Gienek Loska Band, Bielsko-Biała, 18 sierpnia

Gienek Loska wygrał program X Factor w 2011 roku. Wygrał tyleż zasłużenie, co niespodziewanie. Jest bowiem białoruskim naturszczykiem odpornym na wszelkie wpływy programowo-medialne, facetem, który za cholerę nie da się przerobić ani jeśli chodzi o gusta muzyczne, ani o swoją hipisowską proweniencję.

[more]

Nagrodą na wygranie Factora było przede wszystkim nagranie płyty. Już w tym momencie można było być pełnym obaw. Bo od lat polskie stacje telewizyjne serwują nam podobne programy, kreując gwiazdy świecące pełnym blaskiem, tyle że do ostatniego odcinka tego czy innego wyścigu. A muzyka to nie wyścig, a już na pewno nie bieg na sto metrów. To raczej dystans wielokilometrowy, wielosezonowy. Pod jednym wszakże warunkiem – że ma się światu do zaoferowania nie tylko głos dany od Boga, ale i talent, który pozwoli przekroczyć próg dla większości nieprzekraczalny – czyli najlepiej nawet zaśpiewanych, ale tylko coverów.

Gdzież są dziś ci, którzy zwyciężali w pierwszych Idolach? Ala Janosz usilnie walczy o możliwość, de facto, „powtórnego” debiutu. Szymon Wydra bije się z reaktywowaną Irą o mistrzostwo Radomia i okolic, obdarzona fenomenalnym rockowym głosem Ewelina Flinta po popelinowych dokonaniach przepadła bez wieści. Inaczej rzecz ma się z Anią Dąbrowską czy Moniką Brodką, które – po prostu – mają coś od siebie do zaproponowania i próbują ostać się dłużej na wątłym polskim rynku muzycznym. Moje rockowe serce rosło, słysząc głos Gienka Loski. Skojarzenia, jeśli mówimy o polskich wokalistach, są jednoznaczne. Zwłaszcza że chodził w Grodnie do tego samego liceum, co parę dekad wcześniej Czesław Wydrzycki, czyli Niemen. Drugi trop – to Ryszard Riedel.

Płyta mnie rozczarowała. Sam wokalista użył wczoraj określenia „Już nie Karpiel Bułecka, jeszcze nie Dżem” – i jest w tym sporo prawdy. Klimaty muzyczne są równie ewidentne jak tropy wokalne. Jesteśmy na przełomie lat 60. i 70. Jeśli w Factorze Loska śpiewał kawałki soulowe i rhytmandbluesowe, to teraz jesteśmy już na miedzy dzielącej bluesa i rocka. Lynard Skynard (wielokrotne pogwizdywanie à la Ronnie van Zant), wczesny Cocker i tym podobne. W rodzimym wydaniu – oczywiście Dżem i Cree. No właśnie, początki Cree zdawały się sygnalizować, że Dżemowi rośnie wielka konkurencja, ale później nie było już tak dobrze. Debiutowi płytowemu zespołu Gienka dość daleko do poziomu pierwszej płyty Cree. Dlaczego? W zasadzie trudno przyczepić się do materiału, bo to solidne, mainstreamowe kawałki sprzed lat. Rzecz w ich wykonaniu.

I dokładnie te same odczucia miałem podczas koncertu. To, gdy chodzi o czterech instrumentalistów, rzemieślnicy, całkiem nieźli i mający szansę stać się artystami, ale póki co rzemieślnicy. Słowa najbardziej krytyczne kieruję pod adresem najważniejszego obok Loski na scenie – Andrzeja „Makara” Makarewicza, gitarzysty, całkiem zresztą przyzwoitego, ale… Zbyt on, na moje ucho, metalowy albo co najmniej hardrockowy, za mało bluesowy. Jeszcze te palce nie dość finezyjnie przemieszczają się po gryfie, za ostro, za płasko, za szybko. Jeszcze trzeba się wsłuchać w Jerzego Styczyńskiego, podpatrzeć, jak on to robi. I może być naprawdę całkiem nieźle, wręcz bardzo dobrze. Oby! Życzę tego liderowi i zespołowi z całego serca.

Bo wydaje się, że pomysłów nie zabraknie – wczoraj zagrali dwa nowe kawałki. Ochoty do gry było aż nadto. Dość przypadkowa, jak to zwykle na darmowych koncertach bywa, publiczność umiarkowanie głośno domagała się bisów. Tymczasem, po półtoragodzinnym secie złożonym głównie z materiału z debiutanckiej płyty oraz coverów utworów Niemena (Płonąca stodoła, Jednego serca i Ciuciubabka), zespół nie dał się długo prosić i wyszedł na scenę, by zagrać jeszcze zeppelinowskie Thank You, a gdy już zrobiło się prawie pusto – dla najbardziej wytrwałych rozbrzmiały takty Whole Lotta Love z brawurowo weń wplecionym Break On Through (To The Other Side) Doorsów. W sumie godzina pięćdziesiąt – imponujący rezultat jak na tego typu występy.

Losce i jego kolegom bardzo się chce. Widać, że kochają to, co robią. Niezmanierowani, kipiący energią, świeżością – czują, że to jest ich pięć minut, że tej szansy nie wolno zmarnować. By przekuć na przykład wczorajszą ciepłą reakcję widowni na sprzedaż biletowanych już koncertów – gdzieś w przyszłości – oraz na kolejne płyty, które chcieliby nagrywać i znaleźć na nie nabywców. I niech tak się stanie. Bo słuchanie Gienkowego wokalu przenosi mnie w najukochańsze klimaty muzyczne. Bo to głos, stwierdzam bez zbędnego patosu, z tych absolutnie największych. I źle by się stało, gdyby został zmarnowany. Przez samego Loskę, przez nas, przez kulejący rynek. Przez parszywe okoliczności.

19 sierpnia


Dodaj komentarz