W 1977 roku znalazłem się we Francji i stamtąd przywiozłem ten krążek. Bracia ubolewali co prawda, że mój wybór nie padł na coś starszego, ale jeśli wtedy miałem jakieś pojęcie o muzyce, to było ono dość blade. I gra mi teraz w tle ten sam egzemplarz – gdy się dba o płyty, powiem nieskromnie, to i po wielu latach da się ich bez zgrzytania zębami słuchać. To w ogóle jedna z pierwszych płyt w moim zbiorze, przeszła ze mną praktycznie całą muzyczną drogę, w ciągu kilku lat, może poza tytułowym utworem, całkowicie przesuwając punkty ciężkości.

[more]
To ostatni album Stonesów, na którym gra
Mick Taylor.
Odszedł sam, doprowadzając swoją decyzją do wściekłości i Jaggera, i Richardsa. Jedna z wersji powiada, że musiał się ratować, bo podjął współpracę z zespołem jako wegetarianin, a kończył jako narkoman.
Jako wielki wyznawca tej kapeli, ze wzruszeniem wspominający pierwsze z nią spotkania w swoich czasach jeszcze przedszkolnych, jak i z czułością pochylający się nad ostatnimi dwiema nowymi piosenkami, sądzę, że z gitarzystów trzech: Jonesa, Taylora i Wooda – Mick był zdecydowanie najlepszy.
Świetny technik, bluesman o wirtuozowskich zapędach.
To chyba nie przypadek, że nagrania z jego udziałem brzmią do dziś najlepiej. Że, oczywiście, są to utwory z najwspanialszego okresu zespołu, ale też nagrane przez najlepszy skład Stonesów.
Dziesięć kawałków, z których najpierw – jako piętnastolatkowi – podobały mi się te najostrzejsze, ale po roku, może dwóch latach zaczarowały ostatnie utwory na obu stronach longplaya – najpierw Fingerprint File, a potem Time Waits For No One. Dwa szlachetne, ponadsześciominutowe dzieła. Oba w średnim tempie, kojarzące się, zwłaszcza ten drugi, z arcydziełami na Let It Bleed. To najjaśniej świecące gwiazdy w tym zbiorze.
Dorzucić należy jeszcze piosenkę tytułową, pierwotnie pisaną przez Jaggera dla Davida Bowiego (zupełnie nie rozumiem, dlaczego na ostatnich składakach TRS skróconą o dobrą minutę, to barbarzyństwo). No i osobliwe stonesowskie reggae, Luxury.
Ten album, przez lata się utarło, uznawany jest za jeden ze słabszych w dorobku grupy. O rany, nie! Nie podzielam tej opinii, potem nie raz było gorzej. I – powtórzę, co już parę razy pisałem w innych miejscach –
tzw. słaby album wielkiej grupy
i tak będzie lepszy od dobrej płyty niezłego zespołu. Ronnie Wood ze swoją gębą co prawda pięknie wkomponował się w skład, ale gdzie mu tam do Taylora. Toczące się Kamienie pozostały wspaniałą, jedyną w swoim rodzaju kapelą rokendrolową, ale ich korzenie bluesowe wyraźnie straciły na głębokości wraz z odejściem Micka Krawca.
Jak się czyta wspomnienia muzyków zespołu, ich bezustanne zmaganie się z używkami, kobietami, prawem i policją, aż trudno uwierzyć, że w takich warunkach można było nagrywać kolejne płyty i jeździć w kolejne trasy koncertowe. Przecież, gdyby byli wypoczęci, wolni od nałogów, nie okupowali – jak Richards z Jaggerem – pierwszych miejsc na liście rockowych gwiazd-kandydatów do przeniesienia się w stanie odurzenio-upojenia w zaświaty, mogliby pracować o wiele wydajniej.
Ale czy na pewno?
