Przez ciebie płynie strumień piękności, ale ty nie jesteś pięknością – napisał mój szczególnie ulubiony romantyczny autor, Zygmunt Krasiński. Życie ludzi wybijających się ponad przeciętność zawsze było przedmiotem zainteresowania gawiedzi. Dziś, w dobie internetu i kolorowych pisemek, nieznacznie tylko różniących się od reklamowych gazetek wielkich sieci handlowych, jest to szczególnie łatwe. Niemal z dnia na dzień jesteśmy w stanie śledzić losy zarówno bohaterów niezliczonych seriali, jak i faktów – tzw. autentycznych i domniemanych – z życia odtwórców nie tylko głównych ról.
[more]
Osobom ogólnie znanym
nietrudno jest zatracić instynkt samozachowawczy.
Zwłaszcza w sytuacji, gdy na gruncie artystycznym dzieje się zdecydowanie mniej i gorzej, a wręcz – o, zgrozo – czasem jakby talentu nie stawało. Jakże łatwo wtedy przesiąść się z miejsca na miejsce i może niepostrzeżenie dla samego siebie stać się tzw. celebrytą. Płacą za to, bywa, niemałe pieniądze – szczególnie stacje telewizyjne. Pozwala to być nadal, a może nawet bardziej niż kiedyś, rozpoznawalnym. Myli się wielkość z iluzoryczną popularnością, szczególnie że wokół pełno podobnych osobników. Poklepujemy się wzajem po plecach, utwierdzamy w swej wyjątkowości. Kasa leci, naród pilotowy to łyka.
*
Wyćwiczyłem w sobie – mam nadzieję, że na stałe – zdolność
oddzielania człowiekai jego dzieła
(skupmy się już tylko na tym, co jest tego warte). Gdy słucham nagrań Queen, nie mam przed oczami Fredka przewalającego się w łóżku z innym facetem, lecz cholernie zdolnego kompozytora i świetnego wokalistę. To samo tyczy np. Eltona Johna. Nie obchodzi mnie, czy dziś jest mężem, czy żoną.
Schodząc z wojennej ścieżki orientacji seksualnej, powiem tyle, że zawsze przyjemnie jest, gdy ceniony artysta okazuje się także interesującym człowiekiem, gdy przemawia do nas zarówno jego dzieło, jak i on sam – pytany niekoniecznie o to, na którym boku spał ostatniej nocy. Od paru lat ze szczególną uwagą słucham na przykład tego, co ma do powiedzenia Wojciech Waglewski.
Ale z drugiej strony – dobremu muzykowi, aktorowi, pisarzowi jestem w stanie wiele wybaczyć. Nawet, pardon, głupotę, jeśli tylko to, co jest przedmiotem jego życiowej, twórczej działalności, do mnie przemawia. Czasem wręcz, przyznaję,
wolę prostego chłopa z mocnym gardłem
wyśpiewującego niekoniecznie szczególnie odkrywcze myśli – od dobrego tekściarza, który uparł się, że będzie ludziom śpiewał, mimo iż Bozia poskąpiła mu wokalnego talentu i powinien to robić co najwyżej przy ognisku.
Powtarzam więc: staram się oddzielać dzieło od człowieka. Nawet jeśli on sam – a czasy temu wybitnie sprzyjają – zatracił instynkt. Co wypada, a czego nie, co można, a czego zdecydowanie nie należy. Wołanie o umiar to głos zgreda na pustyni, przecież hasło wszystko na sprzedaż wcale nie jest takie nowe. Zaś mottem ostatnich lat stało się podobne w duchu – wszystko jedno jak, byle mówili.
Po tym koncercie nie mam wątpliwości, że Grzegorz Turnau powinien nagrać jeszcze jedną płytę koncertową – unplugged. Właśnie taką, kameralną, z piosenkami rozpisanymi na głos, fortepian i akustyczną gitarę Jacka Królika. Uroda tych utworów jest tak wielka, że przy znakomitym warsztacie wykonawczym wystarczy ascetyczna – choć tylko z pozoru prosta – aranżacja.
[more]
Turnau w moim prywatnym rankingu już dobrych parę lat temu przebił Marka Grechutę – wieloletnią obecnością na scenie i kolejnymi płytami wciąż wysokiej próby. To naprawdę dane jest tylko najlepszym – Pan Grzegorz, bez względu, czy gra swoje, czy sięga po cudze kompozycje, czyni z nich
coś bardzo własnego.
Czasem, śmiem sądzić, lepszego od oryginału. (Pierwszy raz to wrażenie dopadło mnie kiedyś w czasie festiwalu piosenki w Opolu, gdy Stanisław Sojka wykonał Jana Serce Seweryna Krajewskiego – i z plastikowo zaaranżowanego kawałka wydobył całą jego urodę. Podobnie Turnau – gdy zaśpiewał Bynajmniej Wojciecha Młynarskiego, zrobił to, jak zawsze, stylowo i po stokroć lepiej wokalnie).
Koncert zaczął się od Herbertowskiej Czułości – i od razu zostaliśmy wprowadzeni w liryczny klimat całego występu. Usłyszeliśmy piosenki starsze i nowsze, a wszystkie zabrzmiały znakomicie. Parę ładnych lat temu w tym samym miejscu artysta ogrywał materiał z przygotowywanej do wydania płyty Tutaj jestem. Raz po raz spoglądaliśmy wtedy z bratem na siebie oczarowani i zdumieni. Ileż w tej muzyce klimatów Emersonowskich! Nie wiem, na ile świadoma to inspiracja, w sumie nie jest to istotne. Jednak, dodam od razu, inspiracja w najlepszym tego słowa rozumieniu. A że na dodatek, w dolnych rejestrach, głos lidera przypominał wokal Grega Lake’a, robiło się ciepło na sercu. I tak jest już do dzisiaj.
Prócz autorskiego materiału, Turnau sięgnął po Grechutę, w Historii pewnej podróży wspaniale parodiując swojego mistrza. To samo uczynił jeszcze na koniec, udatnie podrabiając Karpiela Bułeckę w Na plażachZanzibaru.
Sięgnął też po
klasykę anglosaską
– Jealous Guy Lennona, we fragmencie zaśpiewaną w oryginale, a w części w swym młodzieńczym „przekładzie”, z czego śmiał się sam wykonawca, a my razem z nim. Nieco później Bracka przeszła w Scarborough Fair Simona i Garfunkela, w którą artysta wplótł z kolei fragmencik piosenki z serialu „Stawiam na Tolka Banana” (Staremiał dżinsy, starą koszulę). Nie mogło też zabraknąć Starszych Panów (m.in. O Kutno!) i obok nich Billy’ego Joela (She’s Always TheWoman będącego coverem piosenki Wasowskiego i Przybory – tak, tak! – Moja dziewuszka nie ma serduszka, też zresztą wykonanej). Na bis jeszcze raz Grechuta – Motorek – oraz, przedświątecznie, Wigilijna Święta Noc.
Sto minut wybornego grania okraszonego uroczą, lekką i dowcipną konferansjerką to naprawdę wspaniały pierwszy wieczór tygodnia. Żadnego taniego efekciarstwa, kunsztowna gra Jacka Królika i fortepianowe pasaże gwiazdy wieczoru służyły – jak zawsze – muzyce.
Koncert miał w nazwie
„piosenki sowie”,
co – jak wyjaśnił Pan Grzegorz – wzięło się kiedyś z banalnej literówki. Sowa, słusznie czy nie, jest symbolem mądrości. A piosenki, które ma w repertuarze artysta, zawsze skłaniały do refleksji i zadumy, bo są po prostu mądre. I bardzo szlachetnie wykonywane – tak na płytach, jak i na koncertach. Grzegorz Turnau gra i śpiewa nie sobie a muzom, lecz subtelnie, inteligentnie i z poczuciem humoru – czyli sowie. Gra nam, ludziom, tym wszystkim, którzy chcą go słuchać. A warto.
Późnojesienne i zimowe, studenckie wyprawy do Koszarawy, do niemałego domu rodziców koleżanki z grupy. 1983 i 1984 – ileż par potworzyło się za sprawą tych eskapad! Wspinaliśmy się w piątkowy wieczór w górę, dźwigając mniej lub bardziej wypchane plecaki. Tylko jednemu z nas zawsze butelki uderzały jedna o drugą. W tych dziwnych czasach jego zadaniem było zadbanie, byśmy całej nocy nie spędzili przy herbacie albo wodzie mineralnej (Boguś, pozdrowienia i uznanie, że nie stłukłeś wtedy żadnej flaszki!).
[more]
To tam wywijaliśmy hołubce przy trójkowej liście przebojów, na której znajdowała się wtedy piosenka
Śmielej
(„Kiedy mówisz do mnie: ja no i ty, ja no i ty nic nie znaczy. Ja no i ty – mów inaczej”), a parę miesięcy później dopadała nas młodzieńcza nostalgia przy Strzeż się tych miejsc („Tu nie wolno głośno śmiać się i za dobre mieć ubranie”).
Pamiętam, że moje zupełnie pierwsze wrażenie dotyczące Klausa Mitffocha było takie – czy to nowy kawałek Republiki?
Parę lat potem w plebiscycie „Magazynu Muzycznego” na najlepszą polską płytę wszechczasów w pierwszej trójce znalazły się właśnie jedyny krążek Klausa oraz debiut solowy Lecha Janerki – Historia podwodna – przedzielone Enigmatic Niemena.
Album Klausa był powalający.
I nie taki prosty do ogarnięcia dla mnie – kogoś, kto do niedawna tkwił w rocku symfonicznym i mainstreamowym, gitarowym graniu, o punku słyszał, ale nie widział tych załóg za wiele na żywo. I, powiem szczerze, niewiele z tej estetyki rozumiał. Tyle że – KM nie mieścił się w niej tak całkiem, a właściwie tylko trochę. To nie byli już nastoletni chłopcy, umieli grać, a Pan Leszek pisał świetne teksty.
Zespół jednak rozpadł się bardzo szybko, a czas pokazał, że artystyczne racje były po stronie Janerki, który do dziś jest jedną z najważniejszych postaci w polskim rocku. Na każdą jego nową płytę czeka się z niecierpliwością. Bo wiadomo, że w tym graniu o coś chodzi, a teksty są często zgryźliwym komentarzem rzeczywistości – jednak na tyle uniwersalnym, że po latach nietracącym na aktualności, wciąż czytelnym dla słuchacza i niejednokrotnie zachwycającym grą skojarzeń.
*
Lech Janerka nagrywa rzadko,
w ostatnim czasie z czynnego uprawiania muzyki wyłączyła go kontuzja ręki, ale problemy – na szczęście – minęły. Płyty brzmieniowo różnią się od siebie. Mamy lżejsze, bardziej „popowe” Piosenki (1989) albo Plagiaty (2005), ale też wyraźniej eksponujące gitary Ur (1991) czy Bruhaha (1994). Łączy je wszystkie wzmocnienie niskich tonów: gitara basowa lidera i wiolonczela jego żony, Bożeny Janerki – rytm, gwałtowność połączone z płynnością i harmonią. Ponadto – zawsze świetni muzycy, których Pan Leszek starannie dobiera sobie na współpracowników.
I teksty: nigdy byle jakie, zawsze o czymś, będące bystrą i gorzką najczęściej obserwacją świata. Czasem też bardzo poetycką, jak na przykład w „Labiryntach”:
Labirynty mają swój ukryty sens
Nie chciałbym zbyt wiele o tym mówić
Ciemność i marzenia i więcej nie ma nic
A na zewnątrz waleczny świt pamiętam tylko przestrzeń
Bezkarny gwałt określeń
Początek snu a potem nic
P.S. Choć to setny wpis, to nie ja jestem w stanie wskazującym. I nie moją jest robotą tło w dołączonej piosence. Nie wiadomo czemu pojawia się okładka Historiipodwodnej zamiast Piosenek. Czyżby dlatego, że te ostatnie na CD ukazały się dopiero w tym roku, więc okładki wcześniej nie dało się ściągnąć z internetu?
Rok 1980 tragicznie zapisał się w historii rocka. W lutym zapił się na śmierć Bon Scott, wokalista AC/DC, we wrześniu ten sam koniec spotkał Johna Bonhama, co spowodowało rozpad Led Zeppelin. Jednak dzień 8 grudnia wstrząsnął całym światem, nie tylko muzycznym. Po raz pierwszy zdarzyło się, że muzyk został zastrzelony z rąk niezrównoważonego fana. Muzyk – legenda. Jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci showbiznesu.
[more]
Facet, który w okresie szalejącej Beatlemanii powiedział:
„Jesteśmypopularniejsi od Jezusa”.
Wreszcie ten, który w 1969 roku zwrócił królowej Elżbiecie tytuł szlachecki otrzymany cztery lata wcześniej – w proteście przeciw polityce zagranicznej Wielkiej Brytanii dotyczącej konfliktów zbrojnych, m.in. w Wietnamie.
Po pięciu latach milczenia, właśnie tuż przed śmiercią Lennon wydał swój nowy album – Double Fantasy – i prawie natychmiast rozpoczął pracę nad kolejnym. Można przypuszczać, że byłby to jego trwały powrót do muzyki. Z perspektywy lat widać, jak wielu wykonawców, których szczyt artystycznej formy przypadł na lata 60. i 70., potrafiło mimo zmiennej koniunktury przetrwać i zaserwować fanom niejedną jeszcze porcję świetnej muzyki. Kto wie, czy nie doczekalibyśmy jeśli już nie trwałego
reaktywowania TheBeatles,
to chociaż paru wspólnych koncertów.
Wielka czwórka rozstawała się wśród mnożących się nieporozumień i wzajemnych pretensji. Na swym najsłynniejszym solowym albumie – Imagine – Lennon poświęcił McCartneyowi szyderczą piosenkę How DoYou Sleep?. Gdy dziewięć lat później świat obiegła tragiczna wiadomość, usłyszeliśmy też coś bardzo znaczącego. Yoko Ono powiedziała, że zaraz po tym, jak sama dowiedziała się o śmierci Johna, skontaktowała się z dwiema osobami, do których zadzwoniłby sam zmarły, gdyby mógł. Pierwsza to Julian, starszy syn artysty. Drugą natomiast był Paul McCartney…
*
W 1981 roku zaliczyłem wakacyjny obóz w Czechosłowacji. 22 lipca rano nasi opiekunowie włożyli do wazoników ze sztucznymi kwiatkami biało-czerwone chorągiewki, które do obiadu zniknęły w tajemniczych okolicznościach. Polska fiesta „Solidarności” budziła wielki niepokój wśród naszych ówczesnych sąsiadów.
W trakcie tego obozu, podczas pobytu w nieco większym mieście (którego nazwy już nie pamiętam) jeden z kolegów powiedział: „Kurde, kupiłbym sobie lenonki, u nas to zupełnie niemożliwe”. Idąc we czterech, natrafiliśmy na sklep z oprawami. Kolega zaczyna tłumaczyć młodemu sprzedawcy, że chodzi mu o okulary – druciane, okrągłe…
Dziś tak „po domowemu”. Nie wszyscy to lubią, nie wszystkich to interesuje, zdaję sobie z tego sprawę. Ale proszę, jeśli kogoś znudzę, niech nie trzaska drzwiami, bo uderzenie może sprawić, że komin się rozsypie, a przecież w takim dniu jak 6 grudnia jest wyjątkowo potrzebny. Obiecuję, że pojutrze znów będzie muzycznie.
[more]
Nie przypuszczałem, że
muzyka
– choć zawsze zajmująca sporo miejsca w moim życiu – spowoduje tyle zmian, tyle ruchu we mnie i dookoła mnie. Od razu powiem jednak, że ruchu, który sprawia mi wielką przyjemność i zdecydowanie odmładza. Ponadto – stwierdzam kolejny już raz – w pisaniu zawiera się coś niezwykle cennego. Przelewanie słów na papier (nawet ten wirtualny) powoduje, że precyzują się myśli, które nieraz od lat nosimy w sobie. Dopóki nie przyobleczemy ich w słowa, są mało konkretną albo wręcz nieuświadamianą częścią nas.
Regularne
pisanie bloga
zmusza do systematyczności – w moim przypadku spowodowało jeszcze większe niż dotąd pochylenie nad muzyką. Przekopałem piwnicę w poszukiwaniu starych notatek, po wielu latach znów miałem w rękach płyty gramofonowe. Wpierw z zamiarem ich sprzedania, a potem przywrócenia do życia.
I tak się stało. Kupiłem
gramofon
– i położyłem pierwszą kostkę domina. Gdzie go ustawić? Jeśli ma spełniać swoją funkcję, musi być podłączony do prądu i wzmacniacza. Dobrze, znika lampa, gramofon staje obok sprzętu grającego.
Co z płytami? Jeśli mają przebywać na zesłaniu, jak dotąd, w piwnicy – nie ma to sensu. Więc gdzie, by były pod ręką, a jednocześnie nie na szczególnie wyeksponowanym miejscu? Regał. W porządku, ale jaki, by pasował do reszty, pomieścił jeśli nie wszystkie, to większość płyt – i znalazł swoje miejsce w i tak już przyciasnym pokoju? Bingo! Trafiam na taki, kupuję, składam, stawiam. Teraz trzeba przesunąć pozostałe meble, z których większość wypełniona jest książkami. O rany! Jeden wieczór i wszystko gotowe. Tylko kawałek ściany między meblami „przesunął” się o dwadzieścia centymetrów. Trzeba go pomalować i powiesić zegar. Najlepiej nowy, bo dotychczasowy kiepsko pasuje do gramofonu i wieży. Żona idzie za ciosem i zmieniamy jeszcze lampy.
Ale,
powiem Wam w sekrecie,
to wszystko mija, zwłaszcza że jest drobiazgiem w porównaniu z remontem łazienki. A potem jest tak, że przychodzą moi bracia albo znajomi – i wszyscy spoglądają płonącym wzrokiem. Longplay kręci się na talerzu, ramię powoli przesuwa się do środka, a pozostałych kilkuset płyt znów można dotknąć, popatrzeć na okładki, westchnąć z nostalgią.
*
Jest grudzień. Taka pora obdarowywania się prezentami. Bogatymi lub skromniejszymi. I często znów problem: co jej/jemu kupić (mamie, tacie, teściowej, teściowi, siostrze, bratu, córce, synowi, ach – i jeszcze: żonie lub mężowi)? Znów perfumy, krawat, koszulę?
Z tymi, co czytają lub słuchają, problem jest o wiele mniejszy. Jeśli mają dwa tysiące książek, na pewno ucieszą się z jeszcze jednej. Jeśli mają tysiąc płyt (bez znaczenia, czy CD, czy analogowych) – z pewnością frajdę sprawi im kolejna. Wiem, co mówię. Na sobie testuję to od lat.
Blackout i potem Breakout – kolejne wspomnienie z dzieciństwa. Pocztówka z utworami Anna i Moje srebro to głos gitary, śpiewanymi jeszcze przez Stanisława Guzka, czyli Stana Borysa. A jakiś czas później w domu pojawia się w albumowej okładce Na drugim brzegu tęczy.
Kochałem tych polskich hipisów miłością kilkuletniego miłośnika muzyki. Ich kolorowe stroje, długie włosy i bardzo nowe wtedy w Polsce brzmienie. Moim szczególnym ulubieńcem był Michał Muzolf, basista, który nagrał z zespołem tylko tę jedną płytę, by potem stanąć na czele formacji Hard Road, którą nawet miałem okazję zobaczyć na żywo w Wiśle.
[more]
Oszaleliśmy wtedy na punkcie
Gdybyś kochał, hej.
Ilu zdawało sobie sprawę z tego, że jest to jeden wielki cytat (zostańmy przy tym terminie) z Hey Joe Hendriksa? Po Polanach, Skaldach i Niemenie był to kolejny wykonawca wyrastający ponad średnią krajową, intensywnie koncertujący nie tylko w Polsce, ale i Holandii, skąd członkowie zespołu poprzywozili sobie świetny na owe czasy sprzęt.
Głos Miry Kubasińskiej, nosowy i niezbyt duży, nie budził nigdy zachwytów, Nalepa wyczuwał od samego początku, że ten „instrument” niekoniecznie dobrze pasuje do całości. Dlatego kolejne płyty – w tym bardzo ważnego w dziejach polskiego rocka Bluesa – nagrał bez swojej ówczesnej żony. Ten debiut fonograficzny był jednak wyjątkowy. W składzie, zamiast planowanego pierwotnie drugiego gitarzysty, pojawił się Włodzimierz Nahorny, świetny muzyk jazzowy (kompozytor m.in. słynnego Jej portretu) i zagrał na saksofonie oraz flecie.
Płyta powaliła
ładunkiem energii i mocą gitar.
Józef Hajdasz niemiłosiernie okładał swoje bębny – o czym po latach mówił lider, że za gęsto i za głośno – ale nie on jeden wtedy tak grał. Jak posłuchać Gingera Bakera (Cream) czy Nebeskiego (Polanie), jest bardzo podobnie. I, przyznam, wcale mi to nie przeszkadza. Jeśli Polanie poruszali się w klimatach rhytmandbluesowych, Skaldowie bogatymi harmoniami przywodzili na myśl Beatlesów, to Nalepa z koleżeństwem wyraźnie wychwycił najnowsze trendy w zachodniej muzyce – początki hard rocka spod znaku Hendriksa i Led Zeppelin. Nahorny nie był pierwszy, bo saksofony albo flety, w rękach Wandera czy Polarka, pojawiały się już w rockowych składach, ale swoimi solówkami wyraźnie dodał smaku tej odkrywczej wtedy u nas muzyce.
Krążek stanowił
piękne zwieńczenie lat sześćdziesiątych.
I zbyt niepokorne zdaniem ówczesnych decydentów – muzyka była za głośna, włosy za długie, stroje za kolorowe. Wniosek? Breakout mają zniknąć z mediów, a już szczególnie z telewizji.
Longplay ten jest w dorobku grupy dziełem osobnym. Słychać bowiem na nim fascynacje wspomnianymi już czołowymi gitarami rockowymi, a niedługo potem lider zespołu skłonił się ku klimatom Mayallowskim – kierując się w stronę czystego bluesa, czemu pozostał wierny do końca swej artystycznej drogi.
Choroby, okrutne i bezlitosne, przedwcześnie zabrały z tego świata zarówno Mirę Kubasińską, jak i Tadeusza Nalepę. Jednak ich dzieło znacznie lepiej znosiło i znosi próbę czasu niż polityczne i gospodarcze dokonania sekretarzy sprzed lat. I jest w tym, na szczęście, jakaś dziejowa sprawiedliwość.
Gorąco zachęcam do sięgnięcia po te nagrania. Dlatego, że należą one do najbardziej znaczących w pierwszych latach mocnego grania nad Wisłą. Dlatego, że przeprowadzają to granie przez rzekę dzielącą nieporadny jeszcze czasem bigbit od dojrzałego rocka. I wreszcie dlatego, że
Nalepa
jest jedynym konsekwentnym stylistycznie łącznikiem pomiędzy dawnymi i nowymi czasy w polskim gitarowym graniu. Przez kilka dekad należał do najważniejszych postaci na muzycznym rynku, a przez jego zespoły przewinęło się kilkudziesięciu znaczących instrumentalistów z Józefem Skrzekiem na czele. Poszłabym za tobą, Na drugim brzegutęczy albo Powiedzieliśmy już wszystko zasługują na naszą szczególną pamięć. Lecz przecież całej płyty słucha się z dużą przyjemnością.
Postanowiłem jeszcze raz dotknąć tematu, który tak bardzo różni tzw. starych i młodych. Choć ta linia, zdaje się, nie przebiega dokładnie w ten sposób. Może raczej między tymi, którzy z komputerem i internetem czują się całkiem swojsko, naturalnie, a tymi, dla których zawsze – w większym lub mniejszym stopniu – to narzędzie będzie ciałem obcym. A chyba najprecyzyjniej i najprościej będzie powiedzieć, że między tymi, którzy odwiedzają sklepy płytowe, a tymi, którzy nie robią tego właściwie nigdy.
[more]
Nie wolno ex cathedra twierdzić, że moje jest mojsze, jedynie prawdziwe i słuszne. Ludzie tworzą muzykę z różnych pobudek – i tak samo inni
konsumują muzykę w różny sposób.
Jestem daleki od tego, by odsądzać od czci i wiary tych, którzy traktują jej słuchanie wyłącznie użytkowo: jako swoisty podkład, tło codziennych zajęć. Bez zastanawiania się, kto gra i śpiewa, czy to stara, czy nowa piosenka. Lubią sobie zanucić pod nosem albo i mocniej – i dobrze, w porządku. Zaczynam się burzyć, gdy próbują – tonem zbliżonym do autorytatywnego – wypowiadać się, a nawet oceniać. A z grubsza skala ocen zawiera się wtedy między „ No, fajne” a „Cienkie” albo „Bez sensu”. Uzasadnienie na tyle głębokie, że ucinające wszelką dalszą dyskusję.
Ludzie odbierają muzykę jak leci, wielką kupą, bez rozbierania jej na części pierwsze. Po piosence, po dwie. Tak jest w radiu, tak jest w internecie. Słuchanie całej płyty? O rany, a po co, kiedy po jednym utworze już wiadomo, jak kto gra i śpiewa.
Więc ja
znów, nieśmiało, o całych płytach.
Nie jako zawzięty historyk muzyki, zmierzły ortodoks. Może jak stary pierdoła (trudno, niech będzie), ale w sumie niegroźny świrus, pasjonat. Z pewnością nie bardzo uparty, ale jednak – tropiciel ciągów przyczynowo-skutkowych.
Poza mniej licznymi przypadkami, że na rynku pojawiały się i pojawiają single niemające ciągu dalszego w postaci dużej płyty – to te ostatnie właśnie wyznaczają kolejne etapy działalności każdego wykonawcy. Płytę porównałbym może nie tyle do powieści (choć i tu, jeśli mówić o koncept albumach czy produkcjach symforockowych, znajdziemy wiele analogii), co do zbioru opowiadań. Pisarze wydają takowe jako którąś tam swoją książkę z kolei – i podobnie dzieje się z muzykami. Konkretna płyta, tworząca wewnętrzne zależności w postaci współistnienia na krążku kilku-kilkunastu piosenek, buduje konteksty w ramach twórczości danego artysty, jak i sytuuje dany krążek w czasie i przestrzeni, czyli wśród albumów innych wykonawców.
Oczywiście,
to nie jest wiedza niezbędna do życia.
Więcej, to nie jest wiedza przynosząca (poza nielicznymi przypadkami najbardziej wziętych dziennikarzy muzycznych) profity, z których można się utrzymać. To nie jest wiedza przynosząca pożytek tzw. ogółowi. A jednak – dostarczająca pewnej grupie odbiorców muzyki, do której niniejszym się zaliczam, wielkiej frajdy. Przy tym, najczęściej, całkowicie niegroźna. O ileż przyjemniej posłuchać dziennikarzy spierających się na tematy literackie czy muzyczne w „Tygodniku Kulturalnym” niż polityków, których wszędzie pełno. Pierwsi wygłaszają odmienne opinie, uśmiechając się nawzajem do siebie, zaś ci drudzy – gotowi zagryźć się przed kamerami czy mikrofonem. Naturalnie, w imię społecznego dobra.
Czwórgłowe bóstwo – zwane nie Światowidem, a grunge’em – po latach podnosi swoją trzecią głowę. A właściwie podniosło dwa lata temu, a teraz raczy nas nową, pierwszą od szesnastu lat studyjną płytą. Soundgarden to powrót pełnoprawny, w oryginalnym składzie i – o ile można tak po latach powiedzieć – w starym brzmieniu.
[more]
Przyznam, że ten zespół kręcił mnie mniej niż Pearl Jam, Nirvana czy Alice In Chains. Za mało w jego graniu było rokendrolowej finezji spod znaku Led Zeppelin, za mało swingu, za dużo dość płaskiego metalowego łomotu. To sprawiało, że smakowite w moim odczuciu kąski musiałem wyławiać z całości.
W przypadku nowej płyty nie jest inaczej. Ale – co istotne – nie jest gorzej.
Nie ma mowy o odgrzewanych kotletach.
Otrzymaliśmy materiał w pełni porównywalny z tym dawnym, z jego zaletami i słabościami. Ilekroć chłopaki zwalniają, Chris Cornell schodzi z wysokiego „C” – jest interesująco i przyjemnie.
Krążek zaczyna się od singlowego przeboju – Been Away Too Long, bardzo zdrowej porcji łojenia, potem są dwa typowe dla SG mocniejsze numery, by w czwartym, A Thousand DaysBefore, przenieść słuchacza w okolice klimatów zeppelinowsko-orientalnych. Następny utwór jest z kolei zdecydowanie sabbathowski – gdyby tak podłożyć głos Osbourne’a, moglibyśmy dać się zwieść…
Bones of Birds przywodzi na myśl Black Hole Sun. Nie jest jednak tak monumentalny, a – odwrotnie – poza refrenem wręcz wyciszony. Chyba będzie zyskiwać przy kolejnych przesłuchaniach. Wyeksponowany bas przy wybrzmiewającej gitarze mile łechce uszy.
Później wchodzimy, aż do dziesiątej pozycji, w stany średnie, w takie granie, które niczym szczególnym się nie wyróżnia w morzu gitarowej konfekcji, a już z pewnością średniej ogrodowej.
Ciekawiej robi się na koniec.
Ostatnie trzy numery zdecydowanie pracują na poziom całej płyty. Tempo zwalnia, mniej gitarowych nakładek, więcej tu muzyki do autentycznego smakowania. Świetnie brzmi misternie zbudowany, do samego mocnego finału, Eyelid’s Mouth z gościnnym udziałem Mike’a McCready’ego (gitarzysty Pearl Jam). Cóż, to kompozycja Matta Camerona, który bębni teraz i w PJ, i w SG. Czy może być jeszcze lepiej? Okazuje się, że tak. Album kończy znakomity numer Cornella – Rowing.
Podsumowując – po takim finale nie mam więcej pytań. Rokendrolowe arcydzieła powstają dziś niezwykle rzadko. Jeśli dostajemy do rąk krążek, który w całości jest zdecydowanie do słuchania, jeśli w kilku utworach zespół wznosi się – nie waham się tego napisać – na swój najwyższy poziom, to czego więcej chcieć?
Czego? By Cameron wziął kumpli z obu zespołów i zagrał z nimi we Wrocławiu, jak się już o tym tu i ówdzie mówi. Jeśli tak się stanie, wybiorę się na taki koncert na pewno.
Zabawa się skończyła. Od narodzin minęło kilkanaście lat i oto rock’n’roll utracił dziewictwo. Nie stało się to nagle, bez sygnałów i zapowiedzi, ale wreszcie objawił się światu jako dorosła, piękna kobieta w pełni świadoma swych zalet i wdzięku. Jednak wewnętrznie bardzo skomplikowana.
[more]
Łupnęło tuż po Nowym Roku – 4 stycznia 1967 roku na rynku pojawił się pierwszy album
Jeśli wzrastanie w siłę zjawisk noszących nazwy The Beatles i The Rolling Stones wymagało czasu, o tyle w tym przypadku debiut płytowy od razu wyniósł zespół do roli gwiazdy największego formatu. Płyta zawiera m.in. słynne Light My Fire oraz The End (ten drugi wykorzystany został dwanaście lat później przez Coppolę w znakomitym filmie Czas apokalipsy). Tak zaczęła tworzyć się legenda intensywnie przeplatająca wspaniałą muzykę z problemami osobowościowymi, z niszczącą siłą alkoholu i – przede wszystkim – narkotyków.
W marcu w sprzedaży pojawia się pierwszy krążek
Velvet Underground
zatytułowany The Velvet Underground And Nico. Za sprawą tekstów otwarcie mówiących o narkotykach (Heroin) szybko wycofany z rynku, ale i tak okazał się z czasem jednym z najważniejszych albumów rockowych w historii. Surowe brzmienie, przegląd stylistyk od folku po psychodelię zachwyca i inspiruje innych do dziś.
12 maja ukazuje się w Wielkiej Brytanii (1 września w Stanach) pierwsza płyta Jimiego Hendriksa –
Are You Experienced?
z tak fantastycznymi numerami jak Hey Joe czy Purple Haze.Tu też, jak w przypadku Doorsów, mamy do czynienia z genialnym debiutem oraz początkiem gitarowo-narkotycznego tańca ze śmiercią. Wielki Jimi, gdyby żył, właśnie dziś obchodziłby siedemdziesiąte urodziny.
Także w maju, tyle że po drugiej stronie oceanu, do studia wchodzą członkowie pierwszej supergrupy, za jaką uznawana jest
The Cream.
Bruce, Clapton i Baker rejestrują materiał na drugi krążek, DisraeliGears, który ukazuje się w listopadzie. To na nim znajdują się dwa klasyczne już utwory: Strange Brew i Sunshine Of Your Love.
Podobnie jak Cream, na swoim – także drugim – albumie kierowali się w stronę psychodelii
Jefferson Airplane.
Surrealistic Pillow zawiera dwie znakomite kompozycje wokalistki zespołu, Grace Slick – White Rabbit oraz Somebody To Love.
Co jednak powiedzieć o debiucie
Pink Floyd
– The Piper At The Gates OfDawn – który w sklepach pojawił się 5 sierpnia? To był dopiero kompletny odlot muzyczno-narkotykowo-oniryczny. Dla ówczesnego lidera grupy, Syda Barretta, stanowił wspaniały początek i jednocześnie, za sprawą używek, koniec artystycznej kariery. Wciąż naćpany zupełnie nie nadawał się do grania, stał na scenie, brzdąkając cały czas jeden akord. Wkrótce zastąpił go David Gilmour.
Z używkami eksperymentowali wtedy praktycznie wszyscy rockmani, z tego powodu popadali też raz po raz w tarapaty, jak na przykład – wraz z gronem przyjaciół – Keith Richards, na którego dom w lutym tamtego roku zrobiła nalot policja.
Nie przeszkodziło to Stonesom przyjechać do Polski i 13 kwietnia zagrać w warszawskiej
Sali Kongresowej.
Co prawda dwa lata wcześniej odwiedzili nasz kraj The Animals (ci od The House of The Rising Sun – to tak dla młodszych czytelników), ale to właśnie występ toczących się kamieni stał się katalizatorem przemiany świadomościowej ówczesnych nastolatków w naszym kraju. Chemiczna bomba pełna imperialistycznego, zgniłego hałasu wybuchła, o ironio, w miejscu, w którym odbywały się kolejne zjazdy przewodniej siły narodu, jaką przez cztery dekady była Polska Zjednoczona Partia Robotnicza.
1 czerwca ukazuje się
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
Beatlesów, uważany za najważniejszy koncept album i, w ogóle, za jedną z najlepszych płyt w historii pop music. Czwórka z Liverpoolu niczego już wtedy nie musiała udowadniać, rok wcześniej wydała znakomity Revolver, a jednak kolejny raz zadziwiła świat. Trudno tu wskazywać jakieś utwory, bo całość jest świetna, wspomnę jednak With a Little Help From MyFriends (rozsławione potem przez Joego Cockera), When I’m Sixty-Four i Lucy In The Sky With Diamonds (moje wytłuszczenia dotyczą jednej z wersji interpretujących tytuł).
W czerwcu tego roku odbył się też pierwszy wielki festiwal muzyczny –
TheMontereyInternational Pop Festival.
Zabrakło na nim bardzo wielu liczących się wówczas wykonawców, ale zagrali m.in. Jimi Hendrix Experience, Janis Joplin, The Who, Greatful Dead, Jefferson Airplane, Otis Redding oraz Simon i Garfunkel.
The Rolling Stones
swoje najlepsze płyty mieli nagrać trochę później, ale i tak światło dzienne ujrzały w 1967 roku dwa krążki – Between TheButtons (zawierający choćby Yesterday’s Papers) oraz Their SatanicMajesties Request (She’s A Rainbow, 2000 Man).
We wrześniu pojawiła się na rynku druga płyta Doorsów – Strange Days, potwierdzająca klasę zespołu (Love Me Two Times, Moonlight Drive, WhenThe Music’s Over).
9 listpada wychodzi pierwszy numer
„Rolling Stone Magazine”,
jednego z najbardziej opiniotwórczych czasopism zajmujących się muzyką czy, szerzej rzecz ujmując, kulturą.
Pod koniec roku (w USA 1 stycznia 1968) ukazuje się drugi album Hendriksa – Axis: Bold As Love, a na nim Little Wing oraz Castles Made OfSand. Podobnie jak w odniesieniu do Doors – umacniający pozycję wykonawcy na rynku.
27 grudnia pojawia się w sprzedaży nowa płyta
Boba Dylana
– JohnWesley Harding, a na niej All Along The Watchtower. Po psychodelicznych szaleństwach wcześniejszych albumów otrzymujemy porcję stylistycznej ascezy, od strony tekstowej wspartych elementami religijnymi czy wręcz mistycznymi. Dylan znowu wyprzedza czas. Śpiewa: „Wielu jest pomiędzy nami takich, którzy sądzą, że życie to tylko żart. Ale ty i ja mamy to już za sobą. Nie ma więc co udawać, pora robi się późna”.
Tak, żarty zdecydowanie się kończyły. Zjawisko zwane rock’n’rollem stawało się wielkim, największym w powojennych czasach przeżyciem pokoleniowym po obu stronach oceanu. Wolna miłość, orgie, alkohol, narkotyki – to wszystko zdawało się nie mieć granic. Poza tą jedną, najważniejszą – śmiercią. Brian Jones, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison nie dali rady, zmarli zdecydowanie przedwcześnie, przegrywając z nałogami. A jednocześnie rock całymi seriami zaczął wyrzucać z siebie płyty dobre i bardzo dobre. A między nimi – arcydzieła.
Gdy w grudniu 1980 roku został, w wieku czterdziestu lat, zastrzelony John Lennon, miałem osiemnaście lat. Wtedy czterdziestka wydawała mi się pokaźnym wynikiem. Gdy jedenaście lat później umarł Freddie Mercury, a miał pięć więcej niż Lennon, myślałem już inaczej.
Dziś sam mam pięć krzyżyków na karku, co ciągle do mnie nie dociera i wciąż – mimo różnych problemów – chce mi się żyć. Wciąż wierzę, że jeszcze parę ciekawych rzeczy przede mną.
Ileż mogli jeszcze skomponować obaj wymienieni wyżej artyści, ile płyt mogli wydać, wspaniałych piosenek napisać, ile dać niezapomnianych koncertów!
[more]
Od razu powiem, że
Queen
właściwie nigdy nie należeli do tej grupy wykonawców, których darzyłem szczególną atencją. Poza może samym początkiem, a tym dla mnie była prezentacja w 1978 roku – w audycji, a jakże, Piotra Kaczkowskiego – krążka Jazz. Pewnie dlatego mam do tego albumu słabość do dziś. Rok później ukazał się dwupłytowy koncert LiveKillers ze świetną, gitarową wersją We Will Rock You.
The Game, mimo dobrej singlowej zapowiedzi w postaci tytułowego nagrania, rozczarowywał. Nigdy nie polubiłem syntezatorów w queenowskim wydaniu. Nie rozumiałem, jak mając w składzie tak rasowego gitarzystę, jakim jest Brian May, można odwalać taką popelinę. Płyty studyjne w latach 80., nieliczne zresztą, szły swoją drogą. Jednak na koncertach, jak to zwykle się dzieje w takich przypadkach, dosypywania do pieca było znacznie więcej, czego znakomitym przykładem jest rejestracja występu na Wembley z 1986 roku, wydana sześć lat później, już po śmierci FM.
Innuendo (luty 1991), tworzona ze świadomością, że to już
nieuchronny koniec,
była powrotem do tych rozwiązań brzmieniowych i harmonicznych, które uczyniły z zespołu gwiazdę. Czyli, po prostu, do rokendrola – i tym większy był sukces tej płyty, naznaczonej nie tylko śmiercią, ale i powrotem do wielkiej formy artystycznej.
Powtórzę: ani Queen, ani tym bardziej solowe dokonania Mercury’ego nie rzucały i nie rzucają mnie na kolana. Ale z dwoma istotnymi zastrzeżeniami. Mianowicie: po pierwsze, mowa jest o bardzo ważnej w historii rocka grupie, mającej w swym dorobku wiele znakomitych utworów, a wśród nich – genialną Bohemian Rapsody (zobacz na fanpage’u Blog and rolla). Kompozycję, którą od lat na swej prywatnej topliście wszechczasów umieszczam w pierwszej trójce, obok Hey Jude Beatlesów i Stairway To Heaven Zeppelinów.
I, po drugie, mówimy o bardzo zdolnym kompozytorze i fenomenalnym
wokaliście, jedynym i niepowtarzalnym
wśród rockowych śpiewaków. Póki żył, chyba nie do końca uświadamialiśmy sobie, o jakiej skali głosem jest obdarzony. Brał te rockowe doły i – zwłaszcza – góry gór, Himalaje absolutne, falsety bynajmniej nie fałszem znaczone, jakby z rękami w kieszeni. Lekko i bez wysiłku, biegając przy tym ze statywem po scenie albo waląc w klawiaturę (pianistą akurat wybitnym nie był). Skalę jego głosu, niewyobrażalne możliwości niektórzy uświadomili sobie bardzo wyraźnie dopiero podczas transmisji koncertu poświęconego jego pamięci, który odbył się 20 kwietnia 1992 roku. Wystąpiło w nim wielu znakomitych artystów, wielu zmierzyło się z utworami Queen, ale – co dla niejednego rockfana było wielkim zaskoczeniem – jedynie George Michael dał im radę.
Freddie Mercury zostawił po sobie wiele sierot, oddanych fanów grupy do dziś są bowiem wielkie rzesze. Ale największymi sierotami są jego kumple z zespołu. John Deacon dał sobie spokój z muzyką, ale May z Rogerem Taylorem wciąż próbują grać kawałki Queen. Nie protestowałem, gdy przy mikrofonie stawał stylowy Paul Rodgers (ex-Free), ale teraz… Hm.
Tak. Wielki Fredek był – i jest nadal – tylko jeden.