Nie odpuszczajmy supportów – Mela Koteluk i Ms. No One, Katowice, Rialto, 26 stycznia

Bardzo było elegancko w sobotę wieczorem. Piękne, młode dziewczyny, przystojni chłopcy na widowni, równie niezobowiązująco eleganccy nieliczni starsi. Żadnych subkultur, żadnej – manifestującej się w postaci ubioru i spojrzenia – niezgody na świat dorosłych i zaprowadzony przez nich porządek. Na scenie, w roli głównej, także młodość. Uroda, wdzięk, dobry głos i dobry zespół towarzyszący. Widać, że widownia znakomicie była zapoznana z materiałem muzycznym z pierwszej płyty artystki, najwyraźniej niejedna już impreza została przy tych piosenkach przetańczona.

[more]

Mela Koteluk

nie jest piosenkarką znikąd. Robiła chórki w Scorpions (pewnie rękę do tego przyłożył ostatni basista zespołu, Paweł Mąciwoda), a potem Gabie Kulce. Mela ma głos do pomylenia z Katarzyną Nosowską. Utwory z debiutanckiej płyty Spadochron, słuchane pojedynczo gdzieś w radiu czy internecie, robią dobre wrażenie. Po dwóch – trzech przesłuchaniach nie umiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy za ich melodyjnością kryje się coś więcej, a jeśli tak – co dokładnie.

W dawce do kwadransa wszystko wydaje się strawne. Trudno mieć pretensje do wokalistki o podobieństwo barwy do ikony polskiej sceny rockowej, bo to sprawa natury. Podobny sposób operowania głosem – na tym etapie kariery też nie jest dyskwalifikujący. Gdy jednak wybrzmiewały kolejne piosenki, gorąco oklaskiwane przez młodzież płci obojga, miałem coraz więcej wątpliwości.

Bo niby jest O.K., można by sobie życzyć, by cała popowa część polskiej sceny muzycznej prezentowała taki poziom, festiwal w Opolu nie przyprawiałby wtedy o taką ilość nawracających mdłości. A jednak – zbyt to było wszystko liniowe, podobne do siebie, przewidywalne. Gdzieś po półgodzinie zacząłem się z lekka nudzić, czekając na jakąś odmianę. Ta jednak nie nastąpiła, niewiele wniosły covery – m. in. Ani ty ani ja Obywatela G.C. i Wicked Game Chrisa Isaaca.

Koteluk podobno chce wchodzić do studia, by nagrać drugą płytę. Pewnie ma rację. Jeśli nie znajdzie nic do zaproponowania poza już znaną formułą (zupełnie nie wiem, co by to miało być), ta ostatnia szybko ulegnie wyczerpaniu. Może więc należy swoje pięć minut wycisnąć jak cytrynę. Jeśli nie dokona się artystyczny skok naprzód, za parę lat o piosenkarce mało kto będzie pamiętał. A wtedy tytułowy spadochron może być bardzo pomocny, aby lądowanie w rzeczywistości nie okazało się zbyt twarde i bolesne.

Jako wyznawca dźwięków trochę bardziej gwałtownych, nieoczekiwanych, uznałbym wczorajszy wieczór za stracony, gdyby nie support.

Ms. No One

Nie będę udawał, że znałem zespół wcześniej. Wszystko, co o nim wiem w tej chwili, zaczerpnąłem z internetu. Z jednym tylko, za to dość istotnym wyjątkiem. Że usłyszałem na żywo pięć kawałków i cholernie mi się podobały.

Pierwszy z zagranych utworów budził skojarzenia z Portishead, trochę w tym graniu jest też klimatów islandzkich, spod znaku Bjork. Z jednym, przynajmniej na żywo, zastrzeżeniem: mało elektroniki, sztucznych brzmień, dźwięki wydobywają się spod palców muzyków. I bardzo dobrze!

Grupa ma na swoim koncie znaczące udziały w różnych festiwalach. W 2009 roku zwyciężyła w szczecińskim „Gramy”. W 2010 roku ukazał się ich debiutancki album The Leaving Room, a za dwa tygodnie wchodzą do studia, by zarejestrować materiał na drugi krążek.

Śpiewających pań jest dziś sporo, także w Polsce. Jeśli zwykle kiepsko sprawdzały się w ostrym gitarowym graniu, to w klimatach łagodniejszych radzą sobie – w niektórych przypadkach – bardzo dobrze. Za Joanną Piwowar-Antosiewicz także stoi parę istotnych argumentów. Kilku umiejących grać facetów i pomysł na własną muzykę.

Kilka miesięcy temu w podobny sposób odkryłem dla siebie Tres.b. Teraz, najwyraźniej, przyszła pora na grupę tysko-krakowską (powtarzam za internetem). Tychy, jako właściwie moje rodzinne miasto – miałem niespełna trzy miesiące, gdy stałem się jego mieszkańcem – zawsze powodować będą żywsze bicie serca. Zawsze też ze zdwojoną uwagą będę nadstawiał ucha na brzmienia w nich się rodzące. Pora teraz na zapoznanie się z płytą.

Kariera zespołu rozwija się powoli, póki co przynajmniej z dala od koncernów płytowych (co bynajmniej nie jest zarzutem!) i dużych sal koncertowych. Jeśli jednak jego granie pójdzie dalej w te klimaty, w które chyba nie tylko mnie wprowadzono wczoraj – wiele dobrego przed nim.

Ms. czy już Mrs. No One – macie we mnie kibica. Powodzenia – odrobiny szczęścia, dobrze pojętego uporu i wytrwałości!

                            

ZZ Top, La Futura, 2012

Amerykę udało się odkryć jakiś czas temu. Nie zrobili tego swoją muzyką ZZ Top, choć ich debiut to już dość odległe lata, bo początki kapeli sięgają 1969 roku. I, jak w matematyce, dane są ciągle te same. Trzech facetów: Billy Gibbons, Dusty Hill i Frank Beard wciąż jest wiernych temu, od czego zaczęli, czyli rokendrolowi z potężną domieszką boogie, co pozwala ich natychmiast rozpoznać. I wiernych sobie. Zarówno nawzajem, bo wciąż są razem, jak i kowbojskim ideałom, które nie pozwoliły im sprzedać swoich bród za potężne pieniądze potężnej firmie, jaką jest Gillette.

[more]

Na płytę z premierowym materiałem kazali tym razem czekać bardzo długo, bo aż dziewięć lat. Czy warto było? Myślę, że zdecydowanie tak. Krążek jest bardzo zwarty, zawiera dziesięć piosenek trwających łącznie niecałe czterdzieści minut. I kolejny raz doceniam u artystów powrót do analogowych wymiarów płyty, bo – mniej więcej – trzy kwadranse daje się ogarnąć łatwiej niż godzinę z okładem. „Krócej” często oznacza zwyczajnie „lepiej”.

Na moje ucho – jest po prostu bardzo dobrze. Płyta zawiera wszystko to, za co kiedyś polubiliśmy zespół – świetne tempo i ostrą gitarową mieszankę w swych najlepszych przejawach. Nic nowego, a słychać, że jazda jest zdecydowanie do przodu, są pomysły, radość grania, lekkość, z jaką płyną kolejne nuty.

Jest, przede wszystkim, boogie. Świetny kawałek otwierający płytę, cover hip-hopowego numeru i jednocześnie singlowy przebój I Gotsta Get Paid, zaraz za nim Chartreuse (łza się w oku kręci na wspomnienie wrocławskiego Easy Rider), są ballady It’s Too Easy Mañana i Over You, blues pobrzmiewa w Heartache In Blue oraz Have A Little Mercy.

Natomiast wśród tego solidnego i przebojowego jednocześnie łojenia pięknie wyróżnia się Flyin’ High. Inny niż pozostałe, oczywiście też swingujący, ale właściwie uwolniony od boogie – co w przypadku tej formacji jest czymś wyjątkowym – świetny numer z zastosowaniem patentów przywodzących na myśl z jednej strony Lynyrd Skynyrd, z drugiej AC/DC.

Jeśli będą nadal w takiej formie, przyszłość przed trzema nie najmłodszymi już panami rysuje się całkiem nieźle. Miałem przed laty okazję widzieć ich na żywo, ale – po zapoznaniu się z nowym materiałem – chętnie wybrałbym się raz jeszcze.

 

Wyrwane z kontekstu (3): King Crimson, Cadence and Cascade

W 1970 roku, w parę miesięcy po wydaniu debiutanckiego In The Court of The Crimson King, zespół Roberta Frippa miał już gotowy drugi album – In The Wake Of Poseidon. Śpiewał na nim, tak jak na pierwszym, Greg Lake. Z tą różnicą, że tym razem już tylko gościnnie, bo w międzyczasie stał się członkiem supertria Emerson, Lake & Palmer.

[more]

I z jednym wyjątkiem – właśnie wywołanym do tablicy utworem, w którym wokalnie udziela się trudno rozpoznawalny dziś Gordon Haskell. Ten pan, po wielu, wielu latach, miał swoje pięć minut przy okazji wydania albumu Harry’s Bar i piosenki How Wonderful You Are.

Współpraca Frippa z Haskellem nie trwała długo. Nawet po wielu latach ten drugi mówi o tym z żalem – że za swój udział w powstaniu utworu nie ujrzał ani funta itp. Nie wiem, co mówił na ten temat Fripp. Dla nas, fanów, nie to jest najistotniejsze. Haskell odszedł z zespołu zaraz po nagraniu kolejnej płyty, Lizard, jeszcze w tym samym, 1970 roku.

Nad Cadence and Cascade warto się pochylić. Jest przecudnej urody.

Très. b, 40 Winks of Courage, 2012

Po bezskutecznym przeszukaniu regałów w sklepie na „s”, podszedłem do sprzedawcy. – Czy jest płyta tre be? – i widząc wyczekujące spojrzenie, dodałem – Pisze się to „tres be”.

– A, tres bi!

– No, raczej tre be, bo to z francuska – uśmiecham się.

Sprzedawca zagląda do komputera i po chwili oświadcza, że będzie pod „t” na zagranicznych płytach.

– No tak, w końcu tylko jedna trzecia zespołu jest polska.

[more]

Daleki jestem od wymądrzania się, w wielkim sklepie znajdują się tysiące płyt, a ludzie potrafią wynaleźć przedziwne nazwy i nazwiska. Nie wymagam więc od sprzedawców bycia omnibusami. Ale skoro już dochodzi do takiej rozmowy, to – na ich miejscu – próbowałbym zaspokoić ciekawość i wypytać nieco klienta. Chyba że tej ciekawości niestety nie ma.

Trẻs. b przebijają się powoli

do świadomości polskich rockfanów. Droga zdaje się ciernista i nieznaczona szczególną pomocą mediów. A przecież – za swój debiut fonograficzny (The Other Hand) – zespół otrzymał Fryderyka, a w ostatni wtorek w jego ręce trafił muzyczny Paszport „Polityki”.

Jeśli mówienie i pisanie o graniu sprzed paru dekad jest w pewien sposób łatwiejsze, bo myśli i wrażenia zdążyły już się w głowie uleżeć, to ten sam zabieg w odniesieniu do dokonań lat ostatnich sprawia mi czasem trudność. Jest tego – wykonawców i płyt – cały ocean. Co program radiowy, co prezenter – to nowe nazwy i inne typy, podobnie gdy otworzyć gazety bądź internet. Trudno jedną głową to ogarnąć, nie mówiąc już o próbie – choćby na swój prywatny użytek – usystematyzowania tego. Na szczęście ciągle powraca do mnie zbawienna myśl, że słuchanie muzyki sprowadza się do dość prostej operacji – dania piosenkom mniejszej lub większej liczby szans i, w końcowym rozrachunku, albo się one podobają (trochę lub bardzo), albo nie.

Indie rock

stał się w ostatnich latach pojęciem – wytrychem przy mówieniu o muzyce. Wielce pojemnym, prawie bezdennym. Trẻs. b mieszczą się w tej formule. Trio, którego członkowie mają korzenie polskie, duńsko-angielskie i holendersko-amerykańskie – głos Misi Furtak i jej bas, do tego gitara i bębny – z pewnością nie wytycza nowych rockowych szlaków. A jednak słuchanie tej niewiele ponad czterdziestominutowej płyty (drugiej w dorobku kapeli) dostarcza miłych dla uszu wrażeń. Jeśli nazwiemy to popem, pewnie nikt się nie obrazi.

Tyle że pop w rockowym instrumentarium budzi pewne nadzieje. Realizujące się nie zawsze, ale w przypadku tej formacji z pewnością tak. Sporo tu dobrych tradycji – i merseybeatu, i gitarowego grania lat 80. (The Smiths) oraz następnych. I pewnie wymienianie nazw można by ciągnąć dalej, choćby po to, by spróbować nieznającym jeszcze grupy czytelnikom przybliżyć jej muzykę.

Szlachetnie zagrana piosenka

bronić się będzie długo.

Gorzej z łaskawością  słuchaczy i wszelkich okoliczności. Słuchając Trẻs. b mam pewne skojarzenia z olsztyńskim Big Day (zwłaszcza kawałek Head Or Tail), który swą debiutancką płytę wydał w 1994 roku, obficie czerpiąc z klimatów kalifornijskich. Big Day działa do dziś, wydając kolejne płyty, ale mało kto już o nich pamięta. Wolałbym więc, by Trẻs. b powoli, ale na dłużej zyskiwali sympatię ludzi. By ciągle widzieli przed sobą kolejne szczyty do zdobycia. By im nie brakło talentu i sił do realizacji artystycznych zamierzeń. I, najzwyczajniej, szczęścia. Polski rynek muzyczny jest lichutki i nie tak łatwo na nim się ostać. Niech więc gwiazdy im sprzyjają, bo dobrej muzyki nigdy za wiele.

Czerwony sztruksowy smoking Sir Eltona – Elton John, Katowice, Spodek, 26 kwietnia 1984

Spełniło się sporo moich muzycznych marzeń. Zobaczyłem na żywo Planta i Page’a, The Rolling Stones, U2 – by wymienić tylko tych najukochańszych. A jednak – wciąż, mimo upływu tylu lat, z odrobiną zdziwienia noszę to w sobie, a teraz dzielę się z Wami: koncertem mojego życia jest występ Eltona Johna w katowickim Spodku w – no właśnie – 1984 roku.

[more]

Byłem do niego nieźle przygotowany, ale też – co tu dużo mówić –

trudno nie znać tych piosenek.

Jeszcze w połowie lat 70. jeden z moich braci pożyczył od kogoś znakomitą Greatest Hits, a na niej dziesięć największych przebojów artysty z pierwszych lat kariery. Krążek był w naszym domu może z miesiąc, więc bardzo dobrze zapoznałem się z jego zawartością. Daniel, Your Song, Saturday Night Alright (For Fighting) – palce lizać. Krótko przed przyjazdem do naszego kraju EJ wrócił na szczyty list przebojów utworami z bardzo udanej płyty Too Low For Zero.

Tylko – czego tu się spodziewać? Wszystko, co zachodniego widziałem dotąd, było odgrzewaniem kotletów, zwykle z marnym skutkiem: UFO, Nazareth, Budgie. Wszyscy oni mieli mniej lub bardziej dość. Siedemdziesiąt minut i ucieczka ze sceny.

To, co dane było mi ujrzeć w kwietniu 1984, jeszcze dziś, gdy o tym pomyślę, wbija mnie głębiej w fotel. Tak dla tych młodszych, jeśli czytają te słowa: w grudniu 1981 roku wprowadzono w Polsce stan wojenny, zamarło wszystko, życie kulturalne w szczególności. Ów stan zniesiono w lipcu 1983, ale wszechogarniająca mizeria trwała dalej. Było smutno, pusto i zwykle nieciekawie. I oto przyjeżdża do Polski artysta ze ścisłej czołówki, po paru słabszych latach znów na samej górze, ze znakomicie sprzedającym się albumem. Otóż to – nie w Polsce przecież. Tu nadal oknem na świat jest Trójka i nagrywanie płyt z radia. Żaden wykonawca zachodni nie ujrzał w tamtym czasie na swoim koncie ani funta tytułem tantiem z demoludów.

Wrażenie robiła już sama scena,

na której zainstalowano trzy podświetlane (na niebiesko, żółto i czerwono) jakby wielkie bębny, podia. Elton John wyszedł na scenę ubrany w śliczny czerwony, sztruksowy smoking i nieodłączny kapelusz. Żona podpowiada, że zasiadł do białego fortepianu. Obok niego stanęła wypróbowana od lat ekipa. Dobry pop, ten dryfujący blisko rokendrola, na żywo zwykle brzmi dobrze – mocniej, bardziej gitarowo. Tyle że ci faceci nie brzmieli dobrze – a znakomicie! Nie jestem w stanie po latach przypomnieć sobie, od czego zaczęli, ale poczucie, że jesteśmy w środku czegoś magicznego, narastało wśród pełnej widowni przez może pierwszy kwadrans. A potem Spodek po prostu odleciał. Całą degrengoladę, dziadostwo połowy lat 80. pozostawiliśmy gdzieś na zewnątrz. Muzyka, absolutnie fantastyczna – uniosła nas w nieznany dotąd wymiar.

Zespół grał największe przeboje gwiazdy wieczoru, co jeden to piękniejszy, przeplatając to świetnymi kawałkami z nowej płyty – I’m Still Standing, I Guess That’s Why They Call It The Blues i innymi. Było lirycznie i rockowo na przemian. Trudno mi powiedzieć, na ile reakcja – nieśpiewającej przecież – polskiej widowni była inna, wyjątkowa. O to trzeba by zapytać Eltona Johna. Ale, najwyraźniej, i jemu, i kumplom grało się znakomicie.

Zwariowali zupełnie – po kiego diabła w jakiejś zapyziałej komunistycznej Polsce grali prawie dwie i pół godziny?! Bis, jeszcze dwa kawałki? Dla nas, ubogich ludków ze Wschodu? A po niemilknących brawach jeszcze jedno wyjście na scenę? Wyszedł sam. Raz jeden nie miałem nic przeciw elektronicznej perkusji. To z jej towarzyszeniem – i oczywiście fortepianu – zaśpiewał Song For Guy. Ukłonił się, potwornie już zmęczony, i powiedział krótkie „Thank You. Good Night. I zostawił nas samych.

W muzycznym siódmym niebie,

spełnionych i szczęśliwych, w zupełnie nierzeczywistym świecie, który zabraliśmy w sercach i głowach ze sobą, do domów, wracając późną porą przez opustoszałe, nocne i szare miasto do łóżek, do swoich spraw. Do swojego życia, jedynej młodości, jaka była nam dana.

Parę lat później najbardziej zbuntowani w Polsce – starzy i młodzi – kolejny raz i wreszcie skutecznie upomnieli się o prawo do normalności. W 1984 roku Elton John uświadomił uczestnikom trzech jego występów – w Katowicach, Warszawie i Gdańsku – że rockfanom w tej części Europy też przynależny jest kawałek muzycznego tortu najwyższej jakości, że niby czemu mamy na niego nie zasługiwać. Pokazał, jak wygląda prawdziwy koncert wielkiego artysty.

EJ nie jest tym, którego karierę śledzę ze szczególną uwagą. Ale gdy publiczna TV przed kilku laty transmitowała jego koncert z Sopotu, usiadłem przed ekranem. I choć w domu to już nie to samo, dawne emocje powróciły. Przez szacunek dla klasy i ciągle wysoką formę koncertową muzyka.

Gdyby Eric Clapton wyszedł w Spodku na scenę 18 października 1979 roku, może to o jego występie pisałbym takie słowa. Widać jednak musiało minąć cztery i pół roku – i kolejne dwadzieścia dziewięć – by należały się one Eltonowi Johnowi. Cylindry i meloniki, kaszkiety i berety z antenką – z głów!

I coś, na co natknąłem się w rocznicę koncertu: fotoreportaż Ireneusza Kaźmierczaka zamieszczony na jego blogu „Z Tych Okolic”.


Wyrwane z kontekstu (2): Iron Butterfly, In-A-Gadda-Da-Vida

1968 rok. Rockmani zachłystują się odkryciem, że ich ukochana muzyka nie ma żadnych granic. Może poza tą, że strona analogowego longplaya nie jest w stanie pomieścić więcej niż trochę ponad dwadzieścia minut. Dla nielicznych wybranych otwierają się olbrzymie, nieznane dotąd możliwości. Dla innych stanowi to śmiertelną pułapkę.

[more]

Żelazny Motyl, w co trudno uwierzyć, działa do dzisiaj (mam nieodparte skojarzenia z Uriah Heep). Wyliczanka kolejnych składów zajmuje sporą część artykułu o zespole w Wikipedii. Ale do historii przeszli za sprawą tego jednego, monumentalnego utworu.

Który na myśl przywodzi najpierw The Doors. Rozmiary dzieła przypominają The End oraz When The Music’s Over. Klawisze ewidentnie w stylu Raya Manzarka. Natomiast gitara jest już zdecydowanie hardrockowa, spod znaku Hendriksa, Claptona czy Page’a. Do tego, tak lubiane do dziś przez klasyków gatunku, eksplorowanie orientalnych rytmów.

Esencja tamtego grania. Ileż da się zbudować na jednym riffie. Ale jakim!


Pilny uczeń Beatlesów – World Party, Egyptology , 1997

Jeśli Oasis odrobili lekcje rokendrola à la The Beatles, Karl Wallinger zrobił to od strony pomysłów harmonicznych: pięknych melodii i starannych aranżacji.

[more]

To, co w moim odczuciu nie udało się Jeffowi Lynne’owi, liderowi Electric Light Orchestra, który otwarcie przyznaje się do fascynacji dokonaniami wielkiej czwórki z Liverpoolu, udało się World Party. Gęste, przeładowane aranżacje ELO, tak charakterystyczne dla muzyki drugiej połowy lat 70., szybko się zestarzały. Wallinger parę – paręnaście lat później podszedł do tematu lepiej przygotowany. Z jednej strony wszedł w

klimaty beatlesowskie

niesłychanie głęboko, co mogło grozić klęską i podejrzeniami o jeden wielki plagiat, a z drugiej – co go artystycznie zdecydowanie broni – z wielką kulturą wykonawczą i, po prostu, talentem do wymyślania pięknych piosenek.

Słucham tej płyty od lat. Tak jak z biegiem czasu moja miłość do The Beatles przeszła w dojrzałą fazę, tak nie słabnie zachwyt nad tym krążkiem. Trochę zapomnianym, przykurzonym – jak jednoosobowy projekt pod nazwą World Party. A podejrzewam, że gdyby zdarzyło się, iż pod tymi utworami podpisaliby się reaktywowani liverpoolczycy, świat okrzyknąłby ten zbiór co najmniej bardzo dobrym. Mija już piętnaście lat, a te piosenki brzmią znakomicie i, jestem przekonany, tak już zostanie.

Płyną lekko, zwiewnie, skrząc się mnóstwem smaczków brzmieniowych, aranżacyjnych i melodycznych.

Bogactwo zaklęte

jest w prostej w sumie formie muzycznej, wolnej od pogoni za nowinkami studia nagraniowego, od tego, czym zalatuje od komercyjnego popu.

Ciepły głos lidera osadzony barwowo gdzieś między Harrisonem a Lynne’em potęguje jeszcze ten efekt. Pop zrodzony z rock’n’rolla, a nie przy stole mikserskim, w tak szlachetnym w dodatku wydaniu, wierzę, że nie tylko w moich uszach obroni się zawsze. Jeśli chcecie dać wytchnienie skołatanym nerwom, pobyć w klimatach starannie opracowanej piosenki, nie zaś komputerowego łup-łup – sięgnijcie po tę płytę.

Wyrwane z kontekstu: Rare Bird, Sympathy

Historia literatury znaczona jest książkami. Nawet jeden rękopis, napisany po francusku przez Polaka i znaleziony w Saragossie, też został ujęty w cudzysłów. Podobnie historia muzyki rockowej znaczona jest kolejnymi płytami. O największych wykonawcach mówi się często, uwzględniając cały ich dorobek. Ci, co mieli mniej szczęścia lub talentu, zostali zapamiętani za sprawą jednego albumu, a czasem jednego tylko nagrania. Słusznie bądź nie.

[more]

W cyklu, który dzisiaj inauguruję, chciałbym wspominać utwory, które są – z różnych względów – szczególnie dla mnie ważne. Nie będą to tylko „najpiękniejsze piosenki świata”, bo obok utworów pełnych liryzmu, delikatnych, znajdzie się tu miejsce dla gitarowego łojenia. Pojawią się wykonawcy zapomniani, ale obok nich także ci bardzo znani.

Na początek perełka, która z zupełnie dla mnie niezrozumiałych względów nie znajduje miejsca w trójkowym „Topie wszechczasów”. O grupie Rare Bird, niesłychanie w mojej edukacji muzycznej istotnej, napiszę kiedyś obszerniej. Tutaj wspomnę jej największy przebój, znany także z innych wykonań – „Sympathy”.

Jest rok 1969, rock symfoniczny rozpoczyna swój szturm na uszy słuchaczy. Najczęściej utworami długimi, o skomplikowanej i połamanej fakturze. Ale czasami też takimi fredżajlami.

Najjaśniejsza strona mocy – Pink Floyd, The Dark Side Of The Moon, 1973

Nieziszczalny zdawałoby się koncept – zjeść ciastko i mieć ciastko – w prosty i fantastyczny sposób realizuje się na gruncie sztuki. W sierpniu, w wiedeńskim Belvederze, oczarowany oglądanymi z bliska pracami Gustava Klimta wracałem kilkakrotnie w ciągu dwóch godzin do sal z dziełami robiącymi na mnie szczególnie mocne wrażenie. Do świetnego wiersza też można sięgać wielokrotnie. Płytę, która wpada w ucho, jeśli tylko czas na to pozwala, już w dniu zakupu można skonsumować parokrotnie.

[more]

Moje dochodzenie do rozbrajającej w swej oczywistości (przynajmniej dla pewnych roczników) prawdy objawionej, iż to  Ciemna strona księżyca jest najlepszym krążkiem Floydów i

rockowym albumem wszechczasów,

trwało jednak ładnych parę lat.

Jak uczniowi mówią, że Słowacki wielkim poetą był, to ten zaczyna się bronić całym sobą. Zamiast jak dziecko szukać własnych, świeżych wrażeń, albo ucieka gdzie pieprz rośnie, albo przyjmuje cudzy sąd i wytwarza w sobie mechanizm uniemożliwiający normalną percepcję. Na kolanach źle odbiera się sztukę.

Ucho bezustannie ćwiczone w końcu sobie jednak poradzi. Wszystko z miłości do muzyki, tych godzin spędzonych na uważnym trawieniu nuty po nucie. Miałem trochę takich wspaniałych momentów w życiu młodego rockfana, gdy nagle, niespodziewanie, nieoczekiwanie – przy którymś tam z kolei odsłuchiwaniu tej czy innej płyty, tego czy innego wykonawcy – nagle czułem, że zakochuję się w tych dźwiękach na zabój. Do grobowej deski. Tak, bo wszystkie te miłości zostały we mnie do dzisiaj (sztuka pod jeszcze jednym względem jest fantastyczna: nie karze za poligamię, a wręcz nagradza – najszerszym z możliwych wachlarzem doznań). A że do młodziaków już niestety nie należę, wiem, że pozostaną ze mną do końca.

I The Dark Side Of The Moon jest takim właśnie cudownym ciastkiem. Oczywistym do bólu. Czasem myślę sobie: „Znów mam tego słuchać? Przecież znam wszystko na pamięć”. Wrzucam do szufladki. Mija minuta, dwie – i kolejny raz wpadam w tę muzykę bez reszty. Arcydzieło, które na przestrzeni lat robi ze mną dziwne rzeczy: przesuwa akcenty, zwraca na siebie uwagę wciąż inaczej – jak obraz oglądany w różnym świetle, pod różnym kątem. W różnych momentach życia.

Łączenie utworów

ze sobą stało się znakiem rozpoznawczym PF w latach 70. Z czasem trochę wątpliwym, wręcz pretensjonalnym. W przypadku tego albumu jest ono – kto wie, czy nie ten właściwy, jeden jedyny raz w historii muzyki – tak bardzo na miejscu. Opus magnum, pełnia, zamknięta całość. Nie każcie mi wymieniać tytułów szczególnie ulubionych fragmentów, ale – przyparty do muru – podam dwa: The Great Gig In The Sky i Us And Them.

Jeśli dzieła genialne wymykają się prostym definicjom, nie całkiem pozwalają opisać poprzez znany nam aparat poznawczy – to, nie wpadając bynajmniej w ekstazę, zaczynam przypuszczać, że jest w nich odciśnięty palec Boga. Krzysztof Kieślowski, nieżyjący już niestety jeden z najwybitniejszych reżyserów w historii polskiego kina, powiedział kiedyś, że Bóg odwraca się do nas plecami, abyśmy nie widzieli, że śpi. Czyżby Stwórca wypoczywał po ciemnej stronie księżyca?

Zbieg z okoliczności

Przez parę miesięcy biłem się z myślami (ale bez przesady, nie za mocno i tylko od czasu do czasu), czy uruchomić drugiego bloga, by w nim pomieścić te notatki, których nijak do muzycznych zaliczyć się nie da. Ostatecznie jednak stwierdzam, że ani nie jest ich szczególnie dużo, ani też chyba nie będzie wiele w przyszłości. Z różnych powodów. A jednak trochę żal pozostawić je tak zupełnie na boku, na jakiejś elektronicznej stercie, z którą nie wiadomo, co zrobić.

[more]

Niech mi więc wybaczą ci, których to nie zainteresuje, którzy szukają w BLOG AND ROLLU, jak sama jego nazwa wskazuje, zdań o muzyce. Kosztem utraty jednorodności – ale też dając sobie prawo do napisania czegoś na inne tematy – postanawiam uruchomić nową rubrykę pt. „Zbieg z okoliczności”. W niej, czasami, zamieszczę coś niemuzycznego. Zapraszam każdego, kto zechce zajrzeć. Natomiast czytelników nastawionych na muzykę pragnę zapewnić, że rockowe granie dalej stanowić będzie istotę moich zapisków.

Chyłkiem w kolejny rok

Jeszcze nie wiem, czy to już zawsze tak będzie, ale w tym roku zupełnie nie mam poczucia winy – przede wszystkim wobec żony – że jest Sylwester, prawie dziewiętnasta, a my w całkiem normalnym odzieniu siedzimy sobie jak gdyby nigdy nic w domu i nie mamy zamiaru nigdzie się ruszać.

Nie raz dopadały mnie w życiu chwile, gdy żałowałem, że nie nauczyłem się tańczyć. Po to, by łagodnie przechodzić przez te okoliczności, które nakazywały pojawiać się na parkiecie. By nie cierpieć mąk wewnętrznych i nie skręcać się w obawie, że podepczę partnerkę – jej stopy, a już na pewno buty.

Gdzieś tam w głowie muzyki całe mnóstwo, choć niekoniecznie takiej, przy której ogół lubi wywijać różne figury z okolic gimnastyki artystycznej. Tak przy okazji: nawet na koncertach, w czasie których zupełnie zapadam się w dźwięki dobiegające do mych uszu, też – z pozoru – niewiele ze mną się dzieje. Gwizdać nie potrafię, wielominutowe klaskanie i wycie, by jeszcze raz wywołać artystę na scenę, mimo iż absolutnie do osiągnięcia tego celu niezbędne, też mnie męczy. Dobrze, że inni reagują bardziej spontanicznie, bo sam nie byłbym w stanie doprowadzić do żadnego bisu – poza kolejnym bzyczeniem muchy.

I tak sobie teraz siedzimy, z żoną, a nie muchą oczywiście. Przez szufladkę przewinęła się debiutancka płyta Magnificent Muttley – grupy, o której istnieniu jeszcze parę dni temu nie wiedziałem, teraz kręci się Let Love Rule Lenny’ego Kravitza. Trawimy sobie powoli ostatnie nabytki książkowe, sączymy wino (żona) albo piwo (ja). Zdani na siebie i własne propozycje repertuarowe muzyczno-literacko-filmowe. Wieczór jak wiele innych. Fajerwerki słychać z pewnego oddalenia, sztuczne ognie rozjaśnią niebo za parę godzin. Jeszcze tylko parę esemesów i telefonów, kieliszek o północy i będzie po wszystkim.

Czyli prawie jak zwykle. Może tylko z każdym rokiem niepokoju więcej i nostalgii, pragnienia, by życie bolało jak najrzadziej i pozwoliło nam jeszcze pobyć trochę w tej grze. By zmian jakichś szalonych i bolesnych nie doświadczyć, byśmy znów za rok, a nawet za dziesięć lat – co tam, choćby trzydzieści! – byle o własnych siłach mogli wstać z fotela i wznieść ten dziwny toast.

Mediom, nawet tym ulubionym, odpuszczam w ten wieczór wszystkie muzyczne grzechy. Sobie samemu odpuścić – to i owo, i jeszcze tamto – niestety jest już znacznie trudniej. 

(pisane 31 grudnia 2012)