Film Festival, Wiener Rathausplatz 2012 (Adele, Live At Royal Albert Hall), 27 sierpnia

Wybrać się do Wiednia, by obejrzeć fragmenty występu Adele w Royal Albert Hall, dostępnego od blisko roku na DVD, byłoby grubą przesadą. Co innego podczas parodniowego pobytu w stolicy Austrii znaleźć się pod przepięknym ratuszem, przed którym postawiono potężny ekran, kolumny głośnikowe, kilka tysięcy krzeseł oraz dwie całkiem pokaźne przenośne trybuny. Gospodarze miasta zrobili to po to, by przez dwa wakacyjne miesiące dzień w dzień prezentować wszystkim chętnym wybrane fragmenty występów na żywo gwiazd muzyki poważnej i rozrywkowej. Wstęp wolny.

[more]

Przed ratuszem, a za widownią, rozciąga się park, w którym zainstalowano kilkadziesiąt knajpek, gdzie można coś zjeść – na słodko lub słono – oraz napić się kawy lub herbaty, wina albo piwa. I tu ciekawostka: nawet jeśli prezydent Katowic dałby się namówić do zorganizowania podobnej imprezy w stolicy Śląska, sytuując ekran przed oknami swego gabinetu, widownię na rozkopanym rynku, a małą gastronomię w okolicach remontowanego dworca PKP, to trudno sobie wyobrazić, by restauratorzy byli skłonni serwować wino w szklanych kieliszkach, piwo w szklankach, jedzenie na ładnych prostokątnych talerzykach, każdemu wręczając do tego porządne metalowe sztućce. Z przykrością muszę stwierdzić, że mielibyśmy chyba parę trupów i wielu rannych od pchnięć takimi nożami, wielu skaleczonych na rozbitym szkle. A przede wszystkim – na drugi albo najpóźniej na trzeci dzień nie byłoby czym i z czego jeść i pić. Ale to tak na marginesie.

Adele to jakieś zupełne obrzeża moich zainteresowań muzycznych. Tak naprawdę, przyznaję, miałem okazję zapoznać się z jej nagraniami w nieco bardziej zwartej dawce dopiero kilka miesięcy temu.

Piękna jak Angielka, starzejąca się dziewczyna tuż po dwudziestce, której fryzjerem jest Belzebub, a stylistą chyba sam Lucyfer, głos otrzymała bez wątpienia od Pana Boga. Barwę i moc ma taką, że chyba byłaby w stanie zaśpiewać absolutnie wszystko. Bez najmniejszego wysiłku bierze góry i doły, falsety i falseciki wplata w swój śpiew jakby od niechcenia. Talent nieprawdopodobny.

Co jednak jest chyba równie istotne w tym zjawisku, to fakt, iż Adele potrafi także komponować, a to już na rynku pop music czyni ją kimś wyjątkowym. No właśnie: jest dziś pop i pop. Jeden spreparowany w studiach nagraniowych, z brzmieniami wydobytymi z komputerów, z bezdusznie wwiercającym się w głowę rytmem umc-umc. I drugi, sięgający do kilkusetletniej tradycji muzyki, w której najważniejsza jest melodia. A ta z kolei czerpie z najlepszych dokonań ostatniego półwiecza co najmniej, gdy chodzi o R&B, bluesa, a nawet jazz i rocka. Bo obok szlachetnego głosu mamy też staranne, rozpisane na instrumenty obsługiwane przez ludzi aranżacje.

Pop starzeje się najszybciej, w nim najszybciej i najłatwiej wyczuwalne są technologiczne nowinki. Adele jednak ma szansę wejść do historii muzyki rozrywkowej, a może nawet już to zrobiła – właśnie dzięki ludzkiemu wymiarowi swych dokonań i wpisaniu się w najlepsze z możliwych tradycje piosenki.

Pełna, pełniuteńka Royal Albert Hall robi piorunujące wrażenie, wielotysięczny chór odśpiewujący refreny wraz z gwiazdą wieczoru to imponujący widok. Co musiałoby się stać, byśmy my, polscy Słowianie byli w stanie choć w połowie tak pięknie  odśpiewać na przykład hymn narodowy przed meczem futbolistów? Nie wierzę, że chodzi tu o to, by tych jedenastu wreszcie zaczęło grać, raczej chyba sens w tym, by stwórca zechciał zamieszać trochę w genach.

A pod wiedeńskim ratuszem wczoraj też było pełno, podejrzewam, że jakieś  pięć tysięcy ludzi. Wszelkich nacji, bo Wiedeń to dziś wielonarodowościowa mozaika. Nikt się nie upił, nikogo nie widziałem w stanie „po spożyciu”. Nie widziałem też kawałków rozbitego szkła na chodnikach.

Z dziewięćdziesięciominutowego, znakomitego koncertu Adele zaprezentowano trochę ponad połowę. Po krótkiej przerwie zaczęła się emisja występu Katie Melua. O wiele ładniejszej od Adele, ale z głosem skromniutkim, a i repertuarem też nie najwyższych lotów. To jak po szklance Stiegla wziąć parę łyków kiepskiego piwa z, dajmy na to, Penny Markt.

Więc darowaliśmy sobie z żoną takie wrażenia i ruszyliśmy w stronę stacji metra. Po dwóch przesiadkach – z jednej linii metra do drugiej, a następnie do tramwaju – po dwudziestu pięciu minutach znaleźliśmy się w wynajętym w zupełnie innej dzielnicy Wiednia maleńkim mieszkaniu. Ale komunikacja w stolicy Austrii to temat do rozważań w zupełnie innym miejscu niż ten blog.


Dodaj komentarz