Kilka niebezpiecznych w pewnym wieku zwierzeń

Wydłubcie mi oczy, obetnijcie ręce i nogi. Ale zostawcie uszy, bo bez muzyki nie wyobrażam sobie życia.

[more]

Mogę sobie wyobrazić resztę życia z dala od ludzi, bez kobiety (choć nie byłoby to łatwe), gdzieś na bezludnej wyspie, ciepłej, bym nie marzł i mógł hodować jakieś rośliny, którymi potem bym się żywił. Ale pozwólcie mi tam zabrać dużo książek i mnóstwo płyt, abym mógł słuchać tego, co kocham najbardziej. I jakąś prądnicę, by móc wytworzyć prąd, dzięki któremu miałbym sposobność uruchomić urządzenie odtwarzające.

 *

Różne rzeczy można mieć w głowie – słowa, obrazy. Ja mam dźwięki. Na początku była cisza, a z niej zrodziła się muzyka. Pewnie to moje subiektywne odczucie, lecz sądzę, że ona jest najbliżej pełni. To ona, jako pierwsza wśród sztuk, jest w stanie pochłonąć wszystkie myśli i zmysły człowieka, pochłonąć go bez reszty.

 *

W życiu miałem i mam tylko jedną używkę. Nie napaliłem się wiele papierosów, niewiele piję alkoholu (choć przed laty, w studenckich czasach, trzy razy urwał mi się film), nigdy nie próbowałem narkotyków. Natomiast w muzykę mógłbym zapaść się zupełnie, mógłbym w niej utonąć.

*

Dźwięki, które naśladują naturę (Boga), są muzyką. Dźwięki, w których nie ma już harmonii, melodii, w których jest już tylko sztucznie spreparowany rytm albo jazgot instrumentów i bełkot dobywający się z gardła domniemanego wokalisty – nie są już muzyką. Piszę to, mając świadomość, że ta granica u każdego przebiega w innym miejscu, że zmienia się z biegiem lat. Dla minionych pokoleń tą cezurą było z pewnością pojawienie się rock’n’rolla – instrumenty podłączone do prądu, wzmacniacze dźwięku, coraz potężniejsze zestawy kolumn.


 

 

 

Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Zapraszamy do Trójki, 2012. Dwugłos w rzeczonej sprawie. Głos drugi: Ola

Nie wyobrażam sobie życia bez radia – ściślej, bez jego Programu Trzeciego.
Towarzyszy mi prawie przez cały dzień, czasem bardziej świadomie nadstawiam ucha, czasem tylko jako tło, ale i wtedy jest mi potrzebne. Trójki słucham od zawsze.

[more]

Sześćdziesiąt minut na godzinę (z Kolegą Kierownikiem, Młodą Lekarką i rycerzami trzema), Zapraszamy do Trójki (moje ulubione prowadzone przez Zembatego z Santorskim), Lista Przebojów (od pierwszych notowań), Codziennie powieść w wydaniu dźwiękowym, W tonacji Trójki, odważny politycznie Peryskop – to moja prywatna historia.

Przez ostatnie miesiące, aż do kwietniowego jubileuszu 50-lecia Trójki, słuchałam wspomnieniowych krótkich audycji, nieraz zaśmiewając się do łez (pierwsza audycja na żywo Kuby Strzyczkowskiego z błędnym podawaniem czasu czy opowieść Piotra Barona o meczu z Ukrainą, przegranym przez dziennikarzy dwucyfrowo), a czasem wzruszając (odejście Marka Niedźwieckiego do Radia Złote Przeboje porównywane z obowiązkową służbą wojskową).

Dlatego bardzo się ucieszyłam, gdy wspomnienia ukazały się drukiem, w okrojonej co prawda formie, ale zawsze. Można oczywiście być rozczarowanym – pewnych nazwisk związanych z tym radiem nie ma (czy to tylko ci, którzy odesłali autorów książki do diabła?), nie zawsze anegdoty są tak błyskotliwe jak opowiadane w eterze, a i notatki telefonisty niekoniecznie zasługują na opublikowanie.

Ale za to ocalono od zapomnienia opowieści o początkach programu, o tym, jak znani z anteny zaczynali swoją przygodę w Trójce (bo zawsze podkreślają, że to nie jest zwykła praca), jak powstawały audycje i kończyły swój żywot, jak zdobywano słuchacza (czasem wbrew niemu…), jest mnóstwo zdjęć (książkę wydano bardzo starannie, również od strony językowej).

Lektura na lato, utrzymana w dobrym tempie, nieuzurpująca sobie ambicji do bycia kompendium historycznym, adresowana do słuchaczy Trójki, ludzi, którzy chcą, by radio do nich mówiło dowcipnie i mądrze, by pozostało – w naszej pleniącej się cywilizacji obrazkowej – teatrem wyobraźni.

Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Zapraszamy do Trójki, 2012. Dwugłos w rzeczonej sprawie. Głos pierwszy: Mariusz

Każdy ma swoją Trójkę. Myśl, byśmy oboje z żoną podzielili się swoimi refleksjami po lekturze książki, zrodziła się spontanicznie. Dlatego też zaniechaliśmy domowej wymiany spostrzeżeń, by w żaden sposób nie wpływać wzajemnie na swoje teksty. Żona spojrzała na temat szerzej, ja skupiłem się na muzyce.

[more]

Nie wiem, czy o to chodziło autorom książki, ale po jej przeczytaniu zacząłem się zastanawiać nad tym, jakim jestem słuchaczem. Nie będziesz miał rozgłośni cudzych przede mną – to oczywiste. Jako rówieśnik Trójki muszę uczciwie powiedzieć, że przydarzyły mi się tylko dwa skoki w bok: w latach 70. jedynkowe Lato z radiem (czas Abby) i w latach 90., okresie pierwszej zapaści Programu Trzeciego PR, Metzowy RMF.

 *

Nie powiem nic szczególnie odkrywczego, stwierdzając, że najsilniejsze doznania to czas młodości. Powolnego, jak się wtedy zdaje, wkraczania w dorosłość. Muzycznie ukształtowała mnie – za pośrednictwem starszych braci – Trójka i tylko Trójka. Świadomym konsumentem płyt stałem się w 1976 roku, dwa lata później zaczęła się moja systematyczna podróż przez muzyczne krainy.

Gdybym miał wymienić jedno nazwisko – byłby to oczywiście Piotr Kaczkowski. Pamiętam jego jeszcze dwudziestominutowe Minimaksy. Gdzieś na starej szpuli, na samym jej końcu, tzw. zapowiedź wsteczna: W Minimaksie zadebiutowała grupa Babe Ruth, B-a-b-e R-u-t-h, z wokalistką Janitą Haan, H-a-a-n. I szybko jeszcze podane utwory z pierwszej strony płyty. Pamiętam środowe Muzyczne poczty UKF, zaczynające się po wiadomościach, o 17.05. Załapałem się akurat na dyskografię Genesis. Pamiętam południowe W tonacji Trójki.

Ale skłamałbym, gdybym wspomniał tylko Pana Piotra. Poza nim – Dariusz Michalski,  który we wtorki prezentował muzykę z demoludów (kupę świetnego grania z Węgier: Omega, Locomotiv GT, Scorpio, Piramis, Fonograf, Czechosłowacji: Collegium Musicum, Jugosławii: Bijelo Dugme, Atomsko Sklonište), a ponadto W tonacji miał pod koniec lat 70. wspaniały cykl o pierwszych rokendrolowcach. To z tych programów dowiedziałem się o istnieniu Haleya, Perkinsa i wielu innych, ale przede wszystkim o Chucku Berrym i Jerrym Lee Lewisie.

Bielszy odcień bluesa Wojciecha Manna i Jana Chojnackiego, Odkurzone przeboje Janusza Kosińskiego (dziś niewyobrażalne, by przeboje sprzed sześciu – dziesięciu lat trzeba było już odkurzać). Pamiętam Studio nagrań Wojciecha Kordowicza, choć nigdy nie zasmakowałem w elektronice. Pamiętam audycje Marka Wiernika, które wpuszczały tyle świeżego powietrza, że czasami, najzwyczajniej, nie nadążałem. Słuchałem też country’owych programów Korneliusza Pacudy, choć country było i jest mi obojętne. Słuchałem programów Romana Waschki. Słuchałem też, oczywiście, Witolda Pogranicznego i Marka Gaszyńskiego, ale ich propozycje jawiły mi się jako co najwyżej szkoła średnia przy uniwersytecie Kaczkowskiego.

Pamiętam Muzykę Młodej Generacji Piotra Nagłowskiego, pamiętam Jerzego Janiszewskiego (obok P. Kaczkowskiego – najbliższego mi jeśli chodzi o gust muzyczny). Wspominam też Wojciecha Zamorskiego.

Potem był stan wojenny i wszystko się zmieniło. Jeszcze muszę wspomnieć Tomasza Beksińskiego (mniejsza o natchnione wypowiedzi, ale on sprawił, że pokochałem U2), jednak kojarzy mi się bardziej ze stereofoniczną Dwójką niż potem z trójkowym adresem. A także Pawła Kostrzewę za mnóstwo znakomitej muzyki pod koniec lat 90.

Dziś, na ile czas pozwala, nadstawiam ucha przy programach Wojciecha Manna i Piotrów: Metza, Barona i Stelmacha. Podsłuchuję Grzegorza Hoffmanna, Artura Orzecha  i Magiel Wagli.

 *

Jestem wierny Trójce, ale jednocześnie, co uświadomiła mi książka, radio dozuję sobie od lat bardzo oszczędnie, zwłaszcza wieczorami. Do czytania znacznie lepsze jako podkład są płyty niż mówione audycje. A jeśli chodzi o wcześniejsze godziny – pracę mam taką, iż nie pozwala mi ona słuchać radia, chyba że znajduję się akurat w samochodzie.

 *

Książka nie rzuciła mnie na kolana. Ale co musiałaby zawierać, by tak się stało? Szczerze mówiąc, nie wiem. Każdy nieco starszy wiekiem słuchacz ma chyba swoją Trójkę, swoje ulubione audycje i ulubionych prezenterów.

Dobrym pomysłem wydaje mi się opisanie historii rozgłośni wykorzystujące, poza samymi początkami, wspomnienia ludzi z radiem związanych. Słabe natomiast są marginalia, zapiski z dyżurów telefonicznych, w większości mało śmieszne i zupełnie pozbawione cech anegdoty. Czy te wspaniałe, rozbawiające czasem do łez historie emitowane przy okazji jubileuszu zachowano dla potrzeb jakiejś innej  publikacji? 

Ale dobrze, że książka powstała. Trójce się to należy. Wielu możnych tego świata, dawniej i całkiem niedawno, próbowało uczynić z tej stacji jeszcze jeden serek homogenizowany. Szerzący wątpliwe racje polityczne i zupełnie niestrawny muzycznie. Dziś znów jest normalnie – i niech tak już będzie. Zostawcie Trójkę w spokoju, bo ona sama świetnie da sobie radę.


Joe Bonamassa Akustycznie,  Dom Muzyki i Tańca, Zabrze, 5 lipca

Z rock’n’rollem jest jak z pokerem. Ściśle określona liczba kart, do matematycznego wyliczenia ilość możliwych kombinacji. A jednak ciągle jest tak, że jedni z biedą, od wielkiego święta, trafiają dwie pary, a wybrani, jak Joe Bonamassa, nie schodzą poniżej streeta.

[more]

Bo niby, gdy nadstawić ucha, wszystko już było, w 2012 roku w takim graniu trudno o coś nowego: mamy riffy z Led Zeppelin, Cream, Free, Hendriksa, a nawet Police, a przecież tym, co stanowi o wartości nagrań (i wykonań!) tego gitarzysty, jest ich porywająca świeżość i lekkość.

Bonamassa podąża muzyczną ścieżką wytyczoną na przełomie lat 60. i 70. przez, przede wszystkim, Page’a i Claptona. Przyznaję, że szczególnie przeze mnie ukochaną. To rock’n’roll mocno osadzony w bluesie, do tego wirtuozowskie operowanie instrumentem, swing – biegłość obu rąk służąca muzyce, a nie – jak w przypadku Satrianiego czy Vai – popisom rodem raczej ze sceny cyrkowej.

Pierwszy set unplugged, tyle że z premierowym materiałem, był dziełem Led Zeppelin na ich trzeciej  płycie z 1970 roku. Bonamassa poszedł tropem mistrzów. Ruszył z akustycznymi wersjami swoich utworów w trasę, na której znalazło się miejsce na jedyny w Polsce, zabrzański koncert. Zabrał ze sobą Irlandczyka Gerry’ego O’Connora grającego na banjo, skrzypcach i mandolinie, Szweda Matsa Westera na harfie klawiszowej, Portorykańczyka Lenny’ego Castro na przeróżnych przeszkadzajkach i Amerykanina Arlana Schierbauma na saloonowym pianinie, akordeonie czy fisharmonii. Ruszył z wersjami utworów, co warto podkreślić, starannie przygotowanymi – w tym graniu nie było miejsca na niedopracowane dźwięki.

Precyzyjny w każdym elemencie lider (począwszy od ram czasowych koncertu: początek punktualnie o 20.00, koniec 21.30 i kwadrans na dwa bisy) nic nie pozostawił przypadkowi, absolutnie nie tracąc przy tym lekkości i finezji. Grał porywająco, korzystając z bardzo bogatego zestawu gitar ustawionych półkoliście za nim, skupiony, z rzadka zagadując do słuchaczy. Oprawa wizualna koncertu bez szaleństw, ale nie o to przecież chodzi. Publiczność zgromadzona w hali dobrze wiedziała, po co tam przyszła: dla muzyki – starych, nieśmiertelnych – mam nadzieję – dźwięków, które za sprawą jednego z najwybitniejszych dziś gitarzystów bluesowych i rockowych, urodzonego w 1977 roku Amerykanina rozbrzmiały w całej swej okazałości. Z przyjemnością skonstatowałem, że wśród tych, którzy posiadali bilet na wczorajszy koncert, było niewiele mniej pań niż panów. I wiem skądinąd, że też bardzo im się podobało.

Zastanawiające natomiast jest to, że – z jednej strony – na parkingu widać było samochody z rejestracjami z odległych województw, a jednocześnie widownia w około dwudziestu procentach świeciła pustkami. Popularność Bonamassy w Polsce chyba ciągle mierzona jest miarą radiowej „Trójki”, trudno bowiem wyobrazić sobie, by jego kawałki prezentowały stacje komercyjne. Ale ta popularność ciągle rośnie, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że artysta regularnie odwiedza Polskę. Kiedy przyjedzie więc z elektrycznym składem, zrobię wszystko, by podpisać listę obecności.


Jack White, Blunderbuss (2012)

White, podobnie jak Joe Bonamassa, niesie mi pocieszenie. Daje poczucie, że jeszcze ciągle należę do wielkiej rockowej rodziny, a nie jestem już tylko stetryczałym, marudnym zgredem, który niewiele rozumie z tego, co wokół dzieje się w muzyce.

[more]

White wytrwale penetruje brzmienia lat 60. i 70. Jest nimi zafascynowany, przesiąknięty do szpiku kości, on cały jest z tamtych czasów. Przypuszczam, że pojawienie się na koncercie Shine A Light Stonesów (w kawałku Loving Cup) oraz udział, wspólnie z Jimmym Page’em (oraz Egde’em) w dokumencie Get Loud to swoiste ukoronowanie dotychczasowej jego kariery – wspaniała okazja, by zagrać ze swoimi największymi mistrzami. We wspomnianym filmie, gdy Page wydobył z gitary pierwsze riffy Whole Lotta Love, oczy zapłonęły mu pełnym blaskiem i miłością.

JW III to artysta niespokojny i bardzo płodny. White Stripes, The Raconteurs, The Dead Weather – bardzo to pokaźny dorobek jak na młodego ciągle artystę. Blunderbuss jest krążkiem, o którym sporo się niedawno w Polsce mówiło, odnotowując pierwsze solowe dzieło w dorobku muzyka.

Niewiele ponad czterdzieści minut – czyli stara, dobra, zwarta szkoła. Trzynaście utworów – a więc lata 60., kawałki po około trzy minuty. Patenty przede wszystkim zeppelinowskie i stonesowskie, czyli, po prostu, rokendrolowe.

A jednak – czegoś tu brak. Czego, by nazwać tę płytę wielką? Istota chyba nie tkwi w tym, że White’owi trochę brakuje wokalnie do Planta, jako gitarzyście do Page’a, a jako pianiście – do Prestona czy Leavella. Myślę, że chodzi o cierpliwość. Wytrwałą, spokojną pracę w studiu nad wyszlifowaniem kolejnych piosenek. Zwolnienia tempa, z jaką kręci się ta karuzela, z czterdziestu pięciu do trzydziestu trzech obrotów na minutę.

Bo ten krążek – to szkicownik. Znakomity, ale szkicownik. Zbiór przepięknych czasem pomysłów (tytułowy Blunderbuss czy On and On and On), ale pozbawionych jubilerskiego wycyzelowania. Nie brzmieniowego, bo ten stary brud jest fantastyczny, ale aranżacyjnego. Pochylenia się nad każdą nutą, by wydobyć z tych utworów pełnię ich urody. Szkoda.

Wolałbym, aby artysta o takim potencjale pracował nieco wolniej. Wydawał płyty nieco rzadziej, z nieco może mniejszą ilością utworów, ale staranniej dopracowanych w studiu. Może przed laty, kiedy Plant i Page znajdowali się u szczytu możliwości twórczych, byłoby podobnie, gdyby nie praca w duecie. Co dwie głowy to nie jedna. White’a może nie ma kto złapać za rękę, może nie ma kto zabrać mu tych kawałków, by dalej nad nimi jeszcze trochę popracować – on sam podpisany jest przecież jako producent całości.

Do arcydzieła tak blisko i daleko zarazem. Artysta sprawiłby mi wielki zawód, gdyby  tego arcydzielnego poziomu nigdy nie osiągnął. Bo ma właściwie wszystko, co do tego jest potrzebne.


Magia i czary

Wójt pana wini, pan księdza, a nam biednym zewsząd nędza – pisał przed wiekami Mikołaj Rej.
Piłkarz prezesa wini, prezes trenera, a nas, kibiców, bierze cholera. Błaszczykowski Latę wini, Lato Smudę, a my, smutni, idziemy na wódę.

[more]

*

W telewizji oglądałem obrazki z czwartkowo-piątkowej nocy z Wieliczki, gdzie mieszkańcy miasta gorąco witali włoskich piłkarzy wracających z półfinałowego meczu z Niemcami. Przypominam sobie, że polscy piłkarze mieszkający w 1974 roku w trakcie MŚ w Murrhardt pod Stuttgartem też byli oklaskiwani przez tambylców. Widać tak to jest, że ludzie potrafią obdarzyć sympatią tych, którzy ich miejsce zamieszkania wybrali jako swą kwaterę podczas dużej imprezy. I, co ważne, zaszli w  imprezie daleko.

Jest w tej piłce nogą kopanej coś wyjątkowego. Nic to, że siatkarze ogrywają Brazylijczyków, że handballiści uzyskują przepustkę do mistrzostw świata, wiadomości i tak zaczynają się od rozliczeń, i to bardziej finansowych oraz personalnych niż sportowych, futbolistów. A kibice tak bardzo łakną, by choć trochę móc ogrzać się w cieple sukcesów gladiatorów, że w akcie determinacji są skłonni przyjąć jako swoje – sukcesy naszych, bądź co bądź, rywali.

 *

Gdzie będziemy za półtora roku? W fazie kolejnych rozliczeń po przegranych eliminacjach do mundialu, co najbardziej prawdopodobne? A może zdarzy się coś latem 2014 (Tak, tak! – krzyczę jak małe dziecko. – Niech się zdarzy! Ja chcę! Ja chcę!)? Coś, co wreszcie sprawi, że nie będziemy, wściekli i zawistni, patrzeć, jak – znów – kłócą się o pieniądze, lecz dane nam będzie powiedzieć: Niech mają, zagrali jak nigdy, należy im się!

Baj, baj, baju, baj…

*

Póki co, dziś wieczorem poznamy nowego mistrza Europy. Wychodzi na to, że w finale zagrają dwie najlepsze drużyny tego turnieju. Włosi zagrali fantastyczny mecz z Niemcami, przypominając, że są reprezentacją z wielkimi tradycjami i wynikami, że są drużyną o naprawdę wielkim potencjale. I, mimo kolejnych skandali, kryzys mającą najwyraźniej za sobą.

Natomiast Hiszpanie grają po profesorsku. Bez szaleństw, bez olśniewających zagrań i strzałów, ale – za mocni na dotychczasowych rywali. Nie wiem, czy finał będzie wielkim widowiskiem, obawiam się, że nie. Obrońcy tytułu zagrają raczej jak Anglicy (tylko że lepiej) niż Niemcy. Nie otworzą się tak bardzo, by dać Włochom okazje do groźnych i szybkich kontr.

I, stawiam, zagrają swój wreszcie bez dyskusji bardzo dobry mecz. I wygrają trzeci wielki turniej mistrzowski z rzędu.

 *

Przede wszystkim jednak – niech zwycięży futbol. Taki, na który patrzy się z wielką przyjemnością. Obyśmy ujrzeli, mimo tego, co napisałem wyżej, wielki mecz. Wspaniałe akcje, kapitalne interwencje bramkarzy. I gole, które zapamiętamy na długo. Bo przecież w życiu chodzi o to, by doświadczyć od czasu do czasu magii i czarów. A dziś wieczorem jest ku temu wielka okazja.


Pat Metheny, Bielsko-Biała, 27 czerwca

Metheny to gitarzysta rozpoznawalny już po kilku dźwiękach. Wypracował własny, nie do pomylenia z nikim, styl gry. To niemało. W minioną środę, zamiast obejrzeć w telewizji mecz o mistrzostwo Półwyspu Iberyjskiego, znalazłem się, po raz pierwszy, na koncercie tego gitarzysty. Wypadało wreszcie odrobić zaległości.

[more]

Najpierw na scenie stanął jednak redaktor Marcin Kydryński. Jak to często ma w zwyczaju, głosem pełnym egzaltacji nazwał bohatera wieczoru Mozartem dzisiejszej muzyki, a zaraz potem Leonardem da Vincim, w uznaniu zasług za skonstruowanie orkiestronu. Oj, pomyślałem sobie, nie jest dobrze, bo jeszcze się nie zaczęło, a ja już nie nadążam.

Z Methenym zetknąłem się w latach 80. Wieczory płytowe Tomasza Szachowskiego w programie drugim radia, zachwyty prowadzącego nad ówczesnymi dokonaniami Mr. Pata. A ja, choć moje muzyczne zainteresowania zaczęły wtedy wykraczać nieco poza rock, jakoś nie potrafiłem się w tej muzyce odnaleźć. I tak zostało.

W domu mam tylko trzy płyty tego wykonawcy – i nigdy nie sięgałem po nie ze szczególną atencją. Teraz, przed koncertem, postanowiłem się przemóc, no bo trzeba wreszcie spróbować oswoić się z tymi dźwiękami. A tu, cholera, dalej nic. Trudno, bilety są, może iluminacja nastąpi w czasie występu.

Na pewno była to muzyka. Ładna. Za ładna. Ogród jazzowy jest ogromny. Jest w nim miejsce dla Armstronga, Ellingtona, Davisa i wielu innych, niekoniecznie tak wielkich jak wymienieni. Ale Metheny stoi zaledwie pod płotem tego ogrodu i to, zdecydowanie, z drugiej strony. To jazzowa (new age’owa?) konfekcja, z pewnością o bardziej skomplikowanej fakturze niż dokonania Chrisa Bottiego, Kenny’ego  G czy Candy Dulfer, ale jednak konfekcja. Zamiast w sklepie z soczystym mięsem i wędlinami, stoimy pod wystawą sklepową pośledniej firmy cukierniczej. Jest kolorowo i mdło. Nie bez powodu wymieniłem wyżej saksofonistów i jednego trębacza, bo właśnie saksofonista, Chris Potter, grał wczoraj szczególnie na okrągło i w sposób do bólu przewidywalny. Saksofon tenorowy, zajechany do imentu przez dziesiątki lat w różnych produkcjach rockowych i popowych, nie powinien tak brzmieć na koncercie o większych, zdaje się, aspiracjach. Jak bardzo chciałem, by zamiast kolejnej nudnej solówki saksu, powietrze przeciął dźwięk trąbki klasy Stańki. Żebyśmy choć na moment unieśli się w powietrze. Ale nic z tego.

Gitara nie jest moim ulubionym instrumentem jazzowym. Metheny tylko mnie w tym nieulubieniu upewnia. Zamiast jego pitolenia (zgoda, z wielką znajomością przedmiotu, ale co z tego?) lepiej wrzucić do szufladki odtwarzacza Kenny’ego Burrella.

Dawno nie uczestniczyłem w koncercie, którego emocje  prawie w ogóle – poza może dwoma, trzema  fragmentami – mnie nie dotknęły. Bo te emocje w bielskiej hali były, o czym świadczyła gorąca reakcja większości widowni, łącznie z owacją na stojąco. Niestety, widać jestem impregnowany na tego typu doznania, nie rozumiem ich, mój robotniczo-chłopski w korzeniach umysł nie jest w stanie tego ogarnąć. Przykro mi, ale jak ta muzyka ma zachwycać, skoro nie zachwyca?

Polska jest sporym rynkiem muzycznym, zwłaszcza jeśli spojrzymy tylko na Europę. I nawet gdy wziąć poprawkę na fakt, że płyty sprzedają się tu coraz słabiej. Nie można  mieć za złe artyście, że ze szczególnym upodobaniem odwiedza te miejsca na świecie, gdzie przyjmowany jest najcieplej, że tam (czyli tu, w Polsce) gra mu się najlepiej.

Trudno oprzeć mi się wrażeniu, że Sławianie, my lubim sielanki. Że mamy swoje wynalazki, których fenomen mało gdzie na świecie rozumieją. To też jeszcze nic złego. Gorzej, jeśli świat ma rację, a my jesteśmy w błędzie i – rozkochani – zupełnie tego nie dostrzegamy. Przykłady? W literaturze William Wharton, grafoman, któremu zdarzyło się napisać dwie-trzy niezłe książki. Marillion – obrzydliwy, moim zdaniem, plagiat starego Genesis, nudny i wtórny, zespół kochany nad Wisłą jak nigdzie indziej.

Metheny jest dla mnie kolejnym takim wynalazkiem. Zdaję sobie sprawę z tego, że osiemnastokrotnie nagrodzonym Grammy. Nigdy nie lubiłem niemieckiej elektroniki, nudzili mnie Oldfield i Vollenweider, a tych klimatów wyczuwałem wczoraj znacznie więcej niż jazzu. Mniejsza o definicje, po jakie licho ja ciągle o tym jazzie? Ale prędko do Metheny’ego nie wrócę. Na świecie tyle jest pięknej muzyki, po co więc katować się czymś, co nie sprawia absolutnie żadnej przyjemności?


O stadionach, meczach i koncertach

Przez parę lat w pocie czoła budowano w Polsce stadiony na Euro 2012. Za miesiąc (piszę te słowa 9 czerwca) będzie już po wszystkim – mistrzostwa starego kontynentu w piłce kopanej przejdą do historii, a stadiony opustoszeją. Ile trzeba będzie czekać, by zagrały na nich równie wielkie piłkarskie gwiazdy?

[more]

Mam nadzieję, że te piękne obiekty nie będą stały całymi latami puste i niszczały. Że staną się arenami wspaniałych koncertów rockowych. Chyba że się mylę, a występy zagranicznych gwiazd nadal organizowane będą w miejscach, gdzie wygodnie się siedzi, z każdego miejsca dobrze widać i słychać – czyli na warszawskim Bemowie, poznańskiej Malcie czy w Stoczni Gdańskiej.

Jako zawistny Ślązak powinienem sobie życzyć, by nowe stadiony zarosły trawą, a jedyną sensowną areną koncertów był nadal Stadion Śląski (póki co – ciągle w remoncie, którego końca nie widać). Ale zawistny i głupi, mam nadzieję, nie jestem. I zastanawia mnie jeszcze jedno: czy w sporym europejskim kraju nie ma miejsca na więcej niż jeden koncert w trasie wielkiego wykonawcy (Rolling Stones, U2, Pearl Jam)? Czy naprawdę nie wypełniłyby się stadiony np. w Warszawie i Gdańsku, czy fani muszą czasem przebyć kilkaset kilometrów – drogami krajowymi, dodajmy, a nie autostradami – zarwać dwie noce, brać urlopy w pracy – by zobaczyć ukochanego artystę?

Argument, że obcowanie ze sztuką wymaga poświęceń, wydaje mi się niedorzeczny.

Jest taka anegdota związana z Józefem Brandtem, malarzem polskim żyjącym na przełomie XIX i XX wieku. Otóż wymyślił on sobie kiedyś, że namaluje Chrystusa. Ale, malując Boga, nie może przecież pracować w ten sam sposób, jak w przypadku innych obrazów. To coś wyjątkowego – pomyślał – więc będę malował na kolanach.

No i maluje. Mija tydzień, dwa. Praca słabo posuwa się naprzód. Kolana bolą, jest – ogólnie – niewygodnie. I oto którejś nocy przyśnił się malarzowi Chrystus, który powiedział: Ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze!.

Może więc ze sztuką lepiej obcować, gdy jest się jeśli już nie wypoczętym, to przynajmniej nie bardzo zmęczonym? Na przykład po całodniowej jeździe samochodem, bez snu, prysznica. Z kiełbasą na papierowej tacce, piwem w plastikowym kubku i tojtojem pod stadionowym ogrodzeniem. Z perspektywą upojnej nocy w drodze powrotnej.

Sam – i wiem, że nie ja jeden – rezygnuję z takich eskapad na drugi koniec Polski. To duży wysiłek organizacyjny i finansowy. Jestem przekonany, że myślący i postępujący podobnie jak ja szczelnie wypełniliby drugi, a – kto wie? – może i trzeci stadion między Odrą a Bugiem na koncercie swego ulubionego wykonawcy.

*

A póki co jest tak, że na Malcie zagra Faith No More (tak, wiem, że to Malta Festival), a na Bemowie Red Hot Chili Peppers. Czy należy stąd wyprowadzić wniosek, że stadiony są za drogie dla organizatorów koncertów?  Ale za to odpowiednio tanie, by stać kompletnie bezużyteczne?


Na pięć spotkań przed zaśnięciem

Euro wkracza w decydującą fazę. Po dwóch pierwszych ćwierćfinałach, zwycięstwach faworytów, już wiadomo, że w czwórce najlepszych nie będzie żadnych przypadkowych gości. W ogóle, jeśli popatrzeć na europejską piłkę w przekroju ostatnich lat, to wśród ćwierćfinalistów brakuje mi jedynie Holendrów. Ale, jak wiadomo, układ był taki, że albo oni, albo Portugalczycy – i tym razem pomarańczowi dali ciała nie mniejszego niż panowie z orzełkiem na piersi.

[more]

Hiszpania-Francja to mecz, który mógłby być finałem tej imprezy. Ale powoli, ani jedni, ani drudzy dotąd nie zachwycili. Francuzi – wydaje się – wydostają się z kompromitującej zapaści, ale w którym miejscu tej drogi są dziś, trudno powiedzieć. Hiszpanie, o których do niedawna miałem podobne zdanie jak o Anglikach (że nigdy nie sięgną po najwyższe laury), jednak pokornie odrobili lekcje prowadzone od mniej więcej dziesięciu lat przez najlepszych najemników w Realu i Barcy – i stali się klasowym zespołem, z którym każdy dziś może przegrać. I który, co byłoby czymś zupełnie niesamowitym, może wygrać trzecią wielką imprezę z rzędu.

Włochy-Anglia to ciekawa para, choć przyszłego mistrza tu bym nie wypatrywał. Mimo różnych wpadek w bliższej i dalszej przeszłości, obie drużyny zawsze budziły respekt i, zwykle, ogrywały przeciwników. Wyspiarzy nie lubię, bo grają futbol schematyczny, zawsze taki sam, pozbawiony iskry geniuszu, choć za sprawą przygotowania fizycznego – wystarczający na większość rywali. Włosi są natomiast mistrzami świata boiskowej prowokacji (któż nie pamięta czerwonej kartki Zidane’a po „zagraniu” Materazziego?). Jeśli akurat nie da się wjechać w kości tak, by sędzia nie widział, to zawsze jeszcze można rywala pozdrowić w narzeczu, które znane jest obu stronom. Więc jeśli Włosi pierwsi strzelą bramkę, ujrzymy to, co już dobrze znamy: podejmowanie rywali na własnej połowie, grę z groźnej kontry i – do perfekcji opanowane sposoby, by sędzia pokazał kartoniki paru Anglikom, może nawet  trafi się jakiś czerwony.

Kto mistrzem? Portugalia chyba nie, choć ma w składzie Cristiana Ronaldo, który znajduje się u szczytu swych możliwości, a te są wielkie. Można go nie lubić – za płaczliwy wyraz twarzy, za to, że wie, iż jest świetny, ale to dzisiaj piłkarz kompletny. Umiejący pociągnąć drużynę do natarcia, znakomicie strzelający z dystansu i głową w polu karnym, kręcący obrońcami drużyny przeciwnej i, co najistotniejsze, mimo starannej ich asysty, ciągle znajdujący piłce drogę do siatki. Tylko czy cała reszta drużyny jest dostatecznie dobra? Osobiście wydaje mi się, że nie. Że Portugalczykom zawsze będzie czegoś brakować, by wygrać ME lub MŚ.

Zostają więc Niemcy. Długo grali z Grecją jak Polacy. Prowadzili 1-0 i nie wykorzystywali wielu sytuacji strzeleckich. Ale to, co odróżnia ich od naszych kopaczy, to postawa po stracie gola. Rodzimi futboliści stanęli, zaś Niemcy, rozsierdzeni, w kilkanaście minut pokazali Grekom, kto tu rozdaje karty. Tylko czy w meczu z na przykład Hiszpanią można sobie pozwolić na marnowanie tylu znakomitych okazji? I czy można wygrać wszystkie mecze w turnieju, co od lat nikomu się nie udaje?

W sumie Euro okazuje się imprezą ciekawą, pada – w odróżnieniu od ostatniego mundialu – całkiem sporo bramek. Gospodarze co prawda już nie grają, ale my, Polacy, niestety wstydzić się musimy nadal. I to bardzo. Za stan murawy w stolicy i w Gdańsku, który przywodzi na myśl stadiony krajowej drugiej albo trzeciej klasy rozgrywkowej. Realizator transmisji telewizyjnej meczu półfinałowego w Warszawie zdecydowanie powinien oszczędzić nam widoku z kamery zawieszonej nad środkiem boiska.


Tom Waits, Bad As Me (2011)

Wojciech Mann powiedział kiedyś, że nie cierpi tych wszystkich podsumowań, klasyfikacji, tego określania, co w mijającym roku było “naj”. Zgadzam się z nim. Sztuka (mówmy o rzeczach, o których mówić warto) nie poddaje się tego typu opisowi. Można się w to bawić, sporządzać rankingi, patrzeć, co sprzedaje się najlepiej, ale jest to niewiele warte, bo bardzo doraźne, sporządzane na szybko, na kolanie. Potem mijają lata, dekady całe – i z tych na gorąco tworzonych zestawień niewiele zostaje. Ważne okazuje się częstokroć wcale nie to, co zebrało najpochlebniejsze opinie recenzentów. Wiele domniemanych arcydzieł ginie bezpowrotnie w mrokach czasu.

[more]

Nie wiem, jak będzie z Waitsem. Moje ucho podpowiada mi, że chyba nieźle, ale pewności nie mam. Bo takich płyt ukazuje się trochę od pewnego czasu. Inność Waitsa polega na instrumencie, którym się posługuje – czyli głosie.

Bo z jednej strony jest to wszystko znakomicie wyprodukowane, zgrane w odpowiednich proporcjach. Szlachetna – jak się zdaje – ponadczasowa muzyka, nowa, ale odwołująca się do starych brzmień, tych z lat 60. i 70. Plejada znakomitych gości z Richardsem na czele, co dziś akurat jest bardzo modne – kto z tych wielkich ocalał, przeżył, nie zapił się i nie zaćpał, ma dziś koło sześćdziesiątki albo i więcej –  często gra razem z innymi podobnymi sobie. Rockmani, podobnie jak jazzmani, coraz częściej spotykają się przy okazji takich jednopłytowych, jednotrasowych projektów.

Ale z drugiej strony – właśnie ten aparat gębowy Wuja Toma: to coś absolutnie pierwotnego, niewystudiowanego, a przez lata wypracowywanego w różnych zapyziałych, pełnych papierosowego dymu i oparów alkoholu barach czy po prostu spelunach. Coś, co przywodzi na myśl pierwszych, czarnych bluesmanów z Południa. Ta pierwotność, która nie pozwoliłaby Waitsowi przecisnąć się przez pierwsze selekcyjne sito ogniska muzycznego na poziomie przedszkolnym, a jest wartością z okolic muzycznego doktoratu co najmniej.

I to – zderzenie perfekcji wykonawczej, świetnych realizacji studyjnych z barwą jego głosu – jest czymś, co Waitsa wyróżnia wśród wykonawców nagrywających dzisiaj. Z jednym może wyjątkiem, którego nb. bardzo mi – jako gościa – na tym krążku brakuje, ale ten pan nie udziela się na płytach innych artystów – Boba Dylana. Śmiem twierdzić, że jego dokonania z ostatnich kilkunastu lat są bardzo bliskie Waitsowi.

Dziś nowa płyta Toma W. wydaje się znakomita (i zwarta – jak pięknie, że trwa tyle, co stare winyle, trochę ponad czterdzieści minut!). Ale czy ta znakomitość i smakowitość ocaleje przez lata, trudno wyrokować. Starzy, dobrzy rockmani często idą w ostatnich latach w takie muzyczne klimaty, które wymykają się prostym stylistycznym określeniom i czasowym przyporządkowaniom, ale czy ta brzmieniowa ponadczasowość, dziś wydająca się dużą wartością tych płyt, będzie taką za lat dziesięć, trzydzieści – nie wiadomo.

grudzień 2011