Mark Knopfler, Privateering, 2012

Wiosna. Ciepły, słoneczny dzień. Zieleń i kwiaty w pełnym rozkwicie. Ogrodowymi ścieżkami przechadza się przystojny młodzieniec we fraku i cylindrze. Przez otwarte na oścież drzwi z salonu słychać dźwięki fortepianu. Mężczyzna kieruje swe kroki w tamtą stronę. Na palcach wchodzi do domu. Przy białym fortepianie siedzi młoda kobieta, cała w tiulach i koronkach. Smukłymi palcami dotyka klawiszy instrumentu, gra coś niesłychanie pięknego i zwiewnego. Młodzieniec zdejmuje nakrycie głowy i staje przy instrumencie, zafascynowany muzyką i widokiem zniewalającej kobiety.
– Jak pani cudownie gra… – mówi nieśmiało po chwili.
– A, tak sobie tylko popierdalam.

[more]

Ten stary dowcip przypomina mi się od czasu do czasu, gdy słucham, jak gra na gitarze Mark Knopfler. Na samym początku zespół Dire Straits porównywano do Wishbone Ash (np. red. Majewski w tygodniku „Razem”), a Knopflera do Boba Dylana za sprawą podobnie „niedbałego” wokalu. W 1979 roku doszło zresztą do pierwszego spotkania obu panów, co zaowocowało jedną z najsłynniejszych płyt amerykańskiego barda – Slow Train Coming. A potem – potem ani grupy, ani jej lidera nie porównywano już do nikogo.

Pan Marek pojawił się ze swoją muzyką jak gapa, spóźniony o jakieś dziesięć lat. Na Wyspach rebelia punkowa szalała w najlepsze, a on z kumplami zaproponował piosenki napisane w klimacie przełomu lat 60. i 70., wirtuozerską grą przywodząc na myśl Erica ‘Slowhanda’ Claptona.

Jeszcze przed i oczywiście po definitywnym – jak się zdaje – rozwiązaniu Dire Straits Knopfler udzielał się w przeróżnych konfiguracjach personalnych, zapraszał i był zapraszany do nagrań wielu płyt. Pojawiają się wielkie i największe nazwiska w showbiznesie ostatniego półwiecza.

Od lat regularnie nagrywa też płyty solowe. Po trzyletniej przerwie w tych dniach ukazał się Privateering – album aż dwupłytowy. I co? Już dawniej zastanawiałem się, co by się działo, gdyby w świat poszła informacja, że szykuje się nowy krążek Dire Straits, gdyby któraś z ostatnich płyt nie była podpisana jego nazwiskiem, a sygnowana przez zespół. Branża pewnie by zamarła, wielu przyklękłoby na jedno, a może i na dwa kolana w pokornym oczekiwaniu. I chyba nikt nie czułby się rozczarowany. Może nie powalony nową muzyką zespołu, ale na pewno nie byłoby mowy o rozczarowaniu.

Bo Mark Knopfler jest bardzo zdolnym artystą – znakomitym gitarzystą, z tych, co z żadnym Usainem Boltem czy innym Vai się nie ścigają, ale i piekielnie utalentowanym kompozytorem. Gdy wśród obecnych nowości na rynku jego album pojawia się obok krążka Boba Dylana, gdy wrzucam je po sobie do szufladki – porównania są nieuchronne, tym bardziej że podobieństw jest zdecydowanie więcej niż różnic.

Sułtan swingu dziś, jeśli mu wierzyć, skłania się ku korsarstwu i wciąż bardziej i bardziej kieruje ku źródłom, coraz więcej w tym graniu czystego bluesa. Ale to, co zawsze było potężnym atutem jego kompozycji – ogromna melodyjność – pozostaje ciągle na pierwszym planie. Dwadzieścia utworów to naprawdę spora dawka, ale o znużeniu nie ma mowy. Knopfler zmusza słuchacza do tego, by zwolnić, zatrzymać się, w zadziwieniu nadstawić bardzo uważnie ucha. Bo to granie starego mistrza – piękne melodie zaaranżowane i wykonane lekko, a jednocześnie z wielkim kunsztem. Słucham i na chwilę koduję w głowie: „To nowy Dire Straits”. Wspaniałe, warto było czekać.

Privateering – nowy album Marka Knopflera, kiedyś lidera wielkiej formacji, a dziś solisty, który ciągle utrzymuje się w znakomitej formie. Można klękać, ale nie o to chodzi. Należy się wyciszyć, aby posłuchać. Należy posłuchać, aby się wyciszyć.

Jesteś Bogiem. Reż. Leszek Dawid, 2012

Nie moja bajka. Hip-hop nie jest moją muzyką, nie to pokolenie. I tu właściwie mógłbym skończyć, ale to byłoby za proste.

[more]

Akcja filmu – tak jak i rzeczywiste wydarzenia – rozgrywa się w Katowicach-Bogucicach, wszystko w promieniu trzech kilometrów od miejsca, w którym mieszkam od prawie trzydziestu lat. Sześć lat pracowałem w kopalni „Katowice”, która przez blisko dwa stulecia, aż do zamknięcia w 1999 roku, stanowiła serce tej dzielnicy. Znam wszystkie bogucickie kąty pokazywane na ekranie. To sprawia, że trudno pozostać obojętnym.

Drugi powód – Śląsk, muzyka i pod wieloma względami historia podobna do tej pokazanej w Skazanym na bluesa (reż. J. Kidawa-Błoński, 2005). Samotność prostego i skomplikowanego jednocześnie człowieka. Najczęściej nieumiejącego nazwać niepokojów go gnębiących, co wcale tych problemów nie czyniło mniejszymi. Nieradzącego sobie ze sobą i światem.

Nie sposób nie dostrzec też analogii między kobietami obu bohaterów. Justyna przeżywa dokładnie te same rozterki co Gola. Nieszczęściem ich obu stało się to, że pokochały neurotycznych mężczyzn, którzy – nawet jeśli bardzo chcieli i czasem próbowali – nie nadawali się do roli mężów, a jeszcze bardziej ojców.

W Skazanym wiele rzeczy było mi dobrze znanych, wiele byłem w stanie zweryfikować, rozpoznać jako twór wyobraźni autorów filmu, w Jesteś Bogiem nie potrafię tego uczynić. Ale to nie ma znaczenia. Oba filmy, mimo punktowanych przez krytyków mielizn scenariuszowych i realizacyjnych, są w gruncie rzeczy przejmującymi historiami samotności.

Wydaje się, że Magikowi wystarczyłoby znacznie mniej niż Riedlowi, by się uratować. Może wręcz jest tak, że Riedel był już chory nieuleczalnie, przez długie lata, a Magik nie znalazł tej jednej, jedynej pomocnej dłoni, która w odpowiednim momencie pomogłaby mu wyjść z kręgu samobójczych myśli i wrócić do w miarę normalnego życia. Z filmu wynika raczej, że bardziej niż o rodzinę chodzi o opłakane relacje „biznesowe” między zespołem a hochsztaplerami, którzy na piosenkach Paktofoniki zwąchali niezły interes do zrobienia. Choć jednocześnie, jako ojciec dwudziestojednoletnich dziś mężczyzn wiem, że w tym wieku trudno jeszcze mówić o pełnej dorosłości (Piotr Łuszcz popełnia samobójstwo, mając zaledwie dwadzieścia dwa lata).

O Riedlu można powiedzieć – zaryzykuję stwierdzenie – że tej pomocy w gruncie rzeczy nie chciał. O Magiku – że nie nadeszła w porę. Wspominając największe postacie muzyki drugiej połowy XX wieku, te, które przedwcześnie rozstały się z życiem, niejednokrotnie zastanawiałem się, czy ludzie ci – i wszyscy inni odbierający sobie życie – rzeczywiście chcieli to zrobić. Czy życie potrafi boleć do tego stopnia, by utracić wszelką nadzieję i na zimno podjąć decyzję o jego zakończeniu. I to „na zimno” zrealizować potem na przykład przez otwarcie okna i przełożenie nóg przez parapet na dziewiątym piętrze. W tych ostatnich, pełnych wewnętrznego napięcia chwilach z pewnością coraz głębiej wpadając w bezdenną dziurę czarnych myśli.

Szaleństwo niepoparte szczególnymi działaniami i osiągnięciami w tej lub innej dziedzinie życia, sztuce czy nauce – jest najczęściej dokuczliwym dla otoczenia dziwactwem. Jeśli te osiągnięcia się pojawiają – powodują, że inność, przynajmniej w pewnym stopniu, zostaje usprawiedliwiona.

Kaliber 44, Paktofonika, Magik – to trzy legendy polskiej muzyki ostatniego dwudziestolecia. Śmierć, bezsensowna, okrutna i zawsze straszna – tę legendę legitymizuje w najmocniejszy z możliwych sposobów.

Jesteś Bogiem to artystycznie film znacznie wyższych lotów niż Skazany na bluesa, pewnie więc dostanie sporo różnych nagród na różnych festiwalach. Dla mnie pozostanie jednak przede wszystkim przejmującym studium samotności w czasach – szczerzącej niejednokrotnie wilcze zęby – transformacji. A samej muzyki jest w nim umiarkowanie dużo. Czy to zarzut? Chyba nie, bo to historia muzyków, a nie film muzyczny.

*

Z zapisaniem tytułu filmu mam problem. Panuje tu niekonsekwencja. Bóg raz pojawia się pisany z dużej, raz z małej litery.

Księga Genesis w dwóch częściach (2)

Od 1983 roku wyraźnie mamy do czynienia z kapelą, która powinna nazywać się Phil Collins and (his) Genesis. Płyta o nazwie tej samej co zespół (tzw. Mama) przyprawiła mnie o dreszcze towarzyszące wysokiej gorączce. Ze starego, ambitnego grania nie został już kamień na kamieniu.

[more]

Oto popowy zespół, gdyby nie pochodzenie, można by powiedzieć, całkiem przyzwoity. Gitary takie sobie, klawisze skromniutkie, zwrotka – refren – zwrotka, pan wokalista śpiewający od pierwszej do ostatniej sekundy każdego utworu (trochę przesadzam, ale niewiele), niepozostawiający już miejsca na jakiekolwiek instrumentalne popisy. Zresztą – Rutherford nie umie, a Banksowi się już nie chce, już jest wypalony, w dodatku kasa leci, popularność grupy olbrzymia jak nigdy dotąd, więc po co majstrować przy maszynce do robienia pieniędzy?

Bez Collinsa to już nie Genesis – słychać było zewsząd po jego rozstaniu z kolegami w drugiej połowie lat 90. A ja się cieszyłem: może taka zmiana sprawi, że ci ludzie jeszcze coś wycisną z siebie? Może wreszcie, po latach, znów trochę pograją? Matowy, chrypiący głos Raya Wilsona przywodził na myśl Gabriela.

Calling All Stations (1997) jest rzeczywiście inna. Nie tylko z tego powodu, że został zmieniony najważniejszy instrument, czyli głos, ale jest na tym CD trochę muzyki. Lecz bez przesady, tylko trochę. Nie ma Hacketta, który wsparłby i wzbogacił brzmieniem gitar parę całkiem niezłych kawałków. Ale co z tego?! W Europie jeszcze jakoś idzie. W Polsce – w styczniu 1998 roku – Spodek pełny. Było nieźle, a przy starych kawałkach zakręciła się łza w moim oku. Jednak trasę po Stanach trzeba było odwołać, bilety się nie sprzedawały. Chcemy Collinsa!

No i w 2007 roku był ten Collins, była koszmarna ulewa, burza z piorunami, starsi już panowie w niezłej formie, pełne zawodowstwo, ale… Ja, łysiejący zgred, czekałem na te najstarsze utwory z ich repertuaru, na ślady prawdziwego Genesis. Szedłem na koncert, wiedząc, że będzie nie tak, jak bym chciał, że Collins powinien więcej siedzieć za bębnami, a nie przy mikrofonie, że… Mój syn był zachwycony, z koncertów na Stadionie Śląskim w 2007 roku (jeszcze Pearl Jam i Red Hot Chili Peppers) ten podobał mu się najbardziej. Natomiast ja szedłem, wiedząc, że musi być raczej popowo, bo takie są proporcje czasowe w historii grupy i na to czekają ludzie, z których większość zawarła bliższą znajomość z zespołem w okolicach In The Air Tonight.

Więc mnie nie dziwi, że nie było dalszego ciągu, że Collins nagrał (podobno ostatnią, ale nie wierzę w takie deklaracje) bardzo słabą płytę, podczas gdy zdolniejsi od niego kompozytorzy z dawnych lat przeżywają renesans formy i popularności (np. Robert Plant).

Nie wolno odmawiać ludziom prawa do robienia w życiu tego, co wychodzi im najlepiej, czyli, w przypadku muzyków, do grania. Szkoda jednak, że czasem tak bardzo odchodzą od tego, co tworzyli w młodości, co miało i ma niezaprzeczalną wartość i na trwale wpisane jest w historię muzyki rockowej. Ale po co psioczyć na Genesis, skoro można znaleźć znacznie gorsze przykłady, jak na rodzimym rynku zejście ze sceny O.N.A. i Kombi-reaktywację? To jest dopiero danie pewnej części ciała. W dodatku męskiego, niemłodej już i ździebko pomarszczonej.

*

No i proszę – mimowolna coda do moich powyższych wymóżdżeń. Ledwie dwa dni po napisaniu tych słów – jeden z młodszych o parę lat kolegów w pracy, gdy przypadkiem zgadaliśmy się o muzyce, powiedział: „Dla mnie Genesis zaczyna się od Mamy. Za..bista płyta!”. I co?! Powiedziałem tylko zrezygnowany: „A dla mnie kończy” i umilkłem.

(pisane latem 2011)


Rapujący stary bluesman – Bob Dylan, Tempest, 2012

Zrobię coś, czego czynić nie zwykłem. Mianowicie na gorąco, tuż po ukazaniu się i zakupie – podzielę się swoimi wrażeniami po pierwszych odsłuchaniach nowego albumu Boba Dylana. Tym bardziej, że niewiele ryzykuję – jest znakomity.

[more]

Ikona, mistrz, geniusz – chwalebne epitety pod adresem bardzo niemłodego już artysty można by mnożyć. Sam jestem dostatecznie stary, a mam w dodatku (nie wypominając) starszych od siebie braci, więc pamiętam Dylana jeszcze z lat 60.

Potem, w następnych dwóch dekadach, Piotr Kaczkowski nigdy nie żałował swojego czasu antenowego na prezentację kolejnych jego albumów, a jest tego trochę. Kto dałby radę zrealizować katorżniczy kontrakt płytowy – dwadzieścia pięć albumów w dwadzieścia pięć lat – i nie polec śmiercią artystyczną?! Mr. Bob poradził sobie z tym zaskakująco dobrze, co tylko dowodzi jego wielkości. Ten jego podpis pod umową to właściwie jak stanąć przy taśmie w fabryce. Z tą różnicą, że chodzi nie o zwykłego wyrobnika, a postać w muzyce drugiej połowy XX wieku z grona tych największych.

Jakim Dylan jest mistrzem, widać w ostatnich kilkunastu latach, kiedy wreszcie – podkreślmy jeszcze raz: po paru dziesiątkach lat na scenie i po nagraniu kilkudziesięciu płyt, z których wiele przeszło do historii muzyki – wchodzi do studia nie pod jakąś presją, ale kiedy chce i by nagrać tylko to, co uważa na absolutnie godne zaprezentowania światu.

I tak jest od Time Out of Mind z 1997 roku. Wtedy tym krążkiem zachwycał się Paweł Kostrzewa. Serwował Dylana w swoim popołudniowym programie tak skutecznie, że zaraził mnie miłością do niego, uczuciem już bardzo dojrzałym. W ostatnim piętnastoleciu mistrz dobywa dźwięków ze swego gardła z coraz większym wysiłkiem, skrzecząc i chrypiąc na przemian, co zresztą absolutnie mi nie przeszkadza. W warstwie muzycznej zawsze był blisko źródeł – folku, gospel, country czy bluesa. Na stare lata zbliżył się szczególnie do tego ostatniego, do czarnych mistrzów gatunku, redukując aranżacje do minimum, czyniąc to jednak z wielkim smakiem.

I wszystkie te atuty widoczne są na piątym już w tej konwencji, dopiero co wydanym krążku. Muzyka niespieszna, nieprzytłaczająca. Jak to w bluesie – sączy się powoli z głośników do uszu słuchacza. Nie jest to więc granie dla tych, którzy – rozpędzeni w czynnościach codziennego życia – potrzebują podobnych rozwibrowanych dźwięków. Dylan otwiera przed nami swój muzyczny dom – dom niemłodego już człowieka, który wiele widział, wiele przeżył, którego nic już nie zdziwi i który nic już nie musi. Który mówi, że od wielu lat nie wydarzyło się w muzyce nic istotnego.

Jest korzennie, swingowo i stylowo. Otrzymujemy swoisty przewodnik po muzycznych stylach uprawianych za oceanem. Stare patenty kolejny raz złożone przez faceta, któremu rok temu stuknął siódmy krzyżyk, a który robi to z dziecięcą radością i świeżością dwudziestolatka. A wśród dziesięciu utworów natrafiamy nawet na numer hiphopowy – Tin Angel. Dylan raperem? Ależ tak, trzeba koniecznie posłuchać!

Cała płyta to dla mnie bomba, ja to kocham. Jak dobrze, że za muzyczną poligamię nikt nie ściga i można spokojnie przyznawać się do swoich gorących uczuć wobec tak wielu wykonawców. Chromolę, młody już nie jestem, więc wstydzić się nie mam zamiaru.

Ale o innych, a tych jest większość – o tych, których nie kocham, a czasem wręcz nie lubię – tutaj nie przeczytacie.

Księga Genesis w dwóch częściach (1)

Genesis – zespół pęknięty na pół. Podwójnie i podwójnie nierówno. Bo proporcjonalne nie są ani okresy czasowe, ani miara dokonań w obu z nich. Gdy miałem lat naście i zaczynałem swoje buszowanie w muzyce (dzięki radiowej Trójce i, przede wszystkim, Piotrowi Kaczkowskiemu), to był mój nr 1,5. Nie 2, jak wtedy mówiłem kolegom, ale właśnie półtora. Numerem jeden byli oczywiście Pink Floyd. Ale tych emocji nie umiem już dziś w sobie odnaleźć, w odniesieniu do Floydów najbardziej kręci mnie to, co nie kręciło wówczas. Wiem, że będę niesłychanie oryginalny: Dark Side of The Moon, takie Kind of Blue muzyki rockowej.

[more]

Genesis to, z grubsza rzecz ujmując, dwa zupełnie różne zespoły. Pierwszy kończy się w 1977 roku wraz z wydaniem Second’s Out, dwupłytowego albumu koncertowego, na którego program – co bardzo znamienne – składają się nagrania dokonane zarówno w kwartecie, jak i w trio. Do 1974 roku rządzi Peter Gabriel. Grupa ciągle poszukuje nowych muzycznych ścieżek w nurcie szeroko pojętego rocka symfonicznego, mając w składzie trzech wirtuozów: gitarzystę Steve’a Hacketta, klawiszowca Tony’ego Banksa i perkusistę Phila Collinsa, który udziela się także wokalnie.

Gdy w 1974 roku odchodzi Gabriel, zespół jest u szczytu możliwości – muzycy są w pełni świadomi swego olbrzymiego potencjału wykonawczego i kompozytorskiego, tego, co i jak chcą robić. Banks i Hackett  (wreszcie na okładkach płyt pojawiają się nazwiska autorów poszczególnych numerów) zdecydowanie są w stanie udźwignąć ciężar kierowania zespołem i dostarczania większości materiału. A Trick of the Tail (1975) to w moim odczuciu najdoskonalsza płyta Genesis, Wind And Wuthering  (1976) niewiele jej ustępuje. Cóż z tego jednak, skoro Hackett dojrzewa do opuszczenia kolegów, co ma miejsce właśnie po nagraniu drugiej z wymienionych płyt.

W 1978, czyli właściwie z marszu, zespół wydaje …and Then There Were Three. I zostało ich trzech. Nagrań na krążku znacznie więcej, bo to już po prostu piosenki. W większości znakomite, zaaranżowane z olbrzymim rozmachem, bogactwo brzmień instrumentów klawiszowych odwraca uwagę, zwłaszcza szesnastoletniego – jakim wtedy byłem – słuchacza od potężnej gitarowej dziury, która tworzy się po odejściu Hacketta. Jeszcze wydaje się, że wszystko jest w najlepszym porządku, ale koszmarny finał płyty – Follow You, Follow Me – zwiastuje nieszczęście. Kiczowata, uboga (absolutnie nie należy jej mylić z oszczędną!) aranżacja jest zapowiedzią tego, co miał przynieść czas.

Po dwuletniej przerwie ukazuje się Duke. Po drodze Banks i Rutherford wydają swe solowe płyty. Dobre, zwłaszcza ta Banksa, więc fanów zespołu może to tylko cieszyć. Wolno bowiem przypuszczać, że mają tyle pomysłów, iż wszystkich nie są w stanie pomieścić na krążkach macierzystej formacji. Duke uspokaja. Mamy co prawda singlowy przebój, Turn It On, ale bardzo przecież zgrabny, a płyta skonstruowana jest jak te stare, z Gabrielem jeszcze, z długimi kompozycjami na początku i na końcu, z powracającymi motywami. Jest znacznie ciszej, skromniej niż na …and…, ale to przecież znak czasu, w którym zaczęto odchodzić od pełnych przepychu aranżacji. Zespół ciągle jeszcze balansuje gdzieś między piosenkami a utworami o bardziej skomplikowanej fakturze muzycznej.

Gwoździem do trumny okazuje się solowy debiut Collinsa, a ściślej – zawrotny jak na owe czasy sukces komercyjny tego krążka. Dochodzi do nieodwracalnych już, galopujących pop-procesów w łonie grupy. Nie licząc Three Sides Live (1982) i oczywiście tej czwartej strony z fantastycznymi z perspektywy 1982 roku odrzutami ze starych sesji, które zresztą „wyparowały” z późniejszych wydań albumu – definitywnie ostatnią płytą, kiedy miałem jeszcze złudzenia, jest Abacab (1981). Po latach widać, że są na niej jedynie nawiązania do Duke’a, a nie do starego, dobrego Genesis.

 (pisane latem 2011)

AC/DC, Back In Black, 1980

Australia musi leżeć bardzo daleko, skoro teraz gra się tam taką muzykę – powiedział Piotr Kaczkowski po zaprezentowaniu, bodaj wiosną 1978 roku, po raz pierwszy w polskim radiu, w programie W tonacji Trójki, grupy AC/DC. Była to porywająca, koncertowa wersja Whole Lotta Rosie z albumu Let There Be Rock (1977), jednej z najznakomitszych piosenek w dorobku zespołu.

[more]

Popularność AC/DC w Polsce, podobnie jak na całym świecie, rosła w szalonym jak gra Angusa Younga tempie. W 1979 roku ukazał się najlepszy z dotychczasowych albumów, Highway To Hell, ze znakomitymi kawałkami na początku i końcu krążka – tytułowym oraz Night Prowler.

W lutym następnego roku wokalista Bon Scott w wieku trzydziestu czterech lat zapił się na śmierć. Pozostali muzycy rozważali nawet  rozwiązanie zespołu, ale ze swoistą odsieczą przyszli… fani, proponując następcę zmarłego frontmana w osobie Briana Johnsona.

To niesamowite, ale pod koniec lipca na rynku pojawiła się nowa płyta. W jakim, tym razem artystycznym, gazie wspartym adrenaliną wewnątrzzespołowych wydarzeń musieli być ci ludzie, by w tak krótkim czasie wysmażyć nową porcję muzyki?!

A tę, tym razem w Minimaksie, znów zaprezentował Pan Piotr. Pamiętam, jak zastanawiał się na koniec, czy to, co właśnie wybrzmiało, było czymś na miarę czwartego albumu Led Zeppelin. Redaktor miał wtedy wątpliwości, na gorąco miał prawo je mieć, podobnie jak nadzieję, że AC/DC są w stanie zrobić jeszcze jeden krok naprzód.

Nie zrobili, nie byli w stanie. Ale też po latach widać, jak cholernie trudne było to zadanie. Bo Back In Black to po prostu rock’n’rollowe arcydzieło. Wariacka jazda bez trzymanki – jak puszczenie się na krechę czarną trasą narciarską. Dziesięć kawałków, wśród których połowa to perły w najczystszej postaci: Hells Bells, Let Me Put My Love Into You, Back In Black (jedyny kończący się wyciszeniem), You Shook Me All Night Long i mój najukochańszy kawałek kapeli – Rock And Roll Ain’t Noise Pollution.

Zespół, który w moim odczuciu jakby ciągle grał jeden utwór – tutaj sięgnął szczytów swych artystycznych możliwości. Poszczególne numery są wyjątkowo łatwo rozróżnialne, kipiące najlepszymi z najlepszych zagrywek gitarowych. Mijają trzydzieści dwa lata (rany boskie!), a ta muzyka wciąż brzmi świeżo i znakomicie. Prąd, energia i ciary na plecach ciągle towarzyszą mi przy jej słuchaniu. Najwyraźniej nie jestem w swych wrażeniach odosobniony, bo krążek do dziś sprzedał się w nakładzie prawie pięćdziesięciu milionów, co sytuuje go na podium najlepiej sprzedających się albumów wszechczasów.

Potem nigdy już nie było tak pięknie. For Those About To Rock, choć momentami trzymał poziom swego poprzednika, w całości był słabszy. Johnson jeszcze długo sypał żyletkami prosto z gardła, Young wciąż biegał po scenie w krótkich spodenkach i z tornistrem na plecach, ale w studiu nie urodziło się już nic na miarę albumu z 1980 roku.

Ale też trzeba powiedzieć, że – może poza najmłodszymi melomanami – mało kto nie słyszał o zespole o nazwie „a-ce-piorun-de-ce”, mało kto nie słyszał ich nagrań. I mało kto, już po paru sekundach, nie byłby w stanie ich rozpoznać. Własny styl – to coś, co udało się wypracować tylko wielkim. W przypadku Australijczyków – prosty do bólu, żywcem z lat 50. – akordowy atawizm w czystej postaci: hałas, krzyk, szaleńcza pogoń będąca jednocześnie ucieczką. Tak właśnie bawią się chłopcy, czasem już  bardzo duzi.

Bo na tym, w najlepszym wydaniu, to polega: jedni chcą grać, a drudzy chcą ich słuchać.



Fani i fanki, Franie i Franki

Darmowe koncerty to specyficzne imprezy. Ci, którzy zawiadują przybytkami kultury, mówią, że psują rynek, bo ludzie nasłuchają się latem za darmochę i nie chcą potem kupować biletów na imprezy organizowane w chłodniejsze miesiące. Ale mnie gnębi co innego. Z całą świadomością, że miejsce koncertu to nie kościół, że ma to być zabawa, a nie nabożne skupienie.

[more]

W plenerze, zwłaszcza przy ładnej pogodzie, najgorzej znaleźć się na szlaku łączącym scenę z wyszynkiem. Pielgrzymki suną bezustannie w jedną i drugą stronę, poszturchiwaniu i deptaniu po nogach nie ma końca. Ale zawsze można próbować zejść z linii strzału. Jeśli granie jest dostatecznie elektryczne, głośne – gwar rozmów nie jest tak dokuczliwy.

To, czego doświadczyłem w sobotę na „Urodzinach Katowic”, bardzo mnie zasmuciło. Koncerty pod dachem, widownia – ze sto pięćdziesiąt, może w porywach dwieście osób. Przytłaczająca większość to młodzież studencka i licealna.

Ja wiem, że za darmo, że bez problemu można wejść (choć akurat niekoniecznie, o co niektórzy denerwowali się na tzw. forach) i wyjść. Więc znowu ta ludzka migracja. Zastanawia mnie jednak traktowanie sali koncertowej jak knajpy, w której się siedzi lub stoi i gada ze znajomymi (ciągle ktoś się z kimś wita, ściska i żegna), a gdzieś z kąta płynie muzyka – tak głośna, że trzeba się nieźle nawydzierać, by powiedzieć coś do ucha stojącym obok. Płynie niekończący się potok słów. Na przykład w czasie występu Kari Amirian w kwestii, że się bardziej lubi Julię Marcell od Amirian, że Julia jest lepsza. No dobra, tylko co mnie, stojącego obok, obchodzą te dywagacje? Gęba mu się nie zamyka, swoją znajomością tematu macha jak szabelką przed dwiema panienkami. Opieprzam go w rodzimym narzeczu, że swym gadaniem przeszkadza innym, ale on patrzy i po oczach widać, że nie rozumie, o co mi chodzi.

I tak docieram do sedna sprawy. Bo zarówno w trakcie koncertu The Saintbox, jak i podczas występu Amirian sporo było cichych fragmentów. A tym bezustannie towarzyszył szum na widowni. Jak to nazwać – brakiem kindersztuby, chamstwem, prostactwem, głupotą? Szczeniackim poczuciem wolności do i od wszystkiego?

Przecież, człowieku, przyszedłeś na koncert. Tych paru ludzi stojących na scenie gra również dla ciebie. Oni są w pracy, szczególnej, bo polegającej na dzieleniu się owocami swego talentu. Niemałego, więc tym bardziej wartego okazania szacunku. Jak cię to nie interesuje, nie podoba się – wyjdź. Najlepiej w przerwie między utworami. Wyjdź, a nie stój i nie gadaj. Nie przeszkadzaj muzykom na scenie – oni słyszą ten szum, na pewno nie pomaga im w koncentracji (choć, niestety, już się do niego prawdopodobnie podczas takich imprez przyzwyczaili). Przeszkadza innym, którzy chcą słuchać.

Boże, jakie to proste i, zdawałoby się, oczywiste. A jednak dziś już właściwie nieosiągalne. Czego się czepiam – ja, stary zgred? Przecież ten, co przed chwilą jeszcze tak tokował, teraz kołysze się w rytm muzyki, w zapamiętaniu prawie zamyka oczy. W trakcie trzydziestu sekund skupienia doznaje kolejnej życiowej iluminacji.

Sam też robię wszystko, by skupić się na graniu. Na szczęście słuch mam jeszcze dobry. A o gustach – np. muzycznych lub dotyczących sposobów spędzania wolnego czasu – się nie dyskutuje. Zwłaszcza w trakcie koncertu.

Urodziny Miasta – Kocham Katowice, 6-9 września 2012 (The Saintbox, Kari Amirian)

Moja pierwsza, osobista żona od paru lat przed koncertami rozgląda się po widowni. Czasem – tak też było wczoraj – mówi z wielkim niepokojem: Jesteśmy tu najstarsi… Mnie to nigdy szczególnie nie przerażało. Mogę oczywiście zazdrościć innym młodości, ale mam też pewną przewagę – moja perspektywa muzyczna jest zupełnie inna niż u dwudziestolatków. A małżonce odpowiedziałem: W razie czego powiedz, że jesteś tutaj z ojcem.

[more]

The Saintbox

Pychota, palce lizać. The Saintbox to projekt Macieja Szupicy (Dick4Dick, Gypsy Pill), do którego zaprosił jazzowego kontrabasistę Ola Walickiego (m. in. Łoskot) oraz Gabę Kulkę, chyba najlepszą polską wokalistkę ostatnich lat.
Stary rock progresywny umarł. Te wszystkie Marilliony i Pendragony to dla mnie nieporozumienie, gonienie własnego, albo – co znacznie gorsze – cudzego ogona. Ale termin rock progresywny w nieco innym znaczeniu pojawił się w mojej głowie, gdy w 1997 roku posłuchałem O.K. Computer Radiohead. Takie rozwiązania harmoniczne nie odeszły, jak widać, do lamusa, mogą wręcz lśnić pełnym blaskiem. Pod warunkiem jednak, że podejdzie się do nich w zupełnie inny, a nie zgrany do imentu przed laty sposób.
Na scenie mieliśmy czworo ludzi, sporo różnych instrumentów, a wszystko zbudowane wokół fenomenalnego głosu Kulki i basu Walickiego. Cała gama kolorów: melancholia, liryzm, delikatność na jednym końcu, totalny jazzrockowy odjazd spod znaku King Crimson i SBB z drugiej. Gdzieś tam pobrzmiewały mi też klimaty Możdżerowo-Danielssonowo-Frescowe. Jakie to wszystko świeże, dopiero co przyrządzone, a mamy przecież rok 2012! Ta godzina wczoraj to kolejne moje wspaniałe zdziwienie słuchacza, że w Polsce mamy tak znakomitych muzyków i utalentowanych kompozytorów. W ten sposób doświadczyłem jeszcze jednego muzycznego odlotu, dźwięków dla moich uszu z gatunku tych najwspanialszych, najukochańszych.
Tym piękniejszych, że zupełnie nieoczekiwanych. Bo, wstyd przyznać, o Saintbox nic wcześniej nie wiedziałem, a płytę wydaną 19 marca tego roku nabyłem drogą kupna dopiero wczoraj. Ale natychmiast po koncercie, bo była taka możliwość.

Kari Amirian

Młoda wokalistka miała tego wieczoru bardzo trudne zadanie. Przynajmniej dorównać poprzednikom na scenie w hali starego dworca kolejowego w Katowicach oraz udowodnić, że materiał z bardzo dobrej płyty broni się także na żywo.
Bardzo trudne. Stary dworzec w stolicy Śląska to jedna z secesyjnych pereł architektonicznych. Pozostający ciągle w rękach PKP obiekt przedstawia jednak coraz bardziej żałosny widok, gdyż czułej ręki konserwatora i budowlańca  dotąd nie doświadczył. Kubatura w środku, jak na potrzeby koncertów rockowych, dość spora – hala jest wysoka, w dodatku na podłodze, zamiast najbardziej wskazanego parkietu, położone są ciągle, skądinąd bardzo niebrzydkie, płyty. Pogłos więc spory, ciężka robota dla akustyka. The Saintbox poradzili sobie z tym bardzo dobrze, zespół Kari trochę gorzej.
Materiał zabrzmiał znacznie dynamiczniej niż na CD. Sporo bębnów i gitary basowej, momentami nieco to, niestety, dudniło. Muzycznie – w tych dynamicznych fragmentach – znacznie bliżej było do Petera Gabriela niż klimatów skandynawskich. Ale to absolutnie nie zarzut – trochę bardziej popowo, ale w dalszym ciągu szlachetnie.
Głos urodziwej frontmenki bez zarzutu – czysty, mocny, pozostała piątka muzyków na scenie też powyżej średniej krajowej. Muzyka zdecydowanie się broni, jestem przekonany, że w lepszej sali może zabrzmieć równie urzekająco jak na krążku. Bez ochów i achów, lecz była to godzinna porcja bardzo porządnego grania, w starej szkolnej skali od 2 do 5 – na czwórkę. 

*

Na koniec jeszcze uwaga nieco szerszej natury. Jak dobrze, że przygotowywanie imprez muzycznych oddano w ręce ludzi, którzy mają pojęcie o tym, co dzieje się w tej branży. Jeszcze dwa lata temu po kasę rękę wyciągała np. Kate Ryan, „flamandzka artystka muzyki pop and dance” czy, z całym szacunkiem, Maryla Rodowicz.
Promowanie  rodzimej muzyki w wydaniu niekoniecznie festiwalowym ma w moim odczuciu znacznie więcej sensu. Ze starych wyjadaczy – Armia, Kobranocka, Róże Europy, z grona młodszych – Mika Urbaniak, Mitch & Mitch, Sofa, Pinnawela. Dla miłośników czerpania z folkloru –  Żywiołak.
Ale i tak znajdą się niezadowoleni, którzy woleliby pogibać się przy piosenkach artysty Rynkowskiego,  celebrytki Kukulskiej albo autorki nowej aranżacji hymnu narodowego Górniak.


Urodziny Miasta – Kocham Katowice,  6-9 września 2012 (très.b, Ballady i Romanse)

Zawsze wkurzali mnie ludzie mówiący, że nie ma na co pójść (do kina, na koncert itp.). Siedzą na swoich czterech literach, do gazety nie zajrzą, bo żadnej nie kupują, do internetu też nie – i narzekają. A ja od lat mam problem polegający na braku forsy albo czasu, lub też jednego i drugiego, by zobaczyć wszystko, na co miałbym ochotę. Pozdrawiam ich w tym miejscu i opowiem krótko o tym, co zobaczyłem i usłyszałem w podcieniach Centrum Kultury Katowice wieczorem, 7 września, czyli wczoraj. Za darmo.

[more]

très.b

Łatwo mnie podejść. Dajcie trochę gitar, a prawdopodobnie przestanę kręcić nosem. Nieskomplikowany umysł najlepiej reaguje na nieskomplikowane, od lat rozpoznawalne dźwięki.

Bardzo to była przyjemna niespodzianka. Międzynarodowe trio z Polką, Misią Furtak na basie i wokalu. Jedno i drugie, o dziwo, na bardzo przyzwoitym poziomie. Śliczna, w kształcie motyla gitara nie sprawiała szczególnych trudności, a wręcz momentami widać było całkiem sporą biegłość w posługiwaniu się instrumentem. Głos może nie wielki, może nieco zbyt histeryczny w wysokich rejestrach, ale tych frontmenka nie nadużywała, a poza tym…

Niby nic nowego, proste, gitarowe granie, jakiego teraz pełno i jakie najczęściej wrzucane jest do worka z napisem „indie rock”, jakieś inspiracje sięgające lat 80. – wszystkiego tu po trochu: The Smiths, Sonic Youth itd. Ale robi to bardzo porządne wrażenie. Kilka porywających kawałków, jak na przykład kończący występ Ola, świadczy o sporym potencjale grupy. Chyba raczej słabo znanej, mimo iż mającej na swym koncie Fryderyka – w ubiegłym roku za debiut fonograficzny (album The Other Hand). Ciekawe, że wybrali na stałe miejsce pobytu nie Danię (gdzie poznali się w szkole muzycznej), nie Holandię, gdzie sporo koncertowali, a Polskę. Oby z dobrym skutkiem, czego z serca  très.b życzę.

Ballady i Romanse

Będę cytował żonę, której uwagi są tym razem wyjątkowo celne. Będę się czepiał, bo niespecjalnie mi się podobało. Zacznijmy od nazwy zespołu. Ta, choć wpisująca się w obowiązujący ostatnio w tej kwestii trend, powinna zobowiązywać. Ballad jednak nie usłyszeliśmy wcale (to jeszcze pal licho), ale konferansjerka nie miała nic wspólnego z romansowaniem z publicznością. Krótkie, wręcz brutalnie między oczy posyłane w naszą stronę komentarze do kolejnych utworów, nie miały nic wspólnego z subtelnością i dowcipem.

Wokale sióstr Wrońskich na poziomie dziewczęcego zespołu Filipinki sprzed półwiecza, kiepskie zwłaszcza w dolnych rejestrach i chórkach jak z akademii szkolnej. Fatalnie ogólnemu wrażeniu zrobiła też nieobecność perkusisty. Do spółki z najjaśniejszą postacią na scenie – gitarzystą basowym Radosławem Łukasiewiczem, który od czasu do czasu mógł sobie pograć i wtedy od razu muzyka nabierała jakiegoś życia – być może uratowałby całość. A tak – mieliśmy obrzydliwą perkusję elektroniczną, która do reszty mnie dobiła.

Cóż, teksty chyba nie najgorsze, ale moje ucho jakoś nie umiało się do nich przedostać, wyłowić z pełnego oglądu. Zawsze ważniejsza dla mnie była muzyka. Zawsze będę wolał w niej to, co – mówiąc po męsku – ma jaja, czyli świeżość, bezkompromisowość. W muzyce niekoniecznie chodzi o intelektualny przekaz, choć dobrze, jeśli wspiera on warstwę instrumentalną. Wokal musi mieć to „coś” – zupełnie nie dociera do mnie choćby obozowoharcerski głosik Grabaża, za to chwyta  za gardło prosty synek z Tychów, Ryszard Riedel albo Robert Gadowski w pierwszym okresie działalności Iry, tej z Łukaszewskim jako kompozytorem większości materiału.

W Balladach i Romansach zbyt wielu elementów mi brakuje, to do mnie nie trafia.  Nie to brzmienie, nie ten przekaz, może po prostu nie to pokolenie, nie moje klimaty.


Hey, ?, 1995

W marcu 1991 roku zostałem ojcem – i to od razu podwójnym. Jeśli komuś wydaje się, że nie ma czasu, bo studiuje, że nie ma czasu, bo już skończył studia i pracuje, bo już pracuje i zmienił stan cywilny – to opowiada bzdury. Życie zmienia się tak naprawdę dopiero wtedy, gdy na świecie pojawia się dziecko. A jeśli jest to dwójka w pakiecie, tym bardziej. I dzieje się tak, że człowiek przestaje nadążać. Że traci kontakt – ze znajomymi, z nowościami literackimi, filmowymi, płytowymi. Nagle czasu robi się bardzo niewiele.

[more]

Tymczasem w kraju panoszyła się wolność. Do muzycznych bojów ruszali ludzie urodzeni już w latach 70. Nakłady kaset oraz płyt kompaktowych osiągały niebotyczne nakłady rzędu set tysięcy egzemplarzy.
Lata 90. na świecie należały do grunge’u, największe triumfy święciły Nirvana i Pearl Jam. Ta fala powrotu do rock’n’rollowych i punkowych źródeł dotarła także do Polski.

Na największą grupę tego nurtu wyrasta na Wisłą szczeciński Hey, którego kariera rozwija się w niespotykanym dotąd u nas tempie. Siłą zespołu jest bezkompromisowe, mocne gitarowe brzmienie i wokalistka, jakiej jeszcze nie było – takiego damskiego gardła dotąd na polskich scenach i w studiach nagraniowych nikt nie słyszał.
Hey to po wielekroć zespól dla mnie wyjątkowy. Pierwszy ważny „po”. Po zmianie mojej życiowej optyki na ojcowską. Pierwszy złożony z ludzi wyraźnie już młodszych ode mnie, a który tak mocno wszedł mi pod skórę.
Po dwóch pierwszych albumach, bardzo ostrych Fire i Ho!, po niepotrzebnym, zbyt szybkim krążku koncertowym, przyszedł czas bezlitosnej weryfikacji: czy poza materiałem tworzonym przez parę lat, a który został zamieszczony na wspomnianych płytach – jest coś jeszcze do zaproponowania. Czy można mówić o rozwoju.
Pierwotnie szykowany jako singiel, ostatecznie Heledore został wydany jako minialbum. Kupiłem go natychmiast po ukazaniu się – i moja miłość do grupy, zupełnie jak jej muzyka, przeszła w dojrzałą fazę. Powalił mnie zwłaszcza List – pierwsza perła wśród tekstów Nosowskiej, autorki,  która objawiła się tutaj jako już właściwie poetka, cudownie liryczna i intymna. Do tego znakomicie, niezwykle dojrzale zagrana wartwa instrumentalna. Od tego momentu z równą, a może nawet większą uwagą jak nad mocnymi kawałkami, pochylam się nad Heyem delikatnym, balladowym – a nazbierało się takich utworów w dorobku zespołu sporo.
? – będący rozwinięciem Heledore, zjechany przed laty w Tylko rocku – uważam za album przełomowy w dyskografii zespołu, a Wczesną jesień, Prawdę, List i Gdy mnie sen zmorzy umieszczam na prywatnym „The best of”.
Warsztat muzyczny piątki muzyków jest już bardzo, bardzo solidny, talenty kompozytorskie, zwłaszcza Piotra Banacha, ówczesnego lidera, rozwijają się znakomicie. Hey staje się firmą z tych najważniejszych w polskim showbiznesie. Rewelacyjny materiał trzeciej studyjnej płyty wyraźnie dowodzi, iż mamy do czynienia ze zjawiskiem muzycznym wielkiej miary. 

I tak jest do dziś. Talent Katarzyny Nosowskiej – literacki i kompozytorski – rozkwitł w pełni, Hey potęgą jest i basta. Obok Dżemu to, moim zdaniem, drugi tak wielki zespół w dziejach polskiego rocka – działający od ponad dwóch dekad i cały czas prezentujący materiał na poziomie dla większości innych wykonawców niedostępnym. Można dyskutować nad ostatnią płytą – Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! Osobiście lubię ją bardzo, choć mniej podobało mi się koncertowe oblicze zespołu na trasie promującej album: za mało gitar, za dużo instrumentów klawiszowych. Wolałbym, by takie aranże były domeną solowych dokonań Pani Katarzyny, a gitarzyści w zespole, z Marcinem Żabiełowiczem na czele, jak dawniej dosypywali do pieca.


 *

                jedyny mój

                to zaledwie kilka dni

                a ja nie mieszczę łez

                zagryzam wargi

                dotykam się

                jak to zwykłeś robić ty

                wyczuwam wyczuwam cię

                w zapachu ubrań

                a niebo znów na głowę spada mi

                i nadziei coraz mniej na słońce

                tak trudno jest zasypiać budzić się

                gdy imię twoje echem

                odbija się od ścian

               

                a te dni ciszy które dzielą nas

                podpowiadają mi złe obrazy

                muszę to przespać przeczekać

                przeczekać trzeba mi

                a jutro znowu

                pójdziemy nad rzekę

 

                jedyny mój

                pora kończyć już

                pielęgnuj obraz mój w swym sercu

                jestem wodą do której raz włożywszy dłoń

                nigdy nie zdołasz jej zapomnieć

  

                a te dni…


List  to przepiękny tekst o tęsknocie kobiety za mężczyzną w czasach, gdy telefonów komórkowych jeszcze nie było i pozostawało ewentualne pisanie listów oraz pośrednictwo Poczty Polskiej. O tym, że Nosowska równie urzekająco potrafi pisać o uczuciach także dziś – może przy innej okazji.