Na śniadanie, obiad i kolację – Dżem

Dżem. Rodzaj słabości. Powrót do arkadii. Miałem niespełna trzy miesiące, gdy 20 października 1962 roku, w urodziny jednego z moich braci, przeprowadzaliśmy się do Tychów. Spędziłem w tym mieście prawie piętnaście lat, tych pierwszych, w pewien sposób – najważniejszych.

[more]

Jakieś mgliste wspomnienia: tuż obok szeregowców, gdzie mieszkaliśmy, miał swoją siedzibę Górniczy Klub Technika. W soboty wieczorem nieźle tam czasem dawali „po garach”. Nigdy nie byłem w środku, byłem za młody, ale w tym miejscu chyba też grywali ludzie, którzy później utworzyli ten zespół.

Rok 1981. Ukazuje się pierwszy singiel. Strasznie grafomańskie teksty (albo coś w tym rodzaju), powiedział jeden z braci po tym, jak zaprezentowałem mu świeżo nabytą płytkę. Bardzo stylowy wokalista (albo coś podobnego), powiedział drugi, gdy puściłem mu te dwa nagrania. Obaj mieli rację. Ja sam byłem nieco zawiedziony regałowym obliczem zespołu, ale cieszyłem się, że jest – płyta zespołu z „moich” Tychów.

W 1985 roku ukazał się pierwszy duży krążek. I znów niedosyt. Najlepsi w Polsce nagrywali już pod okiem panów Przybylskiego i Regulskiego – pierwszych facetów, którzy między Bugiem a Odrą mieli pojęcie, jak nagrywa się kapele rokendrolowe. Po nich zresztą szybko pojawili się następni. A tymczasem Dżem nagrał płytę pod okiem starych polskonagraniowych repów – i to, niestety, było słychać. Nagraniom brakowało dynamiki, szerokiego pasma – tonów wysokich i niskich. Brzmienie grupy było z poprzedniej epoki: płaskie. Ale – była płyta! Kto żył w tamtych czasach, słuchał rocka, ten wie, o czym mówię. Płyty nie czekały na swych nabywców, trzeba je było zdobywać, polować na nie.

Ten LP był wyraźnym sygnałem, że Dżem jest zespołem koncertowym, przy której to opinii wielu trwa do dziś, że płyty za dobrze im nie wychodzą. Po pierwsze: fakt, że świetnie wypada się na koncertach, może tylko dobrze świadczyć o umiejętnościach członków grupy. A to, że pierwsza płyta Dżemu, dodajmy – w wersji analogowej – brzmi blado, jest robotą realizatorów nagrań. (Gdy po latach kupiłem ten krążek na CD, z radością skonstatowałem, że poszczególne ślady zmiksowano powtórnie, co bardzo poprawiło końcowy efekt).

Nie pamiętam, kiedy ujrzałem zespół na żywo po raz pierwszy, ale było to jeszcze grubo przed wydaniem pierwszej dużej płyty. Przypominam sobie, jak zaczynali ogrywać dopiero Cegłę, która przecież otwiera krążek. Grali dobrze, ale moja głowa wychowana na SBB, urzeczona płytami tria nagrywanymi przez C. Plancka w RFN i samego Skrzeka w Opolu, na pierwszym Krzaku (fantastyczny koncert w Teatrze Młodego Widza w Katowicach, jeszcze z Błędowskim, a już z Lakisem), nie była skłonna tak bezkrytycznie zachwycić się tyszanami.

Aż wreszcie zdarzyło mi się być – razem z moją przyszłą żoną – na pierwszej Rawie Blues organizowanej w Spodku. Byli wszyscy liczący się w polskim bluesie, a pod koniec – Jakubowicz, Dżem, Nalepa i Dudek. Porywające. Dżem w tym czasie przeistaczał się z zespołu dobrych, bardzo dobrych rzemieślników w artystów. Doprowadzili pełną widownię do takiego wrzenia, że ani tato Tadzio (choć bardzo dobry), ani Dudek (choć w swej szczytowej formie, z okresu No. 1) nie dali rady utrzymać tej temperatury. Stało się wtedy jasne, kto po bluesowo-rockowej stronie polskiej sceny rozdaje karty. Nastawała era Dżemu, który zaczynał swe niepodzielne królowanie.

*

W kolejnych latach Rawę kończył Dżem. Było to oczywiste, wszyscy na nich czekali. Pamiętam kuriozalny bodaj 1990 rok. Z niezrozumiałych powodów organizatorzy festiwalu ustalili z dyrekcją Spodka, że impreza musi się skończyć o 21.00. A Dżem wyszedł na scenę o 20.40… Zagrali cztery kawałki z przygotowywanego do wydania Detoksu – i rzeczywiście zeszli ze sceny. Uczucie niedosytu było ogromne. Jak to, jak tak można?! Ale miłość do kapeli po takim krótkim secie była jeszcze większa. Byli po prostu rewelacyjni, absolutnie pewni tego, co i jak robią.

W dorobku zespołu jest przecież sporo kawałków takich sobie, ledwie średnich. Takich, jak Mała aleja róż, które w oryginalnej, studyjnej wersji brzmią wręcz koszmarnie. A jednak na żywo ci faceci robią z takiego przeciętnego numeru absolutną perłę, wyciskając z niego to, czego tam pierwotnie właściwie nie było. Niesamowite. To umiejętność przynależna tylko największym.

Jan Chojnacki, który wielokrotnie zapowiadał występy grupy, powiedział kiedyś, że to jedyny taki ansambl w Europie. Nie mam takiej wiedzy muzycznej jak on, ale jestem pewien, że gdyby Dżemianie urodzili się w Kalifornii, byliby dziś większą gwiazdą niż Lynyrd Skynyrd. Byliby sławni i kochani przez ludzi na całym świecie. Ale… byliby wtedy kapelą amerykańską, która być może (tak jak LS) nigdy nie odwiedziłaby Polski. A tak – mamy ich tu blisko i możemy smakować po łyżeczce lub całymi słoikami. A że to się nie nudzi, świadczą pełne widownie w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu na koncercie poświęconym pamięci Pawła Bergera i w Spodku na trzydziestolecie grupy. W obu przypadkach ponad cztery godziny grania. Zastanawiam się, ilu jest polskich wykonawców, których chciałbym słuchać równie długo. Do głowy przychodzi mi tylko Hey – ten gitarowy, niezmiękczony klawiszami. I chyba tyle.

Polanie

Myślę, że z Polanami – w polskim wymiarze – jest jak z Chuckiem Berrym. Nie byli pierwsi, wzięli się przecież z Niebiesko- i Czerwono-Czarnych (a przed nimi był jeszcze Rythm and Blues z Bogusławem Wyrobkiem), ale od nich zaczyna się między Bugiem a Odrą granie dorównujące ówczesnym anglosaskim dokonaniom.

[more]

Początki były niełatwe, nagrania radiowe, choć słychać już w nich niezłe możliwości muzyków, w gruncie rzeczy brzmią archaicznie – od strony kompozycji i realizacji nagrań bardzo jeszcze nieporadnie. Rozwój następował jednak błyskawicznie. Trasa z The Animals po Polsce, koncerty w klubach Danii i, przede wszystkim, NRF, gdzie wygrali w 1966 roku festiwal (w Hamburgu). Po nim przez pół roku występowali  co wieczór w różnych klubach, grając najlepszy wtedy repertuar z okolic bluesa, rocka i czarnej muzyki. Możliwości warsztatowe poszybowały wysoko w górę, kwintet zarobił też na wspaniały w polskich warunkach sprzęt.

Gdy wrócili do kraju, nagrali LP. Siedem kawałków na pierwszej stronie po polsku i pięć coverów po angielsku na drugiej. I wszyscy dotychczasowi ich prześmiewcy zostali z otwartymi ustami. Był już co prawda Niemen, ale on przecież nawiązywał bardziej do czarnych, Charlesa, Browna i, przede wszystkim, Reddinga, jednak właśnie oni tak dosypali do pieca, że aż trudno było uwierzyć, iż to grają Polacy. Granicząca z wirtuozerią sprawność wszystkich pięciu członków zespołu (braci Bernolaków, Wandera, Nebeskiego i Puławskiego), całkiem niezły wokal tego ostatniego, jego gitarowe solo w znakomitym Nieprawda, nie wierzę do dziś robi olbrzymie wrażenie. Pełne zawodowstwo.

Potem ukazała się jeszcze mała płyta, tzw. trójka, z dwoma utworami z repertuaru The Artwoods (zespół Arta Wooda, w którym na klawiszach grał Jon Lord) i Georgią Raya Charlesa. Była w prostej linii kontynuacją drugiej strony longa, nie pozostawiając wątpliwości co do umiejętności muzyków. I…

Coś się stało. Jeszcze do zespołu dołączył Wojciech Gąssowski (wokal), co było dziwne, zważywszy że dalej przecież pozostawał w składzie Piotr Puławski, ale niebawem wszystko się rozleciało. Nebeski  powołał do życia grupę O, która przekształciła się w ABC, a reszta zniknęła ze sceny. Wander prowadził przez wiele lat klub muzyczny w USA, w którym dla polonusów grały kolejne pokolenia rockmenów polskich. To był pierwszy taki przypadek w Polsce, że świetni muzycy tak nagle i bezpowrotnie zamilkli. Wielka, wielka szkoda.

Polanie byli ze mną zawsze. Miałem sześć lat, gdy ich płyta pojawiła się w domu. Ja rosłem, a te nuty ciągle głębiej wchodziły mi do głowy. W połowie lat 80. Polskie Nagrania wydawały serię reedycji płytowych, krążków z lat 60. i początku 70., łącznie dwadzieścia pięć płyt, i znalazło się w niej oczywiście miejsce na Polan. Kupiłem więc ustereofonicznioną wersję, a przede wszystkim – nowy egzemplarz płyty. I dalej jej słuchałem z niesłabnącą przyjemnością. A parę lat temu przyszła wreszcie kolej na CD. Jedyny krążek, do którego miałem dostęp przez całe życie. Jeden z tych, do których ciągle chcę mieć dostęp, do których wciąż wracam.

Nie wiem, nie rozumiem, dlaczego nagrania Polan nie pojawiają się od czasu do czasu na antenie Trójki, choć w pełni na to zasługują. Ale już się temu nie dziwię, z biegiem lat mam świadomość, że dotyczy to nie tylko tej grupy. W swej zarozumiałości będę się jednak upierał, że to ja mam rację, że Polanie wielkim zespołem byli. Że Tadeusz Nalepa mocno zerkał na początku istnienia Breakoutów w ich stronę. Że to od nich zaczęło się w Polsce porządne gitar łojenie, zaczął bezkompromisowy, nowoczesny  rock’n’roll. Że.

Szkoda, że zostało po nich tak niewiele, a w tej niewielkości jeszcze mniej materiału oryginalnego. Ale dobrze, że zostały te nagrania. Artyści przechodzili do historii za sprawą jednej książki, jednego obrazu, jednej płyty. Tak właśnie jest – z zachowaniem proporcji, w skali polskiego rocka – z Polanami.

Film Festival, Wiener Rathausplatz 2012 (Adele, Live At Royal Albert Hall), 27 sierpnia

Wybrać się do Wiednia, by obejrzeć fragmenty występu Adele w Royal Albert Hall, dostępnego od blisko roku na DVD, byłoby grubą przesadą. Co innego podczas parodniowego pobytu w stolicy Austrii znaleźć się pod przepięknym ratuszem, przed którym postawiono potężny ekran, kolumny głośnikowe, kilka tysięcy krzeseł oraz dwie całkiem pokaźne przenośne trybuny. Gospodarze miasta zrobili to po to, by przez dwa wakacyjne miesiące dzień w dzień prezentować wszystkim chętnym wybrane fragmenty występów na żywo gwiazd muzyki poważnej i rozrywkowej. Wstęp wolny.

[more]

Przed ratuszem, a za widownią, rozciąga się park, w którym zainstalowano kilkadziesiąt knajpek, gdzie można coś zjeść – na słodko lub słono – oraz napić się kawy lub herbaty, wina albo piwa. I tu ciekawostka: nawet jeśli prezydent Katowic dałby się namówić do zorganizowania podobnej imprezy w stolicy Śląska, sytuując ekran przed oknami swego gabinetu, widownię na rozkopanym rynku, a małą gastronomię w okolicach remontowanego dworca PKP, to trudno sobie wyobrazić, by restauratorzy byli skłonni serwować wino w szklanych kieliszkach, piwo w szklankach, jedzenie na ładnych prostokątnych talerzykach, każdemu wręczając do tego porządne metalowe sztućce. Z przykrością muszę stwierdzić, że mielibyśmy chyba parę trupów i wielu rannych od pchnięć takimi nożami, wielu skaleczonych na rozbitym szkle. A przede wszystkim – na drugi albo najpóźniej na trzeci dzień nie byłoby czym i z czego jeść i pić. Ale to tak na marginesie.

Adele to jakieś zupełne obrzeża moich zainteresowań muzycznych. Tak naprawdę, przyznaję, miałem okazję zapoznać się z jej nagraniami w nieco bardziej zwartej dawce dopiero kilka miesięcy temu.

Piękna jak Angielka, starzejąca się dziewczyna tuż po dwudziestce, której fryzjerem jest Belzebub, a stylistą chyba sam Lucyfer, głos otrzymała bez wątpienia od Pana Boga. Barwę i moc ma taką, że chyba byłaby w stanie zaśpiewać absolutnie wszystko. Bez najmniejszego wysiłku bierze góry i doły, falsety i falseciki wplata w swój śpiew jakby od niechcenia. Talent nieprawdopodobny.

Co jednak jest chyba równie istotne w tym zjawisku, to fakt, iż Adele potrafi także komponować, a to już na rynku pop music czyni ją kimś wyjątkowym. No właśnie: jest dziś pop i pop. Jeden spreparowany w studiach nagraniowych, z brzmieniami wydobytymi z komputerów, z bezdusznie wwiercającym się w głowę rytmem umc-umc. I drugi, sięgający do kilkusetletniej tradycji muzyki, w której najważniejsza jest melodia. A ta z kolei czerpie z najlepszych dokonań ostatniego półwiecza co najmniej, gdy chodzi o R&B, bluesa, a nawet jazz i rocka. Bo obok szlachetnego głosu mamy też staranne, rozpisane na instrumenty obsługiwane przez ludzi aranżacje.

Pop starzeje się najszybciej, w nim najszybciej i najłatwiej wyczuwalne są technologiczne nowinki. Adele jednak ma szansę wejść do historii muzyki rozrywkowej, a może nawet już to zrobiła – właśnie dzięki ludzkiemu wymiarowi swych dokonań i wpisaniu się w najlepsze z możliwych tradycje piosenki.

Pełna, pełniuteńka Royal Albert Hall robi piorunujące wrażenie, wielotysięczny chór odśpiewujący refreny wraz z gwiazdą wieczoru to imponujący widok. Co musiałoby się stać, byśmy my, polscy Słowianie byli w stanie choć w połowie tak pięknie  odśpiewać na przykład hymn narodowy przed meczem futbolistów? Nie wierzę, że chodzi tu o to, by tych jedenastu wreszcie zaczęło grać, raczej chyba sens w tym, by stwórca zechciał zamieszać trochę w genach.

A pod wiedeńskim ratuszem wczoraj też było pełno, podejrzewam, że jakieś  pięć tysięcy ludzi. Wszelkich nacji, bo Wiedeń to dziś wielonarodowościowa mozaika. Nikt się nie upił, nikogo nie widziałem w stanie „po spożyciu”. Nie widziałem też kawałków rozbitego szkła na chodnikach.

Z dziewięćdziesięciominutowego, znakomitego koncertu Adele zaprezentowano trochę ponad połowę. Po krótkiej przerwie zaczęła się emisja występu Katie Melua. O wiele ładniejszej od Adele, ale z głosem skromniutkim, a i repertuarem też nie najwyższych lotów. To jak po szklance Stiegla wziąć parę łyków kiepskiego piwa z, dajmy na to, Penny Markt.

Więc darowaliśmy sobie z żoną takie wrażenia i ruszyliśmy w stronę stacji metra. Po dwóch przesiadkach – z jednej linii metra do drugiej, a następnie do tramwaju – po dwudziestu pięciu minutach znaleźliśmy się w wynajętym w zupełnie innej dzielnicy Wiednia maleńkim mieszkaniu. Ale komunikacja w stolicy Austrii to temat do rozważań w zupełnie innym miejscu niż ten blog.


Gienek Loska Band, Bielsko-Biała, 18 sierpnia

Gienek Loska wygrał program X Factor w 2011 roku. Wygrał tyleż zasłużenie, co niespodziewanie. Jest bowiem białoruskim naturszczykiem odpornym na wszelkie wpływy programowo-medialne, facetem, który za cholerę nie da się przerobić ani jeśli chodzi o gusta muzyczne, ani o swoją hipisowską proweniencję.

[more]

Nagrodą na wygranie Factora było przede wszystkim nagranie płyty. Już w tym momencie można było być pełnym obaw. Bo od lat polskie stacje telewizyjne serwują nam podobne programy, kreując gwiazdy świecące pełnym blaskiem, tyle że do ostatniego odcinka tego czy innego wyścigu. A muzyka to nie wyścig, a już na pewno nie bieg na sto metrów. To raczej dystans wielokilometrowy, wielosezonowy. Pod jednym wszakże warunkiem – że ma się światu do zaoferowania nie tylko głos dany od Boga, ale i talent, który pozwoli przekroczyć próg dla większości nieprzekraczalny – czyli najlepiej nawet zaśpiewanych, ale tylko coverów.

Gdzież są dziś ci, którzy zwyciężali w pierwszych Idolach? Ala Janosz usilnie walczy o możliwość, de facto, „powtórnego” debiutu. Szymon Wydra bije się z reaktywowaną Irą o mistrzostwo Radomia i okolic, obdarzona fenomenalnym rockowym głosem Ewelina Flinta po popelinowych dokonaniach przepadła bez wieści. Inaczej rzecz ma się z Anią Dąbrowską czy Moniką Brodką, które – po prostu – mają coś od siebie do zaproponowania i próbują ostać się dłużej na wątłym polskim rynku muzycznym. Moje rockowe serce rosło, słysząc głos Gienka Loski. Skojarzenia, jeśli mówimy o polskich wokalistach, są jednoznaczne. Zwłaszcza że chodził w Grodnie do tego samego liceum, co parę dekad wcześniej Czesław Wydrzycki, czyli Niemen. Drugi trop – to Ryszard Riedel.

Płyta mnie rozczarowała. Sam wokalista użył wczoraj określenia „Już nie Karpiel Bułecka, jeszcze nie Dżem” – i jest w tym sporo prawdy. Klimaty muzyczne są równie ewidentne jak tropy wokalne. Jesteśmy na przełomie lat 60. i 70. Jeśli w Factorze Loska śpiewał kawałki soulowe i rhytmandbluesowe, to teraz jesteśmy już na miedzy dzielącej bluesa i rocka. Lynard Skynard (wielokrotne pogwizdywanie à la Ronnie van Zant), wczesny Cocker i tym podobne. W rodzimym wydaniu – oczywiście Dżem i Cree. No właśnie, początki Cree zdawały się sygnalizować, że Dżemowi rośnie wielka konkurencja, ale później nie było już tak dobrze. Debiutowi płytowemu zespołu Gienka dość daleko do poziomu pierwszej płyty Cree. Dlaczego? W zasadzie trudno przyczepić się do materiału, bo to solidne, mainstreamowe kawałki sprzed lat. Rzecz w ich wykonaniu.

I dokładnie te same odczucia miałem podczas koncertu. To, gdy chodzi o czterech instrumentalistów, rzemieślnicy, całkiem nieźli i mający szansę stać się artystami, ale póki co rzemieślnicy. Słowa najbardziej krytyczne kieruję pod adresem najważniejszego obok Loski na scenie – Andrzeja „Makara” Makarewicza, gitarzysty, całkiem zresztą przyzwoitego, ale… Zbyt on, na moje ucho, metalowy albo co najmniej hardrockowy, za mało bluesowy. Jeszcze te palce nie dość finezyjnie przemieszczają się po gryfie, za ostro, za płasko, za szybko. Jeszcze trzeba się wsłuchać w Jerzego Styczyńskiego, podpatrzeć, jak on to robi. I może być naprawdę całkiem nieźle, wręcz bardzo dobrze. Oby! Życzę tego liderowi i zespołowi z całego serca.

Bo wydaje się, że pomysłów nie zabraknie – wczoraj zagrali dwa nowe kawałki. Ochoty do gry było aż nadto. Dość przypadkowa, jak to zwykle na darmowych koncertach bywa, publiczność umiarkowanie głośno domagała się bisów. Tymczasem, po półtoragodzinnym secie złożonym głównie z materiału z debiutanckiej płyty oraz coverów utworów Niemena (Płonąca stodoła, Jednego serca i Ciuciubabka), zespół nie dał się długo prosić i wyszedł na scenę, by zagrać jeszcze zeppelinowskie Thank You, a gdy już zrobiło się prawie pusto – dla najbardziej wytrwałych rozbrzmiały takty Whole Lotta Love z brawurowo weń wplecionym Break On Through (To The Other Side) Doorsów. W sumie godzina pięćdziesiąt – imponujący rezultat jak na tego typu występy.

Losce i jego kolegom bardzo się chce. Widać, że kochają to, co robią. Niezmanierowani, kipiący energią, świeżością – czują, że to jest ich pięć minut, że tej szansy nie wolno zmarnować. By przekuć na przykład wczorajszą ciepłą reakcję widowni na sprzedaż biletowanych już koncertów – gdzieś w przyszłości – oraz na kolejne płyty, które chcieliby nagrywać i znaleźć na nie nabywców. I niech tak się stanie. Bo słuchanie Gienkowego wokalu przenosi mnie w najukochańsze klimaty muzyczne. Bo to głos, stwierdzam bez zbędnego patosu, z tych absolutnie największych. I źle by się stało, gdyby został zmarnowany. Przez samego Loskę, przez nas, przez kulejący rynek. Przez parszywe okoliczności.

19 sierpnia


Oberek nadwiślański

Dużo ostatnio dni polskich w Trójce. Grają tej rodzimej muzyki w jeden dzień tyle, co kiedyś w miesiąc bez mała. I dobrze, bardzo dobrze.

[more]

Bo ducha należy wzmocnić – po łomocie w Euro, po kolejnej już olimpiadzie, kiedy ponadtrzydziestomilionowemu narodowi, a wręcz państwu niemałemu, w barwach którego występowali nawet przedstawiciele nacji skośnookiej, nie dane było wyjść z dychy, jeśli chodzi o ilość zdobytych medali, po debiucie Fornalików biało-czerwonych i niebieskich, po lechickich, a i legionowych olśnieniach futbolowych. Udowodnić, iż Polacy nie gęsi i swoją muzykę mają. Trudno co prawda przypuszczać, byśmy pokazywali ją, do słuchania podawali wszem narodom postronnym, albowiem ci eine kleine nacht, a nawet hudbę własną mają i trudno przypuszczać, by poza dziwakami jakimiś, Witami Stwoszami, Celtesami czy Johnami Porterami, nad naszą od mazurków i oberków pochylać się mieli zamiar.

A przecież my, najpierwsi wśród Słowian, krew gorącą mamy. Do smaku doprawioną gorzałką i rokendrolem zza wielkiej wody albo kanału La Manche co najmniej. Dla nas trzy gitary i perkusja to bułka z masłem. Pardon, z dżemem. Z Dżemem.

Dżemu dziś usłyszałem dwa kawałki (Czerwony jak cegła i Partyzant), a w ostatnich dniach całe cztery, co jest liczbą iście zawrotną. W tej ciężkostrawnej zalewie nowo powstałych dzieł w sporej mierze nikomu niepotrzebnych, anglosaskich i domowych, wśród powrotów do nazwisk i nazw boleśnie powtarzalnych – miło jest czasem usłyszeć coś mniej oczywistego, niezasłużenie przykurzonego.

Miło jest też poczuć połechtaną miłość własną, a więc usłyszeć znienacka to, co od lat szumi w głowie, co obecne jest na domowych półkach z płytami, co kojarzy się z dawnymi, coraz dawniejszymi niestety latami. Gdy jeszcze brałem grzebień do ręki, by włosy jak myśli nieposłuszne choć na parę godzin ułożyć, grzywkę na bok przerzucić, coby kosmyki niesforne obrazu świata nie zaciemniały, w pomroczność jasną nastoletnią albo nieco późniejszą nie wpędzały.

Bułka z Dżemem. Ale może też być set z pasztetową. Krupniok z ogórkiem w chórkach. Unplugged solidny salcesonu. A niechby i, pal diabli, ogonówki cover. Byle tylko nie – błagam! – garmażeryjne popmielone. I parówkowa dansingowa kiełbasą zwana, koniunkturą przegrzana wielokrotnie – precz z odtwarzacza, won od bębenków moich, zauszników najzaufańszych!

16 sierpnia


 

Placebo, Coke Live Music Festival, Kraków, 12 sierpnia

Długo nie umiałem przekonać się do Placebo, mimo iż Paweł Kostrzewa w swoich Trójkowych programach w końcu lat 90. nie ustawał w wysiłkach. Oświeciło mnie, dopiero gdy w odtwarzaczu moich synów regularnie zaczęły lądować płyty zespołu. Cóż, jeszcze jeden dowód na to, że czasem trzeba kilku podejść.
Jeśli występ Petera Gabriela pozostanie dla mnie na długo koncertem symfonicznym nr 1, jeśli Joe Bonamassa dał znakomity set akustyczny, to największą muzyczną, w pełni elektryczną radość bieżącego roku dane mi było przeżyć w nocy z niedzieli na poniedziałek.

[more]

Żeby nie narażać ani kręgosłupa, zwłaszcza jego części lędźwiowej, ani uszu nadmiarem dźwięków jednego dnia – wraz z większą częścią swojej rodziny stawiłem się pod krakowską sceną tylko w tym jednym jedynym celu.

Koncert zaczął się punktualnie o 23.00, wieńcząc dwudniową imprezę. Był krótki, bo z czterema bisami trwał osiemdziesiąt pięć minut, co w warunkach dużego festiwalu jest, jak sądzę, absolutnie dopuszczalne. Spełnił natomiast moje artystyczne oczekiwania, co uważam za najcenniejsze.

Jest parę kapel w historii muzyki, o których mówię, że cały czas grają jeden utwór. Proszę to jednak wziąć w wielki cudzysłów, bo już wymieniam tych, których mam na myśli: Jethro Tull, Rush i Placebo właśnie. Z pozoru dość trudno odróżnić poszczególne numery, z których wiele rozwija się w podobnym tempie, w podobnych schematach konstrukcyjnych. A jednak jest w tym kawał muzyki.

Słuchając kolejnych utworów, zastanawiałem się, w czym tkwi siła Placebo. I, przynajmniej na własny użytek, udało mi się, mam nadzieję, uchwycić jej źródło.

Rock’n’roll. Te utwory są proste do bólu: gitarowe intro, gdzieś między piętnastą a trzydziestą sekundą wchodzi wokal, ściana gitar – i tak do samego końca. Co w tym szczególnego? Po pierwsze – piosenki, bo to piosenki przecież, o wielkiej urody melodiach. Po drugie – wyśpiewywane (a nie wykrzykiwane) przez faceta o charyzmatycznym głosie, natychmiast rozpoznawalnym i nie do pomylenia z nikim. Po trzecie –  tej prostocie trudno postawić zarzut niedostatków warsztatowych.

Dziś sporo jest takiego grania, gdzie wokalista wchodzi w piątej sekundzie i kończy w ostatniej. Nie dając pograć instrumentalistom, którzy – najwyraźniej – tego nie potrzebują, bo nie potrafią – już, jeszcze albo w ogóle. Przykłady? Genesis z Collinsem po 1981 roku, a z nowych zespołów cenionych przez wielu, a mnie nieprzekonujących – The National czy Arcade Fire.

Z Placebo jest inaczej, trochę może jak z U2. Trudno mówić o szczególnej wybitności w używaniu strun gitary, może raczej  o porządnym rzemiośle i inżynierii dźwięku w najlepszym tego słowa znaczeniu. The Edge nie jest przecież wielkim gitarzystą, a jednak wypracował własny, łatwo rozpoznawalny styl. Panowie z Placebo poszli podobną drogą. To, co stanowi o ich wielkości, o tym, że trzymają poziom już tyle lat, nazywa się po prostu talentem. Bo są cholernie utalentowani, mają łatwość wymyślania chwytliwych melodii – chwytliwych, dodajmy, nie w rozumieniu knajpianym czy dyskotekowym. I opracowywania ich w bezkompromisowy, gitarowy sposób.

Wszystkie te atuty ujawniły się tej nocy. Dwie gitary, bas, pudło, klawisze, bębny – to po męskiej stronie – oraz klawisze, skrzypce i wokal w chórkach – jeśli chodzi o damski rodzynek. Gęsta faktura gitar wspierana brzmieniem instrumentów klawiszowych, bardzo dobra forma wokalna Briana Molko, mocna perkusja. Taka bezustanna rock’n’rollowa jazda do przodu, którą uwielbiam, a która na dobrych koncertach zawsze brzmi ostrzej niż w studiu.

Jeśli chodzi o playlistę*, to zabrakło przede wszystkim Without You I’m Nothing. A czego nie zabrakło? Zaczęli od Kitty Litter, potem usłyszeliśmy m.in. Every You Every Me, Black-Eyed, Special Needs, Slave to The Wage, Meds i na koniec The Bitter End. Bisy zaczęli od coveru kawałka Kate Bush, Running Up That Hill, zaś tym czwartym, kończącym występ, był Infra-Red.

Było pięknie. Kolejny koncert, który zapamiętam na długo. A do stolicy Małopolski z Katowic jest tak blisko, że będę – po U.K. i teraz Placebo – zerkał, kto i kiedy ma zamiar zawitać do grodu Kraka.

____________

* Bez Maćka, mojego syna, raczej nie dałbym rady. Dzięki!

 

Nie lubię piosenki francuskiej

Życie nie jest czarno-białe – zacznę od mało odkrywczej myśli. Między bielą a czernią mamy całą paletę barw, oszałamiających albo delikatnych kolorów, niezliczone odcienie szarości.

[more]

Pewnie ktoś powie, że nie mam pojęcia o piosence francuskiej, ale myśląc o postaciach największych – takich jak Edith Piaf, Georges Brassens, Jacques Brel (wiem, że to Belg) czy – dziś – Celine Dion (tak, wiem, że to Kanadyjka i że śpiewa najczęściej po angielsku), mam nieustanny, mimo upływu lat, odruch wymiotny albo co najmniej niechęć. Mogę cenić warsztat, mieć świadomość, że to profesjonalne, ale przemóc się nie potrafię. I wiem, że nic tu się już nie zmieni.

Nie cierpię, gdy próbuje się na mnie – jako odbiorcy – wywierać tego rodzaju nacisk, presję. Gwałt. W tym śpiewaniu nie ma stanów pośrednich, tego „pomiędzy”, którego przecież w życiu jest najwięcej, tego, co stanowi o wzroście lub obniżaniu się temperatury doznań. Są jedynie stany skrajne.

Piosenka francuska to dla mnie śpiewanie rozciętym gardłem, to głos, który wydobywa się z trzewi. Żadnych niuansów, subtelności, niedopowiedzeń. Życie jest cierpieniem, istnienie boli – i tylko o tym warto śpiewać. A jak to robić inaczej, niż plując krwią co najmniej do dziesiątego rzędu na widowni? Skręcając się w przedśmiertnych konwulsjach, trzymać za fraki mikrofon i każdego słuchacza?

Ja się boję, nie chcę, uciekam. Od radioodbiornika, jeśli coś takiego słyszę, od rozmówców zachwyconych takimi nutami. Od płyt nie muszę, bo ich po prostu nie posiadam. Zwiewam gdzie pieprz rośnie – tam gdzie niedookreśloność, niepewność, gdzie dużo pytań i brak prostych odpowiedzi.

Do muzyki anglosaskiej, w której tego „pomiędzy” jest cały ocean. Gdzie można przycupnąć, przystanąć, schować się na chwilę lub na całe życie. Gdzie po Led Zeppelin można włączyć Cassandrę Wilson, a po Beatlesach Milesa Davisa. Po Ninie Simone wrzucić do szufladki The Smiths albo Manic Street Preachers. Po to, by smakować muzykę całymi garściami. Jeśli już życie, które stało się naszym udziałem, nie jest czymś szczególnie wyjątkowym, to niech choć muzyka dostarcza całej gamy wzruszeń.

Z tekstem w języku francuskim też. Przed laty, na przełomie lat 70. i 80., Wojciech Zamorski prowadził w Trójce program Rock z Kanady. Oprócz takich oczywistości jak Rush, zaprezentował tam kiedyś grupę z Quebec – Cano – w której na zmianę śpiewali w języku Moliera i Woltera pani i pan. Ale całkowicie zanurzeni w anglosaskich niedomówieniach. Również w przecudnej urody wersji Frère Jacques, czyli – po naszemu – Panie Janie.

O dojrzewaniu talentów

W trójkowej Historii pewnej płyty była dziś mowa o pierwszym LP Myslovitz. Na koniec padły znamienne słowa. Krążek sprzedał się w nakładzie dwunastu-trzynastu tysięcy egzemplarzy, co w przełożeniu na dzisiejsze warunki daje jakieś pięćset-siedemset sztuk. Poniesione nakłady nie zwróciły się. Obecnie oznaczałoby to koniec – żaden wydawca nie zaryzykowałby wydania drugiej, nie mówiąc o kolejnych, płyty.

[more]

Nie byłoby więc Miłości w czasach popkultury – jednego z najważniejszych albumów w historii polskiego rocka. Muzycy zawiesiliby instrumenty na kołkach i zajęli się pracą zawodową – w kopalni, szkole, na uczelni. Talenty zostałyby – najpewniej – bezpowrotnie zakopane. Ilu jest teraz takich wykonawców, którzy wiele lat czekają na swoją kolejną szansę, ilu takich, którzy zrezygnowali z czekania?

A przecież twórczość – to najczęściej dojrzewanie, rozwój, powolne dochodzenie, odkrywanie siebie, rozpoznawanie tego, co skrywają, banalnie rzecz ujmując, serce i głowa. Ilu artystów było od razu w pełni ukształtowanych, gotowych? Garstka zaledwie. Dziś książka, film, obraz, płyta – są takim samym towarem jak żywność, ciuch, telewizor, samochód. Mają przyciągać wzrok, rozbudzać chęć posiadania. Coś, co się nie sprzedaje dość dobrze, nie zwraca kosztów, nie przynosi zysków – niewarte jest ryzyka kolejnych nakładów. Okrutne.

Z twórczością i mecenatem (tak czy inaczej rozumianym) jest jak z łowieniem bursztynów albo poszukiwaniem złota. Trzeba strawić wiele czasu, poświęcić sporo sił, wydać nieraz dużo pieniędzy, by osiągnąć pożądany efekt. Czyli z masy produkcji, wielu rzeczy zbędnych, takich sobie, wyprodukowanych w studiu – wyłowić perły, ochronić je, dać spokój – czas i trochę pieniędzy – by mogły rosnąć, rozwijać się. I owocami swego talentu cieszyć wielu, bardzo wielu ludzi. W szczególnych przypadkach, talentów największych – przez długie lata.

Po Gomułce zostało tylko niezbyt dobre wspomnienie. Po Niemenie, Grechucie, Skaldach czy Nalepie – nie tylko Wspomnienie, ale mnóstwo znakomitej, nadal aktualnej muzyki. Która wciąż pyta zupełnie niepotrzebnie Czy mnie jeszcze pamiętasz?, bo kolejne pokolenia mają świadomość, że należy ją Ocalić od zapomnienia. Bo jest tego warta i, co najważniejsze, słuchana. A przecież z wymienionych tylko Grechuta objawił się od razu jako artysta gotowy.

29 kwietnia 2012

 

SBB, Kinoteatr „Rialto” Katowice, 29 marca 2012

Na czwartkowy koncert SBB w katowickim Rialcie bałem się iść. Zderzenie legendy z rzeczywistością, choć nie pierwsze, zawsze może okazać się katastrofą, a już bardzo prawdopodobne, że rozczarowaniem.
Pierwsza dobra wiadomość, że zagrają jednak w trójkę, z Ireneuszem Głykiem na bębnach (najnowszą płytę, dopiero co wydaną, nagrali tylko w duecie, co też budziło moje obawy). Pomyślałem jednak, że nawet jeśli nie będzie za dobrze, to warto pójść, by posłuchać gry Lakisa.

[more]

W kinoteatrze poczułem się, nie ukrywam, wspaniale. Jako prawie pięćdziesięciolatek należałem, poza nielicznymi reprezentantami pokolenia synów fanów sprzed lat, do najmłodszych. A jednocześnie złączony z innymi wspólną intencją.

Zaczęli już pięć minut po 20.00. Materiał z ostatniej płyty, instrumentalny, niezły, ale nieznany, nie rzucał na kolana, choć warsztat tria wciąż imponuje. Gdy Skrzek „przesiadł się” na gitarę basową i rozbrzmiały pierwsze nuty Odlotu, publiczność wyraźnie się ożywiła. Utwór rozwijał się niesamowicie, duch nagrania ze Stodoły z 1974 roku unosił się w powietrzu, a temperatura sali osiągnęła wrzenie. Gdy skończyli po kilkunastu minutach, owacjom nie było końca. To był naprawdę fantastyczny kawał muzyki.

Później jeszcze, znana z wcześniejszych koncertów, skrócona wersja Mementa z banalnym tryptykiem, która kończy się – moim zdaniem – najpiękniejszą solówką gitarową w historii polskiego rocka (to nieważne, że inspirowaną Gilmourowskim popisem w Pigs (Three Different Ones)). W tej wersji koncertowej Apostolis odtworzył ją bardzo wiernie, choć bez tego rockowego dynamitu. W ogóle – ani razu nie „dosypał do pieca”, ale grał tak niewiarygodnie kunsztownie, że wciąż jawi mi się jako najwybitniejszy gitarzysta między Odrą a Bugiem, a cyrkowe popisy panów Satrianiego czy Vai to zaledwie szkoła średnia przy jego profesurze.

Potem jeszcze żelazny punkt koncertu, czyli sola perkusyjne, z których po kilkunastu minutach wykluwa się mój absolutnie ukochany Walking Around the Stormy Bay. I wciąż czekam, kiedy zamiast walić w bębny, Lakis zagra w tym numerze na gitarze, wzmacniając w ekstatycznym finale brzmienie syntezatorów. Bez gitary temu znakomitemu utworowi zdecydowanie brakuje siły. Po wielominutowych oklaskach, bez schodzenia ze sceny, muzycy grają jeden kawałek na bis i definitywnie kończą występ. Ale jest już prawie 22.20, więc nikt nie może mówić o niedosycie.

To, co zawsze było dyskusyjne – śpiewanie Skrzeka – takim, oczywiście, pozostało. Choć, podobnie jak na koncercie SBB  w 2009 roku na festiwalu „Ku przestrodze”, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony siłą głosu niemłodego już przecież człowieka. Gdyby tak jeszcze zechciał wziąć parę lekcji śpiewu i dykcji… Ale to chyba dziś – jeszcze bardziej niż w latach 70. – nierealne, więc pozostajemy w klimatach naturszczykowskich, śląsko-angielskich. Jednak wybaczam niedomagania wokalne, bo całość – koncert, zespół, muzyka – mimo upływu lat się broni. Na szczęście – i dobrze, bo odcinanie artystycznych kuponów od dawnej sławy i pozycji niekwestionowanego lidera na polskim rynku muzycznym lat 70. byłoby dla starych fanów nie do zniesienia.

Skrzek mówił wyjątkowo niewiele, ale radośnie przywitał się z publicznością, nim rozbrzmiały pierwsze dźwięki:

– Pytają nas, czy to ostatnia płyta SBB. Bo tako ciemno, czorno…

Po tym, co usłyszałem w czwartkowy wieczór, wierzę, że SBB nie jest jeszcze zamkniętym rozdziałem. Choćby tylko dla tych, co już – trochę albo bardzo – posiwieli, wyłysiali i zapuścili brzuchy. Ale głowy wciąż mają pełne muzyki.

31 marca 2012


Słowo o produkcji

Kiedyś wszystko było bardziej przejrzyste. Wchodziłeś do studia, nagrywali cię. Albo umiałeś grać – co było potem słychać, albo nie – co też było słychać.

[more]

Słychać, jak Beatlesi z niemal klezmerów stają się niezłymi rzemieślnikami, co w połączeniu z geniuszem autorskim dało efekt absolutnie ponadczasowy. Słychać, jak Bruce, Clapton i Baker – czyli The Cream – napieprzają we trzech ledwie, tworząc taką ścianę dźwięku, że do dziś, gdy posłuchać zwłaszcza ich nagrań koncertowych, dech zapiera.

A obecnie możesz siedzieć w domu przed komputerem z jakimś oprogramowaniem i „tworzyć muzykę”. Nie mieć pojęcia o grze na fortepianie czy gitarze, a spreparować brzmienie całej orkiestry. Albo w studiu aż do skutku poprawiać wokale, riffy i solówki.

Tylko jak potem wyjść z tym do ludzi, jak zagrać to na koncercie? Termin produkcja zrobił oszałamiającą karierę. Sama produkcja też. Bardzo często dziś chciałoby się zawołać, że – niestety.