CV i list motywacyjny, ten wie – wymagają lat praktyki, specjalistycznego wykształcenia, biegłej znajomości języków obcych i obsługi komputera. Nawet by zostać konserwatorem powierzchni płaskich (dawniej: sprzątaczką/sprzątaczem), trzeba zwykle wylegitymować się doświadczeniem zawodowym. Tymczasem by zostać prezydentem kraju – niemałego, zwłaszcza w europejskiej skali – wystarczy skończyć powszechniaka (prawda, jeszcze ośmioklasowego, to już coś) i być, nie obrażając nikogo, bezrobotnym. Za to członkiem – podobno jakiejś partii. To są kwalifikacje do najwyższego urzędu RP, których nie podważa póki co żadna ordynacja wyborcza i żaden skład PKW. 

*

Ale miało być o muzykach, a ściślej jednym muzyku – i polityce. Nie o Dylanie, nie o Bono, który kończy dziś pięćdziesiąt pięć lat. Jello Biafra, lider Dead Kennedys, który w 1979 roku w wyborach na burmistrza San Francisco otrzymał cztery procent głosów, też musi poczekać na inną okazję (choć jego pomysł, by polityków i biznesmenów przebrać za klaunów, nie wydaje się całkiem „od czapy” – Stańczyka).

Jako nastolatek miał haka na dorosły świat. Miał zespół Hak, który nawet otrzymał nagrodę na festiwalu w Jarocinie w 1983 roku. Nie tylko po latach, ale już wtedy wydawał się kopią Lady Pank. Największy przebój to Ołowiane głowy:

Przekupione słowem w przepaść mkną

Ocierając się o krzyk (…)

O, o, ołowiane głowy

Ich nie pokryje rdza (…)

Z dna milczenia waszych kroków stuk

Z dna milczenia przysięgi żar (…)

Wymyśleni, pozdrowieni dmią

By w umyśle moich zmian

Ciągną, dręczą, zabierają nam

Tam, gdzie znika moje ja

Pewnie jeden kandydat Paweł Kukiz wie, o co chodzi – zwłaszcza w ostatnich czterech wersach. Ale rymy, choć niezbyt dokładne, są.

Lecz to właśnie tam, w Jarocinie w 1983 roku, on i gitarzysta Haka Jarosław Lach poznają Igora Czerniawskiego. I tak urzeczywistnia się na ludzkim gruncie przyjaźń polsko-radziecka: powstaje Aya RL (Aya Red Love). Oj, narozrabiał wtedy ten skład w rodzimym rocku – i to nieźle. Na tle mniej lub bardziej rozbrykanych grup gitarowych, kapel bluesowych, epigonów art rocka oraz kiczowatego elektropopu spod znaku Kapitana  Nemo i, nie bójmy się tego, Kombi wyróżniali się bardzo.

 

Klawisze – tak, jak najbardziej, ale użyte zupełnie inaczej (gdzieś tam kłania się 4 AD, ale to tylko część prawdy), świetna gitara i bardzo interesujący frontman, do tego znakomita na owe czasy produkcja: to wszystko robiło wielkie wrażenie. Może nie od samego początku – nagrania dla radia, Oczy i Jazz, choć zwróciły uwagę wszystkich, brzmią skromnie w porównaniu z utworami zarejestrowanymi na tzw. czerwoną płytę. Koszmarna muzycznie Skóra, infantylnie zaśpiewana, stała się największym przebojem grupy. Pamiętam, że dopiero Tadeusz Sławek, późniejszy rektor Uniwersytetu Śląskiego, uświadomił – nie tylko mi – że to bodaj pierwszy polski rockowy tekst o tolerancji. I to oddać trzeba tej pieśni, której trio świadomie nie umieściło na krążku. Świadomie, bo nie o sukces komercyjny chodziło.

Teksty zawarte na płycie może nie porażały walorami literackimi, ale nieźle wpisywały się w stylistykę lat 80., a więc czas mizerii po stanie wojennym, kiedy mało kto wierzył, że upadek starego systemu nastąpi – i to tak szybko.

Ulica

Opowiem Wam o mojej ulicy:

Na mojej ulicy

Nikogo nie dziwi człowiek (…)

Na mojej ulicyNie mieszka już Chrystus

A Szatan się z niej wyprowadziłNa mojej ulicy

Gra chłód kamienicy

Chłód wciąż mniej żywych tkanek…

 

Ściana

Od ludzi dumnych, kruchych jak sława, Ty oddzielaj nas

Od nienawiści, idei Marsa, Ty oddzielaj nas

Będziemy wzmacniać i przesuwać Cię tak, byś naprzód szła

I podeprzemy Cię swoją siłą, gdy będziesz się chwiać

A kiedy, kiedy przyjdzie już czas, my zburzymy Cię

I zbudujemy przepiękny pałac, on jest naszym snem

Dziś można by się wyzłośliwiać: czyżby Kukiz już wtedy miał na myśli pałac prezydencki? Wiadomo jednak, że był to ciągle czas Komitetu Centralnego i towarzysza I sekretarza.

A ja się ukrywam

Znaleźli mnie gdy leżałem bez sił

Nie wierzą mi, że jestem zdrów – mylą z kimś

Mówią: On! Tak – to on! Tak to on! Tak to on się ukrywał!

Chory Pan jest? – Jestem zdrów jak łza!

– Adres i wiek podać szybciutko nam

Księżycowy krok

Budzę się przy blasku ostrych barw

Głuchnę w wielkim huku słusznych salw

Dławię się słowami – których wstyd

Modlę się do bożków obcych mi

Utwór zatytułowany Polska, choć niebezpiecznie pompatyczny, na szczęście pozostał dziełem instrumentalnym.

Niestety, po debiucie fonograficznym w 1985 roku było już tylko gorzej. Zmiany personalne sprawiły, że dopiero po czterech latach ukazał się drugi album, tzw. niebieski. Ale popularnością nie zbliżył się nawet do poprzednika. W 1990 roku odeszli Kukiz i Romanowski (gitarzysta), wrócił Lach – i Aya stała się instrumentalnym duetem. Konia z rzędem temu, kto zna trzy kolejne krążki. W 1998 roku Czerniawski definitywnie rozwiązał formację.

Czerwony album pozostaje jedną z najważniejszych polskich płyt lat 80. Pierwszym i ostatnim momentem, gdy muzyczne działania Pawła Kukiza żywo mnie interesowały. Na przaśność i ludyczność Piersi, tak samo jak paru innych podobnych kapel, pozostałem zupełnie obojętny. Z prostego powodu: że mieszanie kabaretu z rockiem jest w moim odczuciu zupełnie niestrawne.

*

Co zaś do politycznych aspiracji – nie Kukiz pierwszy, nie ostatni. Staram się oddzielać człowieka (każdego) i jego, większe lub mniejsze, dzieło. Jakieś tam przemyślenia nie tylko w tej sprawie zachowam dla siebie, bo z meritum, czyli blogiem muzycznym, nie mają wiele wspólnego.

I już zupełnie na koniec jedna refleksja. Ubolewam nad klasą, a raczej – najczęściej – jej brakiem wśród przedstawicieli klasy politycznej. W ostatni poniedziałek odbył się pogrzeb wielkiego człowieka, który był także wielkim politykiem, Władysława Bartoszewskiego. Ostatniego, którego postrzegam jako wielką postać, jako autorytet – kogoś o twardym kręgosłupie, przede wszystkim moralnym.

Dawno, dawno temu wieszcz Adam napisał słowa, które stanowczo zbyt często przypominają mi się, gdy patrzę na to, co się dzieje:

Gęby za lud krzyczące sam lud w końcu znudzą,

I twarze lud bawiące na końcu lud znudzą.

Ręce za lud walczące sam lud poobcina.

Imion miłych ludowi lud pozapomina.

Wszystko przejdzie. Po huku, po szumie, po trudzie

Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie.

[W NaTemat: 10 maja 2015]

Gniew w moim domu

ira_1993

Bodaj 1995 rok, sytuacja pod osiedlowym warzywniakiem. W podwójnym, spacerowym wózku wielcy fani Dżemu i Iry – moi synowie – czteroletni wówczas bliźniacy. Jak przystało na młodych adeptów muzyki rockowej, zamiast piosenek z „Domowego przedszkola” zgodnie podśpiewują: „Seks jest tym co ja/ Chciałbym ci, maleńka, dać/ Seks to zmysłów czar/ W rytmie naszych ciał”. To sprawia, że przechodzący obok mężczyzna zatrzymuje się, spogląda na bardzo nieletnich wokalistów, po czym przenosi wzrok na ich matkę a moją żonę i mówi: „Hmm, to młodzież teraz śpiewa takie piosenki?”.

[more]

*

IRA znaczy gniew. IRA to, najkrócej rzecz ujmując, trzy zespoły, 

trzy odsłony.

Pierwsza z okresu debiutu fonograficznego, końca lat 80. – jakiś koszmarek, stylistyczny i realizacyjny. Chyba wszystko na tej płycie było złe. A potem formację Kuby Płucisza i Artura Gadowskiego zasilił Piotr Łukaszewski. I tak zaczął się spełniać amerykański sen o pucybucie. Do 1995 roku, gdy zespół się rozpadł, by po następnych kilku latach wznowić działalność. I coraz bardziej rozpaczliwie gonić własny ogon.

A sen był piękny. Do paru chłopaków z Radomia dołączył były członek TSA Evolution i Skawalker, jeden z najbardziej rasowych gitarzystów, jakich nosiła polska ziemia rockowa. Kontrakt z Mustangiem sprawił, że odziano ich w porządne, markowe dżinsy i skóry, a przede wszystkim – mieli za co kupić bardzo dobry na owe czasy sprzęt, otwarły się też przed nimi najlepsze studia nagraniowe nad Wisłą.

Włożone pieniądze zwróciły się – panowie odwdzięczyli się  za otrzymane dobra. Łukaszewski, bardzo pojętny uczeń Eddy’ego Van Halena, zabłysnął zarówno techniką, jak i sporym talentem kompozytorskim. Wpuścił do zespołu mnóstwo świeżego powietrza – inna sprawa, że warsztat wszystkich muzyków poszybował mocno w górę. Gadowski, obdarzony świetnym, pełnym piasku w gardle głosem frontman, bił na głowę większość polskich rywali po fachu. 

Nic to, że teksty były naiwne, banalne, momentami wręcz grafomańskie. Przekaz, choć niezbyt wyrafinowany, był 

wiarygodny:

młodzi, długowłosi muzycy ze średniej wielkości miasta zapatrzeni byli w ideały ruchu hipisowskiego (ówczesna naiwna wiara prawie nas wszystkich, Polaków ufających, że wreszcie, po 1989 roku, jesteśmy we własnym domu, pięknie łączyła się z ideałami epoki dzieci-kwiatów).Muzycznie IRA była na czasie, bliska amerykańskiego, miękkiego metalu – przebojowego, ale i wystarczająco mocnego, by usatysfakcjonować nie tylko nastoletnie panienki.

Dziś, gdy Złotą Płytę otrzymuje się za piętnaście tysięcy sprzedanych egzemplarzy, już prawie nie sposób odtworzyć w głowie tamtych lat: szalejącego piractwa i pierwszych rodzimych wytwórni, wielusettysiecznych nakładów kaset magnetofonowych, które stopniowo zaczynały być wypierane przez CD, i światowych koncernów przymierzających się do zawładnięcia rynkiem. To było Eldorado, wolna amerykanka i Dziki Zachód jednocześnie.

A IRA była wtedy jedną z największych 

gwiazd

–  krążki Mój dom i 1993 wyniosły ją na szczyty popularności. Znamię (1994) było zdecydowanie cięższe i nie przekonało wielu dotychczasowych fanów. Ogrody, pierwsza płyta nagrana dla dużej wytwórni – Zic Zac Marka Kościkiewicza (De Mono) – sygnalizowała powrót do sprawdzonych patentów. Nie przyniosła jednak spodziewanego sukcesu – nie udało się zespołowi wylansować żadnego przeboju dorównującego hitom z drugiej i trzeciej płyty. Album sprzedawał się słabo, a trasa promocyjna też okazała się porażką.

Zespół nie poradził sobie z tymi niepowodzeniami i zawiesił działalność. Reaktywacja nastąpiła w 2001 roku. Rozczarowała mnie wtedy informacja, że nie ma w składzie Łukaszewskiego, zabrakło też Płucisza, a nowe nagrania tylko potwierdziły moje obawy. Zupełnie straciłem serce do kapeli, z dawnej sympatii pozostał jedynie sentyment do wspomnianych czterech, naprawdę niezłych krążków. Dziś bardzo już chyba przykurzonych, jeśli chodzi o świadomość większości konsumentów rodzimego rocka. Tymczasem jak się lubi – tak jak ja – stare dobre Van Halen z okresu z Davidem Lee Rothem, tak trudno nie lubić IRY z lat 1991-95. Nawet jeśli gniew jest tu terminem na wyrost, to soczystość i solidność brzmienia oraz chwytliwe melodie nadal sprawiają dużo przyjemności.

[W NaTemat: 8 marca 2015]

(The) Who Are You

who_odds

Jak to się stało, że kwartet nigdy nie zaistniał w szerszej świadomości rockfanów nad Wisłą? The Who przecież byli tam, gdzie działy się wielkie rzeczy – w 1967 roku na Monterey Pop Festival, dwa lata później wystąpili w Woodstock. Wystawili także dwie znaczące rockopery.

[more]

*

Przez całe dziesięciolecia muzyka przedostawała się

z Zachodu nad Wisłę

w bardzo skromnym wymiarze. Poza wybrańcami losu mającymi z tych czy innych względów dostęp do wydawnictw zza żelaznej kurtyny, gardło to bardzo długo było wąskie jak Program III Polskiego Radia, jego ramówka reglamentująca audycje muzyczne – i w końcu upodobania redaktorów je prowadzących.

Co mi, rocznikowi 1962, zostało w pamięci? „Muzyczne Poczty UKF” – Witolda Pogranicznego z muzyką polską („Co mam zrobić, jeśli Państwo ciągle proszą o Czerwone Gitary, Marylę Rodowicz i Czesława Niemena?”), Dariusza Michalskiego z graniem z demoludów i, jak przyszło co do czego, nowymi nagraniami SBB, Marka Gaszyńskiego z ostrzejszą odmianą rocka, ale zbyt często gitarową popeliną w stylu Sweet, Slade czy Suzi Quatro. 

Długo okrętami flagowymi rozgłośni były środowe „Poczty” i „Tonacje” oraz zmieniający swoje miejsce – raz we wtorki, raz w czwartki – „Minimax” Piotra Kaczkowskiego. Był oczywiście jeszcze „Bielszy odcień bluesa” Wojciecha Manna i Jana Chojnackiego, ale skupiony, jak podpowiada sama nazwa, na bluesie, był Janusz Kosiński z „Odkurzonymi przebojami” (bajko ty moja, w 1978 na przykład odkurzał Cream albo Free, czyli utwory okołodziesięcioletnie zaledwie), trochę później pojawił się Marek Wiernik serwujący nowe gitarowe brzmienia. Był – niestety sporadycznie – Jerzy Janiszewski. Zmierzam do tego, że nieuchronne filtrowanie i tak niewielkiej rzeczki zamiast oceanu muzyki przez gusta kilku – kilkunastu radiowców powodowało, że pewne nazwy – nawet z tych największych – nie były darzone szczególną atencją, a ich nagrania stanowczo zbyt rzadko pojawiały się na antenie.

Z pierwszego pokolenia brytyjskich rokendrolowców – nawet jeśli weźmiemy poprawkę na, generalnie, tendencję spadkową w latach 70. – nie dano polskim fanom zapomnieć o Stonesach. Beatles, choć prawdziwy renesans zaczęli przeżywać dopiero od następnej dekady, zawsze mogli liczyć na łaskawość i przychylność. Ale, przejdę do konkretów, The Kinks czy The Who już niekoniecznie.

*

W 1986 roku wraz z rodzicami, na pokładzie FSO 1500 (już nie Fiata 125p, bo zirytowani jakością produktu Włosi odebrali nam licencję) udawałem się na dwa tygodnie do Grecji. Tuż po przekroczeniu granicy w Cieszynie, w jego czeskiej części namierzyłem sklep z płytami, a na wystawie The Best of The Who, wydany przez Supraphon na licencji Polydoru. Wtedy takie wydawnictwa były rzadkością i

rozpalały wyobraźnię…

Wracaliśmy tą samą drogą (ja z pieczołowicie chronioną L.A. Woman Doorsów), zatrzymaliśmy się tuż przed przekroczeniem ostatniej granicy. Uprosiłem tatę, by odpalił mi odpowiednią ilość koron. Wszedłem do sklepu. I zupełnie nie pamiętałem w tym momencie, że płyta to po czesku deska.- The Who…- Dehu? – zażywna, trzymająca skrupulatnie knedlikową dietę pani za ladą bez cienia uśmiechu wyraziła swe niezrozumienie tematu. – Jaku dehu?! – No, The Who… – Dehu? – spytała raz jeszcze, nie kryjąc niechęci. Nie umiejąc się porozumieć, wskazałem odpowiednią okładkę z witryny. – Aaa, Dehuvku…

*

W 2010 roku rzuciłem się na zremasterowane wersje płyt The Beatles, w tym samym czasie w domowym zbiorze pojawiły się upragnione Get Yer Ya Ya’s Out i Let It Bleed Rolling Stones (dziś można już upolować większość płyt The Glimmer Twins z lat 60.). I chyba wtedy też zakupiłem My Generation – The Very Best of – w końcu coś The Who na CD.

Ale dopiero w ostatnich kilku miesiącach nabyłem wreszcie – bo wreszcie dostępnych w Polsce – osiem katalogowych płyt zespołu. Co nie bez znaczenia – w cenie 19,99 zł za sztukę. I właśnie teraz mam taki okres, że domięśniowo i dożylnie aplikuję sobie, bez jakiegokolwiek znieczulenia, nagrania kwartetu. Wspaniałe są takie korepetycje – jeśli nie dane mi było poznać tych płyt wcześniej (poza Who’s Next), tym świeższym uchem docierają one do mnie teraz.

Jest bosko. Genialność Who’s Next doceniłem już dawniej. Live At Leeds powala swoją mocą, żywiołowością wykonań na żywo. Sell Out to klasyka – ten wyjątkowy 1967 rok! Odds & Sods to potężna, blisko osiemdziesięciominutowa w wersji kompaktowej dawka rarytasów. By Numbers zadziwiająco pięknie nawiązuje do brzmień z poprzedniej dekady, a i na Who Are You, wydanej tuż przed śmiercią bębniarza, Keitha Moona, jest wiele dobrych momentów.

*

The Who zaczynali jako naśladowcy Beatlesów i Stonesów, by błyskawicznie stać się w

trzecią siłą brytyjskiego rocka.

I wciąż czerpiąc z pionierskich lat rokendrola, przeistoczyli się w rasowy i nowoczesny band gitarowy w końcu lat 60. Rozwalali instrumenty na zakończenie swych występów, ale – co bez porównania istotniejsze, tak jak Rolling Stones – mieli uszy i oczy otwarte na wszystko to, co działo się u schyłku dekady. Psychodelia czy hard rock spod znaku Cream i Led Zeppelin – to wszystko umiejętnie przeszczepili na swój grunt. Nie atakując nadmiarem przystawek (co słychać w Live At Leeds), potrafili powalić mocą brzmienia. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że kwartet nigdy nie zaistniał w szerszej świadomości rockfanów nad Wisłą. The Who przecież byli tam, gdzie działy się wielkie rzeczy – w 1967 roku na Monterey Pop Festival, dwa lata później wystąpili w Woodstock. Wystawili dwie znaczące rockopery: Tommy’ego w 1969 roku i Quadrophenię w 1973.

Po przedwczesnej śmierci Keitha Moona w 1978 roku Pete Townshend, Roger Daltrey i John Entwistle nie bardzo wiedzieli, co dalej ze sobą począć. Pierwszy z nich zastanawiał się, czy nie należałoby zatrudnić dwóch perkusistów, częściej jednak dominowała myśl o rozwiązaniu zespołu – jak w przypadku Led Zeppelin po śmierci Bonhama. Stało się to w 1982 roku, po nagraniu jeszcze dwóch albumów z Kenneyem Jonesem na perkusji. Jednak kolejne trzy lata później zameldowali się na Live Aid i ostatecznie dali spokój z deklaracjami o zawieszeniu instrumentów na kołkach – czyli występowali nadal. Nawet śmierć basisty Johna Entwistle’a w 2002 roku nie odwiodła ich od tego. Ich – już tylko dwóch oryginalnych członków bandu. 

W 2013 roku kolejny raz wystawili w Londynie Quadrophenię, a jej zapis można na różnych nośnikach nabyć także w polskich sklepach. W ubiegłym roku w sieci pojawił się nowy kawałek kapeli – Be Lucky. Wyraźnie dowodzi to, że Townshend i Daltrey, wbrew młodzieńczej deklaracji wokalisty w słynnym numerze My Generation z 1965 roku, że chciałby umrzeć, nim się zestarzeje, mają zamiar grać póki sił im starczy.

Ufam, że przyjdzie niebawem pora, by zatrzymać się na dłużej przy jednym czy drugim albumie The Who.

[W NaTemat:25 stycznia 2015]