Po tym koncercie nie mam wątpliwości, że Grzegorz Turnau powinien nagrać jeszcze jedną płytę koncertową – unplugged. Właśnie taką, kameralną, z piosenkami rozpisanymi na głos, fortepian i akustyczną gitarę Jacka Królika. Uroda tych utworów jest tak wielka, że przy znakomitym warsztacie wykonawczym wystarczy ascetyczna – choć tylko z pozoru prosta – aranżacja.

[more]
Turnau w moim prywatnym rankingu już dobrych parę lat temu przebił Marka Grechutę – wieloletnią obecnością na scenie i kolejnymi płytami wciąż wysokiej próby. To naprawdę dane jest tylko najlepszym – Pan Grzegorz, bez względu, czy gra swoje, czy sięga po cudze kompozycje, czyni z nich
coś bardzo własnego.
Czasem, śmiem sądzić, lepszego od oryginału. (Pierwszy raz to wrażenie dopadło mnie kiedyś w czasie festiwalu piosenki w Opolu, gdy Stanisław Sojka wykonał Jana Serce Seweryna Krajewskiego – i z plastikowo zaaranżowanego kawałka wydobył całą jego urodę. Podobnie Turnau – gdy zaśpiewał Bynajmniej Wojciecha Młynarskiego, zrobił to, jak zawsze, stylowo i po stokroć lepiej wokalnie).
Koncert zaczął się od Herbertowskiej Czułości – i od razu zostaliśmy wprowadzeni w liryczny klimat całego występu. Usłyszeliśmy piosenki starsze i nowsze, a wszystkie zabrzmiały znakomicie. Parę ładnych lat temu w tym samym miejscu artysta ogrywał materiał z przygotowywanej do wydania płyty Tutaj jestem. Raz po raz spoglądaliśmy wtedy z bratem na siebie oczarowani i zdumieni. Ileż w tej muzyce klimatów Emersonowskich! Nie wiem, na ile świadoma to inspiracja, w sumie nie jest to istotne. Jednak, dodam od razu, inspiracja w najlepszym tego słowa rozumieniu. A że na dodatek, w dolnych rejestrach, głos lidera przypominał wokal Grega Lake’a, robiło się ciepło na sercu. I tak jest już do dzisiaj.
Prócz autorskiego materiału, Turnau sięgnął po Grechutę, w Historii pewnej podróży wspaniale parodiując swojego mistrza. To samo uczynił jeszcze na koniec, udatnie podrabiając Karpiela Bułeckę w Na plażach Zanzibaru.
Sięgnął też po
klasykę anglosaską
– Jealous Guy Lennona, we fragmencie zaśpiewaną w oryginale, a w części w swym młodzieńczym „przekładzie”, z czego śmiał się sam wykonawca, a my razem z nim. Nieco później Bracka przeszła w Scarborough Fair Simona i Garfunkela, w którą artysta wplótł z kolei fragmencik piosenki z serialu „Stawiam na Tolka Banana” (Stare miał dżinsy, starą koszulę). Nie mogło też zabraknąć Starszych Panów (m.in. O Kutno!) i obok nich Billy’ego Joela (She’s Always The Woman będącego coverem piosenki Wasowskiego i Przybory – tak, tak! – Moja dziewuszka nie ma serduszka, też zresztą wykonanej). Na bis jeszcze raz Grechuta – Motorek – oraz, przedświątecznie, Wigilijna Święta Noc.
Sto minut wybornego grania okraszonego uroczą, lekką i dowcipną konferansjerką to naprawdę wspaniały pierwszy wieczór tygodnia. Żadnego taniego efekciarstwa, kunsztowna gra Jacka Królika i fortepianowe pasaże gwiazdy wieczoru służyły – jak zawsze – muzyce.
Koncert miał w nazwie
„piosenki sowie”,
co – jak wyjaśnił Pan Grzegorz – wzięło się kiedyś z banalnej literówki. Sowa, słusznie czy nie, jest symbolem mądrości. A piosenki, które ma w repertuarze artysta, zawsze skłaniały do refleksji i zadumy, bo są po prostu mądre. I bardzo szlachetnie wykonywane – tak na płytach, jak i na koncertach. Grzegorz Turnau gra i śpiewa nie sobie a muzom, lecz subtelnie, inteligentnie i z poczuciem humoru – czyli sowie. Gra nam, ludziom, tym wszystkim, którzy chcą go słuchać. A warto.
