W 1977 roku znalazłem się we Francji i stamtąd przywiozłem ten krążek. Bracia ubolewali co prawda, że mój wybór nie padł na coś starszego, ale jeśli wtedy miałem jakieś pojęcie o muzyce, to było ono dość blade. I gra mi teraz w tle ten sam egzemplarz – gdy się dba o płyty, powiem nieskromnie, to i po wielu latach da się ich bez zgrzytania zębami słuchać. To w ogóle jedna z pierwszych płyt w moim zbiorze, przeszła ze mną praktycznie całą muzyczną drogę, w ciągu kilku lat, może poza tytułowym utworem, całkowicie przesuwając punkty ciężkości.
[more]
To ostatni album Stonesów, na którym gra
Mick Taylor.
Odszedł sam, doprowadzając swoją decyzją do wściekłości i Jaggera, i Richardsa. Jedna z wersji powiada, że musiał się ratować, bo podjął współpracę z zespołem jako wegetarianin, a kończył jako narkoman.
Jako wielki wyznawca tej kapeli, ze wzruszeniem wspominający pierwsze z nią spotkania w swoich czasach jeszcze przedszkolnych, jak i z czułością pochylający się nad ostatnimi dwiema nowymi piosenkami, sądzę, że z gitarzystów trzech: Jonesa, Taylora i Wooda – Mick był zdecydowanie najlepszy.
Świetny technik, bluesman o wirtuozowskich zapędach.
To chyba nie przypadek, że nagrania z jego udziałem brzmią do dziś najlepiej. Że, oczywiście, są to utwory z najwspanialszego okresu zespołu, ale też nagrane przez najlepszy skład Stonesów.
Dziesięć kawałków, z których najpierw – jako piętnastolatkowi – podobały mi się te najostrzejsze, ale po roku, może dwóch latach zaczarowały ostatnie utwory na obu stronach longplaya – najpierw Fingerprint File, a potem Time Waits For NoOne. Dwa szlachetne, ponadsześciominutowe dzieła. Oba w średnim tempie, kojarzące się, zwłaszcza ten drugi, z arcydziełami na Let It Bleed. To najjaśniej świecące gwiazdy w tym zbiorze.
Dorzucić należy jeszcze piosenkę tytułową, pierwotnie pisaną przez Jaggera dla Davida Bowiego (zupełnie nie rozumiem, dlaczego na ostatnich składakach TRS skróconą o dobrą minutę, to barbarzyństwo). No i osobliwe stonesowskie reggae, Luxury.
Ten album, przez lata się utarło, uznawany jest za jeden ze słabszych w dorobku grupy. O rany, nie! Nie podzielam tej opinii, potem nie raz było gorzej. I – powtórzę, co już parę razy pisałem w innych miejscach –
tzw. słaby album wielkiej grupy
i tak będzie lepszy od dobrej płyty niezłego zespołu. Ronnie Wood ze swoją gębą co prawda pięknie wkomponował się w skład, ale gdzie mu tam do Taylora. Toczące się Kamienie pozostały wspaniałą, jedyną w swoim rodzaju kapelą rokendrolową, ale ich korzenie bluesowe wyraźnie straciły na głębokości wraz z odejściem Micka Krawca.
Jak się czyta wspomnienia muzyków zespołu, ich bezustanne zmaganie się z używkami, kobietami, prawem i policją, aż trudno uwierzyć, że w takich warunkach można było nagrywać kolejne płyty i jeździć w kolejne trasy koncertowe. Przecież, gdyby byli wypoczęci, wolni od nałogów, nie okupowali – jak Richards z Jaggerem – pierwszych miejsc na liście rockowych gwiazd-kandydatów do przeniesienia się w stanie odurzenio-upojenia w zaświaty, mogliby pracować o wiele wydajniej.
W kwietniu 2005 roku, po śmierci, a przed pogrzebem Jana Pawła II, mieliśmy bardzo szczególny tydzień. W publicznej telewizji przejawiło się to tak, że zamiast wcześniej ustalonego programu, zamiast obowiązującej ramówki – zrobiło się siedem dni gadających głów. Statycznie, w fotelach, przed kamerami w studiu zasiadali bardzo różni ludzie. Łączyła ich metryka – wszyscy mieli grubo po pięćdziesiątce. Byli to ci, którzy niejedno już przeżyli i potrafili swoje doświadczenia albo zsyntetyzować, albo interesująco zanalizować.
[more]
Było takich programów bardzo wiele. Siadało się przed telewizorem i z wielkim zainteresowaniem słuchało tych siwych w większości głów. Michał Ogórek zawarł wtedy interesujące spostrzeżenie w swym cotygodniowym felietonie w „Gazecie Telewizyjnej”. Napisał mianowicie, że w tych szczególnych okolicznościach uwolniliśmy się w TV od kultu młodości. Do studia wpuszczono starych ludzi, pozwolono im mówić na żywo do kamery – i było to niejednokrotnie niezwykle pasjonujące. Młodość natomiast – pisał – ma to do siebie, że trzeba ją filmować dwadzieścia cztery godziny na dobę (pił tu do programów typu „Big Brother”), by potem z biedą zmontować z tego pół godziny.
*
Od opozycji mądra starość i głupia młodość są jednak wyjątki. Najważniejszym z nich wydaje mi się rock’n’roll. Muzyka młodych, muzyka, w której pierwsze, oryginalne wykonanie najczęściej jest tym najważniejszym. Muzyka buntu, sprzeciwu. Wobec starych, wobec panującego porządku. Rock, siłą rzeczy, był zrazu muzyką młodych. Zastępy dwudziesto- i – z rzadka – trzydziestolatków zabrały się za robienie hałasu na scenie. Dziś pierwsi z nich, jeśli dożyli, są już po siedemdziesiątce. I podobnie ich fani.
Bardzo charakterystyczne jednak, że zarówno w złotych latach 60., jak i późniejszych, najwspanialsze płyty wychodziły z głów i spod rąk ludzi trochę przed lub trochę po trzydziestce. Tak to jakoś w rocku było i jest, że kiedy mówimy o dziełach największych, zwykle są one dziełem ludzi od kilku lat obecnych na rynku. Okrzepli, rozwinęli się, dojrzeli. Udoskonalili warsztat kompozytorski i wykonawczy. A jednocześnie – wciąż są młodzi i nadal zdziwieni porządkiem świata. Biały album Beatlesów, Let It Bleed Stonesów, Dark Side of The Moon Floydów, by wymienić tylko największe spośród największych.
Są oczywiście, jak zawsze, odstępstwa od tej reguły. Znakomite albumy nagrywali wykonawcy zaledwie tuż po dwudziestce (np. Led Zeppelin), znakomite nagrywają – dziś – też i ci, którzy od kilku dekad wciąż są na scenie (np. Robert Plant – dwa ostatnie krążki). Ale najwięcej arcydzieł rockowych jest efektem talentu ludzi w okolicach trzydziestki. Jeszcze ciągle ze świeżymi pomysłami, a już w pełni ukształtowanych, jeszcze bezkompromisowych, a już świadomie operujących warsztatem.
Naprawdę, trudno mi znaleźć inny przykład, inną dziedzinę. Na pewno sportowcy w większości dyscyplin, czasem tancerze (estetyka zupełnie mi obca). Ale poza tym? Kto? Nie widzę.
Na stare lata emocje zwykle – nieco lub bardzo – przygasają. Moja żona nigdy nie protestowała, gdy wydatki trochę mocniej skręcały w stronę muzyki. Teraz, wychodzi na to, wymyśliłem sobie najlepszą z możliwych tarczę: bloga. Ola nie dość, że z oddaniem pełni rolę „kochanej pani administrator”, to jeszcze bardziej niż kiedyś zanurzona jest w płytach i gitarowym graniu. Najwyraźniej nie mamy zamiaru schodzić z tej karuzeli, która kręci się najczęściej w rytmie rokendrola.
[more]
I tak oto wśród prezentów pod tegoroczną choinką znalazłem ostatnie wydawnictwo Glimmer Twins i spółki. Niby ileż można – wydawać wszelkiej maści składaków, debestofów, ileż można takich płyt mieć w domu. A jednak…
Z tymi starszymi chłopcami czterema
jest tak, że Thiscould be the last time. Że teraz zajmą się już wyłącznie wydawaniem pieniędzy nie do wydania, że dali nam na otarcie łez jeszcze dwa nowe kawałki i cześć pieśni.
A jednak… W dodatku dostałem edycję trzypłytową, tę z pięćdziesięcioma utworami na pięćdziesięciolecie, sprowadzoną w ciągu kilku dni zza Kanału La Manche (jakich pięknych dożyliśmy czasów!).
Pierwsza płyta, od Come On do We Love You, eksplozja rocka na Wyspach. Druga, od Jumpin’ Jack Flash do Fool To Cry, najwspanialsza. To ten okres, za który Stonesów kochamy i kochać będziemy najmocniej. Wtedy przeszli do historii. Trzecia płyta, zaczynająca się od Miss You, obejmuje ponad trzydzieści lat działalności grupy. Znacznie mniej istotnych niż te wcześniejsze, ale chyba dopiero teraz dociera do mnie wyraźnie, że to nie tylko był czas, kiedy w kolejnych trasach koncertowych nabijali konta, odgrywając stare hiciory, ale wciąż dorzucali – zgoda, znacznie rzadziej niż przed laty – utwory ważne i bardzo dobre. Jakoś tak teraz, wciąż nie dowierzając, że oto definitywnie ma się zamknąć ten absolutnie wyjątkowy rozdział rokendrola, moje serce jeszcze mocniej wzruszone, uszy – bardziej doceniają te piosenki wyłowione (też już nie pierwszy raz) z oryginalnych wydawnictw.
Stonesi, te pieprzone skurczybyki, mieli rację.
Mieli rację,
gdy coraz bardziej pod prąd nowym trendom grali swoje proste do bólu nuty, mieli rację, gdy po swojemu podchodzili do nowych brzmień na Some Girls. Mieli rację, bo muzyka gitarowa zatoczyła wielkie koło, już od wielu lat pochylając się z czułością nad rytmami wyjętymi prosto z lat 60. I coś, co zdawało się już być poza czasem, okazywało się bardzo na czasie. Time Is On My Side, śpiewał Jagger dawno temu. I dziś, choć nieco przyprószony, wysuszony, ma prawo śmiało powtórzyć te słowa. A dwa bardzo udane nowe kawałki być może stanowić będą najlepszą z możliwych pointę tej pięknej bajki.
W 1978 roku Marek Garztecki zatytułował rozdział swej książki poświęcony TRS Toczący się kamień mchem nie porasta. Komu z czytających wtedy te słowa przemknęła przez głowę myśl, że za trzydzieści cztery lata ta muzyka nie tylko nie będzie neolityczną skamieliną, muzealnym eksponatem, ale czymś tak bardzo żywym i wciąż poruszającym miliony?
Zabawa się skończyła. Od narodzin minęło kilkanaście lat i oto rock’n’roll utracił dziewictwo. Nie stało się to nagle, bez sygnałów i zapowiedzi, ale wreszcie objawił się światu jako dorosła, piękna kobieta w pełni świadoma swych zalet i wdzięku. Jednak wewnętrznie bardzo skomplikowana.
[more]
Łupnęło tuż po Nowym Roku – 4 stycznia 1967 roku na rynku pojawił się pierwszy album
Jeśli wzrastanie w siłę zjawisk noszących nazwy The Beatles i The Rolling Stones wymagało czasu, o tyle w tym przypadku debiut płytowy od razu wyniósł zespół do roli gwiazdy największego formatu. Płyta zawiera m.in. słynne Light My Fire oraz The End (ten drugi wykorzystany został dwanaście lat później przez Coppolę w znakomitym filmie Czas apokalipsy). Tak zaczęła tworzyć się legenda intensywnie przeplatająca wspaniałą muzykę z problemami osobowościowymi, z niszczącą siłą alkoholu i – przede wszystkim – narkotyków.
W marcu w sprzedaży pojawia się pierwszy krążek
Velvet Underground
zatytułowany The Velvet Underground And Nico. Za sprawą tekstów otwarcie mówiących o narkotykach (Heroin) szybko wycofany z rynku, ale i tak okazał się z czasem jednym z najważniejszych albumów rockowych w historii. Surowe brzmienie, przegląd stylistyk od folku po psychodelię zachwyca i inspiruje innych do dziś.
12 maja ukazuje się w Wielkiej Brytanii (1 września w Stanach) pierwsza płyta Jimiego Hendriksa –
Are You Experienced?
z tak fantastycznymi numerami jak Hey Joe czy Purple Haze.Tu też, jak w przypadku Doorsów, mamy do czynienia z genialnym debiutem oraz początkiem gitarowo-narkotycznego tańca ze śmiercią. Wielki Jimi, gdyby żył, właśnie dziś obchodziłby siedemdziesiąte urodziny.
Także w maju, tyle że po drugiej stronie oceanu, do studia wchodzą członkowie pierwszej supergrupy, za jaką uznawana jest
The Cream.
Bruce, Clapton i Baker rejestrują materiał na drugi krążek, DisraeliGears, który ukazuje się w listopadzie. To na nim znajdują się dwa klasyczne już utwory: Strange Brew i Sunshine Of Your Love.
Podobnie jak Cream, na swoim – także drugim – albumie kierowali się w stronę psychodelii
Jefferson Airplane.
Surrealistic Pillow zawiera dwie znakomite kompozycje wokalistki zespołu, Grace Slick – White Rabbit oraz Somebody To Love.
Co jednak powiedzieć o debiucie
Pink Floyd
– The Piper At The Gates OfDawn – który w sklepach pojawił się 5 sierpnia? To był dopiero kompletny odlot muzyczno-narkotykowo-oniryczny. Dla ówczesnego lidera grupy, Syda Barretta, stanowił wspaniały początek i jednocześnie, za sprawą używek, koniec artystycznej kariery. Wciąż naćpany zupełnie nie nadawał się do grania, stał na scenie, brzdąkając cały czas jeden akord. Wkrótce zastąpił go David Gilmour.
Z używkami eksperymentowali wtedy praktycznie wszyscy rockmani, z tego powodu popadali też raz po raz w tarapaty, jak na przykład – wraz z gronem przyjaciół – Keith Richards, na którego dom w lutym tamtego roku zrobiła nalot policja.
Nie przeszkodziło to Stonesom przyjechać do Polski i 13 kwietnia zagrać w warszawskiej
Sali Kongresowej.
Co prawda dwa lata wcześniej odwiedzili nasz kraj The Animals (ci od The House of The Rising Sun – to tak dla młodszych czytelników), ale to właśnie występ toczących się kamieni stał się katalizatorem przemiany świadomościowej ówczesnych nastolatków w naszym kraju. Chemiczna bomba pełna imperialistycznego, zgniłego hałasu wybuchła, o ironio, w miejscu, w którym odbywały się kolejne zjazdy przewodniej siły narodu, jaką przez cztery dekady była Polska Zjednoczona Partia Robotnicza.
1 czerwca ukazuje się
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
Beatlesów, uważany za najważniejszy koncept album i, w ogóle, za jedną z najlepszych płyt w historii pop music. Czwórka z Liverpoolu niczego już wtedy nie musiała udowadniać, rok wcześniej wydała znakomity Revolver, a jednak kolejny raz zadziwiła świat. Trudno tu wskazywać jakieś utwory, bo całość jest świetna, wspomnę jednak With a Little Help From MyFriends (rozsławione potem przez Joego Cockera), When I’m Sixty-Four i Lucy In The Sky With Diamonds (moje wytłuszczenia dotyczą jednej z wersji interpretujących tytuł).
W czerwcu tego roku odbył się też pierwszy wielki festiwal muzyczny –
TheMontereyInternational Pop Festival.
Zabrakło na nim bardzo wielu liczących się wówczas wykonawców, ale zagrali m.in. Jimi Hendrix Experience, Janis Joplin, The Who, Greatful Dead, Jefferson Airplane, Otis Redding oraz Simon i Garfunkel.
The Rolling Stones
swoje najlepsze płyty mieli nagrać trochę później, ale i tak światło dzienne ujrzały w 1967 roku dwa krążki – Between TheButtons (zawierający choćby Yesterday’s Papers) oraz Their SatanicMajesties Request (She’s A Rainbow, 2000 Man).
We wrześniu pojawiła się na rynku druga płyta Doorsów – Strange Days, potwierdzająca klasę zespołu (Love Me Two Times, Moonlight Drive, WhenThe Music’s Over).
9 listpada wychodzi pierwszy numer
„Rolling Stone Magazine”,
jednego z najbardziej opiniotwórczych czasopism zajmujących się muzyką czy, szerzej rzecz ujmując, kulturą.
Pod koniec roku (w USA 1 stycznia 1968) ukazuje się drugi album Hendriksa – Axis: Bold As Love, a na nim Little Wing oraz Castles Made OfSand. Podobnie jak w odniesieniu do Doors – umacniający pozycję wykonawcy na rynku.
27 grudnia pojawia się w sprzedaży nowa płyta
Boba Dylana
– JohnWesley Harding, a na niej All Along The Watchtower. Po psychodelicznych szaleństwach wcześniejszych albumów otrzymujemy porcję stylistycznej ascezy, od strony tekstowej wspartych elementami religijnymi czy wręcz mistycznymi. Dylan znowu wyprzedza czas. Śpiewa: „Wielu jest pomiędzy nami takich, którzy sądzą, że życie to tylko żart. Ale ty i ja mamy to już za sobą. Nie ma więc co udawać, pora robi się późna”.
Tak, żarty zdecydowanie się kończyły. Zjawisko zwane rock’n’rollem stawało się wielkim, największym w powojennych czasach przeżyciem pokoleniowym po obu stronach oceanu. Wolna miłość, orgie, alkohol, narkotyki – to wszystko zdawało się nie mieć granic. Poza tą jedną, najważniejszą – śmiercią. Brian Jones, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison nie dali rady, zmarli zdecydowanie przedwcześnie, przegrywając z nałogami. A jednocześnie rock całymi seriami zaczął wyrzucać z siebie płyty dobre i bardzo dobre. A między nimi – arcydzieła.
Re-we-la-cja. Tylko – czy to takie oczywiste, takie jasne i proste, że trzech oryginalnych członków zespołu wraz z synem czwartego wyjdzie po latach na scenę – i zmiecie z firmamentu wszystkie inne latające obiekty? Myślę, że wcale nie. I tym wspanialsze są w życiu chwile, gdy – zdaje się – czas staje i to w dodatku w jednym z najpiękniejszych możliwych miejsc.
[more]
Zastanawiam się, czy należy ubolewać nad ciągłym brakiem mocy sprawczej, by tego rockowego giganta wskrzesić na dłużej, czy może magia takich chwil zaklęta jest właśnie w ich wyjątkowości. I jak bardzo ta magia jest rozciągliwa – na jedną trasę koncertową, na tydzień, miesiąc, pół roku? A jednocześnie nie sposób z niepokojem nie odnotować faktu, że od tego występu mija już pięć lat i jeśli „LZ reaktywacja”, krótsza lub dłuższa, miałaby stać się faktem, to czasu na to robi się wciąż mniej i mniej. Jimmy Page ma dziś już sześćdziesiąt osiem lat, Plant i Jones niewiele mniej…
Ostatni pokaz specjalny filmu
będącego rejestracją ostatniego póki co występu kwartetu, który miał miejsce w O2 Arena w Londynie 10 grudnia 2007 roku, odbył się w zabrzańskim Multikinie na dwanaście dni przed rynkową premierą wydawnictw DVD i CD. Warto było się wybrać – nawet najlepszy i największy domowy ekran nie jest w stanie konkurować z kinowym, nie mówiąc o pilocie pod ręką i funkcji „pauza” albo „stop” i przerwie na kawę lub siusiu. Do kina idziemy z żoną wyłącznie po to, by patrzeć na film, w jednym kawałku, od początku do końca.
Scenę mieli panowie niemałych rozmiarów, ale – mimo różnych niedomówień w przeszłości – chemia między nimi była taka, że stali na kilku metrach kwadratowych, wciąż uśmiechając się do siebie nawzajem. Nie dziwię się – gęba rozpromieniła mi się od pierwszych dźwięków GoodTimes Bad Times, którym rozpoczęli występ, i pozostałem w zachwycie do samego końca. A oni przenieśli się w czasie do najlepszych momentów swoich muzycznych karier, przez dwie godziny robili to, co kochają w życiu najbardziej – grali swoją muzykę w wypełnionej do ostatniego miejsca sali. I to tę muzykę, która stanowi szczyt artystycznych dokonań zarówno ich, jak i jeden z najwyższych szczytów całej historii rocka. Nietrudno tych facetów zrozumieć: znów jesteśmy razem, stare nuty znów unoszą nas nad ziemię, a ludzie wiwatują. Rozpiera nas duma i radość.
Z mojej rockowej trójcy przenajświętszej: Beatles, Rolling Stones i Led Zeppelin – ci ostatni wyzwalają adrenalinę największą. Nie dziwota, bo
łojenie to potężne,
kryjące w sobie wielką moc i – jeśli o mnie chodzi – nie do pobicia przez nikogo. Wszystko w tym świetnie sfilmowanym koncercie było najwyższej próby – głos Roberta Planta rozgrzany od pierwszej minuty, a momentami szybujący w tak wysokie rejestry jak czterdzieści lat temu. Page, po którym najbardziej było widać, ile wysiłku kosztuje takie wiosłowanie, grał jak za starych czasów, fenomenalnie. Znakomicie zakonserwowany John Paul Jones znów udowadniał, że jest mistrzem drugiego planu – jego bas brzmiał przepięknie, zaś gdy przesiadał się do klawiatury, równie pięknie obsługiwał stopami basowy syntezator. Jason Bonham odwalał, tak jak ojciec, kawał ciężkiej roboty przy bębnach, a w Misty Mountain Hop nawet wspomógł wokalnie Planta. W ogóle, wyraźnie budził w pozostałych panach ojcowskie uczucia.
Dyskutowanie nad programem koncertu – co zespół zagrał, a – zwłaszcza – czego nie – nie ma sensu. Tym bardziej, że jeśli utarło się wyznaczać w wydawnictwach płytowych grupy cezurę między pierwszymi czterema albumami i resztą, to wczoraj uświadomiłem sobie, iż w wersji na żywo jest to podział bezsensowny. Jakże znakomicie zabrzmiały The SongRemains The Same, In My Time Of Dying czy Nobody’s Fault But Mine!
Jakaż to
lekcja rokendrola
dla wszystkich – starych i młodych fanów, dla muzyków – kamery tak często pokazują palce gitarzystów, że można nieźle podpatrzeć, skąd te dźwięki się biorą. Psychodelii też nie zabrakło, kiedy Page w Dazed And Confused zamienił kostkę na smyczek, a i później w No Quarter. Potęga tego grania jest wielka i absolutnie ponadczasowa.
Na deser dwa bisy, wpierw Whole Lotta Love (jeszcze raz sajkedelik), a na sam koniec, nomen omen, Rock And Roll. Panowie kłaniają się ostatni raz i definitywnie schodzą ze sceny. Tłum szaleje, a moje serce woła: „Jeszcze, jeszcze!”.
Na zakończenie powiem tylko tyle – dla każdego rockfana Celebration Day to pozycja obowiązkowa na półce. Zaraz w listopadzie albo najpóźniej pod choinkę.
Wiosną 1977 roku, kiedy powoli dobiegała końca moja edukacja na poziomie podstawowym – tu zacytuję klasyka – wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł: „Chcesz jechać na trzy tygodnie na kolonie czy na dwutygodniowy obóz we Francji?” (połączenie obu nie wchodziło w grę z powodów finansowych). Odpowiedź, mimo chwili żalu, że ominą mnie ostatnie już kolonie, była oczywista.
[more]
Gdzieś z początkiem lipca wyruszyliśmy nowoczesnym autokarem wyprodukowanym przez Mercedesa ze Śląska do Warszawy. Tam Okęcie i po dwóch godzinach lotu, wczesnym popołudniem, znaleźliśmy się w rozgrzanym słońcem Lyonie. W oczy uderzył nas mieniący się tysiącami kolorów, zupełnie inny świat. Kto tego nie przeżył, ten nie zrozumie. Ja, piętnastoletni, nigdy wcześniej nie miałem okazji widzieć nic innego poza Bałtykiem i Tatrami, tym większy przeżyłem więc
szok.
Choć nie taki, jak po kolejnych kilkunastu dniach. Przed południem Paryż, Orly, Concorde na jednym z pasów startowych – najnowocześniejszy wtedy samolot na świecie – a po dwóch godzinach Poznań. Coś, co trudno nawet nazwać lotniskiem. Szarość, cisza i bezruch. Celnik z rentgenem w oczach wypytujący nas, nastolatków, co mamy w bagażach. Potem powrót na Śląsk „ogórkiem” – telepiącym się, wysłużonym autobusem z rozłożonymi siedzeniami na środku, gdzie zamiast w miarę normalnego oparcia był tylko pas zapinany między rzędami na wysokości pleców, starsi pewnie pamiętają. I w tych warunkach powrót na Śląsk. To było naprawdę twarde lądowanie.
Mimo iż wielokrotnie sygnalizowałem w różnych wpisach, że
moja przygoda z muzyką
– za sprawą starszych braci – zaczęła się bardzo wcześnie, jeszcze w okresie przedszkolnym, jednak to, co miałem wówczas w głowie, było bardzo przypadkowe, zupełnie nieuporządkowane. Raczej funkcjonujące na zasadzie haseł – nazwisk, nazw grup, ale bez szczególnego pojęcia, co tak naprawdę za nimi się kryje. Niemniej początek był już zrobiony, a w kwietniu 1977 roku dokonałem pierwszego samodzielnego zakupu płytowego. Był to Live holenderskiego kwartetu Livin’ Blues.
Każde wejście do muzycznego marketu we Francji przyprawiało mnie o ból głowy. Nagle mogłem dotknąć krążków wykonawców, o których nad Wisłą jedynie słyszałem. W odróżnieniu od wspomnień dziennikarzy muzycznych, którzy mieli już za młodu kontakt z tymi płytami – z kolegami mogłem o nich rozprawiać jak o UFO: wielu tego słuchało, wielu o tym mówiło, ale nikt (bądź prawie nikt) nie widział. A tu kolorowy oczopląs: pełna materializacja odwiecznych mitów.
Czułem się, jakbym wstąpił w
progi świątyni,
w której w dodatku pozwalają mi dotknąć relikwii. Najsłynniejsze nazwy, tytuły – na wyciągnięcie ręki. Każda płyta, co jedna to piękniej wydana, pozwalała się musnąć, popieścić. Każda szeptała czule w ucho: „Kup mnie…”. A pieniędzy jak na lekarstwo – na książeczkę walutową wymienione dziesięć dolarów, czyli niecałe pięćdziesiąt franków (cena jednej płyty: 33-40 F), ponadto sto franków pozostawione w ramach wymiany przez francuskiego kolegę, który w tym samym czasie spędzał wakacje na obozie w Polsce. Strach i dziś myśleć, jakie wrażenia z naszej ojczyzny młodzi Francuzi zabrali ze sobą do domów.
A wśród nas, nastoletnich obozowiczów, krążył wtedy następujący dowcip:
Polska, rok 2000, sklep mięsny. Ludzie kupują – pięć deko szynkowej, osiem deko salcesonu, piętnaście deko zwyczajnej, dziesięć deko frankfurterków. Wchodzi facet i mówi:
– Proszę pół kilo szynki.
– A, na handelek, na handelek!
– Słowo honoru, że na wesele…
Ostatecznie przywiozłem do domu pięć krążków, wśród nich nowy wówczas Animals Pink Floyd oraz It’s Only Rock’n’roll Rolling Stones. Ponadto Edith Piaf dla rodziców oraz dwa bazarowe albumy z piosenkami Beatlesów, zbyt tanie, by mogły zawierać oryginalne wykonania. Wszystkie wzbudziły w domu niemałą sensację. Dwa pierwsze, w całkiem niezłym stanie, są ze mną do dziś.
The Rolling Stones znowu w studiu nagraniowym! Czy to rzeczywiście koniec, ostatnie dwa nowe nagrania, parę koncertów i definitywne odwieszenie instrumentów na kołkach – licho wie. Paru starszych od nich ciągle nagrywa, ciągle koncertuje, ale jeśli chodzi o Stonesów – ich aktywność w ostatnich latach wyraźnie spadła. Zobaczymy.
[more]
Dziewiętnaście albumów z premierowym materiałem przez pół wieku to dużo i mało zarazem. Ale trwały ślad po sobie zostawia się czasem jednym tylko dziełem – na przykład obrazem albo książką. Gdy słucham nagrań tej kapeli – zgoda, przyznaję, że najchętniej starych – to nie mam żadnych wątpliwości, że to kawał wielkiej muzyki. Że tak właśnie przechodzi się do wieczności.
Rock’n’roll trzyma się nieźle, starzy rockmani – znacznie gorzej.
[more]
Pierwsze pokolenie…
punkt wyjścia, panowie, którzy zaczynali w latach 50., różnie: niektórzy grają już w niebiańskiej orkiestrze, nieliczni są jeszcze tutaj. Chuck Berry, w moim odczuciu pierwszy wielki, od dawna już się nie udziela. Jerry Lee Lewis w 2010 roku wydał płytę. Jaką? Ze swoimi największymi przebojami opracowanymi na nowo, zagranymi wespół z najpilniejszymi uczniami.
Drugie pokolenie…
azymut, punkt odniesienia – ci, co zaczynali w latach 60. – też nieuchronnie zbliżają się do mety. Biologia jest nieubłagana. Pierwsi spośród nich umierali przedwcześnie: w katastrofach lotniczych, wypadkach samochodowych i motocyklowych, z przedawkowania alkoholu i/lub narkotyków. Potem przyszły choroby. Teraz – wszystko to razem plus nieuchronna starość. Sam też nie wiem, jak jeszcze długo będę mógł ten proces obserwować. Jak to będzie, gdy umrą ikony rocka – gdy zabraknie Beatlesów, Stonesów, Dylana, gdy wykruszą się następni wielcy?
Filharmonia
Pozostaną płyty i rejestracje koncertów, pozostaną oryginały. Ale czy ich muzyka będzie grana na żywo – tak jak Vivaldiego, Chopina, Mozarta? Czy przeniesie się do filharmonii, stając się muzyką przeszłości dla wybranych? Czy aby zobaczyć rozbijanie gitar na koniec koncertu, usłyszeć wykrzyczane do mikrofonu there’s no future, no future for me! będziemy zakładać garnitury albo – też zgodnie z savoir vivre’em – znoszone dżinsy, kolorowe koszule albo czarne tiszerty?
Czy to będzie miało sens, ta muzyka, jak się dziś upieram, oryginału, grana przez wykształconych w akademiach muzycznych instrumentalistów i wokalistów? Czy w sklepowych przegródkach z muzyką klasyczną znajdziemy kiedyś Beatlesów pomiędzy Bachem i Beethovenem? Bo przecież oni wszyscy w swoim czasie tworzyli muzykę ku rozrywce – ?
Revival bands
Albo jeszcze inaczej. Zadanie to przejmą kapele typu revival. To właściwie już się dzieje. Sale koncertowe wypełniają się podczas występów The Australian Pink Floyd czy The Musical Box, grającego stare kawałki Genesis. Dawno temu, na początku lat 80., przy pełnej widowni wystąpił w Spodku RFN-owski The Beatles Revival Band. I co? Hm, było zawodowo i wzruszająco.
W znakomitym filmie Martina Scorsesego Shine A Light (W blasku świateł) mamy przede wszystkim zapis porywającego koncertu The Rolling Stones w nowojorskim Beacon Theater jesienią 2006 roku. Ale są też niezwykle starannie wyselekcjonowane fragmenty dokumentów poświęconych słynnym muzykom, ich szczególnie celne wypowiedzi.
[more]
– Długo już występujecie? – dziennikarz pyta młodziutkiego Micka Jaggera. – Dwa lata. – Jak długo jeszcze planujesz to robić? – Nie wiem. Nie sądziłem, że będę to robił aż dwa lata. Na początku nie uważaliśmy, że wyjdzie z tego coś dużego. Nagrywamy piosenki już dwa lata i wciąż uchodzimy za nową grupę. Naprawdę nie wiem. Myślę, że damy sobie radę jeszcze co najmniej przez rok.
*
Sierpień 1972.
– Wyobrażasz sobie, że mając sześćdziesiąt lat nadal robisz to samo? – pytanie do frontmana Stonesów. – Bez trudu. – Naprawdę? – Oczywiście.
*
– Kto jest lepszym gitarzystą, ty czy Keith? – pytanie skierowane do Rona Wooda. – On wie, że ja – pada po chwili odpowiedź.
Cięcie.
– Jak ty byś na to odpowiedział? – to z kolei do Richardsa. – Nikt nie chce być najlepszy. – On powiedział, że jest najlepszy. – Wiedziałem, że tak powie – zaśmiał się Richards. – Ale prawdę znam ja. Obaj jesteśmy marni, ale razem jesteśmy lepsi niż dziesięciu innych.
*
W 1978 roku, w bardzo dobrej na tamte czasy książce Rock. Od Presleya do Santany, Marek Garztecki rozdział poświęcony Stonesom – Toczący się kamień mchem nieporasta – kończył następująco:
„Czy jednak owa dawka świeżej krwi (mowa o nowym gitarzyście, Ronniem Woodzie, który zastąpił Micka Taylora, oraz o kontrakcie z nową wytwórnią płytową) wystarczy, aby przedłużyć istnienie grupy o dalszych parę lat? Tego prawdopodobnie nie wiedzą nawet sami jej członkowie. Niełatwo bowiem sprostać wymaganiom legendy, która dawno już przerosła swych twórców.
Czas upływa. Na grobie Briana Jonesa wyrosła już gęsta trawa i chyba nawet najwierniejsi jego wielbiciele zapomnieli już o swym dawnym bożyszczu. Jakie będą losy reszty członków zespołu – tego oczywiście nikt nie jest w stanie przewidzieć. Amerykańscy krytycy muzyczni prowadzą osobliwą ankietę zatytułowaną: Kto będzienastępną ofiarą śmiertelną spośród muzyków rockowych. Dwa pierwsze miejsca zajmują na niej Keith Richards i Mick Jagger”.
*
Niedługo po opublikowaniu tej książki, pod koniec lat 70. i na początku 80., za sprawą używek rozstali się z życiem m.in. Keith Moon, bębniarz The Who, Bon Scott, wokalista AC/DC i John Bonham, perkusista Led Zeppelin. Członkowie Rolling Stones żyją do dziś i dorobili się zawrotnych fortun. Ale, co najważniejsze, ciągle grają i najwyraźniej nadal sprawia im to olbrzymią przyjemność. Kilku pokoleniom fanów również, o czym świadczą pełne widownie podczas kolejnych tras koncertowych zespołu.
A wracając do filmu – jak patrzę na te sterane przez czas, ale roześmiane jak u niesfornych chłopców gęby, na tę bezustanną balangę na scenie i na widowni, to myślę sobie, że moja miłość fana do Stonesów jest bezwarunkowa. Od czasów, gdy niewiele wystawałem ponad stół.
Wciąż żywe wspomnienie sprzed trzech lat*. Bodaj przedostatni koncert na trasie specjalnie reaktywowanego The Police. Płyty Stinga sprzedawały się coraz słabiej, forma artystyczna też coraz gorsza. Police na Stadionie Śląskim? Oczywiście – mimo różnych „ale”, trzeba iść.
[more]
Po około dziesięciu minutach stwierdziłem, że brzmią lepiej niż wszystkie trzy kapele, które grały w tym miejscu rok wcześniej (czyli Pearl Jam, Genesis i Red Hot Chili Peppers). Gitara Summersa, wówczas – nie wypominając – pana już sześćdziesięciodwuletniego, brzmiała rewelacyjnie. Brak mi przygotowania muzycznego, by docenić grę Copelanda (Antoni Piekut wciąż powtarza, że wymyślił on nowy sposób gry na perkusji), frontman brzmiał przyzwoicie zarówno wokalnie, jak i jako basista. I wszystko byłoby O.K., gdyby nie to, że po sześćdziesięciu pięciu minutachtrio zeszło ze sceny. Cóż, panowie wyraźnie, mimo wielu lat odpoczynku od siebie, już po kilkudziesięciu dniach tournee mieli się serdecznie dość nawzajem. To było widać – zero kontaktu między sobą. Czułem się, jakby ktoś dał mi po gębie. Sześćdziesiąt pięć minut? W Polsce, w 2008 roku? Tu, gdzie sprzedają się ich płyty? Gdzie starsi od nich grali ponaddwugodzinne koncerty?! Kpiny z ludzi. Miałem dość, spodziewałem się, że każdy kawałek na bis może być tym ostatnim, co zupełnie odebrało mi radość słuchania. No i, gdzieś po kolejnych dwudziestu minutach, definitywnie zeszli ze sceny.
Zlekceważony, po pewnym czasie znalazłem się w samochodzie i włączyłem radio. A tam – w Trójce – ludzie dzwonią do Piotra Kaczkowskiego (prowadzącego Minimax) i z zachwytem opowiadają, na jakim wspaniałym koncercie byli. Nic z tego nie rozumiałem – czyżbym ja był gdzie indziej, gdzieś, gdzie grali inni Policjanci? Próbowałem się, bodaj pierwszy raz w życiu, dodzwonić do radia, ale bezskutecznie.
Wszystko ułożyło się w mojej głowie w całość – wcale niewybitny koncert przed laty w Spodku, niemoc kompozytorska Stinga w ostatnim czasie, która zresztą trwa do dziś, czego efektem jest nużąca płyta zimowo-świąteczna, krążek z filharmonikami berlińskimi (stary towar w nowym opakowaniu), wreszcie teraz osobisty jego wybór dwudziestu pięciu utworów z całego solowego dorobku (jw.). Po drodze jakieś dziwne koncerty,np. dla prezydenta Uzbekistanu, despotycznego władcy, za ciężkie pieniądze. Fuj. Nie mogę tego pana – znaczy Stinga – słuchać od tamtej pory. Już mu chyba nigdy nie uwierzę.
*
Minęło parę dni od tego koncertu i poszliśmy z żoną na Shine A Light. Nie do multipleksu, gdzie jakość obrazu i dźwięku byłaby bez zarzutu, a do Rialta, gdzie akurat puszczano ten film. Jakość dźwięku kiepska, sprzęt się sypał, emisję dwukrotnie przerywano. Ale co z tego!
Podobno panowie Jagger i Richards ostatnio nie darzą siebie zbytnią sympatią, ale wtedy, kilka lat wcześniej, wyglądało to chyba inaczej. Ciasna scena teatru, na niej kilkanaście osób, które bez przerwy uśmiechają się do siebie, poszturchują jak nastoletnie chłopaki, Buddy Guy i Jack White jako goście (wydzierająca się Aguilera to akurat jedyne nieporozumienie tego koncertu), Satisfaction grane nie wiadomo po raz który – 3000-, 5000-tysięczny? – zabrzmiało tak, jakby jutro miał skończyć się świat, a przynajmniej Stonesi nigdy już mieli nie wyjść przed publiczność.
Pomyślałem sobie: O, cholera, ci faceci są o – z grubsza biorąc – dychę starsi od ThePolice – a grają tak, ze serce rośnie.
To właśnie jest subtelna różnica między kapelą wielką, jaką jest The Rolling Stones, a kapelą taką sobie, czyli The Police. Oczywiście, nie tyle chodzi tu o względy historyczne – bo Policjanci są ważną grupą w dziejach rocka – ale, po latach, podejście do tego, co się robi i jak traktuje się publiczność. Jedni kochają swoją robotę, inni – przynajmniej w tym składzie osobowym – nie cierpią.
Cóż, kasa nigdy nie śmierdziała, nie śmierdzi i śmierdzieć nie będzie. A niechęć niektórych osób do siebie nawzajem nie przemija. A mówi się, że ludzie łagodnieją z wiekiem. Nie wszyscy i nie zawsze. Jako fan czuję się bardzo oszukany. Bardzo lubiłem kiedyś Police, w latach 80. Sting, obok U2, był moim ukochanym wykonawcą. Był po prostu wielki, a to powinno zobowiązywać.