Dżem babci Pearl

To już dwadzieścia jeden mija od ich debiutu płytowego. Sporo, patrzę choćby na moich synów, właśnie dwudziestojednoletnich. A jednak – muzycznie – jest to dla mnie coś „po”. Co jeszcze chłonąłem absolutnie na świeżo, jako młody człowiek? Szybko teraz myślę, co stanowi w moim życiu tę cezurę? Studia i U2? Chyba tak.

[more]

Na grunge nie załapałem się z powodu pieluch i całego tego zamieszania. Pearl Jam, mój absolutnie

ukochany zespół końca XX i początku XXI wieku,

poznawałem trochę ex post, dopiero od Yield. Ale tego, co działo się na koncercie w Spodku w czerwcu 2000 roku, nigdy nie zapomnę. Grali rewelacyjnie, a polska młodzież – studenci i licealiści – śpiewała z Vedderem wszystkie kawałki od początku do końca. Tego nie mogło być na Page’u i Plancie ani na Deep Purple… Absolutnie fantastyczne doświadczenie. Ci z mojego pokolenia i starsi rozumieją, o czym mówię. Młodsi nie muszą, oni przecież śpiewali.

Tych emocji nie udało się, niestety, powtórzyć po paru latach na Stadionie Śląskim, w czerwcu 2007 roku. Właściwie wszystko było O.K. Ci faceci nie grają złych koncertów. Tyle że – dwa razy sypał się sprzęt, a zespół nie zagrał ani minuty ponad półtorej godziny, bo miał obstalowany samolot do następnej stacji na trasie. Tak się nie robi tym, którzy jeździli za kapelą po świecie z transparentami „You forget Poland”.

Ale i tak jest dla mnie PJ wspaniałą kontynuacją Led Zeppelin. A butelka wina w rękach Edka wyglądała niewinnie w porównaniu z tym, co zrobił „Bonzo” Bonham.

Gitarowe granie ma się nieźle, choć od

grunge’u

nie pojawiła się właściwie żadna nowa jakość w okolicach mainstreamowego grania. Ten cudowny splot bezczelnej anarchii przynależnej młodości, umiejętności wymyślania pięknych melodii, powrót do prostego, prymitywnego rock’n’rolla i gwałtowności punka, nawiązanie do najlepszych tradycji z Led Zeppelin i Black Sabbath na czele –  udało się osiągnąć w jednym czasie, na początku lat 90. kilku kapelom współistniejącym po sąsiedzku, w okolicach Seattle – obok PJ jeszcze, przede wszystkim, Nirvanie, Alice In Chains i Soundgarden.

Trzy lata temu, po ukazaniu się Backspacer, dałem sobie w żyły całą dawkę studyjnego Perłowego Dżemu. Bo

Backspacer

zdecydowanie przypomniał najlepsze, pierwsze lata grupy. I doszedłem wtedy do mało odkrywczego wniosku, że ta kapela ma może w dorobku albumy słabsze, lecz na pewno nie słabe. Poziom, z jakiego wystartowała, był niemożliwy do utrzymania. Jednak w kolejnych słoikach – czy to Yield, Binaural czy Riot Act – nigdy nie było zgniłych owoców. Może mniej tych najsmaczniejszych, wygrzanych w słońcu i skropionych poranną rosą, ale to wciąż był pułap trudno dostępny dla większości wykonawców.

Bardzo jestem ciekaw, co też następnego wysmażą nam Vedder i spółka. Dziś już klasycy gatunku, a przecież – gdy porównać ich z Dylanem czy Stonesami – ciągle młodziaki. No i coś przebąkuje się o ich występie jesienią 2013 we Wrocławiu…

P.S. Fani PJ wiedzą, ale inni niekoniecznie – Pearl, babcia Eddiego Veddera, słynęła z dżemów własnej roboty. To o wiele milsze przejście do historii niż inne, które dokonało się za sprawą członków zespołu Lynyrd Skynyrd. Swoją nazwą uwiecznili znienawidzonego nauczyciela, Leonarda Skinnera.



Piotr Kaczkowski – postać 6

Czy można sobie wyobrazić muzykę drugiej połowy dwudziestego stulecia bez Beatlesów? Pewnie można, choć rozważanie to czysto akademickie. Świat nie znosi próżni, pewnie mielibyśmy jakieś „w zamian”. Ale – byli. I skala ich dokonań jest olbrzymia, a rola w historii muzyki popularnej nie do przecenienia.

Kaczka, jak z czułością mówili o nim nie tylko moi starsi bracia. Pan Piotr. Pan Piotruś. Redaktor Piotr Kaczkowski. Czy można sobie wyobrazić radiową Trójkę, ba! – całe polskie radio – bez tego głosu?

[more]

Rokendrolowe okno na świat

Przez wiele lat istniała tylko i wyłącznie muzyka. Pozycji muzycznych w ramówce było zbyt mało, by je zagadywać. Ileż razy zdarzało się coś takiego: „Minimax, minimum słów, maksimum muzyki. Przed mikrofonem Piotr Kaczkowski, dobry wieczór państwu. Dziś …. (tu padał tytuł płyty i nazwa lub nazwisko wykonawcy). Wszystkie tytuły za tydzień. Słuchamy!”. I tyle – by zmieścić jak najwięcej, w całości, bez brutalnego wyciszenia na koniec programu. Tak denerwującego dla tych, którzy nagrywali.

To właśnie określeni wykonawcy, ci, a nie inni – ci, których nagrania Pan Piotr wybierał do kolejnych audycji, budowali jego pomnik. Dobrą muzyką zaraził między Odrą a Bugiem niezliczone zastępy słuchaczy. To przede wszystkim on był tym rokendrolowym oknem na świat. Nie sposób wymienić w tym miejscu nazw i nazwisk tych, których zaszczepił nam pod skórą, których poznaliśmy właśnie dzięki niemu. Pan Piotr był i jest synonimem tych programów radiowych, w których grało i gra się najlepszą muzykę. On ustawił nam głowy i kręgosłupy muzyczne, a przede wszystkim nastroił uszy na odpowiednie częstotliwości. Wychowywał kolejne roczniki nasto- i dwudziestoparolatków i wypuszczał w świat. Nauczył, na czym polega to, co w rocku najlepsze.

Audycje

„Muzyczna poczta UKF” – w środy od 17.05 do 17.40, w której prezentował zarówno nowości, jak i całe dyskografie (były to czasy, w których nie było mowy o prawach autorskich, ale – z drugiej strony – gdyby nie łamanie tego prawa, niewiele byśmy dziś wiedzieli o rokendrolu), „W tonacji Trójki” – w środy, od 12.05 do 13.00. I, przede wszystkim, „Minimax” – wędrujący po różnych dniach tygodnia na przestrzeni lat – wpierw dwudziestominutowy, a w którymś momencie, pod koniec lat 70., już czterdziestominutowy, co często pozwalało zmieścić płytę w całości, w jednym programie.

To, co nastąpiło trochę później, gdy czasu antenowego otrzymał więcej, gdy zaczął prowadzić nocne audycje, tłumaczyć teksty i czarować głosem – dla mnie, przyznam, nie ma już większego znaczenia. On zaczarował mnie prezentowaną muzyką, a nie fantastycznym skądinąd głosem.

Po 1989 roku

Po 1989 roku wiele się zmieniło. W sklepach pojawiły się pierwsze odtwarzacze kompaktowe i płyty CD, trochę później komputery i internet. Trójka z różnym powodzeniem radziła sobie w nowej sytuacji. Czasem, o zgrozo, ścigając się z komercyjnymi radiostacjami i grając równie dużo muzycznego chłamu. Teraz – chyba wreszcie jest normalnie. Tak jak my, słuchacze, chcielibyśmy, by było zawsze. Pan Piotr, po latach zmagań z chorobą, znów jest na antenie – i oby tak zostało. Nawet uwzględniwszy fakt, że pewnie nie ja jeden spośród jego uczniów nie raz mu się sprzeniewierzyłem. Choćby dziś, gdy puszczał nagrania Stinga. Jako fan tego ostatniego poczułem się zdradzony i oszukany w 2008 roku na Stadionie Śląskim – i nie podzielam już emocji redaktora.

I jeszcze jedno. W latach 1998-2000 był dyrektorem Trójki. Nawet jeśli to nie był fotel dla niego, bo Piotr Kaczkowski jest nade wszystko dziennikarzem, a nie urzędnikiem i menedżerem, znowu zrobił coś bardzo znaczącego i trwałego. Wymyślił mianowicie trójkowe koncerty, które na stałe wrosły w krajobraz tej stacji radiowej.

Od lat redaguje też kolejne płyty z serii Minimaks.pl, które są miejscem fonograficznych debiutów młodych wykonawców.

Ostatnio odebrał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski przyznany mu już rok temu za wybitne zasługi dla Polskiego Radia. Może nie jest to tytuł szlachecki przyjęty z rąk królowej brytyjskiej, ale z pewnością dowód docenienia jego pasji. Pasji, którą potrafił zarazić tak wielu z nas, odpowiednio ustawiając muzyczne radary. I, co nie mniej ważne, zdobywając trwałe miejsce w tak wielu sercach wyznawców muzyki.


Celebration Day – One’s More, One’s More Time

Miało być dzisiaj o pewnym panu. On oczywiście nie wie, że o nim napisałem, ale z pewnością nie pogniewałby się, gdyby usłyszał, że powodem zwłoki w opublikowaniu tekstu jest dzień szczególny, absolutnie wyjątkowy. Celebration Day. Zwłaszcza że 10 grudnia 2007 roku był jednym ze świadków natchnionego występu kwartetu (czy ktoś z Was domyśla się, o kim mowa?).

Nie potrafię przejść do milczącego porządku nad dniem wydania tego albumu, tak jak nie mogłem oprzeć się pokusie, by raz jeden w życiu nabyć album Led Zeppelin natychmiast po jego pojawieniu się w sprzedaży. Następnej takiej okazji może po prostu nie być.

[more]

Wrzesień 1990 (ze starych notatek)

Wczoraj po południu byli u nas Andrzejowie, pokazałem bratu nowe nabytki, z których najbardziej zwrócił jego uwagę Led Zeppelin IV.

Wszystko znane na pamięć, lecz przecież frajda z położenia krążka na talerz gramofonu wielka. Muzyka porywająca – i wzruszająca. Brzmiąca świeżo, klarownie i – budząca nostalgię. To już tyle lat…

Kolejny raz rozpływaliśmy się w zachwycie dla muzyki przełomu lat 60. i 70. Dla tego niepowtarzalnego sprzężenia zjawisk muzycznych, kulturowych i socjologicznych, dzięki któremu możliwe stało się stworzenie wartości w muzyce drugiej połowy XX wieku wyjątkowych.

Andrzej: „Teraz już tylko pozostaje powielanie starych wzorców bądź stworzenie czwartego wymiaru muzyki, który – być może – będzie całkowicie niestrawny dla naszych, wychowanych na rock’n’rollu, uszu”.

Cóż, tamte lata to był czas wielkich muzyków, którzy stworzyli wielką muzykę, wraz z upływem lat widać, jak bardzo żywotną i inspirującą. Zresztą, w przypadku LedZep mowa jest o gigantach rocka – jednej z najlepszych grup w ogóle, zaś zdaniem wielu, w tym i moim, absolutnie największej spośród grających cięższą odmianę tej muzyki, hard czy tam heavy, czy jak go zwał. Dziś widać, że i najbardziej inspirującej kolejne rzesze wykonawców.

A propos – kiedy zdarza mi się słuchać tego strashnego speedu i innych hellłejów metalnych, kiedy już brakuje mi oddeathu, wtedy myślę sobie: o LedZu, czemu oni się tak męczą?!

Listopad 2012

Lata lecą, a tu się nic nie zmienia. Tylko klasyka stała się jeszcze bardziej klasyczna. Słucham tej starej-nowej muzyki, odczuwając jedyne w swoim rodzaju wzruszenie. I te ciary na plecach, wciąż i wciąż.

Tak sobie myślę, że może nie byłoby to całkiem od rzeczy, a i Bóg przed rozmową ze mną się pewnie nie pogniewa, jeśli w urnie z moimi prochami znajdzie się miejsce na mp3, a z zawieszonych na tej urnie słuchawek doleci do uszu paru zgromadzonych łojenie LedZep. Może być z Celebration Day. Bez większego znaczenia, który konkretnie kawałek.


Madziarska Alfa i – Omega, Nem tudom a neved (Omega 6), 1975

Pod ramię z bratankami Węgrami wiedliśmy rząd muzycznych dusz w demoludach. Z perspektywy lat też wydaje się, że nad Wisłą i Dunajem działo się najwięcej. To nasze ówczesne pochylenie nad muzyką węgierską nie było – najwyraźniej – przypadkowe. Zazdrościliśmy im wielu kapel rockowych w latach 70., pięknie wydanych i bardzo dobrze tłoczonych płyt winylowych.

[more]

Dziewczyna o perłowych włosach

Wśród najważniejszych wykonawców stamtąd przez wiele, wiele lat wymieniana była Omega. Jeśli u nas kuźnią talentów byli Niebiesko-Czarni, to tam taką instytucją była właśnie ta grupa, powstała w 1962 roku. Przez jej skład przewinęło się wielu czołowych muzyków rockowych. Na przełomie lat 60. i 70. jeszcze z Gaborem Presserem, późniejszym liderem Locomotiv GT, zasłynęła zwłaszcza utworami Dziewczyna o perłowych włosach i Dziesięć tysięcy kroków.

Najlepsze lata: 1975-1979

W swój najlepszy, dojrzały artystycznie okres zespół – już w ukształtowanym, pięcioosobowym składzie – wszedł albumem  Nie znam twego imienia wydanym w 1975 roku. Gdy dziś, po latach przerwy, wracam do płyt grupy z drugiej połowy lat 70., widzę wyraźnie, jak wielką inspiracją dla członków zespołu była twórczość Pink Floyd. Krążek, o którym piszę w tym miejscu, jest jednak inny. Więcej na nim rokendrola, ostrych gitar (takie kawałki zwykle wychodziły Omedze bardzo dobrze), mniej powłóczystych dźwięków syntezatorów, które dominowały na kolejnych albumach. To siedem bardzo dobrych i znakomitych utworów. Zaaranżowanych z niezwykłą starannością i dojrzałością, ale jednocześnie z wielkim rozmachem. No i do tego perfekcyjnie wykonanych.

Omega, podobnie jak nasze SBB, wielokrotnie próbowała sforsować „żelazną kurtynę”, przez wiele lat wyjeżdżała na koncerty do krajów Europy Zachodniej, nagrywała płyty dla tamtych wydawców, ale… Mimo tego, że właśnie w tamtym okresie, w latach 1975-1979, skutecznie pod względem artystycznym goniła światową czołówkę, kariery, jak zresztą żaden zespół z tej strony barykady, nie zrobiła. Pozostała natomiast z pewnością wielką instytucją i najpopularniejszą kapelą na wschód od Łaby.

Nie znam twego imienia

Ten album wciąż robi wielkie wrażenie – na pierwszej stronie analoga tytułowa mini, a może wręcz mikrosuita oraz dwa hardrockowe numery: to już jest kawał świetnego grania. Gdy jednak odwrócić krążek – robi się wyśmienicie. Rewelacyjny, gitarowy A büvész, po nim śliczna ballada (mniejsza o tytuł, można sobie połamać język) i na koniec porywające, skonstruowane z wielkim rozmachem Mozgỏ világ i Huszadik századi városlakỏ.

Cóż, węgierskiemu kwintetowi nie dane było zrobić światowej kariery. Proste i brutalne – musieliby urodzić się w innym miejscu na świecie albo tam przenieść na stałe. A kto wtedy żył i pamięta, ten wie, że zostawić w latach 70. wszystko tutaj, karierę, pozycję, i puścić się w niepewność zachodniego rynku muzycznego, narażając jednocześnie na społeczny ostracyzm i represje rodzinę pozostawioną po tej stronie – nie było wcale łatwo. Nikt z najlepszych kadeelowych wykonawców nie zdecydował się na ten krok.

Konteksty ulatują jak łezka spod rzęs – jak powiada stara piosenka – ale zostają płyty. W przypadku wykonawców znad Dunaju trudne do zdobycia i ciągle drogie, ale możliwe do upolowania. Trudno przypuszczać, że jest to propozycja dla młodych odbiorców, ale ci, co sięgają pamięcią do tamtych lat, pewnie nie reagują obojętnie na te kilka – kilkanaście nazw i nazwisk węgierskich. Zaś jeśli już sięgać, to właśnie po krążki najlepsze. A więc – przede wszystkim – po Nem tudom a neved.

O kupowaniu płyt

Kupowanie płyt. Coś, czego młodzi, choć coraz starsi, zdają się nie rozumieć. Misterium. Branie do ręki krążka – kiedyś sporego, kartonowego (w porządnym wydaniu) opakowania. Pełne namaszczenia i pietyzmu smakowanie okładki, zwłaszcza gdy chodziło o płyty zachodnich wykonawców. Wysuwanie czarnego zwykle krążka, czasem włożonego do papierowej koperty, na której też było co oglądać i czytać. Delikatne, z odpowiednim ułożeniem dłoni, wyjmowanie płyty, tak by jej nie wybrudzić palcami. Studiowanie nalepek. Nabożne położenie na talerz gramofonu, uruchomienie napędu i czekanie na pierwsze dźwięki. Kto tego nie przeżył, ten chyba nie zrozumie.

[more]

Akcesoria

Jak już można było to kupić – instalowanie specjalnego pędzelka doczepianego do ramienia gramofonu, który usuwał z płyty ewentualny kurz, by ten nie dostawał się pod igłę. Wagi, które pozwalały ustalić właściwy nacisk igły na płytę. Ściereczki antystatyczne, specjalne płyny do przemywania. Odpowiednio częste wymiany igieł, co też zapobiegało zużywaniu się wytłoczonego zapisu muzyki (Ile rowków ma płyta winylowa? Jeden…). Dbanie o to, by płyty po latach wyglądały niewiele gorzej niż w chwili zakupu – specjalne miejsca w szafach, stojaki, regały, woreczki na okładki (te nie były jednak dobre, bo co prawda chroniły samą okładkę, ale ściągały kurz)  itp.

Płyta jako dzieło sztuki

Zostało mi to do dzisiaj. Płyta jako dzieło sztuki: muzyka plus okładka, grafika, czasem przepiękna. Radość dla uszu i oczu. Informacje, kto, z kim, kiedy i gdzie (choć z tym wielokrotnie miałem i mam problemy z racji kiepskiego wzroku, mocnych okularów i… fantazji wydawców, którzy na niebieskim tle potrafią zaserwować maleńką, czerwoną czcionkę). Niektórzy ubolewają, że CD to już nie to, ale w zamian za duży format okładek longplayów otrzymujemy niejednokrotnie grube, pięknie wydane książeczki, jak na przykład ta dołączona do krążka Us Petera Gabriela z jedenastoma grafikami ilustrującymi jedenaście utworów.

Internet

Dziś młodzi ściągają muzykę z internetu. Coraz mniej zajmują ich szczegóły dotyczące konkretnej płyty. Pozostają jedynie pliki gdzieś zapisane. O prawach autorskich już nie wspomnę. Nie wierzę – bo widzę, co się dzieje – by płyty dostępne za dziesięć – dwadzieścia pięć złotych w największych sklepach płytowych (a CD w tych cenach jest naprawdę bardzo, bardzo wiele) cokolwiek zmieniły. Kto nauczył się ściągać muzykę, ten się tego już raczej nie oduczy. I nie trafi do niego argument, że dźwięki z oryginalnej płyty smakują inaczej. Że jesteśmy fair wobec artystów, zwłaszcza tych szczególnie przez nas ulubionych, że płacimy za ich robotę. Że dajemy im żyć z uprawiania muzyki. Że dzięki temu za jakiś czas znowu wejdą do studia i nagrają kolejną płytę.


 

Między blogiem a prawdą

Music, music

Nowe płyty Boba Dylana, Rolling Stones, Doors, Led Zeppelin. Czy to 1968 albo 1969 rok? Aż się wierzyć nie chce, jaką mamy muzyczną jesień. Do tej listy dopiszmy jeszcze Marka Knopflera, Aerosmith, Donalda Fagena, Soundgarden czy Dave Matthews Band. W Polsce też klasycznie: koncertowy Dżem, Hey, Voo Voo, ze znaczących albumów jeszcze młodsze pokoleniowo Muchy. Inni przedstawiciele starej gwardii, jak na przykład Wilki albo T. Love (którzy to wykonawcy, od razu powiem, zajmują mnie znacznie mniej), też nie próżnują. A to przecież nie koniec. Jest o czym mówić i pisać, a przede wszystkim – jest czego słuchać.

[more]

Blog and roll

Blog and roll ma pół roku. Daleki jestem od tych konstrukcji logiczno-formalnych, które nakazują świętować rocznice, zwłaszcza takie. Lepiej je obchodzić – ostrożnie i z pewnej odległości. Jeśli o tym wspominam, to dlatego, że po wakacyjnych, zwłaszcza sierpniowych, chwilach zwątpień czuję teraz, że jest Was, czytających, coraz więcej.

Mam świadomość, że nie jestem w stanie ścigać się z ludźmi zawodowo parającymi się pisaniem i mówieniem o muzyce – na wiedzę albo ilość wysłuchanych płyt. Ale pasji, mam nadzieję, mimo upływu lat mi nie brak – i nią pragnę się dzielić. Spostrzeżeniami, przemyśleniami okołomuzycznymi może nieco ogólniejszej natury. 

Po statystykach widzę, że takim patrzeniem na świat dźwięków chyba nie jestem sam. Z tą nadzieją przystępowałem do robienia notatek w lutym 2011 roku, z  wiarą sześć miesięcy temu ruszyliśmy z blogiem, z tą nieskromną ufnością we wspólnotę doznań – Waszych i moich – pozostaję. I bardzo dziękuję za wszystkie mniej lub bardziej werbalne sygnały – że jesteście i czytacie. Kończąc to wdzięczenie się i krygowanie, powiem tylko, że bez Was szukanie nie tylko muzycznych sensów byłoby trudniejsze. Dziękuję! 

Blogostan

Chciałbym też jeszcze w tym miejscu podziękować dwóm osobom, bez których tego bloga albo by nie było wcale, albo wyglądałby zupełnie inaczej, znacznie ubożej.

Maćkowi Trzepałce, którego kreska zawsze budziła mój podziw i uśmiech. On patrzy na moją robotę z pewnego oddalenia, z rzadka zabierając głos – i tak właśnie, zwykle milcząc, wywołany do tablicy przysyła kolejną porcję rysunków.

Moja żona natomiast – żadnego faceta nie muszę przekonywać, że Jej obecność milczącą nie jest – z oddaniem zajmuje się stroną wizualną oraz – używając wielkich słów – marketingiem. To Ola wśród mnóstwa dostępnych bloksowych szablonów wyszukała ten właśnie, to Jej dziełem jest układ strony oraz obecność na tzw. forach i u Wielkiego Brata, czyli na fb (parafrazując stary wierszyk, chciałoby się powiedzieć: „Choć nie widzą cię ludzie, widzi cię zawsze Fejs Buk”).

Dziękuję Wam za pomoc i wsparcie.

Porada blogera albo parada blagiera

Starczy tego. Pisania ręką technika elektronika, niepraktykującego polonisty, pracownika spółki polonijnej i kopalni. Przez kilkanaście lat sprzedawcy książek, a także redaktora i korektora. Od dwunastu agenta ubezpieczeniowego. Od dwudziestu pięciu lat męża, od dwudziestu jeden podwójnego ojca. Kogoś, kto bez muzyki nie wyobraża sobie życia.

Tak więc kończę – z muzycznymi pozdrowieniami. Zajrzyjcie znowu, zapraszam.


Jego Wysokość – Hey, Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan, 2012

„Zanim mnie połkniesz, skosztuj” – słyszę głos z królewskich żup Wieliczki, utworu otwierającego album. No właśnie, pisanie muzycznego bloga wytwarza we mnie wewnętrzny imperatyw, by w miarę szybko reagować przynajmniej na największe wydarzenia, a do nich zaliczyć należy pojawienie się w sprzedaży nowej płyty Heya. To nieproste: połykanie na szybko zamiast powolnego smakowania, wsłuchiwania się w poszczególne utwory. Nie lubię tego, ale spróbuję. Zastrzegając sobie prawo do przesunięcia akcentów gdzieś w przyszłości.

[more]

Czy moja miłość do zespołu jest bezwarunkowa, tego nie wiem, chyba nie, trochę za wiele wiosen już za mną. Ale póki co jest tak, że zarówno Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!, jak i teraz jej młodsza siostra Do rycerzy… wchodzi mi do głowy od pierwszego słuchania. Dziś jest już łatwiej, już nie ma zaskoczenia, że w tej muzyce jest znacznie mniej niż kiedyś gitar. Jednak

wartość artystyczna nowych piosenek

wydaje się bezdyskusyjna.

Otrzymaliśmy krążek stworzony przez ludzi absolutnie pewnych tego, co i jak chcą robić – i jest to pewność dobrze pojęta z racji wieku, stażu na scenie oraz, przede wszystkim, skali talentu. Hey od wielu już lat jawi mi się jako zespół w historii polskiego rocka najwybitniejszy: tyle lat działalności, po drodze istotna zmiana personalna, teraz znaczna przemiana stylistyczna, a ciągle mamy do czynienia z muzyką przez duże „M”. To wcześniej nikomu się nie udało. Fenomen ten jest jeszcze bardziej zadziwiający, gdy uświadomimy sobie, że dotyczy grupy, która zaczęła pisać swoją historię dopiero w ponad trzydzieści lat od początków szarpidructwa nad Wisłą.

Oczywiście, w parę dni od premiery, po dość intensywnym wsłuchiwaniu się w te piosenki mam swoje pierwsze typy. Mam też nieodparte wrażenie, że kiedyś, w nie bardzo odległej przyszłości, dane nam będzie usłyszeć je w gitarowych, i to ostro gitarowych, wykonaniach. Wersje studyjne są mocno nasączone elektroniką, ale – co najistotniejsze – to ciągle rokendrol. Jest w tej muzyce puls i swing. Są – chciałoby się powiedzieć, że jak zwykle – świetne teksty.

Nie mam żadnych wątpliwości,

kto jest pierwszą damą

w rodzimym szołbiznesie. Panią Marylę zostawmy w spokoju, z konkurentek myślę o Martynie Jakubowicz i Edycie Bartosiewicz. Pierwsza od lat konsekwentnie robi swoje, ale to jednak nieco inna miara, druga wystartowała z takiego pułapu, że potem nie była w stanie się na nim utrzymać – i dziś chyba woli milczeć niż wydać kolejną taką sobie płytę. A Nosowska jest jak wino – im starsza, tym lepsza. Jej udział w tworzeniu materiału na nowy album jest zdecydowanie największy – jest współtwórczynią wszystkich kompozycji i autorką niemal wszystkich tekstów (dziesięciu spośród jedenastu).

Niemal, bo na koniec płyty mamy Z przyczyn technicznych, świetny kawałek skomponowany i zaśpiewany do spółki z Gabą Kulką. Duety Nosowskiej to też coś, co należy odnotować, co kiedyś może zebrane będzie na oddzielnej płycie. Ich lista robi się coraz dłuższa, z tych damsko-damskich pamiętamy Moją i twoją nadzieję ze wspomnianą już Bartosiewicz, potem była m.in. znakomita Kochana z Renatą Przemyk czy na Unplugged wspólny występ z Agnieszką Chylińską.

Tak na świeżo, jeśli wskazywać miałbym utwory szczególnie zwracające moją uwagę, odnotowuję walczyk …że się Kupidyn tobą interesuje, Podobno i Wilk vs. kot (klawisze trochę jak w Jump Van Halen) – znakomite numery w starym Heyowym stylu. Tu urywam, będąc przekonany, że

piszę o najlepszej płycie rockowej,

a bez stylistycznych podziałów z pewnością o jednej z najlepszych płyt 2012 roku.

Warto wspomnieć o ślicznym pudełku, w jakie zapakowana jest płyta. Widać na nim członków zespołu (tym razem aż w sekstecie) uwiecznionych na „klasowym” zdjęciu w sali gimnastycznej, a po zajrzeniu do środka odkrywamy jeszcze pomoc szkolną w postaci ołówka z nadrukowaną nazwą grupy.

Na koniec nuta niepokoju. Bardzo jestem ciekaw koncertowego oblicza Heya. Bo w tym przypadku życzyłbym sobie, by było inaczej niż po poprzednim albumie, kiedy stare kawałki zostały tak dobrane i – często – przearanżowane – by klawiszowiec też miał co robić. Wolałbym, aby na żywo znane od lat utwory pojawiły się w klasycznych, gitarowych aranżacjach. Ale, coś mi się zdaje, że będzie inaczej, że to jeszcze nie ten moment. Zobaczymy.


Hats off to – Led Zeppelin, Celebration Day, 2012

Re-we-la-cja. Tylko – czy to takie oczywiste, takie jasne i proste, że trzech oryginalnych członków zespołu wraz z synem czwartego wyjdzie po latach na scenę – i zmiecie z firmamentu wszystkie inne latające obiekty? Myślę, że wcale nie. I tym wspanialsze są w życiu chwile, gdy – zdaje się – czas staje i to w dodatku w jednym z najpiękniejszych możliwych miejsc.

[more]

Zastanawiam się, czy należy ubolewać nad ciągłym brakiem mocy sprawczej, by tego rockowego giganta wskrzesić na dłużej, czy może magia takich chwil zaklęta jest właśnie w ich wyjątkowości. I jak bardzo ta magia jest rozciągliwa – na jedną trasę koncertową, na tydzień, miesiąc, pół roku? A jednocześnie nie sposób z niepokojem nie odnotować faktu, że od tego występu mija już pięć lat i jeśli „LZ reaktywacja”, krótsza lub dłuższa, miałaby stać się faktem, to czasu na to robi się wciąż mniej i mniej. Jimmy Page ma dziś już sześćdziesiąt osiem lat, Plant i Jones niewiele mniej…

Ostatni pokaz specjalny filmu

będącego rejestracją ostatniego póki co występu kwartetu, który miał miejsce w O2 Arena w Londynie 10 grudnia 2007 roku, odbył się w zabrzańskim Multikinie na dwanaście dni przed rynkową premierą wydawnictw DVD i CD. Warto było się wybrać – nawet najlepszy i największy domowy ekran nie jest w stanie konkurować z kinowym, nie mówiąc o pilocie pod ręką i funkcji „pauza” albo „stop” i przerwie na kawę lub siusiu. Do kina idziemy z żoną wyłącznie po to, by patrzeć na film, w jednym kawałku, od początku do końca.

Scenę mieli panowie niemałych rozmiarów, ale – mimo różnych niedomówień w przeszłości – chemia między nimi była taka, że stali na kilku metrach kwadratowych, wciąż uśmiechając się do siebie nawzajem. Nie dziwię się – gęba rozpromieniła mi się od pierwszych dźwięków Good Times Bad Times, którym rozpoczęli występ, i pozostałem w zachwycie do samego końca. A oni przenieśli się w czasie do najlepszych momentów swoich muzycznych karier, przez dwie godziny robili to, co kochają w życiu najbardziej – grali swoją muzykę w wypełnionej do ostatniego miejsca sali. I to tę muzykę, która stanowi szczyt artystycznych dokonań zarówno ich, jak i jeden z najwyższych szczytów całej historii rocka. Nietrudno tych facetów zrozumieć: znów jesteśmy razem, stare nuty znów unoszą nas nad ziemię, a ludzie wiwatują. Rozpiera nas duma i radość.

Z mojej rockowej trójcy przenajświętszej: Beatles, Rolling Stones i Led Zeppelin – ci ostatni wyzwalają adrenalinę największą. Nie dziwota, bo

łojenie to potężne,

kryjące w sobie wielką moc i – jeśli o mnie chodzi – nie do pobicia przez nikogo. Wszystko w tym świetnie sfilmowanym koncercie było najwyższej próby – głos Roberta Planta rozgrzany od pierwszej minuty, a momentami szybujący w tak wysokie rejestry jak czterdzieści lat temu. Page, po którym najbardziej było widać, ile wysiłku kosztuje takie wiosłowanie, grał jak za starych czasów, fenomenalnie. Znakomicie zakonserwowany John Paul Jones znów udowadniał, że jest mistrzem drugiego planu – jego bas brzmiał przepięknie, zaś gdy przesiadał się do klawiatury, równie pięknie obsługiwał stopami basowy syntezator. Jason Bonham odwalał, tak jak ojciec, kawał ciężkiej roboty przy bębnach, a w Misty Mountain Hop nawet wspomógł wokalnie Planta. W ogóle, wyraźnie budził w pozostałych panach ojcowskie uczucia.

Dyskutowanie nad programem koncertu – co zespół zagrał, a – zwłaszcza – czego nie – nie ma sensu. Tym bardziej, że jeśli utarło się wyznaczać w wydawnictwach płytowych grupy cezurę między pierwszymi czterema albumami i resztą, to wczoraj uświadomiłem sobie, iż w wersji na żywo jest to podział bezsensowny. Jakże znakomicie zabrzmiały The Song Remains The Same, In My Time Of Dying czy Nobody’s Fault But Mine!

Jakaż to

lekcja rokendrola

dla wszystkich – starych i młodych fanów, dla muzyków – kamery tak często pokazują palce gitarzystów, że można nieźle podpatrzeć, skąd te dźwięki się biorą. Psychodelii też nie zabrakło, kiedy Page w Dazed And Confused zamienił kostkę na smyczek, a i później w No Quarter. Potęga tego grania jest wielka i absolutnie ponadczasowa.

Na deser dwa bisy, wpierw Whole Lotta Love (jeszcze raz sajkedelik), a na sam koniec, nomen omen, Rock And Roll. Panowie kłaniają się ostatni raz i definitywnie schodzą ze sceny. Tłum szaleje, a moje serce woła: „Jeszcze, jeszcze!”.

Na zakończenie powiem tylko tyle – dla każdego rockfana Celebration Day to pozycja obowiązkowa na półce. Zaraz w listopadzie albo najpóźniej pod choinkę.


Gorzko, gorzko!

Gdzieś w połowie lat 80. przeprowadzono wśród radiowych dziennikarzy muzycznych ankietę. Zadano im kilka pytań, w tym o to, czy są wykonawcy, których nigdy nie zaprezentują w swych audycjach. Niektórzy z indagowanych dali upust swej niechęci do pewnych grajków, ale Piotr Kaczkowski, stary lis, odparł, że nie ma takich.

[more]

Pewnie wynikało to z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze,

nigdy nie wiadomo, co się wydarzy,

czy któryś z uprawiających obcą muzycznie glebę nie zabrnie nagle w klimaty, które mogą się okazać interesujące i wartościowe artystycznie. Po drugie, po co w taki głupi sposób się narażać – wykonawcom, których się nie lubi, i ich fanom.

Mam dziś więcej lat niż Pan Piotr wtedy, gdy udzielał tych odpowiedzi. Mnie czyta garstka, redaktor wiódł rząd dusz. Ryzyko więc małe, ale zawsze jednak – istniejące.

Bo tak sobie pomyślałem, że pisząc ciągle o ulubionych muzykantach, o ich najlepszych płytach – może zacmokam się z zachwytu. Co gorsza, zacmokam też Was, czytających.

No tak – ręka mnie świerzbi,

by palnąć coś o nieulubionych.

Nie żeby ze złością i złośliwością, bo już w jednym z pierwszych wpisów mówiłem, że moje sądy nikomu chwały nie przyniosą, a i krzywdy nie zrobią. Nie o to chodzi, by cały jad przez lata gromadzony pod skórą, całą złość na siebie, Boga albo los za życie właśnie takie i nie inne wysączyć w pisaninie o tych, których specjalnie nie cenię. Już biskup Krasicki pisał: „I krytyk zda się, kiedy nie z przynuką, bez żółci łaje, przystojnie się dąsa”.

I tu zatrzymuję się w pół kroku, w ćwierć zdania. Czy naprawdę tego chcę? Bez wyraźnej potrzeby, bez wewnętrznego imperatywu, by – będąc jako bokser przedstawicielem wagi lekkopółśmiesznej – ulżyć sobie za doznane od innych poniżenia?

Po co mi te trzy grosze

do na przykład dwunastu groszy, po co polonistycznie pastwić się nad panem, który cofa się do tyłu i któremu język się pląta, po co opowieści o leciwej grupie, której wokalista śpiewał dawno temu, że tylko niektórzy podjąć ją umią? Toż nawet bluesmanowi nad Wisłą najpierwszemu (i cenionemu, także przeze mnie) wyrosło z warg niegramatyczne drzewo i melorecytował „zetnij go”.

W starym dowcipie stoi tak:

Mojżesz po rozmowie z Bogiem schodzi z Synaju i powiada do swoich ludzi:
– Mam dla was dwie wiadomości, jedną dobrą, drugą złą. Od której mam zacząć?
– Od tej dobrej – odezwały się liczne głosy.
– Cały kodeks udało mi się zhandlować do dziesięciorga przykazań.
– A ta zła?
– „Nie cudzołóż” zostało.

Pozostając w tych klimatach,

wśród odwiecznych zasad,

przywołuję ósme: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Bo kimże ja jestem, by źle o innych świadczyć?

Powiem więc tylko, że rękę wypada podać każdemu, jeśli nawet nie z szacunku dla niego, to choć przez wzgląd na jego człowieczą godność, przez wzgląd na siebie i trzymanie jakiejś tam klasy. Ale nikt mnie nie zmusi, bym chciał piosenek napisanych i nagranych przez pewnych ludzi słuchać. Ludzi tych i tamtych, i jeszcze bardzo wielu innych. Próbowałem nie raz. Cóż jednak z tego – jeśli nie ma swingu, nie ma też przyjemności. I tyle.


Kołysanki dla dorosłych – Muchy, Chcecicospowiedziec, 2012

Ach, te trzecie płyty! Jak mówi stara anegdota, na pierwszą trafiają najlepsze kompozycje z całego, czasem wieloletniego dorobku grupy. Na drugą – to, co nie zmieściło się na pierwszej oraz parę szybko napisanych kawałków. I… Albo talentu starcza, by komponować i nagrywać dalej, albo talent rozkwita, albo chowamy instrumenty do pokrowców i idziemy szukać innej roboty.

[more]

Poznańskie Muchy, w pięć lat po swym debiucie fonograficznym, serwują trzecią płytę. Jedna z największych nadziei polskiego rocka ostatnich lat udowadnia, że warto na nią stawiać. Zespół rozwija się znakomicie, co potwierdza

nową porcją świetnej muzyki,

a jednocześnie sygnalizuje, że wciąż poszukuje i że najlepsze jeszcze przed nim. Oby, z całego serca życzę chłopakom, by poszli w ślady Heya czy Myslowitz. Bo gdy czytam o zmianach personalnych, to nic w nich szczególnie dziwnego, są immanentną cechą wszelkiej działalności ludzkiej, a nie tylko funkcjonowania kapeli rockowej. Natomiast przykro jest dowiadywać się, że

zespół tak dobrze rockujący i rokujący

miał dwanaście miesięcy temu problemy ze znalezieniem wydawcy.

Muchy swoim graniem dodają też otuchy tym, którzy – jak ja czasami – zaczynają wątpić, że bliski mainstreamu, lżejszy, gitarowy rock  jest jeszcze w stanie coś światu zaproponować. Bądźmy ostrożni z mówieniem o czymś nowym, naprawdę wystarczy, jeśli powieje dobrą energią i świeżością.

Korzeni muzyki poznaniaków upatrywać należy w latach 80. Brzmieniowo skojarzenia mamy z The Smiths i gitarą Johny’ego Marra (choć znacznie mocniejsze na wcześniejszych albumach), natomiast za sprawą niebanalnych tekstów, głosu Michała Wiraszki, pomysłów aranżacyjnych – kłania się Republika, a klawisze na tym krążku mogą kojarzyć się ze Smashing Pumpkins czy wspomnianym już Heyem (dzięki producenckim dłoniom Marcina Borsa). Ale dość szukania tropów, bo kompozycje kapeli nie pozwalają się jednoznacznie zdefiniować, są zdecydowanie autonomiczną propozycją.

To nie jest granie, które wpada w ucho od pierwszego słuchania. Ono domaga się oderwania od innych czynności dnia codziennego, poświęcenia uwagi zarówno tekstom, jak i warstwie muzycznej.

Trudno zakochać się od pierwszego wejrzenia,

za to jeśli coś za piątym – siódmym razem wejdzie mocno do głowy, już z niej nie wyjdzie. Zapewniam, że warto dać tym piosenkom szansę – Muchy to jedno z najciekawszych zjawisk na rodzimej scenie rockowej.

Płyta wciąż jest dla mnie zbyt nowa, bym bez ryzyka miał  wskazywać na niej faworytów. Z radia znamy świetne Zamarzam i Nieprzeszkadzajmibotańczę. Dziś zwracają moją uwagę Poznań i Anisłowa (przejmujące wersy: ani słowa o miłości i o tego typu sprawach w kołysankach dla dorosłych). I jeszcze… Płyta trwa niespełna trzydzieści osiem minut, ale nie ma na niej słabych momentów.