Nie jest łatwo tak nagle uwolnić się od rozbiegania i zwariowanego tempa życia, jakie jest dziś udziałem zdecydowanej większości z nas. Uwolnić się, przenieść w swojej głowie gdzieś z jednego miejsca w drugie – i poddać zupełnie innym emocjom. Przystanąć, by dać się ogarnąć bezmiarowi czasu i przestrzeni.
[more]
Trochę jak wejść w klimat „Wielkiej ciszy”, filmu o klasztorze, którego lokatorzy przez trzysta sześćdziesiąt cztery dni w roku nie wypowiadają ani jednego słowa. Absolutnie nie chcę tego wartościować i kogoś potępiać: tak jak tamten film nie był dla wszystkich (a tym bardziej jego bohaterowie nie mogą stanowić powszechnego wzoru), tak i wczorajszy koncert nie każdemu się podobał. Co bardziej niecierpliwi opuścili imponujące wnętrze kościoła św. apostołów Piotra i Pawła po kilkunastu minutach.
Garbarek i The Hilliard Ensemble nagrali wspólnie trzy albumy, pierwszy w 1994, a ostatni – póki co – w 2010 roku. On jest uznanym w świecie saksofonistą norweskim, a oni brytyjskim kwartetem wokalnym specjalizującym się w wykonywaniu muzyki dawnej, m.in. tej z okolic chorałów gregoriańskich, kwartetem cieszącym się wielkim uznaniem fachowców.
Do zderzenia tych dwóch muzycznych światów
doszło z inicjatywy szefa wytwórni ECM, Manfreda Eichera.
Nie będę udawał, że jestem stałym konsumentem szeroko pojętej muzyki klasycznej, że moje ucho nawykłe jest do takich dźwięków. Tym trudniej odbiera się muzykę – czy, szerzej, sztukę – im trudniej odróżnić jeden utwór od drugiego, gdy nieuchronnie zlewają się one w całość. Ale mimo to podobało mi się – i to bardzo.
Było to wręcz medytacyjne, mantryczne przeżycie: oszczędność zastosowanych środków – cztery wspaniałe męskie głosy i saksofon, zwykle delikatny, gdzieś z oddali, ale czasem przeszywający przestrzeń. Taki
głos wieczności,
bo kościół nieuchronnie budzi w człowieku tego rodzaju myśli; monumentalna, akustyczna muzyka odbijająca się od sklepienia, a jednocześnie kojarząca się z wielką, otwartą przestrzenią gór. Stare, powstałe przed wiekami nuty uzupełnione tym, co do muzyki wniósł wiek dwudziesty. Garbarek grał jak na mistrza przystało, dobywając dźwięków ze swego instrumentu bardzo oszczędnie. Kunsztownie i czysto, stając się jakby piątym głosem w zespole.
Jeśli, najprawdopodobniej, wyszedłbym znużony i zmęczony z koncertu muzyki elektronicznej – myślę o Isao Tomicie albo niemieckich tuzach tego gatunku – to mam nieodparte wrażenie, że obcowałem wczoraj z czymś nieporównanie szlachetniejszym, prawdziwym i naturalnym. To było
kilkadziesiąt minut refleksji
– jak marne i kruche jest życie człowieka, jak potężna jest natura, jak niezmierzona jest wieczność. I jak człowiek, w swej małości, potrafi w akcie tworzenia dotknąć tego wszystkiego. I wzruszyć innych. A że nie wszystkich? – trudno. Może na szczęście. Bo dobrze, że ludzie różnią się od siebie nawzajem, inaczej świat byłby trudny do zniesienia.
