W bajce jak w życiu

„I żyli długo i szczęśliwie”. Taki finał ma niejedna bajka. Odkładamy książkę, uśmiechamy się, że wszystko dobrze się skończyło. Dzieci, choć wcześniej poruszone losami bohaterów, zaniepokojone o ich zdrowie i życie, zasypiają pewne, że świat jest piękny, a dobro zawsze zwycięża zło.

[more]

„Żyli długo i szczęśliwie”. Jedno zdanie na koniec historii, dłuższej lub krótszej, czasem mrożącej krew w żyłach. W finale wszystko się prostuje, jest wreszcie dobrze, tak jak być powinno. I to jest właściwy moment, by postawić ostatnią kropkę.

„Długo i szczęśliwie” nie jest już, nigdy nie było i nie będzie, pożywką dla literatury. Cóż ciekawego można napisać o szczęśliwej egzystencji aż po kres dni? Nudne to, kiczowate, ckliwe i łzawe. On kocha ją, ona jego, rodzą się im cudowne dzieci, nikt się z nikim nie kłóci, panuje dostatek i wieczna szczęśliwość. To naprawdę nie jest już materiał dla sztuki z pewnymi ambicjami. ”Długo” rzadko kiedy znaczy pięknie, „długo” oznacza nieuchronną powszedniość i monotonię, rutynę i szarość. Zaś szczęście to zwykle coś, co było, co się zdarzyło, a nie – jest i trwa.

 „Żyli długo i szczęśliwie” – to szlachetność i pokora, a może po prostu uczciwość porządnej literatury.


Wszystko mi mówi, że wciąż kocham starych Skaldów

Jest taka grupa, której cztery pierwsze płyty stanowią kanon. Chodzi oczywiście o Led Zeppelin i hard rocka. A w moim domu, dawno, dawno temu, podobny ślad zostawili dwaj polscy wykonawcy: Czesław Niemen i Skaldowie. I on, i oni nagrali znacznie więcej, ale – w obu przypadkach – te pierwsze cztery albumy ukształtowały w sporej mierze kręgosłupy muzyczne moich braci i mój.

[more]

Kochałem je miłością cielęcą, kilkuletniego dzieciaka, kocham te piosenki i dziś. Z jednej strony zakichana to przewaga, że tyle widzę, patrząc wstecz, wciąż bardziej przerażony, że aż tyle i ciągle więcej. A z drugiej – sporo świeżych, dziecięcych i młodzieńczych fascynacji przerodziło się w dojrzałe uczucie. Bardzo przyjemne, bo perspektywa się wydłuża, kontekstów przybywa, a pewne stare płyty smakują jak wina z dobrych roczników.

Skaldowie uosabiają to, co

najszlachetniejsze w polskiej muzyce rozrywkowej,

i to nie tylko przełomu 60. i 70. lat, ale pojmowanej szerzej. Teksty pisali dla nich nawet nie tyle dobrzy tekściarze, co po prostu poeci: Leszek Aleksander Moczulski, Agnieszka Osiecka czy Wojciech Młynarski. To wartość trudna do przebicia przez jakiegokolwiek innego wykonawcę. To jest po prostu literatura.

Gdy myślę o warstwie muzycznej – drugi raz gnę się w pół pełen uznania. Wykształcenie muzyczne braci Zielińskich od początku przekładało się na dużą, coraz większą kulturę muzyczną. Krakowowi szczególnie blisko jest do Tatr, więc tej góralszczyzny nie brakowało w ich kompozycjach. Ale było to wyważone, nieepatujące folklorem i jego rytmami, a umiejętnie wplecione w całość.

Jeśli natomiast szukać anglosaskich tropów, to nasuwają mi się dwa. Przede wszystkim The Beatles. Bezczelna świadomość i pewność, że w piosence można zawrzeć znacznie więcej, niż wydawało się dotąd. Że to, choć forma zaledwie trzy-czterominutowa, mogą być kunsztowne skonstruowane dzieła, pięknie oszlifowane diamenty. No i – chórki oraz obfite korzystanie ze smyków.

Drugi – to Jethro Tull, pochylenie nad klasyką, bogactwo aranżacji, włożenie do jednego utworu tego, co słabsi rozłożyliby na dwie, trzy piosenki.

Wreszcie – nie wolno nie wspomnieć o backing vocals – nikt nie robił tego z takim bezpretensjonalnym i dziewczęcym wdziękiem, jak Alibabki. Trudno więc się dziwić, że na rewersie okładki drugiej płyty znalazł się tekst także i o nich (były to takie czasy, w których wydawca sądził, iż wypuszczenie na rynek krążka w okładce bez artykułu o wykonawcy będzie edytorskim niedopatrzeniem).

Skaldowie, z dłuższą przerwą, funkcjonują do dzisiaj, wciąż jeszcze realizują nowe nagrania, ale recepcja przeciętnego słuchacza urywa się gdzieś na latach siedemdziesiątych. Nieszczęsne pomylenie pierwszego z przywołanych wyżej poetów z liderem podziemnej Konfederacji Polski Niepodległej, które sprawiło, że zespół zniknął z mediów, zbiegło się w czasie z wyraźną obniżką formy artystycznej. Zespół wciąż bardziej i bardziej oddalał się od poziomu prezentowanego w pierwszych latach działalności.

Skaldowie powstali w 1965 roku, dwa lata później ukazał się ich

debiutancki album

(z piosenkami Uciekaj, uciekaj, Nocne tramwaje, Zabrońcie kwitnąć kwiatom). Wygrywali wtedy przeróżne przeglądy, plebiscyty, przebijając w nich nawet Czerwone Gitary, grające przecież znacznie prostszą muzykę. Propozycje krakowian były sporym wyzwaniem dla ówczesnej młodzieży.

Jak wielki dokonał się postęp, widać po materiale składającym się na drugą płytę Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał (1968). Na szybko kilka tytułów: Nie całuj mnie pierwsza, Będzie kolęda, Sady w obłokach, Dwudzieste szóste marzenie. W Śpiewam, bo muszę mamy co prawda deklarację literacką, pióra Agnieszki Osieckiej, ale pewnie nieźle obrazującą status materialny ówczesnych artystów: „Za dwa pomidory, za pół kilo gruszek – śpiewam, bo muszę”. Odkuć się nieco pozwoliły dopiero znaczone sukcesami wojaże po Związku Radzieckim, Węgrzech i NRD.

Ledwie co polskim nastolatkom dane było zachłysnąć się gitarami podłączonymi do wzmacniaczy, a już pojawili się ci, którzy, wzorem najzdolniejszych wykonawców zachodnich, zaczęli tę konwencję rozsadzać. Andrzej Zieliński, kompozytor i aranżer większości utworów, nie obawiał się niczego. Cytaty na pograniczu plagiatu – Zapomniany młyn czerpiący ze Still I’m Sad The Yardbirds – zdarzają się w dorobku grupy niezmiernie rzadko.

U Skaldów

nie ma ostrych gitar,

jest sięganie do tradycji piosenki z czasów przedrokendrolowych, odważne stosowanie orkiestry. Kolejne utwory olśniewają urodą, pięknymi i jednocześnie niebanalnymi melodiami i – o czym już wspomniałem – świetnymi tekstami. Wygrywali plebiscyty na najlepszą grupę bigbitową miesiąca czy roku, a wciąż wymykali się rockowi (w wąskim rozumieniu tego zjawiska). Jak w ich piosence z trzeciej płyty, Króliczku – nie chodziło o to, by znaleźć formułę, ale by jej ciągle szukać. I to zespołowi w pierwszych latach, na pierwszych płytach znakomicie się udawało.

Trzeci album Cała jesteś w skowronkach (1969) to szczytowe osiągnięcie grupy. Patrzę na tytuły – perła za perłą, jedenaście znakomitych piosenek. Tytułowa, Prześliczna wiolonczelistka, Medytacje wiejskiego listonosza, Wieczór na dworcu w Kansas City. 20 sierpnia 1968 roku autobus, którym jechał zespół, uczestniczył w poważnym wypadku. Andrzej Zieliński tak wspominał swoje szpitalne myśli: „Że trzeba walczyć do ostatniej szansy, do ostatniego tchu. Że jeszcze w życiu wszystkiego nie powiedziałem. Że życie jest piękne…”. Również z takich doświadczeń zrodziły się te znakomite kompozycje.

W 1970 roku wyszła czwarta płyta Od wschodu do zachodu słońca. Mocniejsza, rockowa. Z pobytu zespołu w USA lider przywiózł organy Hammonda – i to one zdominowały brzmienie. Najlepiej znany kawałek to Mateusz IV, dedykowany Niemenowi. Wtedy wydawało się, że materiał zawarty na tym krążku jest bardzo nowoczesny, nadążający za obowiązującymi trendami. Dziś widać, że zespół rzeczywiście bardziej zanurzył się w rocku, ale na kolejnych albumach z coraz słabszym artystycznie skutkiem.

Tu urywam tę i tak już długą opowieść. Historia zespołu toczyła się dalej, ale te cztery pierwsze płyty są najlepsze, kanoniczne. Nie zapominajmy o nich. I nie zapominajmy o Skaldach, bo to był w tamtym czasie  znakomity zespół. I jeśli wracamy do jego dokonań, to przede wszystkim właśnie tych z pierwszych płyt.

Piosenki nieoczywiste – Dave Matthews Band, Away From The World, 2012

Gdy przed laty zakupiłem ich Before These Crowded Streets (1998), wymknęło mi się jak nastolatkowi: „Gdybym umiał grać, chciałbym to robić w taki właśnie sposób”. Taki numer jak Don’t Drink The Water zupełnie mnie poraził.

[more]

Jeśli chodzi o podejście do muzycznej materii, przypominają mi Jethro Tull. Struktura piosenki stosowana jest u jednych i drugich nie za każdym razem. Utwory zaczynają się – i płyną dokądś, porywają nas, czasem same chyba nie wiedząc dokąd, gdzie przystaną, gdzie zacumują tym razem. Jeśli mamy do czynienia z artystami – a tak jest w obu tych przypadkach – nie pozostaje nic innego, niż dać się uwieść, ruszyć w tę fantastyczną dźwiękową podróż.

DMB zabierają nas w drogę może nie tyle piękniejszą niż Jethro Tull (nie odważę się tego napisać), co łagodniejszą. Szczególnie na tej nowej płycie. Tkaną z oszałamiająco delikatnych nut i harmonii. Ale ckliwie nie robi się nigdy, bo strzeże tego głos lidera (ach, te anglosaskie wokale!) – z pozoru nieduży, a wspaniały: matowy, nosowy, liryczny i bardzo męski jednocześnie. I nieoczywista, niebanalna w swym pięknie faktura spokojniejszej części materiału.

Rokendrol od wielu już lat wymyka się czasowi, robiąc to na wiele sposobów. Z jednej strony można oczywiście ubolewać nad brakiem zupełnie nowej jakości (ostatnia to grunge), a z drugiej smakowitość takich płyt jak te serwowane od lat przez Matthewsa z kumplami jest nie do pogardzenia. I mam podejrzenie graniczące z pewnością, że mijać będą kolejne lata, a ta muzyka będzie się bronić. I płynąć ponad modami, z dala od świata i jego przypadkowych szumów. Płynąć konsekwentnie obranym kursem.

 

Gitara i ja to jedno – Hendrix 70: Live At Woodstock

Madison Square Garden, 1 grudnia 2012 roku. Pierwszy weekend po siedemdziesiątych urodzinach najwspanialszego rockowego gitarzysty w historii. O tym koncercie mówiło się już od dawna. Jego program i listę gości zaczęto układać na ponad dwa lata przed planowaną datą. Szykowało się coś zupełnie nieprawdopodobnego, liczbą zgromadzonych w jednym miejscu gwiazd rocka przypominającego może Live Aid, a na pewno przerastającego na przykład koncert ku czci Freddiego Mercury’ego w 1992 roku.

[more]

Temperaturę znacznie podnosił fakt, że

mistrz ceremonii,

choć już w zaawansowanym wieku i z lekkim brzuszkiem, po dziewięciu latach milczenia, w 2004 roku wydał nową, znakomitą płytę, równie świetna była – ostatnia póki co – ta z 2009. Seria koncertów w 2010 i 2011 roku wyprzedała się na pniu, a Hendrix udowodnił, że nadal jest wielki.

Od nazwisk chętnych, by z nim zagrać w tym wyjątkowym dniu, mogło zakręcić się w głowie każdemu miłośnikowi mocnych brzmień. To jednak, co było tylko przedmiotem plotek i domysłów, podczas koncertu, a zwłaszcza na jego zakończenie, wprawiło w osłupienie wypełnioną do ostatniego miejsca halę.

W finale, w prawie

dwudziestopięciominutowym medleyu

stworzonym z Hey Joe, Voodoo Child oraz Come Together, Gimmy Shelter, Break On Through, Whole Lotta Love, Sunshine of Your Love i All Along The Watchtower, no i wieńczącym całość Gwiaździstym Sztandarze, na scenie pojawiło się dwadzieścia jeden osób.

Jeśli wcześniej zgromadzeni mogli zobaczyć m.in. Eddiego van Halena i Johna Frusciante, Briana Maya i Joego Bonamassę, Eddiego Veddera i Kurta Cobaina, Layne’a Staleya i Chrisa Cornella, to ranga artystów śpiewających i grających ostatni fragment zmusiły wszystkich widzów do pozostania przez blisko pół godziny w pozycji stojącej. Obok jubilata – w szarym garniturze, białej koszuli, ale ciągle ze słynną czerwoną przepaską we włosach – z gitarami przewieszonymi przez ramię pojawili się Jimmy Page, Eric Clapton, Keith Richards, Pete Townshend i Duane Allman. Na basie zagrali Billy Cox i Noel Redding. W chórkach, przy trzech statywach, stanęli Janis Joplin, Jim Morrison, Otis Redding, John Lennon, Bob Dylan, Mick Jagger, van Morrison i Robert Plant. Przy instrumentach klawiszowych zasiedli Steve Winwood i Paul McCartney. Potężny zestaw perkusyjny okładał „Mitch” Mitchell, a na innych bębnach zagrali John Bonham i Keith Moon.

Koncert trwał prawie dwie i pół godziny. Hendrix i goście, w zdecydowanej większości, w znakomitej formie. Niewiarygodny wieczór. Teraz pozostaje czekać na zapis występu na CD i DVD czy w jakich tam jeszcze technologiach.

*

Pijany sen naćpanego fana? Sen na pewno, choć całkiem trzeźwego faceta, który może tylko zastanawiać się, czy zdąży osiwieć, zanim wyłysieje.

Oczyszczony, zremasterowany zapis występu

Jimiego Hendriksa na festiwalu Woodstock 17 sierpnia 1969 roku robi potężne wrażenie. Lider zespołu jest wtedy młodym, niespełna dwudziestosiedmioletnim facetem. Za trzynaście miesięcy nie będzie go wśród żywych.

Gra niewiarygodnie, zrośnięty ze swoją gitarą. Wyczynia na niej takie rzeczy, gra takie dźwięki – jest, powtarzam, 1969 rok – które są zupełnie nokautujące. Nie można tego określić inaczej niż tylko w następujący sposób: rokendrol, całe gitarowe łojenie, gryfowa pogoń za rozpędzonymi myślami dzieli się na dwie epoki – przed i po Hendriksie. Po nim nie wymyślono w obsłudze gitary nic nowego, nic bardziej szalonego i kunsztownego. Nieliczni, jak Page, byli w stanie dorównać mu swingiem i techniką, inni szukali nowych jakości. Całego tego metalu, speed, black, death, trashu stających się niejednokrotnie bolesną karykaturą rokendrola.

Hendrix pozostaje bogiem

elektrycznej gitary i nie ma w tym stwierdzeniu ani grama przesady. Widzimy zagraconą scenę, pełną sprzętu, chyba z setkę ludzi tuż obok muzyków, ludzi, których nikt z tej sceny nie przeganiał. Wielusettysięczny tłum ciągnący się gdzieś hen, daleko. Czy ci młodzi ludzie tam, wtedy, pochodzący z wielkich miast i kowboje, mieli świadomość, jak wielkich rokendrolowych rzeczy są świadkami? Cholernie im tego doświadczenia zazdroszczę.

Naprawdę warto, stwierdzam po raz kolejny, usiąść przed wielkim kinowym ekranem. By – tym razem – dać się ogłuszyć od pierwszej minuty tej odjechanej i rozimpowizowanej, starej, a tak nowocześnie brzmiącej muzyce. By poobcować z geniuszem.

Wyrwane z kontekstu (5): Steppenwolf, Born To Be Wild

Kolejna – po Iron Butterfly – grupa z tych długowiecznych. I też niestety goniących swój własny cień. Czasem, co jest ogromną porażką człowieka, największym artystą jest się na samym początku drogi. Jak potem, przez dziesiątki lat, sobie z tym radzić? Ten problem miał i pewnie dalej ma John Kay, lider formacji.

[more]

W 1969 roku powstał słynny film Easy Rider w reżyserii Dennisa Hoppera. Na ścieżce dźwiękowej pojawiły się dwa utwory Steppenwolf, obok Jimiego Hendriksa, The Band, The Byrds i Rogera Mc Guinna – tuzów rocka zza oceanu. A jednak to właśnie Born To Be Wild stał się tym najważniejszym, najbardziej rozpoznawalnym. Kawałek, którego nie sposób pominąć przy spojrzeniu nie tylko na muzykę, ale całą kulturę końca lat 60.  To hymn – zwłaszcza rockersów i harleyowców.

Taki numer zdarzył się zespołowi raz. Ale to wystarczyło, by kronikarze oraz fani rokendrola go – i zespół, i kawałek – zapamiętali.

Ukojenie – Marcin Wasilewski Trio, Faithful , 2011

Dziś sięgam do swojej pierwszej muzycznej notatki, sprzed dwóch lat. Pisząc te słowa, nie wiedziałem jeszcze, jakie będzie (i planowanych następnych) przeznaczenie, co dokładnie mam zamiar z nimi zrobić.

*

Tak sobie słucham nowej płyty Tria Marcina Wasilewskiego, właśnie po raz trzeci wciskając >play<. Pierwsze skojarzenie – muzyka fortepianowa, tzw. poważna. Oczywiście, „złamana” brzmieniem basu i perkusji, ale coś z tej powagi jest: dostojność rytmu, czystość brzmienia. Coś równocześnie z – najgenialniejszej, jaką sobie można wyobrazić – muzyki tła. Takiej, która może towarzyszyć rozmowie w porządnej knajpie.

[more]

Ale to są słowa jazzowego profana. Bo ta muzyka najlepiej smakuje, gdy się jej po prostu słucha. Jest czego – klasyczny zestaw tria, sterylne brzmienie fortepianu i basu, smakowita, stonowana perkusja –

dźwięki absolutnie kojące.

Żadnych rozdzierających trzewia instrumentów dętych, dzikiego, freejazzowego szaleństwa. (Choć, pisząc te słowa, nie zapominam oczywiście o współpracy zespołu, jeszcze pod nazwą Simple Acoustic Trio, z Tomaszem Stańką). Polska to jednak bardziej chłodny niż gorący kraj. Ileż niewymuszonego piękna w tym oszczędnym, surowym muzycznym krajobrazie. W jazzie – i czasem kinie – nasze, Polaków, związki ze Skandynawią są chyba najwyraźniejsze. I nic dziwnego, że pielęgnowane od dziesięcioleci.

MWT (Wasilewski, Kurkiewicz, Miśkiewicz) to

ewenement na jazzowej scenie

nie tylko w Polsce. Tych trzech facetów zna się ze sobą już kupę lat, niewiele krócej razem gra (od 1991 roku!) – i niech tak trwa. W czasach bezustannego mieszania się składów, wciąż nowych projektów – oni dają wiarę, że można być ze sobą wiele lat, przyjaźnić się, wciąż mieć frajdę ze wspólnego grania – i dawać radość innym, czyli słuchaczom. A mają ich już chyba, jak do niedawna EST, w całej Europie. Znakomita wizytówka Polski, wielka firma. Nagrywać dla wytwórni ECM mogą w na starym kontynencie tylko najlepsi.

(luty 2011)

 

Nie przynależę i nie wierzę – Maria Peszek, Katowice, Rialto, 3 lutego 2013

Jezus Maria, ale było głośno w niedzielę wieczorem w katowickim Rialcie! Mimo że, od razu powiem, był to krótki (około siedemdziesiąt pięć minut), to najlepszy koncert rockowy polskiego wykonawcy, jaki widziałem w ostatnich miesiącach. Maria Peszek z zespołem była w znakomitej formie i świetnie nagłośniona, dzięki czemu widownia nie miała problemów ze wsłuchaniem się w teksty. A było czego posłuchać.

[more]

Żałuję tylko – i wkurza mnie to – że wracam do domu i nijak nie jestem w stanie przy pomocy odtwarzacza przywołać klimatu koncertu, jego

potężnej rockowej ekspresji.

Ostatni krążek, którego zawartość stanowiła danie główne występu, jest przesiąknięty elektroniką w dawce momentami dla mnie trudno strawnej.

Maria Peszek to nie moje pokolenie. W ogóle mam wrażenie, że dzisiejszym czterdziestolatkom bliżej do dwudziestolatków niż tych w okolicach Abrahama. Podejrzewam, że chodzi tu o wejście w dorosłość albo przed, albo po 1989 roku. Najistotniejsze jest to, że za słowami przez nią wyśpiewywanymi stoi parę ładnych lat przemyśleń dotyczących świata i własnej osoby. Słowami, które należą do najważniejszych i najlepszych literacko w ostatnich latach na polskiej scenie muzycznej.

Piotr Bratkowski dawno temu, na FAMIE w bodaj 1985 roku – był wtedy felietonistą miesięcznika „Literatura”, której lekturę zaczynało się od jego refleksji dotyczących polskiego rocka – powiedział ni to dowcip, ni sentencję: „Polak – katolik, Rusek – alkoholik, Amerykan – narkotykan”.

Przywołuję to hasło, bo główna postać dopiero co obejrzanego przeze mnie koncertu określa się wobec

sztandarowych mitów polskich,

wciąż do bólu aktualnych i rozgrywanych do utraty przytomności przez jedną z opcji politycznych. Określa się tyleż osobiście, co dając wyraz odczuciom wielu nie tylko bardzo młodych dzisiaj ludzi. O naszej ojczyźnie śpiewał już kiedyś Kult, śpiewał Obywatel G.C. Głos w sprawie zabiera także Peszek w Sorry Polsko:

Płacę abonament / i za bilet płacę / chodzę na wybory / nie jeżdżę na gapę / tylko nie każ mi umierać (…) tylko nie każ mi wybierać

Do pomnikowej Matki Polki podchodzi po swojemu, wyznając ukochanemu:

Nie wiem czy chcę rozmnażać się / nie wiem czy chcę ciąg dalszy swój mieć / Kocham Cię najbardziej na świecie / ale nie chcę mieć dzieci / nie chcę być matką / i co ty na to / i co ty na to / nie będziesz tatą

Doceniam bezdyskusyjne walory literackie wyśpiewywanych tekstów, nie tylko w przytoczonych wyżej fragmentach. Ale też cieszę się, odczuwam jako facet wielką ulgę, że to nie ja muszę się bezpośrednio odnosić do kwestii reprodukcji poruszonej przez panią Marię. Nie należy ona bowiem do kobiet eterycznych, wątłych i kruchych, tak chętnie opiewanych przez poetów, zaś przymioty umysłu ustawiają ją zdecydowanie w pozycji partnerskiej, a nie kury domowej.

Do katolicyzmu czy – szerzej – kwestii wiary i Boga odnosi się, parafrazując Psalm 23:

Pan nie jest moim pasterzem / A niczego mi nie brak / Nie przynależę i nie wierzę / I chociaż idę ciemną doliną / Zła się nie ulęknę / I nie klęknę

Nie wiem, jak potraktować deklarację niewiary w zderzeniu z coverem, którym rozpoczęła się druga część koncertu – Personal Jesus Depeche Mode. Jedno wydaje się pewne – jako rozterki człowieka myślącego, zastanawiającego się:

Wyciągnij rękę i dotknij wiary
Twój własny osobisty Jezus
Ktoś, kto wysłucha twoich modlitw
Ktoś, kto się troszczy
Twój własny osobisty Jezus
Ktoś, kto wysłucha twoich modlitw
Ktoś, kto istnieje
Podnieś słuchawkę
Uczynię Cię wierzącym
 

W tym miejscu przyznam się do czegoś, co sprawi, że może ubędzie mi lajków na fejsbuku, ale trudno. Żeby nie było, że w swojej pisaninie wciąż tylko chwalę i się zachwycam. Otóż zupełnie do mnie – jako wówczas człowieka dwudziestoparoletniego – nie trafiła muzyka niegitarowa lat 80. A więc pozostałem też obojętny na wdzięki wczesnych i późniejszych depesz. Znajdują się one całkowicie poza obszarem moich zainteresowań. Ten jeden kawałek jednak, o zdecydowanie rokendrolowej proweniencji, zawsze mi się – może nie bardzo, ale jednak – podobał. I dobrze też zabrzmiał wczoraj w Rialcie.

Po tym utworze raz jeden zostaliśmy przeniesieni w mainstreamowe klimaty – Ciało przywodziło na myśl Oddech szczura Maanamu, zaś w finale otrzymaliśmy porcję rokendrolowego odlotu wziętego wprost z Velvet Underground.

Powtórzę na koniec – koncert był znakomity. Tylko, Jezus Maria, niech Maria Peszek zrobi coś (nagra płytę koncertową?), by tacy jak ja mogli do tych emocji wrócić w domowych dekoracjach. 

Wyrwane z kontekstu (4): The Kinks, You Really Got Me

Beatles i Rolling Stones zagarnęli właściwie całość uwielbienia polskich słuchaczy dla tamtego brytyjskiego grania. The Who i The Kinks bardzo niewielu fanom wryli się głębiej w świadomość.

[more]

The Kinks przez wiele lat ścigali się ze Stonesami, gdy chodzi o długowieczność zespołu. Ostatni album z premierowym materiałem nagrali w 1993 roku, działalność zawiesili trzy lata później. Największe triumfy święcili jednak w pierwszym dziesięcioleciu istnienia, to wtedy powstały ich największe przeboje.

A wśród nich ten wyjątkowy. Numer, o którym mówi się, że jest pierwszym metalowym kawałkiem w historii rocka. Utwór, w którym – piszę te heretyckie słowa jako wielki wyznawca Jaggera i spółki – gitara brzmi nowocześniej niż w (I Can’t Get No) Satisfaction.

You Really Got Me to wiosłowanie, jakie uwielbiam. Pierwsze nagranie na pierwszej dużej płycie zespołu. Rany boskie, 1964 rok, a brzmi wciąż znakomicie.

Nie lubię piosenki aktorskiej

Trudno sobie wyobrazić dziś sztukę bez filmu i teatru. Ba, nie tylko sztukę, świat cały bez filmu (bo już nie bez teatru niestety) byłby jakiś niepełny. Jeśli zaś filmy, to i – nieuchronnie – aktorzy. Kiepscy, tacy sobie, nieźli. Dobrzy, znakomici i genialni. I ci, co gdzieś pod koniec życia już nie grają, a ich wielkość objawia się poprzez samo tylko bycie przed kamerą. Na przykład John Gielgud, a ostatnio, w Miłości Hanekego, Jean-Louis Trintignant i Emmanuelle Riva.

[more]

Co innego jednak, gdy zadanie aktorskie sprowadza się do jednego tylko sposobu ekspresji – śpiewania. Zwykle trudno się do czegoś przyczepić. Zdecydowana większość tych pań i panów potrafi to robić. Lekcje dykcji i śpiewu zostały sumiennie odrobione, technika stoi więc na co najmniej przyzwoitym poziomie. Z barwą głosu bywa różnie, ale tego już wypracować się nie da.

Aktorzy śpiewają.

Wielu z nich to lubi, kocha, wielu nagrywa płyty, występuje z recitalami. Aktorzy mają od lat swój przegląd piosenki we Wrocławiu. Piosenka aktorska – cóż to za przedziwna kategoria logiczno-semantyczna. Sugerująca jakoby wyższy stopień wtajemniczenia. Piosenka aktorska nie jest zwykłą piosenką, toteż nie wolno jej mierzyć tą samą, pospolitą miarą. A to niby dlaczego?!

Aktorzy zwykle opierają swój repertuar na piosenkach znanych z innych wykonań, ale, zdarza się, śpiewają całkiem nowe utwory. Poza bardzo nielicznymi przypadkami – nie wierzę im. Ani trochę, w ani jedno wyśpiewane słowo. Każdy ruch, każdy gest zawczasu przemyślany, wyreżyserowany. Nic przecież nie można pozostawić przypadkowi. Gdzie tu jest miejsce na naturalność, spontaniczność?

Krążę wokół rocka, muzyki – pisałem już o tym – w przeważającej mierze oryginału, częstokroć niedoskonałego od strony wykonawczej i realizacyjnej (zwłaszcza gdy mówimy o dawnych latach). Ale oryginału. Wykonawcy rockowemu może czegoś nie stawać: głosu, sprawności jako instrumentalisty, tekściarza, czasem wszystkiego razem, a jednak w dalszym ciągu ma w sobie to coś, czym przyciąga do siebie słuchaczy. Autentyzm, prawdę przekazu. Śpiewanie i granie prosto z serca, z trzewi. Rokendrol to rodzaj psychicznego striptizu, obnażania się przed publicznością, ujawniania własnej osobowości. To przekaz w relacji jeden do jednego, bez żadnego ściemniania, oszukiwania. Nawet sceniczna kreacja pozostaje nadal sposobem na wyrażanie siebie.

Z piosenką w wydaniu aktorskim jest zupełnie inaczej. To, co w teatrze bądź filmie czasem zachwyca, w dekoracjach muzycznych budzi moją niechęć. Jawi mi się jako udawane, sztuczne. Nieprawdziwe. Zadanie aktorskie utkane z cudzych słów, cudzych emocji, cudzych rytmów. Zalatuje mi od tego czymś, co w sztuce – jak ją rozumiem – jest niedopuszczalne.

*

Myślę o wspomnianym już Wrocławiu sprzed lat.

Kombinat, ostatni koncert Republiki:

Krzywański, Biolik i Ciesielski wspierani jeszcze przez Piwowara. A zamiast nieżyjącego już Ciechowskiego – śpiewający aktorzy. Ten występ oglądany w TV w parę miesięcy po śmierci lidera grupy budził ciągle jeszcze wielkie wzruszenie. Deklaracja pozostałych panów, że to ostatni raz, że bez Grzegorza Republika nie może dalej istnieć – robiła wrażenie i napawała smutkiem, tak mocno przypominając o nieuchronności losu. Gdy jednak największe emocje opadły, gdy minęło kilka lat – nie byłem w stanie powtórnie oglądać tego koncertu bez raz po raz zapalającego się w głowie światła (mniejsza, czy żółtego, czy czerwonego).

Dlaczego wspominam akurat to wydarzenie? Bo ono jest idealną ilustracją zderzenia dwóch nieprzystawalnych światów: znakomitych piosenek śpiewanych przez wybitnego, sepleniącego wokalistę oraz profanujących te utwory aktorów, którzy znakomicie przygotowali się do odegrania kolejnej roli. Rokendrolowy oryginał wielkiej próby i aktorska czeska biżuteria. Plagiat lśniący i do porzygania gładki. Czy to przypadek, że koncertu do dziś nie ma na CD i DVD? Błagam, oby nikomu nie przyszło do głowy tego zmieniać. Przez wzgląd na Obywatela G.C. i pamięć o ogrodach.

A co do aktorów… Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli poeci piszą tylko dla poetów, to i tak jest ich bardzo dużo. Niech więc aktorzy śpiewają dla aktorów. Z każdym nowym serialem jest ich wciąż więcej i więcej. Niech śpiewają tym, którzy chcą ich słuchać. Ale nie mi.

Pieśni piękne obiektywnie – Soyka śpiewa Niemena, Teatr Rozrywki, Chorzów, 28 stycznia 2013

W poniedziałkowy wieczór zasiadłam (to „a” nie jest literówką) w wypełnionym po brzegi Teatrze Rozrywki. Wśród publiczności – ludzie w różnym wieku, część to na pewno fani Niemena, część Soyki, a jeszcze inni jednego i drugiego wykonawcy. Taki był zresztą zamysł płyty i promującego ją koncertu – coś w rodzaju Mickiewiczowskiego O wieści gminna! ty arko przymierza między dawnymi i młodszymi laty.

[more]

Zaczęło się 

– przynajmniej dla mnie – nieszczególnie. Na scenie pojawił się kolektyw w składzie: Przemek Greger (gitara), Marcin Lamch (kontrabas), Kuba Sojka (perkusja) i Zbyszek Uhuru Brysiak (perkusjonalia). Wreszcie sam mistrz: Stanisław Soyka, który od lat nie przypomina już dawnego wokalisty jazzowego, tego nagrywającego Blublulę (1981) z interpretacjami standardów jazzowych i soulowych, uznaną przez dziennikarzy za najlepszy jazzowy album roku, występującego na scenach całej Europy m.in. z triem Wojciecha Karolaka czy Michałem Urbaniakiem, supportującego koncert Raya Charlesa, wreszcie wybieranego raz za razem przez czytelników magazynu Jazz Forum najlepszym wokalistą roku.

Dwadzieścia lat temu z okładem nastąpił popowy zwrot i narodził się Soyka. W 1990 artysta wylansował przeboje Cud niepamięci i Play It Again, zapowiadające jego najsłynniejszy album, czyli Acoustic. To z tego krążka w pierwszej części koncertu zabrzmiał zaśpiewany z widownią (a jakże) Cuuuuud niepamięci.

„Śpiewać każdy może… a nawet powinien” – oświadczył pan Stanisław, ale tu pozwolę się z nim nie zgodzić. Lubicie zawodzić na koncertach? Ja średnio, a już na pewno nie lubię być do tego zachęcana. Przeżyłam jakoś te wokalizy przy nasza wiara jest jak skała, nasza miłość jest szalona i absolutnie nic nie udałoby się nam bez miłości/absolutnie nic nie udałoby się nam gdy miłości brak. Ludziom się podobało. No i dobrze.


Ale po co ja to wszystko piszę

bo wyszli na scenę Alek Korecki – saksofon i flet (Young Power, Tie Break, Brygada Kryzys, Elektryczne Gitary, VooVoo, Ireneusz Dudek)  i trębacz Ziut Gralak (tu chyba łatwiej wymienić, z kim nie grał, bo angażuje się w tak wiele projektów) i zrobiło się bardzo stylowo.

Już słowa  na tym świecie rzeczy, których nie można kupić poparte taką sekcją dętą zabrzmiały o niebo lepiej – niebanalnie i z pazurem.

Gdy na scenie pojawił się gitarzysta Niemena, Tomasz Jaśkiewicz i zaczęliśmy konsumpcję dania głównego, atmosfera, ta muzyczna, zgęstniała i wreszcie można było się poczuć jak na jazzowym koncercie.

Popłynęły, jak to ładnie określił Soyka, pieśni piękne obiektywnie. I to zarówno te bardzo oczywiste, jak Dziwny jest ten świat czy Jednego serca, jak i te rzadziej przypominane (Sukces zaśpiewany ładnie z synem perkusistą – czyżby rósł kolejny wokalista z pałeczkami w rękach?). Dla mnie absolutnym majstersztykiem było dynamiczne, ba, wręcz psychodeliczne, Stoję w oknie, okraszone solówkami na saksofonie, trąbce i gitarze – Jaśkiewicza. Trzeba oddać Soyce, że dawał swoim znakomitym muzykom pograć – każdy miał swoje pięć minut, nawet kontrabasista (brawo!). Momentami koncert przeradzał się w jam session – widać było (a to chyba najprzyjemniejsze dla słuchaczy), że granie sprawia im przyjemność, którą chcą dzielić się z publicznością. Wydaje mi się, że do piosenek Niemena wokalista podszedł z większą pokorą i dyscypliną niż do swoich utworów. I przede wszystkim – nie wyśpiewywał wszystkiego od pierwszej do ostatniej nuty, gdzieś znikała ta – dla mnie przynajmniej – nieznośna maniera i zakochanie we własnym głosie.


Na koniec – pieśń Ojczyzna do słów Norwida.

Przez wzgląd na wieszcza nie będę złośliwie komentować. To już lepszym wyborem na bis był Dylan i The Times They Are A Changin’ (wiem, wiem, trochę to obrazoburcze), a nawet evergreen w rodzaju Tanga Memento vitae.

Drugi bis to przewrotny wiersz Miłosza Po osiemdziesiątceNiedługo skończy się cała parada/Co za różnica, wypada nie wypada.

Czy Niemenowi by się podobało? Tego się już nie dowiemy.