Bardzo było elegancko w sobotę wieczorem. Piękne, młode dziewczyny, przystojni chłopcy na widowni, równie niezobowiązująco eleganccy nieliczni starsi. Żadnych subkultur, żadnej – manifestującej się w postaci ubioru i spojrzenia – niezgody na świat dorosłych i zaprowadzony przez nich porządek. Na scenie, w roli głównej, także młodość. Uroda, wdzięk, dobry głos i dobry zespół towarzyszący. Widać, że widownia znakomicie była zapoznana z materiałem muzycznym z pierwszej płyty artystki, najwyraźniej niejedna już impreza została przy tych piosenkach przetańczona.
[more]
Mela Koteluk
nie jest piosenkarką znikąd. Robiła chórki w Scorpions (pewnie rękę do tego przyłożył ostatni basista zespołu, Paweł Mąciwoda), a potem Gabie Kulce. Mela ma głos do pomylenia z Katarzyną Nosowską. Utwory z debiutanckiej płyty Spadochron, słuchane pojedynczo gdzieś w radiu czy internecie, robią dobre wrażenie. Po dwóch – trzech przesłuchaniach nie umiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy za ich melodyjnością kryje się coś więcej, a jeśli tak – co dokładnie.
W dawce do kwadransa wszystko wydaje się strawne. Trudno mieć pretensje do wokalistki o podobieństwo barwy do ikony polskiej sceny rockowej, bo to sprawa natury. Podobny sposób operowania głosem – na tym etapie kariery też nie jest dyskwalifikujący. Gdy jednak wybrzmiewały kolejne piosenki, gorąco oklaskiwane przez młodzież płci obojga, miałem coraz więcej wątpliwości.
Bo niby jest O.K., można by sobie życzyć, by cała popowa część polskiej sceny muzycznej prezentowała taki poziom, festiwal w Opolu nie przyprawiałby wtedy o taką ilość nawracających mdłości. A jednak – zbyt to było wszystko liniowe, podobne do siebie, przewidywalne. Gdzieś po półgodzinie zacząłem się z lekka nudzić, czekając na jakąś odmianę. Ta jednak nie nastąpiła, niewiele wniosły covery – m. in. Ani ty ani ja Obywatela G.C. i Wicked Game Chrisa Isaaca.
Koteluk podobno chce wchodzić do studia, by nagrać drugą płytę. Pewnie ma rację. Jeśli nie znajdzie nic do zaproponowania poza już znaną formułą (zupełnie nie wiem, co by to miało być), ta ostatnia szybko ulegnie wyczerpaniu. Może więc należy swoje pięć minut wycisnąć jak cytrynę. Jeśli nie dokona się artystyczny skok naprzód, za parę lat o piosenkarce mało kto będzie pamiętał. A wtedy tytułowy spadochron może być bardzo pomocny, aby lądowanie w rzeczywistości nie okazało się zbyt twarde i bolesne.
Jako wyznawca dźwięków trochę bardziej gwałtownych, nieoczekiwanych, uznałbym wczorajszy wieczór za stracony, gdyby nie support.
Ms. No One
Nie będę udawał, że znałem zespół wcześniej. Wszystko, co o nim wiem w tej chwili, zaczerpnąłem z internetu. Z jednym tylko, za to dość istotnym wyjątkiem. Że usłyszałem na żywo pięć kawałków i cholernie mi się podobały.
Pierwszy z zagranych utworów budził skojarzenia z Portishead, trochę w tym graniu jest też klimatów islandzkich, spod znaku Bjork. Z jednym, przynajmniej na żywo, zastrzeżeniem: mało elektroniki, sztucznych brzmień, dźwięki wydobywają się spod palców muzyków. I bardzo dobrze!
Grupa ma na swoim koncie znaczące udziały w różnych festiwalach. W 2009 roku zwyciężyła w szczecińskim „Gramy”. W 2010 roku ukazał się ich debiutancki album The Leaving Room, a za dwa tygodnie wchodzą do studia, by zarejestrować materiał na drugi krążek.
Śpiewających pań jest dziś sporo, także w Polsce. Jeśli zwykle kiepsko sprawdzały się w ostrym gitarowym graniu, to w klimatach łagodniejszych radzą sobie – w niektórych przypadkach – bardzo dobrze. Za Joanną Piwowar-Antosiewicz także stoi parę istotnych argumentów. Kilku umiejących grać facetów i pomysł na własną muzykę.
Kilka miesięcy temu w podobny sposób odkryłem dla siebie Tres.b. Teraz, najwyraźniej, przyszła pora na grupę tysko-krakowską (powtarzam za internetem). Tychy, jako właściwie moje rodzinne miasto – miałem niespełna trzy miesiące, gdy stałem się jego mieszkańcem – zawsze powodować będą żywsze bicie serca. Zawsze też ze zdwojoną uwagą będę nadstawiał ucha na brzmienia w nich się rodzące. Pora teraz na zapoznanie się z płytą.
Kariera zespołu rozwija się powoli, póki co przynajmniej z dala od koncernów płytowych (co bynajmniej nie jest zarzutem!) i dużych sal koncertowych. Jeśli jednak jego granie pójdzie dalej w te klimaty, w które chyba nie tylko mnie wprowadzono wczoraj – wiele dobrego przed nim.
Ms. czy już Mrs. No One – macie we mnie kibica. Powodzenia – odrobiny szczęścia, dobrze pojętego uporu i wytrwałości!

















