Muzyka i sport, duch i materia

Są sprawy z gatunku tych, na które mamy wpływ, i takie, na które wpływu nie mamy. Nawet Chrystus, zaczepiony przez matkę na weselu w Kanie Galilejskiej, że gospodarzom brakło wina, w pierwszym odruchu odparł: Czy to moja lub twoja sprawa, niewiasto? Od lat staram się zachowywać zdrowy dystans do wydarzeń sportowych, przekonując siebie, że w żaden sposób nie wpływają one na moje codzienne życie. A jednak czegoś żal, jak śpiewał Ryszard Riedel.

[more]

Bo sukcesy sportowe rodaków łączą ludzi, dają tak potrzebne –  od czasu do czasu – poczucie wspólnoty. Polski naród – by użyć bogoojczyźnianej frazy – tak bezlitośnie traktowany przez historię, potrzebuje wzmocnień pozytywnych, tego, by nasi wygrywali. By dokopali sąsiadom, pokonali pozostałych. Dopóki piłka w grze, mamy poczucie, że jesteśmy razem. Oflagowane samochody, knajpy, balkony. Biało-czerwona über alles.

Gdy rozlega się ostatni gwizdek sędziego – najczęściej przychodzi nam w złości, bezsilnej i pełnej niemocy, rozejść się do własnych obowiązków, skończyć święta i wrócić z podkulonymi ogonami do powszedniości. A to przecież nie nastraja optymistycznie, to denerwuje. Znów te pytające spojrzenia żony/męża, problemy z dziećmi, czepiający się szef, głupi kierowcy na drodze, rosnące ceny. Pospolitość skrzeczy.

Znamienne, że wydarzenia sportowe o wiele przyjemniej przeżywać stadnie – być na meczu, zasiąść w pubie, strefie kibica lub chociaż z sąsiadem lub bratem przed telewizorem. Komentować na gorąco. Jaki sens ma okrzyk skierowany do pustych ścian: Co oni, k…, robią?!

Z muzyką jest inaczej. Muzyka jest o wiele bardziej intymnym doznaniem. Może dlatego, że dotyka czegoś takiego jak wrażliwość. Płyt najlepiej słucha się w samotności, wtedy nuty docierają do nas najpełniej. W zupełnej ciszy, bez zajmowania się czym innym (choć to akurat nie zawsze jest możliwe).

I, niejednokrotnie, dopiero z tymi utrwalonymi w głowie dźwiękami idziemy na koncert ulubionego wykonawcy. Niby w stadzie, ale jednak osobno, pojedynczo. Reagujemy wspólnie – oklaskami, owacjami lub gwizdami – ale przeżywamy nuty docierające do uszu, każdy ze słuchaczy, oddzielnie. Wspaniale jest poczuć, że moje wzruszenia są także wzruszeniami ludzi siedzących lub stojących obok. W szczególnych momentach, na koncertach najwspanialszych – mówimy o magii. O tym czymś, co płynie ze sceny, ogarnia wszystkich słuchających i wraca do muzyków. Cudowne sprzężenie zwrotne, które unosi nas nad ziemią.

Czyli – konkluduję –  sport jest rozrywką ubogich, wyzwalającą dość pospolite emocje, muzyka zaś to wyższy stopień wtajemniczenia, dostępny tylko wybranym – ? Nawet jeśli przyjmiemy, że jest tak rzeczywiście, to przecież historia całkiem sporo notuje przypadków, kiedy nawet intelektualiści oddają się tej plebejskiej rozrywce, okazując się czasem wręcz fanatycznymi kibicami.

I nic w tym złego. Mieszanie się w życiu tego, co wysokie i co niskie, dokonuje się bezustannie. Jestem pewien, że mnóstwo wspaniałych pomysłów zrodziło się w głowach ludzkich zaraz po zwróceniu ciężaru naturze. By duch mógł wznosić się w górę, materia nie powinna ciążyć.


O piłce w rytm marsza żałobnego

Trochę już chodzę po tym świecie, sporo więc – również jako kibic – przeżyłem. Pamiętam złoty medal piłkarzy na olimpiadzie w Monachium w 1972 roku. Pamiętam eliminacje do MŚ w 1974. Mecz z Walią w Cardiff na początek, w którym przegraliśmy 0-2, a Jan Ciszewski po skończonym boju wypowiedział prorocze słowa: Dopóki piłka w grze…

[more]

Wtedy nauczyłem się wierzyć, że w sporcie, podobnie jak w innych sferach życia, zdarzają się miłe niespodzianki i piękne, nieoczekiwane chwile. Po słabych występach, jak dwa pierwsze remisy z Kamerunem i Włochami w 1982, zdarzyło się drugie 45 minut meczu z Peru, w których rywale zostali zmieceni z boiska (5-1), a potem wspaniałe 3-0 z Belgią – i te dwa mecze na światowym poziomie wystarczyły, by zdobyć trzecie miejsce na hiszpańskim mundialu.

Ostatni piłkarski cud w strojach narodowych miał miejsce przed finałami w Korei, kiedy po latach posuchy daliśmy radę wysoko wówczas notowanym Norwegom i zawsze groźnym Ukraińcom.

Nigdy nie zasiadałem przed telewizorem (jeśli już zasiadałem) z brzydkim pragnieniem A niech tym naszym niedołęgom dokopią! Wciąż w sercu kibica tli się nadzieja, że może tym razem będzie inaczej, lepiej. Takie magiczne myślenie, o którym kiedyś pisał zdruzgotany Adam Michnik, mając na myśli intronizację Henryka Walezego albo Korybuta Wiśniowieckiego. A pisał to przy okazji wyborów prezydenckich w 1991 roku, kiedy do drugiej tury, obok Lecha Wałęsy, wszedł – zamiast Tadeusza Mazowieckiego – człowiek znikąd, facet z czarną teczką – Tymiński (krążył wtedy dowcip: Co Tymiński ma w teczce? Podręczniki do technikum dla Wałęsy).

No właśnie. Patrząc na grę reprezentantów Polski w drugiej połowie pojedynków z Grecją i Czechami, miałem wrażenie, że – z zachowaniem oczywiście proporcji – chyba podobnie było z klęskami Rzeczpospolitej w przeszłości. Wszyscy widzieli, co się dzieje, że zmierza to do nieuchronnej katastrofy – i jednocześnie nikt nic nie robił. Żadnej mocy sprawczej, by podjąć próbę ratowania się przed upadkiem, raczej wypisana na twarzach ochota do jak najszybszego zejścia ze sceny (z boiska). Ewentualnie, jak Radziwiłłowie, zdradziecka chęć, by ułożyć się z mocniejszym przeciwnikiem i wytargać dla siebie postaw czerwonego sukna. Dziś już nie ma chętnych do szarży ułańskiej w ostatnich minutach meczu. Został tylko gest Rejtana, czyli rozdarty t-shirt pijanego kibica w pubie po meczu.

Ale za to, gdyby można było toczyć rozgrywki dalej, po dziewięćdziesiątej minucie, my byśmy im wszystkim, zaborcom i okupantom, pokazali. Do butelek po powerade nalali „Zdroju Jana” z rozpuszczonymi tabletkami na przeczyszczenie, w nocy wymalowali linie pola karnego na dwudziestym metrze, sędziemu do kieszonki włożyli tylko czerwone kartki. O tak, w tym bylibyśmy dobrzy. Najlepsi. Co najmniej na Starym Kontynencie.



Bolek i Lolek idą na wódkę z Wilkiem i Zającem

Bolek i Lolek z Reksiem kontra Rumcajs, Cypisek i Krecik. Czterdzieści pięć minut za nami. Szkoda tej wielkiej ilości szans, które nie zostały wykorzystane. Nie jest źle, biegają, starają się, Czesi – póki co – są wyraźnie słabsi. Ale piłka nie jest grą na optyczne przewagi, liczą się tylko bramki. A tych, jak mawiał Kazimierz Górski, należy strzelić o jedną więcej niż przeciwnik. Trzeci remis będzie porażką gospodarzy.

[more]

A tu Grecy prowadzą z Rosjanami  1-0.  Z koniem trojańskim to było jakoś inaczej. Pora chyba wziąć tabletkę na serce.

 *

0-1. Można iść na wódkę. Napić się. Ale z Rosjanami? Nie damy rady, będzie jeszcze gorzej niż na boisku. 

*

Mamy więc Smudę cienia. Nie zliczę, którą już z kolei.

 *

Czas wrócić do przyjemnego spędzania wolnego czasu. Czyli do słuchania muzyki. Muzyka łagodzi obyczaje. Po meczach naszych reprezentantów od lat już na usta cisną się słowa bardzo nieobyczajne.


Krew, pot i łzy

Krwi na stadionach piłkarskich nie brakuje, choć, jeśli mamy mówić o sporcie, to lepiej, aby jej nie było. Gitarzyści też nieraz do krwi zdzierali palce – na próbach i koncertach.

[more]

Potu, w obu przypadkach, również sporo. Choć przyznam, że jak patrzę na jego ślady na twarzach naszych piłkarzy, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest go więcej, zdecydowanie więcej niż umiejętności. Obserwowaniu ich występów od lat towarzyszy mi uparcie myśl, że w tej profesji ciągle tkwimy w komunie. (Właśnie zostałem ukarany za swoje refleksje – Błaszczykowski pięknym strzałem wykończył  szybką akcję i mamy 1-1 w meczu z Rosją). Czy się stoi, czy się leży, od prezesa się należy. W wielu przypadkach poważna kasa za niepoważną pracę. Pot na koncertach to kolejna oczywistość, zwłaszcza gdy mamy – jak mawia Antoni Piekut – porządne łojenie, a nie żadne tam pitu-pitu.

Pozostają łzy. Męskie łzy. W kulturach europejskich to rzadki widok, płacz nie przystoi facetom. Sportowcy czasem, choć sporadycznie, płaczą. Po przegranym meczu, biegu, wyścigu. Po straconej szansie. Na scenie uronić łzę może chyba tylko kobieta, np. Edyta Geppert. Planta czy Claptona, nawet świeżo po stracie synów, chyba nikt  płaczących nie widział.

No i, na koniec (Koniec! – triumfalnie wykrzyknął Dariusz Szpakowski. Czyżbym coś przeoczył albo obserwował inny mecz? Nie, chodzi o remis w meczu z Rosją. Panie Naczelniku, udało się! Ofensywa Rosjan powstrzymana na linii Wisły! To jest, chciałem powiedzieć, na linii pola karnego – poza jednym wyjątkiem).

Na koniec łzy na widowni. Najbardziej niesamowity obrazek to prawie dwieście tysięcy płaczących Brazylijczyków na Maracanie w 1950 roku po porażce z Urugwajem.

A mi bliska jest refleksja Andrzeja Stasiuka, który powiedział niedawno, że skoro człowiek się śmieje, to powinien też płakać. I zdarza mi się, przyznaję, uronić łzę, i zaraz, w zawstydzeniu, otrzeć ją ukradkiem. Na przykład przed laty na koncercie wspomnianego już Roberta Planta z Jimmym Page’em w Spodku, gdy zagrali stare, genialne kawałki Led Zeppelin. Czy całkiem ostatnio na U.K. w Krakowie, gdy w uszach zabrzmiała muzyka, na której się wychowywałem. Ale dotyczyć to może tylko muzyki mojego dzieciństwa i młodości

Jednak najbliższe jest mi doznanie wzruszająco-estetyczne związane z kobiecym ciałem. Kto nie rozumie, tego nawracać nie będę.  Zupełnie jak w scenie z „Pułkownika Kwiatkowskiego”, kiedy Marek Kondrat wchodzi do sypialni i widzi piękne piersi śpiącej Renaty Dancewicz. Patrzy w zachwycie – i po chwili, wzruszony, zaczyna płakać.

 *

Tak więc w sobotę z Czechami. Ciekawe, dawno już trzeci pojedynek grupowy naszych kopaczy nie był meczem o wszystko. Czesi, jak wiadomo z historii, bić się raczej nie potrafią i nie lubią. W tym należy upatrywać szansy dla naszych reprezentantów.

I mieć nadzieję, że sobotnie widowisko nie będzie także „Wielką Pardubicką”. Do której my wystawimy wysłużonego Poloneza, a rywale najnowszy model Octavii.



Křižikova fontána (czyli kochajmy Abbę), Praga, 2 czerwca

Tereny wystawowe Expo z końca XIX wieku w Pradze, a na nich specjalnie na tę okoliczność powstała fontanna zaprojektowana przez Františka Křižika. W ostatnich latach dołożono jeszcze reflektory – i w tym koszmarnym połączeniu secesji z demoludową zabudową barakowo-betonową od pewnego czasu odbywają się… No właśnie, co to jest? Organizatorzy nazywają to szumnie spektaklami wody i światła.

[more]

W czasie kilkudniowego pobytu w Pradze mieszkaliśmy z żoną w hotelu na peryferiach miasta. Zbyt daleko, by wypuścić się wieczorem na jeszcze jedną przechadzkę po stolicy Czech. Z braku lepszego pomysłu – wraz z całą grupą jedziemy więc na 22.00 na ów „spektakl”. Wszelkie nasze przypuszczenia potwierdzają się jeszcze przed wejściem na widownię, bowiem uszy załapują się na końcówkę poprzedniego pokazu (te odbywają się co godzinę). Oj, chyba będzie naprawdę źle – kicz zatriumfuje w pełni – wizualnie i słuchowo.

Na widowni głównie Polacy, podobno właśnie my jesteśmy głównymi konsumentami tego czegoś. Czy komercyjne stacje telewizyjne kompletnie wyprały nam już mózgi, że gawiedzi podoba się to, co kolorowe, mieniące się i niewymagające absolutnie żadnego wysiłku intelektualnego? Woda leje się z rurek w różnych kierunkach, trochę wyżej lub trochę niżej, raz na lewo, raz na prawo. Zmieniają się barwy. Po minucie wiadomo już wszystko, a tu przed nami jeszcze trzy kwadranse. Takie to w swych korzeniach rodem z najniższej półki rozrywki niemieckiej. To, co od biedy można nazwać obrazem, stanowią fragmenty filmu  rzucane na ekran utworzony ze strumieni wody. Jakość kiepska, podobnie jak dźwięku, który dobywa się ze sprzętu dość pośledniej klasy.

I w tym miejscu zaczyna się robić znacznie przyjemniej. Streep i Brosnan nie mówią bowiem po czesku, a po angielsku, a warstwę muzyczną pokazu stanowią piosenki z filmu Mamma Mia, czyli przeboje Abby. Dobrze więc trafiliśmy, bo ilustracji muzycznych wodnych przedstawień  jest więcej,

Abby w takiej dawce miałem okazję posłuchać po raz pierwszy od wielu lat. Mój dawny sentyment do Szwedów nigdy nie wygasł, a w trakcie tej imprezy pomyślałem sobie o takim trójkącie: Beatles – Electric Light Orchestra – ABBA. Drudzy inspirowali się pierwszymi, Jeff Lynne zawsze przyznawał się do wielkiej fascynacji dokonaniami czwórki z Liverpoolu. ABBA zaś, choć najbardziej popowa – była jednak zespołem o wielkiej kulturze muzycznej, brzmieniowo bardzo od ELO, śmiem twierdzić, nieodległej. Zarówno wykonawczej, jak i kompozytorskiej i aranżacyjnej.

Choć po latach czuje się w tych nagraniach patenty z lat 70., nie sposób nie docenić bogactwa brzmieniowego i mnóstwa świetnych i pięknych pomysłów melodycznych i harmonicznych zawartych w kolejnych przebojach. To pop, który wypływa jeszcze wartkim strumieniem z głów utalentowanych ludzi, a nie bezdusznych komputerów pełnych plastikowych brzmień.

Pamiętam, jak w 1977 roku byłem rozczarowany, że w segmencie tzw. muzyki dyskotekowej Abbę detronizuje Boney M., typowy niemiecki produkt w landszaftowatym, cukierkowym opakowaniu.

ABBA się broni – różnorodnością i szlachetnością muzycznych rozwiązań, bezpretensjonalnym ciepłem dwóch damskich głosów, solidnym aparatem wykonawczym. Dla pierwszych roczników sześćdziesiątych (i chyba nie tylko) Szwedzi są wspomnieniem szkolnych zabaw i pierwszych prywatek. Są też chwalebnym wyjątkiem w dziejach festiwalu Eurowizji – ich triumf w 1974 roku, piosenką Waterloo, był początkiem autentycznej, wielkiej kariery.

Powtórzę za Markiem Niedźwieckim: kochajmy Abbę. Bo na to zasługuje.


Przy muzyce o piłce

Oj, przyjdzie nam pisać historię na nowo. Już we wtorek okaże się, że bitwę warszawską jednak przegraliśmy. W trzy, a może nawet w cztery d… W sobotę Czesi wyrównają z nami stare rachunki za zajęcie Zaolzia.
I w ten sposób, po długich przygotowaniach, ośmiu dniach nadziei, reprezentacja naszego pięknego kraju znajdzie się na z góry upatrzonych pozycjach w rankingu FIFA. Czyli na zadupiu.
Ale stadionów nie oddamy nikomu.

[more]

*

Teraz taki czas, że wszyscy znają się na piłce. Podobnie jak na polityce, medycynie i prawie. Więc oświadczam wszem i wobec, że ja się nie znam. O czym przekonamy się już w najbliższą sobotę.

 *

Dawno to było, oj, dawno – 17 października 1973 roku w Londynie. Transmisja z meczu Anglia – Polska przeciągnęła się jeszcze długo po końcowym gwizdku belgijskiego sędziego. Widzieliśmy, jak pustoszeją trybuny Wembley. W pewnym momencie kamera pokazała dwóch młodych, długowłosych Anglików, którzy wciąż siedzieli na swych miejscach, nie dowierzając temu, co się stało, i cienkimi głosami wołali żałośnie England, England!

Być może w czasie pierwszego koncertu, który odbędzie się na jednym z nowych stadionów po finałach ME – czyli we Wrocławiu podczas występu Queen – dojdzie do swego rodzaju rewanżu. Gdy na koniec May z kolegami zaśpiewa We are the Champions, ad hoc uformowany chórek polskich rewelersów będzie łamał harmonię rzewnym Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało…

Polska – Grecja, czyli Rain and Tears

Słuchanie muzyki dostarcza jednak o wiele zdrowszych emocji niż oglądanie meczów piłkarskich, zwłaszcza tych z udziałem polskich piłkarzy. Stary już jestem, wiele widziałem i przeżyłem, a ciągle się łudzę, że stanie się cud. A po ostatnim gwizdku pozostaje tylko modlitwa o cud niepamięci. Bardzo chciałbym się mylić, ale zdaje się, że jesteśmy – który to już raz? – po pierwszym akcie Sienkiewiczowskiej trylogii. W ostatnim usłyszymy znów: „Pułkowniku Wołodyjowski, Rzeczpospolita w potrzebie!…”. Co prawda poległa, ale, jak zawsze, z honorem. O tym, że poległa, dowie się cały świat, zaś o tym, że z honorem, będą wiedzieć tylko rodacy. Powtarzam, obym się mylił, ale coś czuję, że będzie jak zwykle.

[more]

*

Przed laty, w 1968 roku, greccy emigranci we Francji, m. in. Vangelis i Roussos, założyli zespół Aphrodite’s Child. Bodaj ich największym przebojem była rzewna piosenka Rain and Tears. Dziś rain w Warszawie mieliśmy przed meczem, a tears w drugiej połowie.

 *

Ze słuchaniem muzyki jest przyjemniej. Z domowego zestawu, w którym szczęśliwie niewiele jest chybionych zakupów, mogę wybrać coś, na co w danej chwili mam ochotę. Po raz piąty, pięćdziesiąty czy dwusetny. Meczu oglądać drugi raz zwykle nie mam zamiaru, a przy pierwszym – nie mam wyboru i nie wiem, co mnie czeka. Po meczu z udziałem naszych piłkarzy – zwykle nie jestem szczęsny.

 *

Od lat zastanawiam się nad pewną sprzecznością, którą noszę w sobie. Otóż nie lubię angielskiej piłki, w reprezentacyjnym wydaniu w szczególności. Jestem zdania, że nigdy nie powtórzą sukcesu, w dodatku osiągniętego przy wydatnej pomocy panów z gwizdkiem, z 1966 roku.

Uwielbiam natomiast angielską muzykę. Z wielkim oddaniem fana myślę o wielu wspaniałych zespołach, instrumentalistach i wokalistach. A sporo z nich to też przecież kibice piłkarscy.

I tak żyję, w tej dychotomii, od wielu, wielu już lat.

 *

Niewykorzystane sytuacje, wyborne pozycje niedostrzeżone przez partnerów z drużyny. Transfery, które nie doszły do skutku, a mogły dać nieoczekiwane, wspaniałe efekty. Choćby raz. Na jednej płycie.

Na początku lat 70. członkowie zespołu Yes złożyli propozycję Robertowi Frippowi, by ten stał się członkiem ich grupy. Było to, jeśli dobrze pamiętam, po nagraniu In the Wake Of Poseidon. Fripp odmówił w obawie, że nie będzie mógł realizować swych pomysłów. A muzycy Yes chcieli, do czego przyznali się później, by pokierował ich zespołem.

Muzyczny strach pomyśleć, ilu znakomitych płyt by nie było – zarówno King Crimson, jak i Yes. A jakie byłyby zamiast tych, które się ukazały?

I, na odmianę, transfer dokonany. Byli kumpel Emersona z The Nice, Brian Davison i Lee Jackson, w 1973 roku utworzyli wspólnie ze szwajcarskim multiinstrumentalistą Partickiem Morazem formację Refugee. Po nagraniu pierwszej, bardzo dobrej płyty Moraz odszedł do Yes, zajmując tam miejsce zwolnione przez Ricka Wakemana. Refugee przestali istnieć, a o Davisonie i Jacksonie słuch zaginął.

Z Trzepałką przez (muzyczny) świat

Z Maciejem Trzepałką spotkałem się na studiach. Coś tam, jakąś, hm, gazetkę usiłowałem wtedy – był rok 1982 – „wydawać”, tłukąc kilka albo kilkanaście egzemplarzy na maszynie do pisania. Takie to były czasy, o kserokopiarkach nikt wtedy jeszcze nie słyszał.
I któregoś dnia Maciek przyniósł swój rysunek.

[more]

Zdębiałem, bo wcześniej nie ujawniał się ze swoim talentem. Rysunek przedstawiał młodego poetę siedzącego przy biurku w trakcie mąk twórczych. Miał przed sobą kartkę papieru, inkaust w kałamarzu, a w nim zamoczone gęsie pióro. Wściekły z niemocy twórca trzymał za gardło Pegaza, który stał z drugiej strony biurka. Pegaz ledwie zipał, skrzydła miał klapnięte, oczy wychodziły mu na wierzch z braku powietrza.

Znakomita kreska, świetny koncept. Byliśmy, kilku chłopaków, niezwykle poruszeni pracą Maćka, jego bezspornym talentem. A ja także zdruzgotany, bo bez szans, by jego rysunek móc umieścić w pisemku.

Po latach ujrzeliśmy Trzepałkę w „Gazecie” – i bardzo się ucieszyliśmy, że wypłynął na szersze wody. Ale że w życiu nic nie jest na zawsze, więc i Jego współpraca z „GW” dobiegła końca.

Spotkaliśmy się całkiem niedawno, w marcu, wymieniliśmy adresami mejlowymi. Przegadali ze dwie godziny – chyba obaj (mam nadzieję) z radością konstatując, że niektórzy mimo upływu lat pozostali tacy sami. Kilkanaście dni temu dałem Maćkowi znać, że odpaliłem bloga, i poprosiłem o zastanowienie, czy nie zechciałby czegoś narysować. Pewności, że się zgodzi, nie miałem. Nie obraziłbym się, gdyby odmówił, bo powodów ku temu miałby wiele. Tymczasem odpisał, że tak, chętnie – i ostatnio przysłał mi swych prac tyle, że złapałem się za głowę. I za brzuch – ze śmiechu. Maćka pomysłem jest też hasło Ilustrowany blog muzyczny, które bardzo nam się z żoną – sprawującą opiekę techniczną nad moją pisaniną – spodobało, bo od współczesnego „Studia fryzur” wolimy emerytowanego „Fryzjera”.

Ruszamy więc w pewien sposób na nowo. Mam nadzieję, że w dalszym ciągu w miarę interesująco. A z kreską Maćka – z pewnością weselej. Dzięki, stary!

Państwa zaś zapraszam do lektury kolejnych wpisów.

The Doors: The Doors (1967)

Wreszcie posiadana na płycie CD – zremasterowanej, z trzema bonusami. Pierwsze odpalenie jeszcze w samochodzie. Nie wiem, ile lat minęło od ostatniego włożenia kasety z tymi nagraniami do wieży, bardzo wiele. Ale dla takich doznań muzycznych pewnie warto sobie takie (mimowolne) przerwy zrobić.
To było coś zupełnie porażającego.

[more]

Magiczny 1967 rok, pierwszy spośród tych, które przyniosły wiele rockowych arcydzieł. Pierwsza płyta Doorsów bez wątpienia  do nich się zalicza. Siła rażenia jest ciągle olbrzymia, aż trudno uwierzyć, że wtedy można było tak grać. To przecież już ponad czterdzieści lat, dostatecznie długo, by oddzielić ziarna od plew. By mieć pewność, że Morrison, Manzarek, Krieger i Densmore mają swoje miejsce w historii muzyki. Ten krążek to jeden z kamieni milowych w historii rocka.

Właśnie w tamtym czasie zaczyna do ludzkości docierać, że coraz bardziej długowłosi grajkowie to nie tylko muzykanci podłączeni do prądu, że w rock’n’rollu chodzi nie tylko o hałas dotychczas niespotykany. Pojawiają się artyści – znakomici instrumentaliści, genialni kompozytorzy, wybitni wokaliści, którzy nie chcą już tylko śpiewać o tym, że on ją kocha, a ona go nie (lub odwrotnie). Rock, po kilkunastu latach, osiąga dojrzałość i szczyt artystycznych możliwości. Dzieje się to za sprawą pierwszego pokolenia, które żyje bez wojen (jeśli nie liczyć Amerykanów w Korei), ludzi urodzonych w większości już w latach czterdziestych. Dzieje się to za sprawą Amerykanów, którzy chcą bawić się, grać muzykę, uprawiać seks, którzy chcą żyć, a nie ginąć za dziwne sprawy dziwnych ludzi, gdzieś daleko – w Wietnamie.  Młodzi Brytyjczycy natomiast zachłystują się muzyką czarnej Ameryki – bluesem – czerpiąc z niej inspirację, przetwarzając i budując na jej podstawie coś o zupełnie nowej jakości, coś po prostu wspaniałego.

Debiut The Doors: granie na wskroś nowoczesne, świetnie zaaranżowane, z genialnymi kawałkami kończącymi strony analogowego wydawnictwa – Light My Fire i The End. Był dopiero 1967 rok – rozmach czasowy i aranżacyjny tych utworów, brawurowe, wirtuozowskie solówki Manzarka i Kriegera – to coś absolutnie pionierskiego. W tym zestawie jedyny znak tamtych czasów – I Looked At You  – brzmi po prostu wzruszająco. Doors popchnęli muzykę rockową tak niewiarygodnie mocno do przodu. Z piosenek stworzyli poważne utwory muzyczne, grając we trzech (Morrison przecież śpiewał) zabrnęli w rejony właściwie dziewicze – choć nie sposób oczywiście zapomnieć o np. Jefferson Airplane. Z rock’n’rollowego grania uczynili sztukę przez duże „S”. Osiągnęli to w sensie czysto muzycznym, nie szokującym nowatorstwem brzmieniowym (jeśli nie liczyć klawiszowego basu), nie eskalacją decybeli czy tempem grania – nie, pozostali jakby w strukturze piosenki: zwrotka – refren – zwrotka, ale „zakręcili” te utwory nieprawdopodobnie: sajkedelik w czystej postaci. (Parę lat później pojawia się podobna grupa, choć w odróżnieniu od Doors daleka od rockowego mainstreamu – Steely Dan. Tu odkrywcze było pójście w stronę jazzu, ale przecież jednak wciąż należy mówić o piosenkach). Manzarek chyba czuł, co się święci, gdy w 1965 roku Jim M. wyśpiewał mu a capella, siedząc w kucki na plaży, Moonlight Drive. „To najlepszy pieprzony utwór, jaki słyszałem w życiu!” – miał powiedzieć. Nie jest więc dziełem przypadku fakt, iż wśród bonusów do tego krążka pojawiają się aż dwie wersje wspomnianego kawałka, który przecież zespół umieścił dopiero na drugim swoim albumie.

Wielka szkoda, że Morrison wpisał się do klubu „27”. L.A. Woman (1971) był znów znakomitym albumem, zespół muzycznie złapał drugi oddech. Dużo jeszcze dobrego mogło się wydarzyć. Ale z drugiej strony – czy można sobie wymyślić genialniejszą codę niż Riders On The Storm ?

jesień 2011


U.K., Klub „Studio” Kraków, 30 maja

U.K. – ostatnia legenda wielkiego rocka progresywnego, czyli tego z lat 70. Informacja o koncercie zupełnie niespodziewana, nieoczekiwana. Jak odpuścić sobie takie granie w nieodległym od Katowic Krakowie, skoro na scenie znów, po latach, mają stanąć obok siebie John Wetton i Eddie Jobson?

[more]

Zaledwie trzy płyty, w tym dwie studyjne, ale zespół utworzony przez byłych członków King Crimson znacząco zapisał się w historii muzyki rockowej. Jak to  wszystko zabrzmi po latach, w jakiej formie będą dwaj niemłodzi już liderzy?

Problemy techniczne sprawiły, że występ rozpoczął się dopiero o 20.40, czterdzieści minut po planowanym czasie. I niemal natychmiast irytacja związana z przedłużającym się oczekiwaniem minęła. Pierwsze dźwięki Alaski porwały widownię, a gdy muzycy płynnie przeszli do In the Dead of Night i kolejnych części trylogii otwierającej pierwszy album – wehikuł czasu przeniósł nas w lata siedemdziesiąte. Potężne brawa, owacja na stojąco  – dla takich chwil warto żyć, tak spełniają się muzyczne marzenia.

Pozostajemy przy pierwszym krążku – Thirty Years. Do świetnej od początku gry całej czwórki coraz pełniej dołącza głos Wettona, mimo upływu lat brzmiący wciąż mocno i nie do pomylenia z żadnym innym. A potem – potem rozbrzmiały pierwsze dźwięki jednego z najpiękniejszych rockowych utworów wszechczasów: Starless. Wspaniale zabrzmiał zarówno powłóczysty początek, jak i rozimprowizowany, szalony finał. Rewelacja!

Kiedy w następnej kolejności zagrali Carrying No Cross, mój najukochańszy, monumentalny kawałek U.K., byłem już tego wieczoru spełniony. A przecież muzyczna uczta trwała dalej. Na scenie został sam Jobson, najpierw przy klawiszach, grając fragmenty solowej Theme of Secrects, a potem wziął do rąk podświetlane skrzypce. Widzieliśmy skrzypce, a słyszeliśmy solo Hendriksa. Zmiana i na scenie staje Wetton z gitarą akustyczną, by zagrać jeszcze jeden klasyk King Crimson, Book of Saturday.

Powracamy do repertuaru United Kingom, by pod koniec koncertu usłyszeć jeszcze m. in. Danger Money i Nevermore.

Po półtorej godziny kwartet schodzi ze sceny, ale nie na długo. Doskonale zorientowana w twórczości zespołu publika – w większości faceci po pięćdziesiątce – wie, na co czeka. Na pierwszy bis znakomity, rokendrolowy Caesar’s Palace Blues z popisową partią skrzypiec. Palce lizać. I kiedy wszyscy czekają na randkę – niespodzianka: jeszcze jeden „długas”, The Only Thing She Needs. Na koniec na scenie zostają tylko Wetton i Jobson. Wjeżdża dodatkowa klawiatura i wiadomo, że usłyszymy wyklaskaną i wyskandowaną Rendezvous 6.02. W kameralnej wersji, tylko na głos i klawisze.

Jeszcze jedno, ostatnie już standing ovation – długie, długie, w pełni zasłużone brawa – i ruszamy do wyjścia. Było naprawdę pięknie. Żadnych dróg na skróty: pełne, bogate, oryginalne wersje utworów odegrane z maestrią, młodzieńczą energią i świeżością. Stara muzyka trzyma się mocno, ale też jest to stara muzyka w swych najpiękniejszych przejawach. Starszym panom dwóm też niczego nie brakuje – głos Wettona ciągle mocny, a umiejętności instrumentalnych wciąż można tylko pozazdrościć. Warto w tym miejscu dodać, że młoda siła – Alex Machacek na gitarze i Gary Husband na bębnach – świetnie wkomponowała się w całość.

U.K. znowu grają, to był ich ostatni koncert na europejskiej trasie. Nie są to już wielkie hale, a zaledwie kluby na kilkaset miejsc. Ale muzyka nadal najwyższej próby.