Ania, córka Ady

Jako bardzo, bardzo nieletni odbiorca muzyki nie-poważnej (tytuł stałej rubryki prowadzonej przez Romana Waschkę w „Sztandarze Młodych”), odbiorca o zdecydowanie heteroseksualnej orientacji, byłem wielbicielem Ady Rusowicz. Miłość tę skutecznie podsycały zdjęcia wokalistki Niebiesko-Czarnych, na których widać było mocną, czarną oprawę oczu, minisukienki i oszałamiające nogi.

[more]

W latach 70. szczególna ranga NC na polskim rynku była już tylko pięknym wspomnieniem. Grupa, wielokrotnie zmieniająca skład, długo walczyła o przetrwanie (bodaj do 1976 roku), ale nawet w ówczesnym, maleńkim showbiznesie stała na straconej pozycji – Niemen, SBB (przede wszystkim) i Budka Suflera byli w zupełnie innym miejscu, Niebiesko-Czarni zatrzymali się gdzieś w latach 60.

Duet Ada i Korda był już tylko żałosnym odcinaniem kuponów od dawnej popularności (jedyny przebój to Masz u mnie plus), chałturą i graniem do kotleta. Śmierć Pani Adriany, w 1991 roku wskutek ran odniesionych w wypadku samochodowym, w czterdziestym siódmym zaledwie roku życia, zamknęła ten rozdział polskiej muzyki drugiej połowy XX wieku.

W niedzielę przeczytałem wywiad z Anią Rusowicz, córką Ady, w Wysokich Obcasach (dodatku do Gazety Wyborczej), w środę miałem okazję zobaczyć jej koncert, wczoraj kupiłem debiutancką płytę.

Urodę odziedziczyła po mamie, nogi ma chyba jeszcze ładniejsze – to już niebagatelne argumenty, choć niemerytoryczne, dla męskiej części melomanów.

Matkę wyniosła do rangi świętej, to zrozumiałe, miała siedem lat, gdy ją straciła. Ojca podsumowała jednym bezlitosnym zdaniem – że w 1991 roku zniknął z jej życia. Pięknie mówiła o muzyce, tej starej, z lat 60. właśnie, o swoich z nią – i piosenkami mamy – zmaganiach.

Dwa dni temu przekonałem się, że głos – podobnie jak uroda – to cała mama. Bezpretensjonalna, pełna ciepła konferansjerka, dziewczęcy wdzięk – to kolejne atuty.

Ale przede wszystkim: muzyka. Stare instrumenty – klawisze, bas, perkusja – stare patenty na piosenki, bardzo zgrabne pomieszanie repertuaru mamy z własnymi, oldskulowymi propozycjami. Bardzo dobry warsztat, profesjonalne podejście do  pracy, ochota do działania przynależna tym, którzy dopiero walczą o swoje miejsce w branży. Żadnych kompromisów – choć był to koncert zamknięty, muzycy nie odpuścili sobie i publiczności ani trochę, prawie godzina grania, świetne, improwizowane w stylu The Doors, partie instrumentalne.

Bardzo ostrożnie podchodzę do zakupów nowej polskiej muzyki, bo często po paru latach nie za wiele z niej zostaje. Lecz właśnie – czy to jest nowa muzyka? Jako coraz większy fan lat 60. wychwytuję z radością te wszystkie patenty brzmieniowe, aranżacyjne – przede wszystkim The Doors, których duch unosił się nad sceną, ale także Hendriksa, Free, Creamów (White Room) i cytat z Hush Deep Purple na końcu koncertu. Całość niesłychanie zgrabnie podana, zagrana z dużą kulturą muzyczną. 

Płyta jest podobna, brak na niej tylko tych rozbudowanych partii instrumentalnych. Wyróżnia się na niej szczególnie kawałek Chciałabym w klimacie The End (zachwycił mnie już na koncercie) i świetna, rock’n’rollowa wersja Za daleko mieszkasz miły, ale całość jest naprawdę bardzo równa. Granie szlachetne i przebojowe zarazem. Czterech facetów i frontmenka w mini przywodzą na myśl Jefferson Airplane z Grace Slick, holenderski Shocking Blue (pamiętany za sprawą przeboju Venus), oczywiście Niebiesko-Czarnych i Breakoutów z Kubasińską.

Życzę Pani Ani wszystkiego najlepszego. Ufam, że starczy talentu, by pisać kolejne, równie dobre piosenki w tym stylu. Że uda się zdobyć fanów – starych i młodych. Hasło „muzyka łączy pokolenia” w tym przypadku może sprawdzić się bardzo dosłownie. Łzy wzruszenia cisną się do oczu, nostalgia za starymi muzycznymi czasami ogarnia mnie zupełnie i wcale nie mam ochoty uwalniać się od tych emocji.

Należałoby jeszcze napisać parę słów o tytule płyty: Mój big-bit. Chyba nigdzie poza Polską termin bigbit nie jest czytelny. Ponieważ import zza żelaznej kurtyny hasła rock and roll bardzo nie podobał się ówczesnej władzy, Franciszek Walicki, guru, ojciec opatrznościowy tej muzyki w Polsce, ukuł wyżej wymieniony termin.

Ania Rusowicz wraca do tamtej muzyki – do muzyki wykonywanej przez jej mamę i całe pokolenie lat 60. Swoje muzyczne pomysły także realizuje w tym duchu – i efekt jest naprawdę dobry. Oby tak dalej.

styczeń 2012

*

Życie szybko dopisało kolejny rozdział w krótkiej przecież, póki co, karierze artystki. Stała się ona, obok Zakopower, największą beneficjentką tegorocznych Fryderyków. Otrzymała aż cztery statuetki: jako najlepsza wokalistka, za popowy album roku, fonograficzny debiut roku i za produkcję – wspólnie z  Kubą Galińskim. Chyba powinnam dziś zakończyć karierę – powiedziała szczęśliwa. Poprzeczka rzeczywiście została  zawieszona bardzo wysoko.

 



*

Osiemnasta rocznica śmierci Ryszarda Riedla

Bodaj w 1988 roku, na urodzinach Dżemu w Spodku (odbywały się przez pewien czas co roku), zespół ogrywał materiał z Najemnika. Riedel szalał. Nigdy wcześniej (i później) nie widziałem go tak aktorskiego. Był niesamowity, pewnie trochę naćpany, ale wiedział, co się dzieje dokoła. Pamiętam, że w moim ukochanym Najemniku II nawet padał na scenę. To naprawdę robiło wrażenie.

[more]

A przecież nigdy nie był dla mnie istotą tej kapeli, istotą było współistnienie sześciu ludzi, oni razem. Moje wykształcenie polonistyczne nigdy nie pozwalało mi na bezkrytyczne przyjmowanie wyśpiewywanych przez Riedla tekstów. Wiele z nich jest bardzo naiwnych, zahaczających o grafomanię. Choć bywa, że nawet w słabych tekstach pojawiały się, ni stąd ni zowąd, wersy dużej próby. To wszystko jednak nie miało znaczenia: naturalność, prawda bijąca od tego faceta, świetna, coraz doskonalej grana muzyka uwiarygodniały jego przekaz. Takie głosy jak jego, tak mokro w gardle mieli i mają nieliczni. Chyba nikomu nie przeszkadzało, że miał coraz większe ubytki w uzębieniu i śpiewał coraz bardziej niewyraźnie. Aż wreszcie, przed Detoksem, wstawił sobie zęby i było fantastycznie.

Nie byłem na ani jednym koncercie instrumentalnym, nie wiedziałem, nie zdawałem sobie sprawy, że jest z nim aż tak źle. Że bywały trasy, gdy zespół nie miał pewności, czy danego wieczoru wyjdzie na scenę.

30 lipca 1994 roku wiele zmieniło się w polskim rocku. Wiadomość nie tylko dla fanów zespołu była straszna. Zmarł ktoś wyjątkowy, jedna z największych postaci w historii rodzimego showbiznesu.

Nie zapomnę tego dnia. Był to czas zapaści programu trzeciego PR, a okres świetności Metzowego RMF. Włączyłem radio, a tam cały czas grali kawałki Dżemu. Jeden, potem drugi i następny. O rany, chyba coś się stało! To „coś” – to mogło być wtedy tylko jedno…

Fleetwood Mac, Rumours, 1977

Moja pierwsza taśma magnetofonowa. Dwa kolejne Minimaksy Piotra Kaczkowskiego – prezentacja Rumours wsparta klasykami zespołu jeszcze z czasów Petera Greena, m.in. The Green Manalishi, Oh Well i Need Your Love So Bad. Każda nuta zapisana w głowie. Wyeksploatowany magnetofon trafił wreszcie szlag, a razem z nim wiele nagrań, do których, bywało, bardzo długo nie dane mi było powrócić. Także – do tej płyty.

[more]

I wreszcie teraz, po trzydziestu pięciu latach od chwili ukazania się analogowego pierwowzoru, trzymam w dłoniach dwupłytowe wydawnictwo: oryginalny album w zremasterowanej wersji oraz różnego rodzaju dodatki – wersje demo i inne niepublikowane wcześniej nagrania.

Wypada zaznaczyć, że ponad rok temu Piotr Metz wspominał ten album w świetnym cyklu Strona 1, strona 2. Wtedy wróciły do mnie stare emocje i wielka ochota, by sięgnąć do tych utworów.

To pop, z całą pewnością, a jednak po tylu latach słucha się tego z ogromną przyjemnością – dlaczego? Wpisuję płytę w jej czas: mamy Abbę, są Electric Light Orchestra, rok później na popowe ścieżki wkracza Genesis.

Co stanowi o sile Rumours?

ELO i Genesis są mocno osadzeni w tamtym okresie: gęste, wręcz przeładowane aranżacje, sporo syntezatorów, coś, co wtedy zachwycało, po latach nieuchronnie zwietrzało. W Abbie jest za mało rocka, to jednak nieco niższy poziom. Fleetwood Mac udała się cholernie trudna sztuka. Wiadomo, że to zespół o sporych tradycjach. Solidne bluesowo-rockowe granie na przełomie lat 60. i 70., kiedy na czele zespołu stał jeden z największych stylistów elektrycznej gitary, Peter Green (to do niego należy linia gitary w Jenny Mayalla), brzmienie oparte na typowej triadzie gitara – bas – perkusja z delikatnie tylko znaczonymi instrumentami klawiszowymi.

I to proste, soczyste i, w sumie, oszczędne brzmienie jest też wielką siłą opisywanego albumu. Feeling, swing, blues, rock’n’roll wyczuwalny jest w każdej, najprostszej z pozoru piosence umieszczonej na krążku. To moc, która nie pozwala zestarzeć się temu albumowi. Bo siłą najlepszych płyt w historii jest połączenie w jednym czasie największych wzlotów kompozytorskich z co najmniej dobrym poziomem wykonawczym.

Wielka sztuka rodzi się z bólu.

Krążek powstawał w momencie, kiedy rozpadały się dwa muzyczne małżeństwa członków grupy. Jednak życiowe kryzysy udało się muzykom przekuć w szlachetny materiał muzyczny. W tych utworach wyczuwalny jest bowiem duch wczesnego Fleetwood Mac oraz mistrzów piosenki drugiej połowy dwudziestego wieku – Beatlesów. A nad tym, że melodyjne kawałki są czasem dowodem na nie całkiem prostą fakturę muzyczną, że są dowodem  kompozytorskiego geniuszu, nie ma co dyskutować. Lepiej ich po prostu posłuchać.

Trochę ponad czterdzieści cztery minuty, dwanaście utworów. Wspaniały miks dynamicznych kawałków, takich jak Go Your Own Way czy The Chain, i urzekających ballad, jak Oh Daddy czy wyjątkowej urody Songbird.

Album był w swoim czasie najlepiej sprzedającą się płytą w historii, a i dziś sytuuje się w czołówce – z wynikiem ponad czterdziestu milionów egzemplarzy. W plebiscycie magazynu „Q” na najlepszy album lat 70. zajął trzecie miejsce – za London Calling The Clash i Dark Side Of The Moon Floydów. Warto sprawdzić albo przypomnieć sobie, dlaczego.


Słowo o debiutach z wysokiego „C”

Jest trochę debiutów płytowych, które nagrane zostały przez wykonawców „gotowych”. Tych, którzy na swych pierwszych płytach zaprezentowali się w pełni, od razu znakomicie.

[more]

Mieli potem bardzo trudne zadanie. Już nie można było mówić w ich przypadku o rozwoju, a „tylko” o ściganiu się z samymi sobą. Takim zespołem byli The Doors, a po nich jeszcze m. in. Wishbone Ash, Steely Dan, Dire Straits czy Pearl Jam. Takim artystą był w tym samym czasie co panowie z Kalifornii Jimi Hendrix.

Moje From The Begining. Część trzecia i ostatnia

13. Babe Ruth. Pół ich pierwszej płyty nagranej z Minimaksu. Zupełnie dziś zapomniany zespół, a był to kawał solidnego grania z damskim wokalem – Janity Haan. Do niniejszego wyboru dołączam pierwszy na krążku ostry, gitarowy Wells Fargo.
Płyty zespołu, przynajmniej w polskich sklepach, nie do zdobycia.

[more]

14. Emerson, Lake & Palmer – jak mi się zdaje, uznawany przez braci za najwyższy stopień muzycznego wtajemniczenia. Pierwsze płyty tria – brawurowo zagrane, rozbudowane aranżacyjnie utwory, robiły  wielkie wrażenie. Po latach nie wszystko się broni, ale np. ballady Lake’a brzmią wciąż wspaniale. Wybieram jednak Lucky Man, utwór kończący pierwszą płytę, z fantastycznym syntezatorowym solem w finale.
Miłość do ELP wzmocniła jeszcze „trylogia” Polskich Nagrań, które w 1975 lub 1976 roku wydały trzy licencyjne krążki: Keith Emerson & The Nice (nr katalogowy SX 1235), Atomic Rooster (SX 1236), gdzie w paru kawałkach bębnił Carl Palmer, i Rare Bird (SX 1237).

15. Właśnie – Rare Bird. Hej, bracia moi, pamiętacie Rebeth? Kaczkowski już rzadziej literował nazwy zespołów, wiedzieliście tylko, że to „z pewnością zapisuje się inaczej”.
Na wspomnianej wyżej płycie jest kilka znakomitych utworów z pierwszego okresu działalności – Sympathy czy Down On The Floor. Wybieram jednak Hey Man, fragment z Epic Forest, płyty nagranej na szpuli najpierw przez braci, a po latach, w 1980 roku, także przeze mnie, zaś od pewnego czasu posiadanej w wersji CD. Wciąż wspaniałe muzyczne doznania.

16. Focus, Hokus Pokus. Na przełomie lat 60. i 70. w Holandii działo się sporo. To tam właśnie jeździli Breakout i potem Budka Suflera. Focus i Ekseption sytuowali się w pobliżu ELP – tak samo obficie czerpiąc z muzyki klasycznej.

17. Sabbath Bloody Sabbath we fragmentach nagrana na szpuli. Najlżejsza w dorobku, wirtuozowska płyta, szczyt artystycznych możliwości grupy. Krążek w dyskografii Black Sabbath absolutnie wyjątkowy, inny niż pozostałe. Mój typ to Sabbra Cadabra.

18. Larks’ Tongues In Aspic. Pychota, ciary na plecach. Robert Fripp – geniusz, kameleon, anarchista, wieczny poszukiwacz. Tyle wcieleń grupy o jednej nazwie – i wszystko co najmniej bardzo dobre. King Crimson, w gronie grup tzw. symforockowych, są moim zdaniem zdecydowanie najlepsi. Do niniejszego zestawu wybieram nieco przewrotnie maleńki, ale genialny fragment kończący część pierwszą tytułowego nagrania (gdzieś od jedenastej minuty i dwudziestej sekundy).

19. Czym zakończyć, gdzie urwać tę muzyczną opowieść? Gdzie jest mój ostatni kamień milowy, ostatnia wielka młodzieńcza fascynacja, ciągnąca się za mną do dziś? I znów, wbrew wszystkiemu, wybór jest jednak dość oczywisty – SBB. Na moich oczach – uszach ich muzyka rozkwitała, sięgając apogeum na Welcome w 1979 roku.
Wybieram Walking Around The Stormy Bay – instrumentalne arcydzieło, ekstrakt symphonic i hard rocka. Wielki popis całego tria.

Jeszcze można by ciągnąć dalej. Z taśm braci i moich pierwszych odnotować Close To The Edge Yesów, płyty Weather Report czy Fleetwood Mac. Zatrzymać się nad znakomitymi utworami czy całymi płytami z czasów dawnych i bardzo dawnych, a poznanymi później. Ale to były już „tylko” brakujące puzzle w układance, której ramy wyznaczyły opisane krótko wyżej zespoły i nagrania. Siła, z jaką wdarły się do mojej głowy, nuta po nucie utrwalone poprzez wielokrotne słuchanie – nieporównywalna jest z niczym. Dziś, jak każdy człowiek zajęty nie tylko wrzucaniem kolejnych krążków do odtwarzacza, nie jestem już w stanie tak mocno wgryźć się w jakąkolwiek nowo nabytą płytę.

Moje From The Begining. Część druga

Dziś na odmianę lampka wina – i słuchamy dalej.
5. Country Tonk, mylnie opisane na pocztówce jako Honky Tonk Women. The Rolling Stones – co tu można napisać? Przecież to największa rock’n’rollowa kapela na świecie.

[more]

6. Kolejna oczywistość w tym zestawie. Myślałem, żeby Beatlesów sobie odpuścić, ale po prostu nie wypada. To największy zespół w historii. Pytanie tylko, czy – z tych pocztówek – ma to być Hey Jude, czy Lady Madonna. Wybieram, przekornie, ten drugi numer.

7. Bob Dylan, Mr Tamburine Man. Znów coś przewidywalnego, największy artysta amerykański. Choć płyta – najsłynniejsze przeboje z lat 60. wydane przez, no właśnie, czechosłowacki Supraphon, oczywista nie była. Za to droga – 120,- zł przy cenach 65,- lub 80,- zł polskich płyt. Rarytas.

8. Cream, Badge. Ostatnia pocztówka. To wejście Claptona w środku utworu wciąż zapiera dech w piersiach! Jakaż rozrzutność – dziś taki riff zostałby co najmniej trzykrotnie wykorzystany w każdym kawałku. Zresztą, sam Clapton zagrał ten utwór dziesięć lat temu na koncertowym One More Car, One More Rider i też nie odmówił sobie wydłużenia pierwotnej wersji.

9. Filmowe More to początki Pink Floyd, 1969 rok. Mniej tu psychodelii, więcej ballady i rock’n’rolla. Płyta po latach, w odróżnieniu od bardzo ilustracyjnej Obscured By Clouds, zdecydowanie się broni. Mój wybór to The Nile Song, nie tak częsty u Floydów porządny łomot. Który wtedy mi, paroletniemu brzdącowi, bardzo przypadł do gustu.

10. Led Zeppelin. To jasne, geniusze rock’n’rolla. Jedni z tych, którzy przeprowadzili muzykę rockową przez morze klezmerskiego i zaledwie przyzwoitego technicznie grania, jakiego pełno było w latach 60., na nowy ląd – absolutnej wirtuozerii wykonawczej. Imigrant Song, nawet nie trzy minuty takiej jazdy do przodu, że daj, Panie Boże, zdrowie. Kończą tam, gdzie Metallica dopiero wychodzi z intro w  swoich kawałkach. Sto kilkadziesiąt sekund porażająco prostej, rozsadzającej energią jazdy bez trzymanki.

11. Love Like A Man Ten Years After. Jeden z najsłynniejszych, przynajmniej dla pewnego pokolenia, riffów gitarowych. Genialny Alvin Lee, najszybszy gitarzysta świata, jak się wówczas, na początku lat 70., o nim mówiło.

12. Wishbone Ash – nie może tej grupy zabraknąć w takim zestawie. Na szpuli były nagrane pierwsze strony pierwszej i drugiej płyty. Gdy wreszcie nabyłem ich debiut na CD, odnalazłem te cudowne emocje z początku lat 70. Nuty tak dobrze zapisane w głowie. Wybieram Queen of Torture.

 

Moje From The Begining. Część pierwsza

Z niepokojem i niedowierzaniem, że to o mnie chodzi, patrzę w kalendarz. Pięćdziesięciu gramów wódki, ani pierwszych, ani – tym bardziej – kolejnych nie wychylę za swoje półwieczne zdrowie. Może po prostu wysączę szlachetnie oszronioną szklankę dobrego piwa. Z każdym łykiem zatrzymując się nad kolejną spośród najważniejszych piosenek w moim życiu.

[more]

Skąd się wziąłem – muzycznie?
Ab ovo – od jajka. Łacińskie, dumne, pretensjonalne. No i – nierokendrolowe.  Od początku – ? Ciepło. From The Begining. Tak! Jestem w domu, w dodatku to tytuł przepięknego numeru Grega Lake’a…
Nieoczywista lista osobista. Bo niekoniecznie chodzi w niej o kamienie milowe w historii rocka. To raczej kawałki poznane kiedyś tam, u zarania, we wczesnym dzieciństwie, czasem – odkryte na własny użytek w wieku czternastu – szesnastu lat. Pochodzące z nielicznych płyt, które moi starsi bracia, Grzegorz i Andrzej, za uciułane pieniądze zdołali kupić. Albo równie nielicznych taśm magnetofonowych, zwykle zawierających nagrania z programów Piotra Kaczkowskiego – Minimaksu i Muzycznej poczty UKF.
Może właśnie dlatego, że było tego w sumie niewiele, a jakościowo – sądzę nieskromnie – najczęściej rzeczy znakomitych i bardzo dobrych – tak zapadło w pamięć. Cóż, to efekt niezapisanej tablicy, jaką jest głowa bardzo młodego człowieka, wielkiej chłonności i otwartości na wszelkie doznania, muzyczne w szczególności. Jakąż radość sprawia docieranie do tych nagrań po latach, już w wersji CD. Mimo wszystko – dożyliśmy pięknych czasów, w których realizują się takie na przykład niedościgłe przed laty marzenia, jak posiadanie tamtych płyt  w swojej kolekcji.

1. Tę listę nieoczywistą zaczynam jednak od piosenki oczywistej do bólu. Cóż jednak poradzę na to, że we trzech – bracia i ja – doświadczyliśmy wielkości numeru Dziwny jest ten świat tak bardzo na własnej skórze i na własnych uszach. 1968 rok, styczeń, miałem pięć i pół roku. Zawsze wyczekiwana na urodziny mojej mamy wizyta kuzynki z mężem (tak to jest w przypadku najmłodszego syna najmłodszej wśród rodzeństwa mamy). I, oprócz prezentu dla jubilatki, upominek w postaci pierwszej płyty Niemena i Akwareli. Nie zapomnę błysku w oczach braci, tej nabożnej czci, z jaką brali krążek do rąk.
Cóż, pewnie i bez tego impulsu ich zainteresowania  skręciłyby w stronę rock’n’rolla. Ale to był katalizator, to była wspaniała inicjacja muzyczna. Od tamtej niedzieli nic już nie było takie jak dotąd. 

2. Nie pamiętam natomiast, w jakich dokładnie okolicznościach pojawiła się w domu płyta Polan. Jako jedna z dwóch, obok Krzysztof Sadowski And His Hammond Organ, ostała się z tego pierwszego zbioru. Była ze mną zawsze. W latach 80., gdy ukazywały się reedycje w serii Z archiwum polskiego beatu, kupiłem ją oczywiście także. I wtedy, już dwudziestoparoletnim uchem, nieźle otrzaskanym, doceniłem ją w pełni. A przed paru laty nabyłem wersję CD. Świetną, bo uzupełnioną o trzy  nagrania z małej płyty oraz parę radiowych juweniliów.
Polanie to pierwsza łojąca aż miło kapela z Polski. Na LP tylko siedem nagrań autorskich, reszta to covery rythmandbluesowych numerów anglosaskich. Ale jaki warsztat wykonawczy! Szkoda, że żywot grupy był tak krótki. Wybieram Nieprawda, nie wierzę.

 3. „Pocztówkowy szał”. Bracia mieli ich zaledwie kilkanaście. Grzegorz, z wrodzonym sobie poczuciem estetyki oraz dbałością o przedmioty, do każdej dorobił papierową kopertę z opisem i – czasem – zdjęciem wykonawcy wyciętym z gazety. A o te zdjęcia wówczas było bardzo trudno.
Nie rozumiałem, jak moi muzyczni nauczyciele mogli się pozbyć pocztówki Czerwonych Gitar śpiewających „Nikt na świecie nie wie, że się kocham w Ewie” i wymienić ją na Nalepowy Blackout. Ale AnnaMoje srebro to głos gitary, utwory śpiewane przez Stanisława Guzka, lepiej znanego jako Stan Borys, szybko znalazły drogę do mojego serca. Decyduję się na drugi utwór, mniej znany, z dobrym gitarowym riffem i ciekawą linią basu.

4. Skaldowie. Ich i Niemena cztery pierwsze płyty to polska klasyka. Wszystkie były w naszym domu. Rozmach aranżacyjny piosenek Skaldów z tego okresu przywodzi na myśl dokonania Beatlesów albo Jethro Tull. Ponieważ jako pierwsza znalazła się u nas druga ich płyta – wybieram z niej Śpiewam, bo muszę. „Za dwa pomidory, za pół kilo gruszek”. Artyści w Polsce nigdy nie mieli lekko.

 

Na pięćdziesięciolecie największego rock’n’rollowego zespołu świata

W znakomitym filmie Martina Scorsesego Shine A Light (W blasku świateł) mamy przede wszystkim zapis porywającego koncertu The Rolling Stones w nowojorskim Beacon Theater jesienią 2006 roku. Ale są też niezwykle starannie wyselekcjonowane fragmenty dokumentów poświęconych słynnym muzykom, ich szczególnie celne wypowiedzi.

[more]

– Długo już występujecie? – dziennikarz pyta młodziutkiego Micka Jaggera.
– Dwa lata.
– Jak długo jeszcze planujesz to robić?
– Nie wiem. Nie sądziłem, że będę to robił aż dwa lata. Na początku nie uważaliśmy, że wyjdzie z tego coś dużego. Nagrywamy piosenki już dwa lata i wciąż uchodzimy za nową grupę. Naprawdę nie wiem. Myślę, że damy sobie radę jeszcze co najmniej przez rok.

 *

Sierpień 1972.

– Wyobrażasz sobie, że mając sześćdziesiąt lat nadal robisz to samo? – pytanie do frontmana Stonesów.
– Bez trudu.
– Naprawdę?
– Oczywiście.

  *

– Kto jest lepszym gitarzystą, ty czy Keith? –  pytanie skierowane do Rona Wooda.
– On wie, że ja – pada po chwili odpowiedź.

Cięcie.

– Jak ty byś na to odpowiedział? – to z kolei do Richardsa.
– Nikt nie chce być najlepszy.
– On powiedział, że jest najlepszy.
– Wiedziałem, że tak powie – zaśmiał się Richards. – Ale prawdę znam ja. Obaj jesteśmy marni, ale razem jesteśmy lepsi niż dziesięciu innych.

 *

W 1978 roku, w bardzo dobrej na tamte czasy książce Rock. Od Presleya do Santany, Marek Garztecki rozdział poświęcony Stonesom – Toczący się kamień mchem nie porasta  – kończył następująco:

„Czy jednak owa dawka świeżej krwi (mowa o nowym gitarzyście, Ronniem Woodzie, który zastąpił Micka Taylora, oraz o kontrakcie z nową wytwórnią płytową) wystarczy, aby przedłużyć istnienie grupy o dalszych parę lat? Tego prawdopodobnie nie wiedzą nawet sami jej członkowie. Niełatwo bowiem sprostać wymaganiom legendy, która dawno już przerosła swych twórców.

Czas upływa. Na grobie Briana Jonesa wyrosła już gęsta trawa i chyba nawet najwierniejsi jego wielbiciele zapomnieli już o swym dawnym bożyszczu. Jakie będą losy reszty członków zespołu – tego oczywiście nikt nie jest w stanie przewidzieć. Amerykańscy krytycy muzyczni prowadzą osobliwą ankietę zatytułowaną: Kto będzie następną ofiarą śmiertelną spośród muzyków rockowych. Dwa pierwsze miejsca zajmują na niej Keith Richards i Mick Jagger”.

*

Niedługo po opublikowaniu tej książki, pod koniec lat 70. i na początku 80., za sprawą używek rozstali się z życiem m.in. Keith Moon, bębniarz The Who, Bon Scott, wokalista AC/DC i John Bonham, perkusista Led Zeppelin. Członkowie Rolling Stones żyją do dziś i dorobili się zawrotnych fortun. Ale, co najważniejsze, ciągle grają i najwyraźniej nadal sprawia im to olbrzymią przyjemność. Kilku pokoleniom fanów również, o czym świadczą pełne widownie podczas kolejnych tras koncertowych zespołu.

A wracając do filmu – jak patrzę na te sterane przez czas, ale roześmiane jak u niesfornych chłopców gęby, na tę bezustanną balangę na scenie i na widowni, to myślę sobie, że moja miłość fana do Stonesów jest bezwarunkowa. Od czasów, gdy niewiele wystawałem ponad stół.


The Police, Chorzów, Stadion Śląski, 26 czerwca 2008; The Rolling Stones, Shine A Light, 2008

Wciąż żywe wspomnienie sprzed trzech lat*. Bodaj przedostatni koncert na trasie specjalnie reaktywowanego The Police. Płyty Stinga sprzedawały się coraz słabiej, forma artystyczna też coraz gorsza. Police na Stadionie Śląskim? Oczywiście – mimo różnych „ale”, trzeba iść.

[more]

Po około dziesięciu minutach stwierdziłem, że brzmią lepiej niż wszystkie trzy kapele, które grały w tym miejscu rok wcześniej (czyli Pearl Jam, Genesis i Red Hot Chili Peppers). Gitara Summersa, wówczas – nie wypominając – pana już sześćdziesięciodwuletniego, brzmiała rewelacyjnie. Brak mi przygotowania muzycznego, by docenić grę Copelanda (Antoni Piekut wciąż powtarza, że wymyślił on nowy sposób gry na perkusji), frontman brzmiał przyzwoicie zarówno wokalnie, jak i jako basista. I wszystko byłoby O.K., gdyby nie to, że po sześćdziesięciu pięciu minutach  trio zeszło ze sceny. Cóż, panowie wyraźnie, mimo wielu lat odpoczynku od siebie, już po kilkudziesięciu dniach tournee mieli się serdecznie dość nawzajem. To było widać – zero kontaktu między sobą. Czułem się, jakby ktoś dał mi po gębie. Sześćdziesiąt pięć minut? W Polsce, w 2008 roku? Tu, gdzie sprzedają się ich płyty? Gdzie starsi od nich grali ponaddwugodzinne koncerty?! Kpiny z ludzi. Miałem dość, spodziewałem się, że każdy kawałek na bis może być tym ostatnim, co zupełnie odebrało mi radość słuchania. No i, gdzieś po kolejnych dwudziestu minutach, definitywnie zeszli ze sceny.

Zlekceważony, po pewnym czasie znalazłem się w samochodzie i włączyłem radio. A tam – w Trójce – ludzie dzwonią do Piotra Kaczkowskiego (prowadzącego Minimax) i z zachwytem opowiadają, na jakim wspaniałym koncercie byli. Nic z tego nie rozumiałem – czyżbym ja był gdzie indziej, gdzieś, gdzie grali inni Policjanci? Próbowałem się, bodaj pierwszy raz w życiu, dodzwonić do radia, ale bezskutecznie.

Wszystko ułożyło się w mojej głowie w całość – wcale niewybitny koncert przed laty w Spodku, niemoc kompozytorska Stinga w ostatnim czasie, która zresztą trwa do dziś, czego efektem jest nużąca płyta zimowo-świąteczna, krążek z filharmonikami berlińskimi (stary towar w nowym opakowaniu), wreszcie teraz osobisty jego wybór dwudziestu pięciu utworów z całego solowego dorobku (jw.). Po drodze jakieś dziwne koncerty,  np. dla prezydenta Uzbekistanu, despotycznego władcy, za ciężkie pieniądze. Fuj. Nie mogę tego pana – znaczy Stinga – słuchać od tamtej pory. Już mu chyba nigdy nie uwierzę.

 *

Minęło parę dni od tego koncertu i poszliśmy z żoną na Shine A Light. Nie do multipleksu, gdzie jakość obrazu i dźwięku byłaby bez zarzutu, a do Rialta, gdzie akurat puszczano ten film. Jakość dźwięku kiepska, sprzęt się sypał, emisję  dwukrotnie przerywano. Ale co z tego!

Podobno panowie Jagger i Richards ostatnio nie darzą siebie zbytnią sympatią, ale wtedy, kilka lat wcześniej, wyglądało to chyba inaczej. Ciasna scena teatru, na niej kilkanaście osób, które bez przerwy uśmiechają się do siebie, poszturchują jak nastoletnie chłopaki, Buddy Guy i Jack White jako goście (wydzierająca się Aguilera to akurat jedyne nieporozumienie tego koncertu), Satisfaction grane nie wiadomo po raz który – 3000-, 5000-tysięczny? – zabrzmiało tak, jakby jutro miał skończyć się świat, a przynajmniej Stonesi nigdy już mieli nie wyjść przed publiczność.

Pomyślałem sobie: O, cholera, ci faceci są o – z grubsza biorąc – dychę starsi od The Police – a grają tak, ze serce rośnie.

To właśnie jest subtelna różnica między kapelą wielką, jaką jest The Rolling Stones, a kapelą taką sobie, czyli The Police. Oczywiście, nie tyle chodzi tu o względy historyczne – bo Policjanci są ważną grupą w dziejach rocka – ale, po latach, podejście do tego, co się robi i jak traktuje się publiczność. Jedni kochają swoją robotę, inni – przynajmniej w tym składzie osobowym – nie cierpią.

Cóż, kasa nigdy nie śmierdziała, nie śmierdzi i śmierdzieć nie będzie. A niechęć niektórych osób do siebie nawzajem nie przemija. A mówi się, że ludzie łagodnieją z wiekiem. Nie wszyscy i nie zawsze. Jako fan czuję się bardzo oszukany. Bardzo lubiłem kiedyś Police, w latach 80. Sting, obok U2, był moim ukochanym wykonawcą. Był po prostu wielki, a to powinno zobowiązywać.

* tekst napisałem latem 2011


 

Kari Amirian, Daddy Says I’m Special, 2011

Rock’n’roll wyzwala w ludziach pierwotne instynkty. Fantastycznie jest dać się ponieść decybelom, odjechać razem z palcami gitarzysty szalejącymi na gryfie, wykrzyczeć wspólnie z wokalistą cały gniew za swoje pospolite życie.

[more]

Ale sposobów na muzyczne oderwanie się od rzeczywistości jest więcej. Jednym z nich jest dla mnie, już od czasów nastoletnich, szeroko rozumiana ballada. Muzyka wyciszona, tkana z delikatnych nut, oszczędna w instrumentalnych środkach wyrazu. A jeśli mająca unieść naprawdę wysoko – najlepiej, by była ozdobiona ciepłym damskim wokalem. Cóż, pewnie przemawia przeze mnie orientacja hetero, ale w  liryczne klimaty mogę bez reszty wpaść tylko pod wpływem głosu kobiety. 

Debiut płytowy Kari Amirian budzi we mnie przede wszystkim wspomnienie pewnej sobotniej W tonacji Trójki sprzed wielu już lat, kiedy Wojciech Mann prezentował pierwszą płytę Suzanne Vegi. To łagodność, ciepło, liryzm, nostalgia. Dźwięki, które są w stanie ukoić najbardziej skołatane nerwy, wyciszyć, przenieść na czterdzieści siedem minut w lepszy świat. A takim jest świat pań w tradycyjnym podziale na wartości kobiece i męskie. Oczywiście, jeśli chodzi o inspiracje, w wypowiedziach samej artystki i recenzjach pojawiają się jednak inne nazwiska.  Stiny Nordenstam, pod wpływem której Amirian obrała taką właśnie muzyczną drogę, oraz Lykke Li, gwiazdy szwedzkiej sceny niezależnej. Cóż, Polsce zdecydowanie bliżej do chłodnej Skandynawii niż do gorących krajów południowej Europy, co od lat potwierdzają jazzmani. Płyta urodzonej w Świnoujściu wokalistki nieprzypadkowo realizowana była w Sztokholmie.

 W muzyce rozrywkowej zawsze było, jest i będzie miejsce na takie brzmieniowe pomysły. Bo to pop, nie boję się użyć tego określenia, najwyższej próby. Tym bardziej zaskakujący, że powstały tu, między Odrą a Bugiem, a chyba nikt nie byłby zdziwiony informacją, że mamy do czynienia z płytą przywiezioną z anglosaskich krain (piosenki śpiewane są w języku Szekspira). Pewnie za dziesięć lat i w takiej produkcji da się wyczuć czas jej powstania, ale jestem przekonany, że ta muzyka starzeć będzie się bardzo, bardzo wolno. A całkowicie nie zestarzeje się nigdy. 

Otrzymaliśmy krążek złożony z dwunastu przepięknych piosenek, szlachetnych kompozycji niezwykle starannie zaaranżowanych i zagranych. Tyle kultury muzycznej i profesjonalnego w każdym calu wykonawstwa nieczęsto spotyka się na polskich płytach. Wsłuchuję się kolejny raz w te nagrania, by spróbować wskazać szczególnie piękne fragmenty – i nie potrafię. Może The Winter Is Back i A Poem. Zapewniam, że wszystkie bez wyjątku są wielkiej urody. To ogromna zaleta tego krążka – żadnych słabszych momentów. 

Wspaniała robota duetu Kari i Roberta Amirianów wspieranego przez jeszcze czwórkę muzyków. Chwalić należy wszystkich, ale wspomnę tylko o jednym elemencie całości: instrumenty perkusyjne ani razu nie wybijają, nie podkreślają rytmu w sposób znany z przeciętnych produkcji.

Trudno wyobrazić sobie, że na kolejnych płytach może być jeszcze lepiej. Oby było równie dobrze.