American Zero – South African Hero – Sugar Man, reż. Malik Bendjelloul, 2012

Grać odwróconym tyłem do widowni – osobliwe. Spłonąć żywcem albo strzelić sobie w głowę na koniec koncertu (obie wersje krążyły wśród ludzi) – niezwykle spektakularne. Tragiczne i budujące legendę.

Pod jednym wszakże warunkiem: że świat coś o tobie wie albo – ex post, pośmiertnie – chce wiedzieć. Wtedy mit rozrasta się czasem do olbrzymich rozmiarów. Co jednak z artystą, który nagrał dwie płyty, całkiem nieźle przyjęte przez krytykę, ale niechciane przez publiczność?

[more]

Facet, wbrew krążącym plotkom, żyje nadal,

lecz z graniem dał sobie spokój. Ma, najwyraźniej, twardy kręgosłup, prowadząc bardzo skromny żywot, nie używając telefonu, telewizora, nawet lodówki. Ma też dorosłe córki, które opowiadają o nim z wielką miłością.

Urodzony w 1942 roku Sixto Rodriguez jest synem meksykańskich emigrantów, którzy szczęścia szukali w Detroit. Sam był pracownikiem budowlanym, stracił nawet palec, a jednak po pracy poświęcał się muzyce. W czasach zdecydowanie czarno-białych (rock, folk w białym wydaniu, czarny blues i wykonawcy spod znaku wytwórni Motown) miał znacznie mniej szczęścia niż Carlos Santana. Był jako Latynos niewiarygodny, śpiewał w stylu czarnych białą muzykę. Zaangażowanie społeczne oraz niechęć do tzw. branży zamknęły mu drogę do kariery. Płyty z 1970 i 1971 roku przeszły bez echa, a Rodriguez bez żalu do świata zajął się czym innym.

I świat zapomniałby o nim raz na zawsze,

gdyby nie… pewien skrawek lądu. Jakiś nierealny, jakaś wyspa szczęśliwości? Nie, funkcjonująca w ostrym podziale rasowym Republika Południowej Afryki. Może to właśnie apartheid sprawił, że wieści stamtąd dotarły do Stanów i samego zainteresowanego tak późno. I to za sprawą jednego człowieka, właściciela sklepu z płytami w Kapsztadzie, który uparł się, był odnaleźć Sixta albo dotrzeć do pewnych o nim informacji. Oto nagle okazało się, że jest taki kawałek ziemi, na którym zupełnie nieznany gdzie indziej artysta jest popularniejszy od Presleya i Rolling Stonesów.

Mężczyzna wsiada z córkami w samolot, bo przecież staje się jasne, że musi zagrać w RPA. Konsternację wśród miejscowych wywołuje fakt, że przybywa bez zespołu, naprędce więc kapela przewidywana jako support staje się składem akompaniującym.

I te fragmenty są w filmie chyba najbardziej niesamowite. Jest 1997 rok, koniec dwudziestego wieku, Europa i Stany wariactwo na punkcie rockidoli mają już dawno za sobą, a w Afryce Południowej publiczność płci obojga, i to nie tylko ta nastoletnia, reaguje na artystę wręcz histerycznie. Wciąż mam przed oczami te kadry!

Przypadków potwierdzających regułę, że

nikt nie jest prorokiem we własnym kraju,

showbiznes zna wiele. Genesis szaloną popularnością cieszyli się najpierw w Belgii i we Włoszech, Kings of Leon, kapela z USA, zdecydowanie większym szacunkiem darzona jest na Starym Kontynencie. Ale żeby tak, z ćwierćwiecza niebytu, po tylu latach od dokonania jedynych w życiu nagrań?!

Co będzie dalej? Facet już raczej się nie zmieni, pozostanie normalny i skromny. Jeśli ktoś zbił fortunę na jego nagraniach, to nie on. Tyle że film o artyście dostał w tym roku Oscara za najlepszy dokument. Nie mam pojęcia, jakich ten obraz miał konkurentów, ale historia Rodrigueza jest zupełnie bajkowa, niewiarygodna. A jednocześnie wzruszająca i, co istotne dla widzów, świetnie opowiedziana.

Czy Sixto, w filmie wciąż dokądś zmierzający, wciąż w ruchu, ma jeszcze światu coś do powiedzenia? Czy ma w zanadrzu piosenki, które nie ujrzały światła dziennego, czy może ten szum wokół jego osoby uruchomi w nim nowe pokłady twórcze? Bo jego stare piosenki, które od niedawna docierają do moich uszu, są – jak to w najlepszym folku – proste i prawdziwe. Świetne. Panów z gitarą było i jest wielu, z Dylanem na czele. Ale w głowie każdego miłośnika muzyki znajdzie się miejsce na jeszcze trochę porządnego grania.

Padają z ekranu mądre słowa – o tym, że każdy człowiek próbujący tworzyć marzy o chwili, gdy zostanie zauważony, doceniony. Większość umiera, nie doczekawszy zainteresowania świata. Co zrobi Sugar Man? Teraz – gdy jeszcze nie wiadomo, czy to jego pięć minut, czy przejście do historii?

Grać jak Alvin Lee

Co jakiś czas z ogromnym smutkiem odnotowujemy, że niebiańska orkiestra wciąż i wciąż się rozrasta. W środę zmarł w wieku sześćdziesięciu ośmiu lat Alvin Lee, określany kiedyś mianem najszybszego gitarzysty świata, lider słynnej na przełomie lat 60. i 70. formacji Ten Years After.

[more]

Lee, mimo iż wciąż koncertował i nagrywał, miarą późniejszych dokonań nie zbliżył się do tych z pierwszego okresu aktywności twórczej. Tamten czas zupełnie jednak wystarcza, by nie wolno było o nim i jego zespole zapomnieć. Choć żadna płyta z premierowym materiałem nie doczekała się miana arcydzielnej, to na każdej znajdowało się parę znakomitych utworów.

Siłę zespołu, niepospolite umiejętności wszystkich czterech instrumentalistów ujawniały dopiero nagrania koncertowe. Słychać to zarówno na drugim w dyskografii, bardzo bluesowym albumie Undead (1968), jak i dwupłytowym, wydanym wiele lat później Live At The Fillmore East (2001), będącym zapisem koncertu z 1970 roku.

Porywający występ Ten Years After należy do najjaśniejszych punktów festiwalu Woodstock w 1969 roku, a jego największą ozdobą jest szalona, rozbudowana wersja I’m Going Home. Takie numery z dorobku grupy, jak – przede wszystkim – Love Like A Man (jeszcze jeden genialny gitarowy riff w dziejach) oraz Hear Me Calling,  I’d Love To Change The World czy 50.000 Miles Beneath My Brain na zawsze pozostaną w pamięci fanów.

Wyrwane z kontekstu: Simon & Garfunkel, Scarborough Fair

Kiedy miałem bodaj czternaście lat, nie byłem żadnym absolwentem. Ani szkoły podstawowej, ani nawet przedszkola, które po pół roku przegranych zmagań ze zdrowiem musiałem opuścić. Gdzieś wtedy, w połowie lat 70., zobaczyłem pierwszy raz film Mike’a Nicholsa.

[more]

Zupełnie nie rozumiałem, jak główny bohater grany przez Dustina Hoffmana może sypiać z tą starą wiedźmą, okołoczterdziestoletnią Anne Bancroft. Co innego jednak Katharine Ross, młodziutka i śliczna, która – tak sobie teraz myślę – w znaczący sposób wpłynęła na moje postrzeganie ideału kobiety, a już na pewno kobiecego piękna. Trudno się dziwić, że gdy dowiedziała się o romansie Hoffmana ze swoją matką, nie chciała go znać.

Jednak bolesna przez większą część bajka kończy się dobrze. Bohater dojrzewa, rozumie wreszcie, że ta olśniewająco piękna dziewczyna jest jego prawdziwą miłością, i robi wszystko, by ją odzyskać. Wydaje się to zadaniem niewykonalnym, a jednak mission impossible kończy się w sposób, który powoduje westchnienia w nie tylko damskich piersiach, który sprawia, że niejedna łza rosi niejeden policzek. Hoffman w ostatniej chwili wyrywa Ross z objęć przeznaczenia, z ramion jakiegoś faceta, który za chwilę ma jej założyć obrączkę – wobec Boga i wszystkich uczestników uroczystości. Porywa dziewczynę sprzed ołtarza – i tą ułańską szarżą odzyskuje jej serce.

Czy ten związek przetrwał, ile razy wchodził w trudne momenty – o tym film już nie mówi. Zwycięża miłość, wspaniale cały czas wspierana przez piosenki duetu Paul Simon – Art Garfunkel. Co jedną to piękniejszą. Scarborough Fair, będąca parafrazą starej, osiemnastowiecznej ballady angielskiej, wydaje mi się w tym zestawie wyjątkowa. Potęgująca efekt przygnębienia, gdy bohater przeżywa szczególnie trudne, samotne chwile. Najdelikatniejsza, której liryczności – na szczęście – nie wzmacnia (i tym samym nie banalizuje) wybijająca rytm perkusja. Mamy natomiast aksamitne głosy obu panów w urzekającej harmonii.

P.S. A Bancroft była w 1967 roku bardzo niezłą, trzydziestosześcioletnią (!) laską, ale do tego doszedłem dopiero później, gdy kolejny raz obejrzałem film. Już jako, za przeproszeniem, dorosły facet.

Lessdress, Sugarfree!, 2007

Po czterech sekundach na liczniku jest sto na godzinę, po następnych paru sto dwadzieścia, a ciągle jeszcze jesteśmy w terenie zabudowanym. Od szóstego kawałka (Who’s Fucking Who?) wyjeżdżamy poza miasto, zwiększamy prędkość do stu pięćdziesięciu i puszczamy kierownicę.

[more]

Nie, nie jestem, broń Boże, wyznawcą takiej jazdy ani na motocyklu, ani nawet samochodem. Ale gdy jadę sam, podkręcam ostro potencjometr głośności, mając na liczniku ledwie dziewięćdziesiąt, a krew w żyłach pędzi jak po co najmniej autostradzie.

Gdzie jest dziś ten zespół,

dodajmy: polski, a grający jak najlepsze kapele zachodnie?! Zaczęli w 1984 roku. Pięć lat później wydali pierwszą płytę Dumblondes, w 1993 drugą – Love Industry. Krytyka się zachwycała, ludzie też. Potem zmarł basista i słuch o zespole zaginął. Wrócili w 2007 roku i znów zniknęli. Ostatnia informacja, jaką znalazłem o grupie w internecie, pochodzi sprzed ponad pół roku – że nagrywają nowy materiał. Ale póki co jest zupełna cisza.

Bardzo mocne granie (korzenne, a więc pomijam tu Vadera czy Behemotha) niespecjalnie się w Polsce przyjęło, mało kto robił to dobrze. Tym bardziej żal, że tak fantastyczna – nie waham się użyć tego słowa – grupa nie ma szczęścia. I nie wiem, co jest tego powodem.

Na Sugarfree!

jazda jest naprawdę do przodu.

Warsztat czterech panów bez zarzutu, świetny, ostry, mokry w gardle wokal. Kolejne utwory skrzą się od pomysłów, ich bogactwo przywodzi na myśl Apetyt na destrukcję Gunsów albo pierwsze płyty van Halen. Próbowałem, poza wyżej wymienionym, znaleźć jeszcze jakieś swoje typy, ale krążek jest po prostu bardzo równy, więc odstępuję od tego zamiaru.

Tak, cukru nie ma w tym ani grama. Ale aspartamu tym bardziej, to granie bezkompromisowe i twarde jak gryfy gitar i pałeczki perkusisty. Trzynaście kawałków, numer za numerem, bez wytchnienia. Ale, skoro się  zachwycam, nie może to być metal. Bo to ciągle porządnie swinguje.

Panowie, wracajcie czym prędzej!

Hard Woman – Beth Hart, Chorzów, 26 lutego 2013

Posłużę się moją ulubioną frazą Antoniego Piekuta: „To nie było żadne tam pitu-pitu, tylko porządne łojenie”. Bo to nie jest granie dla grzecznych ludzi, którzy co prawda mają dowód osobisty, ale na wszelki wypadek zakładają śliniaczek i pampersa. To był krwisty befsztyk, porcja tatara oraz pieczony schab z suszoną śliwką w środku.

[more]

Koncert Beth Hart w Miejskim Domu Kultury w Chorzowie-Batorym (już drugi, pierwszy miał miejsce w czerwcu ubiegłego roku), w lwiej części zgromadził pod sceną słuchaczy w przedziale „40+”, choć młodych też nie brakowało. Nie dziwota, gdyż liderka wspierana przez czterech  świetnych muzyków odpaliła

ładunek rocka i bluesa

korzeniami sięgający przełomu lat 60. i 70.

Kolejny raz w niedługim czasie doświadczyłem grania, które kocham najbardziej: klimatów spod znaku Led Zeppelin, Janis Joplin, a i Rolling Stones także. Większość ludzi potrzebuje jakiejś adrenaliny, dla mnie jest nią rokendrol czerpiący obficie z bluesa, dlatego po godzinie i czterdziestu pięciu minutach opuszczałem miejsce koncertu szczęśliwy, z gębą roześmianą od ucha do ucha. I nie ja jeden, bo zabawa była naprawdę przednia.

Chemia,

jeden z moich szczególnie nieulubionych przedmiotów szkolnych, wzięła we władanie wszystkich. Czuć ją było na scenie, już od pierwszych dźwięków Face Forward, którym rozpoczął się występ. Jakie to ważne, jak bardzo przekładające się na jakość grania, gdy muzycy lubią się nawzajem i szanują! Taka dobra energia natychmiast trafia do widowni, a ta na Śląsku do bluesa ma stosunek od dziesiątków lat szczególny. I w tej wspaniałej atmosferze pędziliśmy przez ostre kawałki i zwalniali w bluesowych.

Zastanawiałem się, jak ta skądinąd niewątła kobieta będzie w stanie wytrwać z siłami oraz głosem nienadwerężonym kolejnymi minutami wokalnej jazdy bez hamulców. Niepotrzebnie,

struny głosowe Beth Hart

stroiły od pierwszej do ostatniej wyśpiewanej głoski.

Na repertuar występu złożyły się głównie utwory z dwóch ostatnich płyt wokalistki – Don’t Explain (2011) nagranej razem z Joe Bonamassą oraz ubiegłorocznej Bang Bang Boom Boom. Hart śpiewała, czasami zasiadając do swojej Yamahy, a w dwóch utworach do gitary akustycznej. Obok niej na scenie znajdowało się czterech facetów – dwie gitary, bas i perkusja, znakomity zespół.

Można się zastanawiać, jak to jest, że muzycy tej miary zapełniają dom kultury, a nie Spodek. Ale, z drugiej strony, klimat takiego klubowego występu, gdy z widowni na scenę są dwa kroki, ma swój wielki urok. Tak samo, jak ta muzyka sklejana na nowo od czterdziestu paru lat. Jest w niej magia, która sprawia, że wciąż są tacy, którzy chcą ją grać. I wciąż pojawiają się w kolejnych pokoleniach konsumenci zupełnie nieodporni na jej wdzięk.

Riverside, Shrine of New Generation Slaves , 2013

Zespół przebił się wreszcie, po kilkunastu latach działalności, do świadomości Trójkowych redaktorów od muzyki – i w ten sposób trafił także do mnie. Nie znając wcześniej jego nagrań, w ciemno, nawet bez przesłuchania w sklepie, kupiłem najnowszy album.

[more]

To moje pierwsze od wielu lat tak mocne pochylenie w stronę rocka progresywnego. Bo jeśli szukać jakichś tropów dla Riverside, to  nieuchronnie prowadzą one w takim właśnie kierunku. Wielokrotnie deklarowałem swoją niechęć do tych klimatów, ostatnie żywsze bicie serca miałem przy okazji informacji o nowej płycie Emerson, Lake & Powell (1986). Jeśli później dopatrywałem się dobrze przyswajanych przez moje uszy takich brzmień, to jest to progrock nie całkiem oczywisty: O.K. Computer Radiohead czy krążek tria The Saintbox (Walicki, Kulka, Szupica).

Riverside nie proponują nic nowego,

ale w moim odczuciu  bardzo zręcznie  balansują na od lat bardzo cienkiej granicy między tymi patentami, które byłyby tylko do imentu zajechanym epigoństwem, a tym, co sprawia, iż zdecydowanie da się tej muzyki słuchać. Czyli – bardzo porządnym warsztatem, ucieczką od zdradliwych syntezatorów na pierwszym planie w stronę mocnego, gitarowego grania, umiejętnością wymyślania ładnych melodii oraz starannymi aranżacjami, świadczącymi o umiejętnym czerpaniu z tradycji starego rocka i, najzwyczajniej, o dużej kulturze muzycznej.

Przymykam oko na pretensjonalny sztafaż – tytuł płyty oraz pierwsze litery składających się na niego słów, a tworzące skrót songs (znaczy pieśni). Daję sobie spokój z bonusową płytą, bo to minuty dla oddanych, wiernych fanów. Zdecydowanie bez bólu, a momentami wręcz

z dużą przyjemnością konsumuję podstawowe danie,

zwłaszcza wieczorną porą. Jest w tych nieuchronnie monumentalnych i powłóczystych nutach siła, która na żywo – jestem przekonany – może zapanować nad emocjami słuchaczy.

I wszystko zmierza do finału o niby znanym scenariuszu – do najdłuższego na krążku, prawie trzynastominutowego Escalator Shrine oraz lirycznej, niespełna dwuminutowej Cody. Niby wszystko skądś znane, uszyte z dobrze znanych fragmentów, a jednak świadczące o sporych możliwościach zespołu. Wstęp z Floydów, potem puls basu przywodzący na myśl Riders On The Storm Doorsów, pod koniec piątej minuty pojawiają się klimaty purple’owskie, Lordowo-Blackmoore’owe (w ogóle, organy Hammonda stosowane w wielu nagraniach dają naprawdę świetny efekt), a w dalszej części utworu wracamy do niespiesznych dźwięków w stylu Pink Floyd i Genesis.

Na sam koniec sto sekund Cody. Gitara akustyczna i głos. Tyle tego już było, ale z radością przyjmuję jeszcze jeden podobny utwór – z dobrym, ciepłym męskim wokalem i zgrabną linią melodyczną.

Wojciech Kilar kiedyś powiedział, że w muzyce jest tylko parę nut i naprawdę trudno wymyślić coś zupełnie nowego, coś, co nie będzie przypominało dokonań z przeszłości.

Niech więc przypomina, byle rzeczy najlepsze. I niech będzie zręcznie przefiltrowane przez ręce i głowy kolejnych pokoleń muzyków. A tak jest w przypadku Riverside.

Wyrwane z kontekstu (7): Joe Cocker, With A Little Help From My Friends

Joe Cocker jest bodaj najbardziej spektakularnym przypadkiem rockowej kariery zrobionej w oparciu o covery. Ten biały człowiek obdarzony fenomenalnym czarnym głosem, sięgając po cudze kompozycje, potrafił stworzyć zupełnie nową jakość.

[more]

Najsłynniejszy tego przykład pojawia się już na samym początku, na singlu w 1968 roku oraz rok później wydanej pierwszej płycie długogrającej. Z niewielką, a nawet całkiem sporą pomocą przyjaciół. I to jakich!

Na basie zagrał jego długoletni – jak się miało okazać – współpracownik, Chris Stainton, na perkusji nieżyjący już bębniarz Procol Harum, B.J. Wilson. A na gitarze… Na gitarze zagrał sam Jimmy Page.

Znamienne, że ten znakomity kawałek The Beatles, pochodzący z albumu Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (1967) i zaśpiewany przez Ringo Starra, pozostał znakiem rozpoznawczym Cockera przez całą jego poplątaną i znaczoną używkami karierę. Beatlesi byli tak zachwyceni rockową ekspresją utworu, że wysłali do Cockera telegram z gratulacjami.

W jego wykonaniu kawałek zyskał na mocy, z gitar wydobyto całą ich elektryczność. No i ten ekstatyczny w wersjach koncertowych finał (Woodstock ’69, krążek Live z 1990), z takich, co to wszystkich – na scenie i na widowni – unosi w powietrze. Finał, co trwa i trwa i wybrzmieć nie może.

Mądra/głupia – starość/młodość

W kwietniu 2005 roku, po śmierci, a przed pogrzebem Jana Pawła II, mieliśmy bardzo szczególny tydzień. W publicznej telewizji przejawiło się to tak, że zamiast wcześniej ustalonego programu, zamiast obowiązującej ramówki – zrobiło się siedem dni gadających głów. Statycznie, w fotelach, przed kamerami w studiu zasiadali bardzo różni ludzie. Łączyła ich metryka – wszyscy mieli grubo po pięćdziesiątce. Byli to ci, którzy niejedno już przeżyli i potrafili swoje doświadczenia albo zsyntetyzować, albo interesująco zanalizować.

[more]

Było takich programów bardzo wiele. Siadało się przed telewizorem i z wielkim zainteresowaniem słuchało tych siwych w większości głów. Michał Ogórek zawarł wtedy interesujące spostrzeżenie w swym cotygodniowym felietonie w „Gazecie Telewizyjnej”. Napisał mianowicie, że w tych szczególnych okolicznościach uwolniliśmy się w TV od kultu młodości. Do studia wpuszczono starych ludzi, pozwolono im mówić na żywo do kamery – i było to niejednokrotnie niezwykle pasjonujące. Młodość natomiast – pisał – ma to do siebie, że trzeba ją filmować dwadzieścia cztery godziny na dobę (pił tu do programów typu „Big Brother”), by potem z biedą zmontować z tego pół godziny.

*

Od opozycji mądra starość i głupia młodość są jednak wyjątki. Najważniejszym z nich wydaje mi się rock’n’roll. Muzyka młodych, muzyka, w której pierwsze, oryginalne wykonanie najczęściej jest tym najważniejszym. Muzyka buntu, sprzeciwu. Wobec starych, wobec panującego porządku. Rock, siłą rzeczy, był zrazu muzyką młodych. Zastępy dwudziesto- i – z rzadka – trzydziestolatków zabrały się za robienie hałasu na scenie. Dziś pierwsi z nich, jeśli dożyli, są już po siedemdziesiątce. I podobnie ich fani.

Bardzo charakterystyczne jednak, że zarówno w złotych latach 60., jak i późniejszych, najwspanialsze płyty wychodziły z głów i spod rąk ludzi trochę przed lub trochę po trzydziestce. Tak to jakoś w rocku było i jest, że kiedy mówimy o dziełach największych, zwykle są one dziełem ludzi od kilku lat obecnych na rynku. Okrzepli, rozwinęli się, dojrzeli. Udoskonalili warsztat kompozytorski i wykonawczy. A jednocześnie – wciąż są młodzi i nadal zdziwieni porządkiem świata. Biały album Beatlesów, Let It Bleed  Stonesów, Dark Side of The Moon Floydów, by wymienić tylko największe spośród największych.

Są oczywiście, jak zawsze, odstępstwa od tej reguły. Znakomite albumy nagrywali wykonawcy zaledwie tuż po dwudziestce (np. Led Zeppelin), znakomite nagrywają – dziś – też i ci, którzy od kilku dekad wciąż są na scenie (np. Robert Plant – dwa ostatnie krążki). Ale najwięcej arcydzieł rockowych jest efektem talentu ludzi w okolicach trzydziestki. Jeszcze ciągle ze świeżymi pomysłami, a już w pełni ukształtowanych, jeszcze bezkompromisowych, a już świadomie operujących warsztatem.

Naprawdę, trudno mi znaleźć inny przykład, inną dziedzinę. Na pewno  sportowcy w większości dyscyplin, czasem tancerze (estetyka zupełnie mi obca). Ale poza tym? Kto? Nie widzę.

(20 maja 2012) 

Rzadki ptak na zapomnianym niebie – Rare Bird

W 1975 roku Polskie Nagrania zaszalały, wydając trzy wspaniałe licencyjne albumy (wszystkie będące kompilacjami, ale to nie miało większego znaczenia). Z numerem katalogowym SX 1235 ukazał się krążek Keith Emerson & The Nice!, z numerem SX 1236 Atomic Rooster, a z kolejnym – Rare Bird. Moi starsi bracia zdawali sobie sprawę z tego, co pojawiało się i natychmiast znikało z półek działów płytowych księgarń, ja – nie.

[more]

Wszystkie trzy krążki – teraz, gdy piszę te słowa – mam w zasięgu ręki (co niewiele ma wspólnego ze sprawiedliwością, bo nie współfinansowałem ich zakupu). Tych płyt słuchałem tyle razy, że każdą nutę mam wyrytą na osobistym twardym dysku.

Wtedy, w połowie lat 70.

Rare Bird sprawili mi trudność największą.

Słuchałem, słuchałem… Aż w końcu, pamiętam doskonale ten moment: była sobota, oddawałem się pastowaniu i froterowaniu podłóg, a z dość skromnego wtedy sprzętu dobiegały mnie dźwięki z ich krążka. I nagle, ze ścierką tłustą od pasty w rękach, zastygłem. O rany, ależ to fantastyczne! – dotarło do mnie. I to był – jeśli dobrze pamiętam – ten mój muzyczny „pierwszy raz”. Nagle wszystkie drzwi we mnie otwarły się na oścież – zakochałem się w tych dźwiękach bez reszty, z całkowitym oddaniem. Miałem wtedy trzynaście lat.

Potem okazało się, że gdzieś na jednej ze szpul braci od kilku lat zarejestrowana była Epic Forest (1972). Płyta, która w trójkowym archiwum gdzieś się zawieruszyła, a po paru latach odnalazła. Tych radiowych taśm wyciągniętych zza jakiejś szafy było więcej, co dało redaktorowi Piotrowi Kaczkowskiemu pretekst do uruchomienia pewnego muzycznego cyklu. I dzięki temu, bodaj w 1980 roku, miałem ją nagraną na swojej już taśmie magnetofonowej. Zaś wiele, wiele lat później namierzyłem wersję CD, za bardzo duże wtedy pieniądze. Ach, cóż to było za niesamowite przeżycie – móc puścić sobie te utwory po latach przerwy, w znakomitej jakości! A później udało mi się dotrzeć do kolejnych nagrań grupy, co ciągle nie jest proste.

Bo

zespół to zapomniany.

Powstały pod koniec lat 60. Jeśli popularny, to głównie poza Wielką Brytanią. Po wydaniu Rare Bird (1969) i As Your Mind Flies By (1970) rozpadł się, a – reaktywowany w nieco innym składzie w 1972 – działał do 1975 roku.

Niedużo tego, parę lat, w dodatku z przerwą. I dwa oblicza zespołu: najpierw progresywne (wtedy porównywano ich do The Nice i Procol Harum). Sporo tam było inspiracji muzyką klasyczną, barokiem – jak w przepięknym Down On The Floor – i, oczywiście, rozbudowanych form (Flight).

A potem zrobiło się bardziej oryginalnie, gitarowo, nadal jednak z obłędnie pięknymi harmoniami i wspaniałymi chórkami. Album Epic Forest i dziś jawi mi się jako dzieło znakomite. Z jednej strony tak charakterystyczne dla brzmień początku lat 70., a z drugiej – stanowiące szeroko pojętą czołówkę ówczesnych dokonań.

Zawsze miałem słabość

do grania łączącego w sobie melodie i chórki z porządnym gitarowym graniem (jak np. wczesny Wishbone Ash). Rare Bird są w samym środku tych doznań. I nie muszę chyba nikogo przekonywać, że jeśli jakaś muzyka jest ciągle z nami, jeśli ciągle mamy ją w głowie, mieliśmy dostęp do niej jako młodziaki, wciąż – mimo upływu lat – chcemy do niej wracać, to trudno zdobyć się na stuprocentowy obiektywizm. Zresztą – po jaką cholerę, jeśli muzyka to wyzwalanie emocji. Jeśli słuchanie czegoś wciąż sprawia niesłabnącą radość.

Zachęcam, sprawdźcie mnie. To naprawdę szlachetne granie. Czas i pamięć ludzka obeszły się z niektórymi wykonawcami bardzo niesprawiedliwie.

Wyrwane z kontekstu (6): Free, All Right Now 

Free nazywani byli młodszą siostrą Cream. Grupa była bardziej bluesowa, nie tak wirtuozowska, ale świetnych utworów przez parę lat natrzepała, że daj Panie Boże zdrowie. A wśród nich – ten naj, naj, naj.

[more]

All Right Now, znany w dwóch wersjach, krótszej singlowej i pełnej z LP, to jeden z najgenialniejszych utworów rockowych. Co trzeba zrobić, kim być, by do głowy przyszedł taki riff?! Mając do tego w składzie wspaniały głos Paula Rodgersa (ostatnio, ale też już nie całkiem – nieco lepiej znanego fanom Queen), osiąga się efekt ponadczasowy.

Znów rok 1970, który przywoływać będę jeszcze wielokrotnie. Kiedyś mówiono o takich utworach: evergreen. Od pierwszego dźwięku – prąd przelatujący przez kręgosłup, ciary na plecach.