Ich Magnificencje Forty Years After – Magnificent Muttley, 2012

Może powinienem się wstydzić, że dopiero od kilku dni wiem o istnieniu tej kapeli. Skoro taki ze mnie fan muzyki rockowej… Może powinienem wcześniej wiedzieć, kto wygrał Jarocin w 2011 roku. I jeszcze tysiąc innych rzeczy. Ale, na Boga, pisaniem zajmuję się dla przyjemności, a nie zawodowo. Więc, uwzględniwszy metrykę oraz sposoby na rozdysponowanie czasu wolnego, już nic nie muszę, a tylko mogę. Bo – zaserwuję piłeczkę w Waszą stronę – trzymam dziś w rękach ich debiutancki krążek, a ilu z Was słyszało o Magnificent Muttley?

[more]

W konsumowaniu muzyki spotyka nas tyle niespodzianek, tyle zaskakujących i pięknych odkryć (na powszechny lub tylko własny użytek)! Słucham tych nagrań i

czuję się jak szczęśliwy ojciec.

Chłopaki są w wieku moich synów, a grają moje najukochańsze dźwięki – te z przełomu lat 60. i 70. I w dodatku robią to w skali jeden do jednego. Czyli w sposób, który dwadzieścia parę lat temu byłby chyba jeszcze nie do przyjęcia, a dziś w rokendrolu – jak u fryzjera – wszystko jest już dopuszczalne. Warte uwagi wszakże tylko wtedy, gdy zagrane dobrze i ze smakiem. Oba warunki są spełnione.

Dla porównania: młodym panom Waglewskim ciągle nie potrafię uwierzyć, że Kim Novak im w duszach gra, bo zaczęli od zupełnie innej muzy. Może niesłusznie, ale węszę w tym koniunkturalizm. I jest u nich jeszcze jedno, czego w rockowych składach nie trawię: zupełnie nieswingujący wokal. Ale nie zarzekam się, tylko krowa nie zmienia poglądów.

MM gra dobrze i ze smakiem. Trio jest absolutnie wiarygodne w tym, co robi. I mam gdzieś rozważania, czy to twórcze transponowanie starego grania na miarę drugiego dziesięciolecia XXI wieku, czy grupa płynie dość szerokim dziś nurtem. Niekoniecznie to, co cenimy, lubimy najbardziej. I, odwrotnie, to, co w słuchaniu, czytaniu, oglądaniu sprawia nam najwięcej frajdy, nie musi być czymś najwyżej przez nas cenionym. W tym konkretnym przypadku, tak bliskim memu sercu, bardzo nie chciałbym się mylić: jeśli chłopakom dane będzie wykorzystać potencjał, który słychać na tej płycie, jeśli przetrwają i pozostaną wierni temu, co grają w tej chwili – zapiszą swoją stronę, a może i cały rozdział w dziejach polskiego rocka.

Dzięki Magnificent Muttley dane jest nam odbyć

muzyczną podróż w czasie.

Do tych lat, gdy w rocku wszystko było pierwsze. Pierwsza dorosłość, a więc odejście od najprostszych form rokendrolowych, odwaga improwizacji, pójście w stronę dłuższych kompozycji. Skoro rockmani nauczyli się porządnie grać – mieli nieodpartą potrzebę zaprezentowania tego światu. I na płycie MM to wszystko jest: Hendrix, Cream, Led Zeppelin, Ten Years After, Black Sabbath, tu i ówdzie psychodeliczny Doors czy najwcześniejszy Pink Floyd. I, na dokładkę, trochę funkujących rytmów w stylu starego, dobrego Red Hot Chili Peppers.

Wszystko to tak cudownie tchnie świeżością, jest czystą, młodzieńczą inicjacją muzyczną, jest tak bardzo wolne od produkcji! Prostota, surowość brzmienia – studyjna rejestracja nie pozostawia wątpliwości, że na żywo zespół zabrzmi tak samo. Tak samo dobrze.

Zastanawiam się, czy może być jeszcze lepiej. Jeśli panowie pójdą w ślady wirtuozów gitary, basu i perkusji (bo nad warsztatem, choć już imponującym, można dalej pracować), ocalając jednocześnie radość grania i tworząc równie szalone, staro-nowe kawałki – zdecydowanie tak. Oby!

I jeszcze jedno, co już sprawdziłem na własnych uszach. MM są bardzo wymagający. Ponieważ w ich graniu mało jest piosenkowości, a dużo zdrowego łomotu, trudno zapuścić sobie tę płytę i potraktować jako tło domowej krzątaniny. Ta muzyka domaga się od słuchacza pełnego skupienia, pełnej uwagi, przynajmniej dopóki nie pozna się dobrze zawartości krążka. Ale, ufam, kto lubi rocka sprzed czterdziestu – czterdziestu pięciu lat, ten nie pożałuje.

Porter lepszy niż jasne pełne – Porter Band, Helicopters, 1980

Im jestem starszy, tym mniej rozumiem z myśli kołaczących się w cudzoziemskich twórczych głowach. Co też powodowało tymi nielicznymi, którzy postanawiali osiąść gdzieś w granicach tak czy inaczej pojmowanej Rzeczpospolitej i tutaj właśnie tworzyć? Trudno myśleć o nich wszystkich jako o nieudacznikach, ludziach niedużego talentu, którzy musieli przemierzyć szmat drogi, zakotwiczyć daleko od swej ojczyzny, by znaleźć kawałek miejsca, w którym ktoś nie tylko nie zabraniał im tworzyć, ale wręcz do tego zachęcał – płacąc większymi lub mniejszymi pieniędzmi oraz pewnym rodzajem sławy.

[more]

My zaś, Polacy targani kompleksem zaścianka Starego Kontynentu, zawsze chętnie ogrzewaliśmy się w blasku tych nielicznych Europejczyków, którzy tu przyjeżdżali i przyjeżdżają, mówili i mówią o nas dobrze. Ba, niektórzy nawet osiadali i osiadają nad Wisłą na stałe. Nie było i nie jest ich wielu, ale też Warszawę czy Kraków trudno porównywać jako centra kultury do Paryża, Berlina czy Londynu.

Ale skoro już tak jest, że na kawałku ściany w Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu wisi więcej niż na wszystkich ścianach między Tatrami i Bałtykiem, skorośmy z polskich matek i ojców i dane mam jest to a nie inne dziedzictwo kulturowe – czasem próbujemy się w nim choć trochę rozejrzeć i dorozumieć sensów.

Mamy więc Wita Stwosza, Celtesa i Canaletta. A gdzieś w połowie Gierkowej dekady ni stąd niż zowąd trzasnęła o polską ziemię

butelka z Porterem.

Trzasnęła, rozlewając całą swą zawartość. John Porter wyjechał z Wielkiej Brytanii i, imając się różnych zajęć, przemieszczał na mapie coraz bardziej na wschód. W 1976 roku wjechał do Polski. Na świecie dogorywała epoka hipisowska, u nas ZOMO tworzyło pierwsze „ścieżki zdrowia” – w Ursusie i Radomiu. Iluzoryczna wolność lat 70. skurczyła się bardzo mocno, a jednocześnie na zgnuśniałym rynku muzycznym szykowała się najpotężniejsza w historii erupcja wulkanu. I w taką krainę wjechał Walijczyk, miał problem w ogóle się dogadać, bo mało kto umiał sklecić parę zdań w języku Szekspira, a on sam do dziś mówi po polsku na swój wyjątkowy sposób – uroczo, ale niezbyt dobrze (wciąż rozbraja mnie jego zapowiedź przed pierwszą piosenką na Magic Moments: „Ja musze jakieś pewne numeri grać, to znaczi raczej nowi metirjel, bo to nie ma po co mieć nowe płyta i stare numeri. (…) A, tu jest takie ładne barykada przed sceną – to jest dla wasze bezpieczenstwa, nie moje”).

Zanim to jednak nastąpiło, między 1977 a 1979 rokiem współpracował z Markiem Jackowskim i Korą, tworząc kolejne wcielenie Maanamu – Elektryczny Prysznic. Ich drogi się rozeszły, trudno ustalić, na ile było to sterowane przez pewnych ludzi, na ile przypadkowe. Dość, że na pewien duży

plenerowy koncert we Wrocławiu w 1979 roku

z całej trójki dojechał tylko John. Szybko podsunięto mu propozycję, by zagrał z elektrycznym składem – znanymi już muzykami: Aleksandrem Mrożkiem i Kazimierzem Cwynarem, którzy coraz mniej chętnie udzielali się w 2 plus 1, oraz bluesowym perkusistą Leszkiem Chalimoniukiem. Chwyciło. Szybko powstał materiał demo, z którym zaprzyjaźniony z Porterem Tomasz Tłuczkiewicz uderzył do Wifonu. Decyzja o nagraniu płyty zapadła natychmiast (w czasach, gdy zespoły czekały na fonograficzny debiut całymi latami). Nagrania zrealizowano w rozgłośni Polskiego Radia w Opolu i…

Lawina ruszyła. Na Wyspach rokendrolowy mainstream ustępował pola szalejącemu punkowi, a u nas po latach posuchy młode zespoły w niespotykanej dotąd liczbie zaczęły szturmować wszystkie te miejsca, dzięki którym można było jakoś zaistnieć. Czas pierwszej Solidarności sprawił, że te kanały otwarły się niespodziewanie bardzo szeroko. Płyta Helicopters Porter Bandu rozpoczyna ten pochód nowej muzyki.

Nowej? Jeśli nieżyjący już niestety Irlandczyk Phil Lynott śpiewał I’m The Rocker, to w wydaniu walijsko-polskim zabrzmiało to

I’m Just A Singer.

Nie było to nic skomplikowanego. Trochę klimatów folkowych, na których wychowywał się lider zespołu, wpływ bardziej amerykańskiego niż brytyjskiego punku, ale głównie porządny, gitarowy i bardzo jednocześnie melodyjny rokendrol. Jak bardzo publiczność nad Wisłą była spragniona takiego grania! Fenomen tego krążka tkwi – śmiem twierdzić – właśnie w jego prostocie. Dziś, w ponad trzydzieści lat od nagrania tego materiału, brzmi on znów, mimo pewnych niedomagań realizacyjnych, świeżo, dobrze znosząc upływ czasu. A dwadzieścia-piętnaście lat temu wydawało mi się, że trąci nieco myszką.

Parę rzeczy skupiło się w tej kapeli jak w soczewce. Oto Brytyjczyk, który postanawia tworzyć w Polsce, z Polakami u boku. Śpiewa, co oczywiste, świetnie po angielsku – w odróżnieniu od niektórych rodzimych wokalistów, którzy tego próbowali. Wszyscy członkowie zespołu mieli już za sobą paroletni staż estradowy, umieli grać, więc to nie jest materiał spod znaku pierwszych wprawek, lecz nagrany przez dojrzałych już muzyków (Porter urodził się w 1950 roku). I to wszystko było

takie nowe, takie świeże

na wygłodniałym rodzimym rynku. Dostatecznie nieskomplikowane, by zagwarantować sukces komercyjny, zdecydowanie dość dobre, by stanowić właściwy punkt odniesienia, swoisty azymut dla krajowych debiutantów mnożących się jak grzyby po deszczu.

Zespół działał krótko. Zaraz po nagraniu wspomnianego albumu doszło do zmiany bębniarza – nowym został Wojciech Morawski (później w kapeli Morawski-Waglewski-Nowicki-Hołdys i Voo Voo). W tym składzie zarejestrował w 1980 roku materiał koncertowy (z premierowymi, bardziej nowofalowymi w klimacie piosenkami). Tytuł – Mobilization – sprawił jednak, że cenzura zrobiła swoje i album ukazał się dopiero w 1982 roku. Wtedy zespół już nie istniał, do czego walnie przyczynił się stan wojenny.

John Porter, z przerwami, obecny jest na naszych scenach do dziś. Ale to dzięki dwóm pierwszym krążkom, a w szczególności Helicopters, zapisał się złotymi zgłoskami (no to co, że po angielsku?) w historii polskiego rocka.

New Year’s Day

Możemy oczywiście bronić się przed tym, ale obecności zegara i kalendarza w naszym życiu nie da się zaprzeczyć, nie da się udawać, że ich nie ma. Z postanowień noworocznych w pewien sposób najbliższe jest mi to Marii Czubaszek, która kiedyś powiedziała: „Postanowiłam, że nie rzucę palenia”. Nie chodzi tu o najpierwszy sens tego zdania, bo jestem wolny od używek. Myślę o tym, że rewolucje sprawdzają się rzadko i tylko w wyjątkowych sytuacjach.

[more]

W tych dekoracjach Sylwestrowo-Mieczysławowych życzę Wam tego, czego i sobie. Pozostania w miarę normalnymi ludźmi, poczucia humoru, bo ono odróżnia nas od przodków w łańcuchu ewolucji, błogosławionego dystansu do siebie i świata, bo wtedy zawsze lepiej się znosi napór kolejnych dni. I ocalenia w sobie dziecka – miejcie ciągle coś, co sprawia, że krew szybciej krąży w żyłach. Ludzie bez pasji, bez zainteresowań są tacy smutni i nudni.

Życzę Wam – i sobie – dużo dobrej muzyki. Niech nas kręci kręcący się talerz gramofonu lub napęd szufladki CD. Wielu dobrych wzruszeń, także tych muzycznych, na co dzień.

P.S. Lou Reed, wypełniając tzw. kwestionariusz Prousta, na pytanie „Gdybyś po śmierci miał odrodzić się jako osoba lub rzecz, jak sądzisz, co by to było?”, odparł: „Wzmacniacz”.

„Co dla ciebie jest ideałem szczęścia?”. Odpowiedź Toma Waitsa: „Szczęście nigdy nie jest idealne”.

Słynny jęzor na jeszcze jednej okładce – The Rolling Stones, Grrr!, 2012

Na stare lata emocje zwykle – nieco lub bardzo – przygasają. Moja żona nigdy nie protestowała, gdy wydatki trochę mocniej skręcały w stronę muzyki. Teraz, wychodzi na to, wymyśliłem sobie najlepszą z możliwych tarczę: bloga. Ola nie dość, że z oddaniem pełni rolę „kochanej pani administrator”, to jeszcze bardziej niż kiedyś zanurzona jest w płytach i gitarowym graniu. Najwyraźniej nie mamy zamiaru schodzić z tej karuzeli, która kręci się najczęściej w rytmie rokendrola.

[more]

I tak oto wśród prezentów pod tegoroczną choinką znalazłem ostatnie wydawnictwo Glimmer Twins i spółki. Niby ileż można – wydawać wszelkiej maści składaków, debestofów, ileż można takich płyt mieć w domu. A jednak…

Z tymi starszymi chłopcami czterema

jest tak, że This could be the last time. Że teraz zajmą się już wyłącznie wydawaniem pieniędzy nie do wydania, że dali nam na otarcie łez jeszcze dwa nowe kawałki i cześć pieśni.

A jednak… W dodatku dostałem edycję trzypłytową, tę z pięćdziesięcioma utworami na pięćdziesięciolecie, sprowadzoną w ciągu kilku dni zza Kanału La Manche (jakich pięknych dożyliśmy czasów!). 

Pierwsza płyta, od Come On do We Love You, eksplozja rocka na Wyspach. Druga, od Jumpin’ Jack Flash do Fool To Cry, najwspanialsza. To ten okres, za który Stonesów kochamy i kochać będziemy najmocniej. Wtedy przeszli do historii. Trzecia płyta, zaczynająca się od Miss You, obejmuje ponad trzydzieści lat działalności grupy. Znacznie mniej istotnych niż te wcześniejsze, ale chyba dopiero teraz dociera do mnie wyraźnie, że to nie tylko był czas, kiedy w kolejnych trasach koncertowych nabijali konta, odgrywając stare hiciory, ale wciąż dorzucali – zgoda, znacznie rzadziej niż przed laty – utwory ważne i bardzo dobre. Jakoś tak teraz, wciąż nie dowierzając, że oto definitywnie ma się zamknąć ten absolutnie wyjątkowy rozdział rokendrola, moje serce jeszcze mocniej wzruszone, uszy – bardziej doceniają te piosenki wyłowione (też już nie pierwszy raz) z oryginalnych wydawnictw.

Stonesi, te pieprzone skurczybyki, mieli rację.

Mieli rację,

gdy coraz bardziej pod prąd nowym trendom grali swoje proste do bólu nuty, mieli rację, gdy po swojemu podchodzili do nowych brzmień na Some Girls. Mieli rację, bo muzyka gitarowa zatoczyła wielkie koło, już od wielu lat pochylając się z czułością nad rytmami wyjętymi prosto z lat 60. I coś, co zdawało się już być poza czasem, okazywało się bardzo na czasie. Time Is On My Side, śpiewał Jagger dawno temu. I dziś, choć nieco przyprószony, wysuszony, ma prawo śmiało powtórzyć te słowa. A dwa bardzo udane nowe kawałki być może stanowić będą najlepszą z możliwych pointę tej pięknej bajki.

W 1978 roku Marek Garztecki zatytułował rozdział swej książki poświęcony TRS Toczący się kamień mchem nie porasta. Komu z czytających wtedy te słowa przemknęła przez głowę myśl, że za trzydzieści cztery lata ta muzyka nie tylko nie będzie neolityczną skamieliną, muzealnym eksponatem, ale czymś tak bardzo żywym i wciąż poruszającym miliony?



Drzwi percepcji w misce – The Doors, Live At The Bowl, 2012 (1968)

Czas mojej pierwszej, największej fascynacji twórczością The Doors przypada na lata studiów. W 1983 roku ukazał się, wyczarowany z zakurzonych półek i piwnic rewelacyjny koncertowy album Alive She Cried. Pierwszy chyba taki – stworzony z nagrań, które jeszcze parę lat wcześniej z racji swej kiepskiej, delikatnie mówiąc, jakości, do niczego się nie nadawały. Początki obróbki cyfrowej, choć dziś mogące budzić uśmiech, pozwoliły te utwory doprowadzić do takiego stanu, że fani mogli tylko z radości przyklasnąć.

[more]

W 1986 roku z pobytu w Grecji przywiozłem L.A. Woman, potem nastał czas pirackich kaset (wysokiej już jakości), aż wreszcie, na początku lat 90., pierwsze CD tego kwartetu pojawiły się w domowym zbiorze.

Doors to zespół, którego rolę w dziejach rokendrola trudno przecenić. Zaledwie kilka lat intensywnej działalności, ale mnóstwo znakomitej muzyki. No i legenda Jima Morrisona – świetne teksty, szaleńcze tempo życia, zdrowie nadwerężane alkoholem i narkotykami, wreszcie śmierć w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach – to dostatecznie wiele, by pamiętać o zespole i wciąż wracać do jego płyt.

I oto otrzymujemy kolejny prezent –

zapis występu z 5 lipca 1968 roku,

w dodatku w wersjach audio i wideo. Z lipca 1968, a więc momentu, gdy zespół wydaje swoją trzecią płytę, Waiting For The Sun.

Tegoroczną „nowość” nabyłem jakiś miesiąc temu. Przesłuchałem kilkunastokrotnie, ale ani razu w pełnym skupieniu, ze słuchawkami na uszach. I może dobrze, bo na film w Multikinie jechałem z nadziejami, że tę muzykę usłyszę inaczej. I, ku mej radości, tak się stało.

To niesamowite, co technika pozwala dziś zrobić ze starymi taśmami. Wspaniale oczyścić dźwięk, pozbawić go pierwotnych szumów, przekleić z innych koncertów brakujące fragmenty. Obraz, skromny, z pięciu kamer, pierwotnie analogowy, także uczynić takim, że absolutnie nic nie dokucza w 2012 roku. Czy te zabiegi są uprawnione, czy z niekompletnego zapisu sklejając całość, nie tworzymy swego rodzaju monstrum, jakiegoś muzycznego Frankensteina (nad czym zastanawiał się ostatnio Bartosz Chaciński przy okazji omawiania opublikowanego zapisu koncertu The Who w Hull). Trzeba chyba zapytać, czemu to ma służyć – tylko mamonie czy czemuś więcej? Jeśli w historii roi się od wydanych książek, których autorzy nie zdążyli z tych lub innych powodów ukończyć, książek mimo to nieraz obwołanych arcydziełami, to dlaczego odmawiać prawa do podobnego zabiegu w przypadku muzyki? Zwłaszcza jeśli efekt końcowy zdecydowanie służy sztuce i dostarcza wzruszeń jej konsumentom?

Koncert jest po prostu znakomity.

Proste środki, skromne instrumentarium (np. rozczulająco mały zestaw perkusyjny Johna Densmore’a), asceza na scenie – żadnej scenografii, świateł czy innych fajerwerków, które parę lat później stały się częścią rockowych widowisk – to wszystko sprawia, że mamy muzykę lat 60. w całej swej ostrości: albo ktoś umie grać, albo nie. I – jedno lub drugie – widać jak na dłoni.

Genialny zespół u szczytu formy. Drzwi percepcji otwarte na oścież, muzyka nieznająca żadnych granic. Odjazd zupełny. Ale dopiero obraz z tego koncertu wprawia nas w zupełne osłupienie. Co bowiem widzimy? Młodego człowieka przy mikrofonie. Wycofanego, zwykle nieobecnego, kłąb jakichś kompleksów, a jednocześnie znakomitego wokalistę i faceta o zdolnościach aktorskich. Z rzadka nawiązującego kontakt z publicznością, zwykle z przymkniętymi oczami albo wzrokiem uniesionym gdzieś wysoko.

Ray Manzarek z kolei cały czas pochylony, okładający swoje dwie klawiatury (jedną basową), czasem w chórkach wspomagający Morrisona. John Densmore, skupiony, ustawiony ze swymi bębnami na podwyższeniu, wydobywa z tak skromnej ich ilości zadziwiające nieraz dźwięki. Wydaje się, że gdyby nie bardzo przystojny, a – nade wszystko – świetnie grający na (dwóch na zmianę) gitarach Robby Krieger – wszystko by się rozleciało. On jeden sprawia wrażenie przytomnego. Popatruje, co robią koledzy, jakby kontrolując całość. Przez ponad siedemdziesiąt minut muzycy nie zamieniają ze sobą ani słowa, tylko raz widzimy, jak Morrison, uśmiechając się, podaje kubek spragnionemu Kriegerowi.

Psychodelia, odlot.

Każdy gra swoje, osobne – z pozoru. Bo to, co robią te cztery wielkie indywidualności, układa się w każdej sekundzie w porywającą całość, w najwspanialszą rokendrolową muzykę, jaką można sobie wyobrazić. Totalna improwizacja, kapitalne odejścia i powroty do głównego tematu.

Jeśli słuchając Doorsów mamy wrażenie, że wkraczamy w świat magicznych dźwięków, to należy zobaczyć zespół na ekranie, by zadziwić się jeszcze bardziej – widząc, w jaki sposób ta muzyka się rodzi. Jak to było możliwe – wtedy, w 1968 roku, blisko pół wieku temu, przy tak bardzo ograniczonych środkach, które muzycy mieli wtedy do dyspozycji? A jednak rock, za sprawą swych najbardziej utalentowanych przedstawicieli, na przełomie 60. i 70. lat wydał na świat największe dzieła. Ten koncert jest jeszcze jednym na to dowodem.


Z opłatkiem

Święta. Ledwie kilkadziesiąt godzin. Nie dajmy się zwariować. Gonitwie za prezentami i obfitością stołu. Szumowi wokół nas. Jak ładnie powiedziała w Trójce Grażyna Dobroń: „Nie po wszystko, co przynosi świat, warto wyciągać ręce”. Życzę Wam choć paru chwil wytchnienia, zadumy, zatrzymania się. Zastanowienia nad tym, co naprawdę ma znaczenie. Paru nie byle jakich rozmów z bliskimi. Zwłaszcza że, tak to się dzieje, nie wszystkim nam dane będzie za rok znów usiąść do wigilijnego stołu.

[more]

Zamiast telewizora – niech zabrzmią kolędy – unplugged, nawet jeśli natura nie obdarzyła kogoś szczególnym głosem lub słuchem. W domowych warunkach to absolutnie wybaczalne. Wyjmijcie z szaf i piwnic gitary i inne klawisze, flety oraz pozostałe dmuchawce, sprawdźcie, czy Wasze palce pasują jeszcze do nich.

Życzę, abyście 27 grudnia nie kręcili głową z zadziwieniem, że już po świętach, ale by coś po nich zostało – i nie mam tu na myśli jedzenia.

No i – życzę dużo dobrej muzyki. Świetnych płyt pod choinką, których będzie można słuchać przez długie lata. Które wprawiać Was będą w dobry nastrój.

Podobno jesteśmy smutnym narodem. Uśmiechajmy się więc częściej do siebie w te dni. Spokojnych i dobrych świąt. 

*

Powiadają, że Kain zabił Abla za opowiadanie starych dowcipów. Niech mi więc wybaczą wszyscy ci, którzy znają ten, który chcę opowiedzieć, bo brodę ma długą i siwą jak święty Mikołaj. I w dodatku lepiej go usłyszeć, niż przeczytać.

Historia to odległa w czasie. Nikt już nie pamięta, czy zdarzyła się, gdy mały Rokendrol dopiero uczył się, jak trzymać gitarę, czy w ogóle nie było go jeszcze na świecie. Nie wiadomo też, co to był za las. Może Puchatkowy, Stumilowy, ale pewności nie mam. Jedno jest wiadome: był to las anglosaski. Spowity grudniową mgłą, a nawet mocno zaśnieżony.

I nie wiadomo także, o jakie zwierzę chodzi. To do jego norki ulokowanej pod pniem starego drzewa nagle ktoś zmierzchającą porą dnia mocno zastukał. Wyrwany z zimowego snu zwierzak przecknął się, ziewnął i przewrócił na drugi bok. Stukanie jednak powtórzyło się.

– Kto tam? – zapytał nieprzytomny gospodarz.

– Merry.

– Mary? Jaka Mary?

– Merry Christmas!



Ubieranie choinki 2011, Republikanie i Turnaulandia

Cztery dni temu minęła dziesiąta rocznica śmierci Grzegorza Ciechowskiego. Wspominano wielokrotnie, jak Markowi Niedźwieckiemu przyszło na antenie Trójki podać tę okropną wiadomość. To był ogromny szok. Umieranie w wieku czterdziestu czterech lat jest zdecydowanie przedwczesne, a tu w dodatku chodziło o osobę ze świata kultury, powszechnie znaną, cenioną, o bardzo inteligentnego człowieka, niezwykle zdolnego kompozytora. I to tuż przed świętami.

[more]

W 2001 roku

zmarł mój ojciec, w marcu. Zmarł także Stanisław Zybowski, prywatnie mąż Urszuli. Świetny, niespełniony, niewykorzystany odpowiednio rockowy gitarzysta. Facet, o którym Ciechowski powiedział swego czasu, że był jedynym, który po wyjeździe z Polski „Samby” Otrębskiego (nagrywali razem Tak, tak) był w stanie w krótkim czasie wyuczyć się materiału, który grany był potem podczas trasy koncertowej. Byłem w 1988 roku, widziałem. Pełny „Spodek”, cały zespół w rewelacyjnej formie, Ciechowski u szczytu swych twórczych sił – miał wtedy trzydzieści jeden lat.

Nigdy nie byłem zwariowanym fanem Republiki, uważam, że miała lepsze i gorsze momenty, ale to wszystko są rozważania i oceny artystyczne dotyczące poziomu dla większości muzyków – i to nie tylko w granicach Polski – niedostępnego. Dlatego 22 grudnia miałem pretekst, by kupić wreszcie Nowe sytuacje na CD (muzyka i okładka wciąż robią wrażenie). I by tego dnia, przy ustawianiu choinki, wrzucić do szufladki odtwarzacza kilka płyt tej grupy.

*

A na odmianę, po secie Republiki, puściłem sobie świątecznego Turnaua. I przyszło mi do głowy, że gdyby Ciechowski żył – tych

dwóch Panów Grzegorzów,

dwóch pianistów i kompozytorów, może zeszłoby się ze sobą na scenie. Dwa światy (ale czy Robert Fripp, lider King Crimson, tak inspirujący dla G. C., i Keith Emerson, który mocno pobrzmiewa w wielu utworach G. T., są aż tak daleko od siebie?), dwie estetyki – to byłoby ciekawe. Nawet dwie dykcje – nienaganna Turnaua i kiepska Ciechowskiego – takie zderzenie to dla niejednego odbiorcy muzyki w Polsce byłoby coś. Niemożliwe?

Dziś taki kwartet: Grzegorz T. śpiewający kawałki Republiki, a razem z nim na scenie Krzywański, Biolik i Ciesielski – mógłby stworzyć jakość, która nam tu na ziemi i Obywatelowi G.C. w niebie chyba bardzo by się spodobała. Grzegorz Turnau bardzo twórczo podszedł już do piosenek Starszych Panów (znakomita Cafe Sułtan) i Marka Grechuty. Sądzę, że piosenki Ciechowskiego także potraktowałby, w odróżnieniu od kilku innych interpretatorów, w zupełnie nowy sposób.

I – mam wrażenie, że czterech inteligentnych facetów nie miałoby problemów z dogadaniem się. Tak więc – kawałki Republiki w aranżacjach Turnaua. Panowie, proszę do sali prób!

(pisane 26 grudnia 2011)



Końca świata nie będzie?

Bez względu na to, jak brzmi odpowiedź na to pytanie, zainspirowana zdaniem „gramy do końca świata i o jeden dzień dłużej”, postanowiłam wziąć udział w konkursie organizowanym przez blox.pl „Z książką do końca świata”.

[more]

Na portalu publio.pl (w komentarzach pod nickiem alesandra4) opublikowałam recenzję książki „Zapraszamy do Trójki” Cezarego Łazarewicza i Ewy Winnickiej.

Rush, Moving Pictures, 1981

Zimą 1978 roku Piotr Kaczkowski prezentował w czterech kolejnych „Minimaksach” Second’s Out, dwupłytowy, koncertowy album Genesis. W półgodzinnych wówczas audycjach zostawało parę minut na inną muzykę. I to wtedy po raz pierwszy usłyszeliśmy o kanadyjskim zespole Rush. Czasu starczylo na największy hicior Closer To The Heart i fragment Bastille Day. Chyba rok później, w tym samym programie, usłyszałem Hemispheres.

[more]

Po latach dokonania tria budzą we mnie mieszane uczucia. Pierwsze płyty, z rozbudowanymi nad miarę utworami robią dość pokraczne wrażenie, nawet jeśli w tych przydługich kompozycjach trafiają się niezłe pomysły. Ciekawiej sprawy się mają w przypadku prostych, rockowych piosenek, jak choćby dwóch wymienionych wyżej. Okołozeppelinowskie brzmienia lepiej znoszą upływ czasu niż już wtedy wątpliwe klimaty progresywne.

Punktem granicznym

jest album Hemispheres (1978), z suitą tytułową, wyraźnie nawiązującą do poprzedniego okresu działalności grupy, oraz krótszymi utworami. Ostatni z nich, znakomity La Villa Strangiato, bogato zaaranżowany, mieniący się wieloma pomysłami i wirtuozowsko zagrany, sygnalizuje nową – i najlepszą – jakość spod znaku Rush.

Trzy lata później ukazuje się Moving Pictures – album, na którym grupa definitywnie rozstaje się z długimi formami muzycznymi, serwując

siedem porywających utworów.

Przez kolejne trzy dekady Kanadyjczycy wciąż – w bardziej lub mniej udany sposób – nawiązują do patentów tego krążka.

„Trio to taki układ, który od każdego ogniwa wymaga ciągle idealnego funkcjonowania i wpasowania się. W innym przypadku cały układ zaczyna się sypać” – mniej więcej coś takiego powiedzieli Geddy Lee, Alex Lifeson i Neil Peart. Rush nigdy nie popychali świata naprzód, ale do dziś robią spore wrażenie – na wielu pośród tych, którzy lubią słuchać, ale też, co znamienne, na tych, którzy sami próbują uprawiać muzyczną grządkę.

Warsztat

bowiem, jakim dysponują ci trzej panowie, budzi najwyższe uznanie – to po prostu wściekły profesjonalizm. W połączeniu z najlepszymi momentami twórczymi, a do takich należy płyta z 1981 roku, przynoszący efekty, które opierają się upływowi czasu.

Siedem kawałków brawurowo zaaranżowanych i wykonanych, zręcznie – gdy chodzi o stylistykę – balansujących między hard i progressive rockiem, a czasem wręcz popem. Trudno wskazywać na tej znakomitej płycie utwory najlepsze. Nie wiem, czy należy do nich słynny Tom Sawyer, szalony instrumental Yyz, rozbudowany The Camera Eye czy przebojowe Limelight albo rushowe reggae Vital Signs. Czego jeszcze nie wymieniłem? Najlepiej więc sięgnąć po cały materiał.


Po trzykroć tak – Yes, Close To The Edge, 1972

Zespól Yes został powołany do życia w 1968 roku. Po trzech latach uformował się jego najlepszy skład (Anderson, Bruford, Howe, Squire i Wakeman), w którym nagrali bardzo dobry Fragile.

Ten okres – koniec lat 60. i początek 70. – był najlepszym dla muzyki progresywnej, symfonicznej. Zresztą, młody krzew o nazwie rock’n’roll osiągnął wtedy dojrzały już kształt. Każda nowa gałąź wydawała smakowite owoce w takich ilościach, że dziś możemy tylko z zazdrością patrzeć w przeszłość.

[more]

Yes za sprawą wspomnianego albumu stał się

ekstraklasowym zespołem rockowym,

a wśród wykonawców symforockowych do dziś wymieniany jest jako jeden z najlepszych. Pierwszorzędne znaczenie dla takich ocen  ma krążek wydany w 1972 roku – Close To The Edge.

To muzyka, która była ze mną właściwie zawsze. Jakie to przyjemne – uświadomić sobie w dojrzałych już latach, że te nuty wyryte we wczesnej młodości w głowie są naprawdę znakomite. Najpierw na jednej z taśm magnetofonowych mieli nagraną tę płytę moi bracia. W 1978 roku Piotr Kaczkowski prezentował dyskografię zespołu, a ja – na swej pierwszej szpuli! – zapisałem cały materiał z tego albumu. A kilkanaście lat później był to jeden z pierwszych zakupów kompaktowych. (Bardzo nie lubię pożyczać płyt, ale tę zdarzyło mi się kiedyś wypuścić z rąk i wróciła do mnie w opłakanym stanie. Wciąż nie mogę pojąć, co niektórzy ludzie robią z płytami – czy traktują je jako podstawki pod filiżankę kawy, jedzą na nich jajecznicę, czy się nimi rzucają? Co trzeba robić, by tak porysować i wybrudzić CD?!).

Album zawiera

tylko trzy utwory.

Na pierwszej stronie analoga ten tytułowy, na drugiej And You And I oraz Siberian Khatru. Mam do tej muzyki nabożny stosunek – to symfoniczne mistrzostwo świata. Jedna z tych płyt, na przykładzie których najlepiej i najłatwiej opisywać albo uświadamiać sobie, na czym polegał ten rodzaj grania. Tak jakoś „dziwnie” się składa, że w najlepszych kapelach tego nurtu grali wybitni instrumentaliści – słabi po prostu nie sprostaliby wymaganiom formalnym, jakimi były misternie zbudowane i niekrótkie najczęściej utwory.

Rockowe arcydzieła to zwykle efekt twórczego szczytu kilku ludzi, tej szczególnej chemii, jaka musi towarzyszyć powstawaniu wyjątkowego materiału muzycznego. Chemii, która bynajmniej nie musi oznaczać bliskości innej niż muzyczna. Historia Yes naznaczona jest wyjątkowo dużą ilością nieporozumień – bijatyk na scenie, procesów sądowych, rozstań i powrotów.

To wydarzyło się jednak później. Yes A. D. 1972 oznacza

wszystko, co najlepsze.

Charakterystyczny, wysoki głos Iona Andersona, wspaniałe chórki, bębny jednego z najlepszych rockowych perkusistów, Billa Bruforda, mocny bas Chrisa Squire’a i natychmiast rozpoznawalna gitara Steve’a Howe’a – a nad tym wszystkim bogata faktura instrumentów klawiszowych Ricka Wakemana. Każdy z nich ma tu swoje momenty. Smakujemy zarówno fragmenty allegro i adagio utworu tytułowego, monumentalne, katedralne organy towarzyszące zmaganiom sił życia i śmierci w głowie młodego twórcy (o tym jest ten utwór), potem oszałamiająco piękne harmonie And You And I, jak i podziwiamy rozpędzony rockowy walec w finale płyty.

Tak ułożyło mi się to w głowie – wielki szacunek dla dokonań kilku zespołów tego nurtu sprzed mniej więcej czterdziestu lat, kilka – kilkanaście ukochanych już na zawsze płyt. A drugiej strony – wielka niechęć i nieufność do tego, co nastąpiło potem: przede wszystkim do następców (np. Marillion, Pendragon czy Archive), ale i do odgrzewanych kotletów w wykonaniu niektórych z grona wielkich kiedyś artystów. Prosty rokendrol w najlepszym wydaniu broni się nadal, rozbudowane formy oparte na brzmieniu instrumentów klawiszowych – od dawna już zjadają własny ogon, wydając nieświeżą woń epigoństwa.

Ale jak było na początku, jak to robili najlepsi – warto posłuchać. To ciągle wielka muzyka.