Na pięćdziesięciolecie największego rock’n’rollowego zespołu świata

W znakomitym filmie Martina Scorsesego Shine A Light (W blasku świateł) mamy przede wszystkim zapis porywającego koncertu The Rolling Stones w nowojorskim Beacon Theater jesienią 2006 roku. Ale są też niezwykle starannie wyselekcjonowane fragmenty dokumentów poświęconych słynnym muzykom, ich szczególnie celne wypowiedzi.

[more]

– Długo już występujecie? – dziennikarz pyta młodziutkiego Micka Jaggera.
– Dwa lata.
– Jak długo jeszcze planujesz to robić?
– Nie wiem. Nie sądziłem, że będę to robił aż dwa lata. Na początku nie uważaliśmy, że wyjdzie z tego coś dużego. Nagrywamy piosenki już dwa lata i wciąż uchodzimy za nową grupę. Naprawdę nie wiem. Myślę, że damy sobie radę jeszcze co najmniej przez rok.

 *

Sierpień 1972.

– Wyobrażasz sobie, że mając sześćdziesiąt lat nadal robisz to samo? – pytanie do frontmana Stonesów.
– Bez trudu.
– Naprawdę?
– Oczywiście.

  *

– Kto jest lepszym gitarzystą, ty czy Keith? –  pytanie skierowane do Rona Wooda.
– On wie, że ja – pada po chwili odpowiedź.

Cięcie.

– Jak ty byś na to odpowiedział? – to z kolei do Richardsa.
– Nikt nie chce być najlepszy.
– On powiedział, że jest najlepszy.
– Wiedziałem, że tak powie – zaśmiał się Richards. – Ale prawdę znam ja. Obaj jesteśmy marni, ale razem jesteśmy lepsi niż dziesięciu innych.

 *

W 1978 roku, w bardzo dobrej na tamte czasy książce Rock. Od Presleya do Santany, Marek Garztecki rozdział poświęcony Stonesom – Toczący się kamień mchem nie porasta  – kończył następująco:

„Czy jednak owa dawka świeżej krwi (mowa o nowym gitarzyście, Ronniem Woodzie, który zastąpił Micka Taylora, oraz o kontrakcie z nową wytwórnią płytową) wystarczy, aby przedłużyć istnienie grupy o dalszych parę lat? Tego prawdopodobnie nie wiedzą nawet sami jej członkowie. Niełatwo bowiem sprostać wymaganiom legendy, która dawno już przerosła swych twórców.

Czas upływa. Na grobie Briana Jonesa wyrosła już gęsta trawa i chyba nawet najwierniejsi jego wielbiciele zapomnieli już o swym dawnym bożyszczu. Jakie będą losy reszty członków zespołu – tego oczywiście nikt nie jest w stanie przewidzieć. Amerykańscy krytycy muzyczni prowadzą osobliwą ankietę zatytułowaną: Kto będzie następną ofiarą śmiertelną spośród muzyków rockowych. Dwa pierwsze miejsca zajmują na niej Keith Richards i Mick Jagger”.

*

Niedługo po opublikowaniu tej książki, pod koniec lat 70. i na początku 80., za sprawą używek rozstali się z życiem m.in. Keith Moon, bębniarz The Who, Bon Scott, wokalista AC/DC i John Bonham, perkusista Led Zeppelin. Członkowie Rolling Stones żyją do dziś i dorobili się zawrotnych fortun. Ale, co najważniejsze, ciągle grają i najwyraźniej nadal sprawia im to olbrzymią przyjemność. Kilku pokoleniom fanów również, o czym świadczą pełne widownie podczas kolejnych tras koncertowych zespołu.

A wracając do filmu – jak patrzę na te sterane przez czas, ale roześmiane jak u niesfornych chłopców gęby, na tę bezustanną balangę na scenie i na widowni, to myślę sobie, że moja miłość fana do Stonesów jest bezwarunkowa. Od czasów, gdy niewiele wystawałem ponad stół.


Dodaj komentarz