(The) Who Are You

who_odds

Jak to się stało, że kwartet nigdy nie zaistniał w szerszej świadomości rockfanów nad Wisłą? The Who przecież byli tam, gdzie działy się wielkie rzeczy – w 1967 roku na Monterey Pop Festival, dwa lata później wystąpili w Woodstock. Wystawili także dwie znaczące rockopery.

[more]

*

Przez całe dziesięciolecia muzyka przedostawała się

z Zachodu nad Wisłę

w bardzo skromnym wymiarze. Poza wybrańcami losu mającymi z tych czy innych względów dostęp do wydawnictw zza żelaznej kurtyny, gardło to bardzo długo było wąskie jak Program III Polskiego Radia, jego ramówka reglamentująca audycje muzyczne – i w końcu upodobania redaktorów je prowadzących.

Co mi, rocznikowi 1962, zostało w pamięci? „Muzyczne Poczty UKF” – Witolda Pogranicznego z muzyką polską („Co mam zrobić, jeśli Państwo ciągle proszą o Czerwone Gitary, Marylę Rodowicz i Czesława Niemena?”), Dariusza Michalskiego z graniem z demoludów i, jak przyszło co do czego, nowymi nagraniami SBB, Marka Gaszyńskiego z ostrzejszą odmianą rocka, ale zbyt często gitarową popeliną w stylu Sweet, Slade czy Suzi Quatro. 

Długo okrętami flagowymi rozgłośni były środowe „Poczty” i „Tonacje” oraz zmieniający swoje miejsce – raz we wtorki, raz w czwartki – „Minimax” Piotra Kaczkowskiego. Był oczywiście jeszcze „Bielszy odcień bluesa” Wojciecha Manna i Jana Chojnackiego, ale skupiony, jak podpowiada sama nazwa, na bluesie, był Janusz Kosiński z „Odkurzonymi przebojami” (bajko ty moja, w 1978 na przykład odkurzał Cream albo Free, czyli utwory okołodziesięcioletnie zaledwie), trochę później pojawił się Marek Wiernik serwujący nowe gitarowe brzmienia. Był – niestety sporadycznie – Jerzy Janiszewski. Zmierzam do tego, że nieuchronne filtrowanie i tak niewielkiej rzeczki zamiast oceanu muzyki przez gusta kilku – kilkunastu radiowców powodowało, że pewne nazwy – nawet z tych największych – nie były darzone szczególną atencją, a ich nagrania stanowczo zbyt rzadko pojawiały się na antenie.

Z pierwszego pokolenia brytyjskich rokendrolowców – nawet jeśli weźmiemy poprawkę na, generalnie, tendencję spadkową w latach 70. – nie dano polskim fanom zapomnieć o Stonesach. Beatles, choć prawdziwy renesans zaczęli przeżywać dopiero od następnej dekady, zawsze mogli liczyć na łaskawość i przychylność. Ale, przejdę do konkretów, The Kinks czy The Who już niekoniecznie.

*

W 1986 roku wraz z rodzicami, na pokładzie FSO 1500 (już nie Fiata 125p, bo zirytowani jakością produktu Włosi odebrali nam licencję) udawałem się na dwa tygodnie do Grecji. Tuż po przekroczeniu granicy w Cieszynie, w jego czeskiej części namierzyłem sklep z płytami, a na wystawie The Best of The Who, wydany przez Supraphon na licencji Polydoru. Wtedy takie wydawnictwa były rzadkością i

rozpalały wyobraźnię…

Wracaliśmy tą samą drogą (ja z pieczołowicie chronioną L.A. Woman Doorsów), zatrzymaliśmy się tuż przed przekroczeniem ostatniej granicy. Uprosiłem tatę, by odpalił mi odpowiednią ilość koron. Wszedłem do sklepu. I zupełnie nie pamiętałem w tym momencie, że płyta to po czesku deska.- The Who…- Dehu? – zażywna, trzymająca skrupulatnie knedlikową dietę pani za ladą bez cienia uśmiechu wyraziła swe niezrozumienie tematu. – Jaku dehu?! – No, The Who… – Dehu? – spytała raz jeszcze, nie kryjąc niechęci. Nie umiejąc się porozumieć, wskazałem odpowiednią okładkę z witryny. – Aaa, Dehuvku…

*

W 2010 roku rzuciłem się na zremasterowane wersje płyt The Beatles, w tym samym czasie w domowym zbiorze pojawiły się upragnione Get Yer Ya Ya’s Out i Let It Bleed Rolling Stones (dziś można już upolować większość płyt The Glimmer Twins z lat 60.). I chyba wtedy też zakupiłem My Generation – The Very Best of – w końcu coś The Who na CD.

Ale dopiero w ostatnich kilku miesiącach nabyłem wreszcie – bo wreszcie dostępnych w Polsce – osiem katalogowych płyt zespołu. Co nie bez znaczenia – w cenie 19,99 zł za sztukę. I właśnie teraz mam taki okres, że domięśniowo i dożylnie aplikuję sobie, bez jakiegokolwiek znieczulenia, nagrania kwartetu. Wspaniałe są takie korepetycje – jeśli nie dane mi było poznać tych płyt wcześniej (poza Who’s Next), tym świeższym uchem docierają one do mnie teraz.

Jest bosko. Genialność Who’s Next doceniłem już dawniej. Live At Leeds powala swoją mocą, żywiołowością wykonań na żywo. Sell Out to klasyka – ten wyjątkowy 1967 rok! Odds & Sods to potężna, blisko osiemdziesięciominutowa w wersji kompaktowej dawka rarytasów. By Numbers zadziwiająco pięknie nawiązuje do brzmień z poprzedniej dekady, a i na Who Are You, wydanej tuż przed śmiercią bębniarza, Keitha Moona, jest wiele dobrych momentów.

*

The Who zaczynali jako naśladowcy Beatlesów i Stonesów, by błyskawicznie stać się w

trzecią siłą brytyjskiego rocka.

I wciąż czerpiąc z pionierskich lat rokendrola, przeistoczyli się w rasowy i nowoczesny band gitarowy w końcu lat 60. Rozwalali instrumenty na zakończenie swych występów, ale – co bez porównania istotniejsze, tak jak Rolling Stones – mieli uszy i oczy otwarte na wszystko to, co działo się u schyłku dekady. Psychodelia czy hard rock spod znaku Cream i Led Zeppelin – to wszystko umiejętnie przeszczepili na swój grunt. Nie atakując nadmiarem przystawek (co słychać w Live At Leeds), potrafili powalić mocą brzmienia. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że kwartet nigdy nie zaistniał w szerszej świadomości rockfanów nad Wisłą. The Who przecież byli tam, gdzie działy się wielkie rzeczy – w 1967 roku na Monterey Pop Festival, dwa lata później wystąpili w Woodstock. Wystawili dwie znaczące rockopery: Tommy’ego w 1969 roku i Quadrophenię w 1973.

Po przedwczesnej śmierci Keitha Moona w 1978 roku Pete Townshend, Roger Daltrey i John Entwistle nie bardzo wiedzieli, co dalej ze sobą począć. Pierwszy z nich zastanawiał się, czy nie należałoby zatrudnić dwóch perkusistów, częściej jednak dominowała myśl o rozwiązaniu zespołu – jak w przypadku Led Zeppelin po śmierci Bonhama. Stało się to w 1982 roku, po nagraniu jeszcze dwóch albumów z Kenneyem Jonesem na perkusji. Jednak kolejne trzy lata później zameldowali się na Live Aid i ostatecznie dali spokój z deklaracjami o zawieszeniu instrumentów na kołkach – czyli występowali nadal. Nawet śmierć basisty Johna Entwistle’a w 2002 roku nie odwiodła ich od tego. Ich – już tylko dwóch oryginalnych członków bandu. 

W 2013 roku kolejny raz wystawili w Londynie Quadrophenię, a jej zapis można na różnych nośnikach nabyć także w polskich sklepach. W ubiegłym roku w sieci pojawił się nowy kawałek kapeli – Be Lucky. Wyraźnie dowodzi to, że Townshend i Daltrey, wbrew młodzieńczej deklaracji wokalisty w słynnym numerze My Generation z 1965 roku, że chciałby umrzeć, nim się zestarzeje, mają zamiar grać póki sił im starczy.

Ufam, że przyjdzie niebawem pora, by zatrzymać się na dłużej przy jednym czy drugim albumie The Who.

[W NaTemat:25 stycznia 2015]

Muzyka elektroniczna – czyli formuła przepastnie otwarta

skrzek_podroz

Tego tekstu miało nie być. Czasem, przez wielki szacunek dla drugiego człowieka, zwłaszcza takiego ze sporymi osiągnięciami, przechodzi się do porządku nad jego słabościami. Miało nie być, bo byłem pełen obaw przed koncertem, a pisanie ze z góry założoną tezą nie jest uczciwe. Ponadto nie powinno się pisać o czymś, czego nie widziało się do końca. A jednak jest powód, który nie pozwala mi milczeć.

[more]

W czwartek w katowickim Rialcie, przy okazji Europejskiego Kongresu Gospodarczego, zagrał 

Józef Skrzek.

By wpisać się w międzynarodowy charakter całości, zaprosił do wspólnego występu także Rosjanina Miszę Ogorodowa i Brytyjczyka Paula Lawlera.

Pisałem już o tym kiedyś – o liderach wspaniałych zespołów, którzy podejmując karierę solową, zatracili umiar. Chodzi o nazwiska największe: Czesława Niemena i Józefa Skrzeka. Tego pierwszego i jego działalność po rozwiązaniu Aerolitu pozostawmy już w spokoju. I tak to drobiazg przy tym, do czego zdolny jest największy jego uczeń.

Gdy w listopadzie 1980 roku Piotr Kaczkowski przekazał informację o rozpadzie SBB, miałem – będąc już osiemnastolatkiem – łzy w oczach. Bo stało się to w szczytowym okresie działalności – zespół w realizacjach studyjnych wreszcie brzmiał rewelacyjnie, nagrywał swoje najlepsze płyty.

Józef Skrzek z marszu rozpoczął solową karierę. Jeszcze w tym samym momencie, w którym kapela nagrywała Memento z banalnym tryptykiem, realizował Ojca chrzestnego Dominika. W 1983 roku ukazała się Józefina, nagrywana w 1981, pierwsza po rozpadzie SBB solowa płyta artysty. Lżejsza, piosenkowa, nagrana z wieloma gośćmi, ale zwarta i rockowa. Z Haliną Frąckowiak zrealizował drugi wspólny krążek – Ogród Luizy. Potem była muzyka do filmu Wojna światów Piotra Szulkina, a następnie przez pewien czas Skrzek grał z Tomaszem Szukalskim. Efektem tej współpracy był album Ambitus Extended. Do tego momentu wszystko było w porządku.

Kolejną pozycją w dyskografii okazała się – uwaga – Podróż w krainę wyobraźni. Pretensjonalny tytuł – i zapis fragmentów solowych występów multiinstrumentalisty w chorzowskim Planetarium. Płyta słaba i zwyczajnie nudna.  W tym miejscu kończę wyliczankę, by wrócić do owej tezy, o której wspomniałem na wstępie. Nie spodziewałem się niczego szczególnego po czwartkowym koncercie, bo 

nie lubię muzyki elektronicznej,

el muzyki (termin wylansowany przez Jerzego Kordowicza, autora „Studia nagrań”, audycji przez wiele lat nadawanej w Trójce). Nie lubię tej muzycznej formuły otwartej, której otwartość kojarzy mi się przede wszystkim z odrzuceniem ram czasowych, a tym samym i dramaturgicznych utworów. Wszystko, a więc i dobre, piękne czasem pomysły, fragmenty – rozmywa się w czasie: ginie w rozciągnięciu do granic wytrzymałości każdej frazy, w jej wielokrotnym, do znużenia i znudzenia, powtarzaniu. 

Muzyka elektroniczna to całkowite zaprzeczenie gitarowego rocka z lat 50. i początku 60. – krótkich, niewiele ponad dwuminutowych form. Skondensowanych maksymalnie – wpierw z racji niedużych możliwości aranżacyjnych, instrumentalnych, a potem – gdy te już w wielu przypadkach były – dalej wielu wykonawców potrafiło utrzymać zbawienny rygor czasowy. Absolutnie sztandarowy dla mnie przypadek, gdy fenomenalna fraza pojawia się zaledwie jeden jedyny raz w piosence, to Badge Cream z tym olśniewającym wejściem Claptona.

W muzyce elektronicznej jest miejsce na wszystko. Najczęściej na to, by pomysły warte w przybliżeniu jakichś dziesięciu, góra piętnastu minut rozdąć do rozmiarów całej płyty analogowej, czyli około trzech kwadransów. O cierpliwości! Nie na moje nerwy takie granie. Bo to już przed laty przypominało – i tym bardziej dziś przypomina – granie a vista z włączonym nagrywaniem. Dobrze, jeśli potem się siada i wyciska z tego sok jak z pomarańczy. Ale jeśli ci mistrzowie elektronicznych klawiatur uparcie serwowali – i nadal serwują – muzykę graną w zwolnionym tempie – to nie dla mnie taka podróż.

I dotyczy to także Józefa Skrzeka. Którego cenię jak mało kogo na polskiej scenie – ale przede wszystkim za to, co zrobił i wciąż potrafi zrobić z SBB. Tyle razy składałem mu hołdy fana, że chyba w tym miejscu nie muszę tego powtarzać. 

*

Muzyka elektroniczna – formuła otwarta. Najczęściej – 

forma bezkształtna, magma 

jakaś. Otwartość kojarząca się raczej z bezdenną przepaścią, w którą wpadają pozbawieni instynktu samozachowawczego artyści. Nawet ci najwięksi. I to boli najbardziej.

Na Boga, Panie Józefie, wyszedł Pan na scenę z kolegami bodaj o 20.10. W paru momentach było pięknie, choć te w większości wzięte były z SBB – Freedom (znów mocny, wspaniały Pana głos) czy maleńki fragment Ze słowem biegnę do Ciebie. Tak jak nie zwykłem wychodzić z koncertów przed ich końcem, tak o 22.10 opuściliśmy z żoną salę. Wydawało się parę razy, że już kończycie, że dźwięki już wybrzmiewają, ale zaraz potem odradzały się, bynajmniej nie jak Feniks z popiołów. To nie jest takie proste: wytrwać, gdy następnego dnia trzeba wstać jak zwykle przed szóstą, a ze sceny wieje głównie nudą.

Skonsternowany dowiedziałem się właśnie – i to sprawiło, że chwyciłem za klawiaturę komputera – o której zakończył się ten występ. Na początku na widowni było około dwieście pięćdziesiąt  osób. Do końca wytrwało dwadzieścia. 

Panie Józefie, 

tak się nie godzi.

Koncert powinien mieć coś ze święta, z misterium. Być czymś wyjątkowym, wyrywającym ludzi na chwilę z codzienności. Winien też cechować się obustronnym szacunkiem – widzów do artysty, ale i artysty do widowni. Zapraszam was na ucztę, do siebie, do domu, raczę was tym, co mam najcenniejszego. Zachowuję błogosławiony umiar, wyczucie tego, co mogę i powinienem. Mówię, ale i słucham. Nie otwieram naraz wszystkich szuflad i schowków, nie wyciągam wszystkiego na stół, podaję tylko kęsy najlepsze. Jezus, Maria, Józefie Święty, była 23.50, gdy skończyliście grać. To nie ludzie wyszli przed końcem koncertu, to Pan grał jeszcze długo po jego zakończeniu. 

Ponieważ niejednokrotnie odwołuje się Pan do chrześcijańskiej tradycji – zakończę w podobny sposób. Jednym z grzechów głównych jest nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Oraz graniu innym – bez krztyny refleksji, czy aby nie mają już serdecznie dość.

[W NaTemat: 10 maja 2014]

ZaGrammy to jak zwykle po swojemu – JJ Cale & Eric Clapton: The Road to Escondido, 2006

Jako wychowanek radiowej Trójki raz po raz sprawdzam swoje stare i nowsze ślady na katowickiej częstotliwości 99,7 MHz. Wychodzi na to, że moje muzyczne upodobania, kształtowane przed laty przez Piotra Kaczkowskiego, są dziś dość odległe od klimatów wciąż bardzo obecnych w programach redaktora. Nie przesadzając z wpływami, bo to w moim wieku po prostu niemożliwe, już od dawna znacznie bliżej mi do propozycji Wojciecha Manna. Wielokrotnie zabarwionych niegdysiejszym „Bielszym odcieniem bluesa”, kiedyś – wspólnym dziełem jego i Jana Chojnackiego.

[more]

Bliżej do źrodeł rokendrola,

do nieskomplikowanego gitarowego grania, które – w moim odczuciu – lepiej znosi upływ czasu niż uwznioślające próby progrockowe. Świetne kiedyś, w swych pierwszych i najlepszych realizacjach, ale dziś zwykle nieświeże i pretensjonalne. Bliżej do źródeł, choć niekoniecznie do bluesa w czystej postaci.

Lay Down Sally, czyli piosenka z płyty Slowhand (1977), zaprezentowana przed laty przez P. Kaczkowskiego, wydała mi się, nastolatkowi, błaha i zupełnie na aucie rockowych dokonań. A dziś jest tak, że wciąż lubię, jak band dosypie do pieca, ale coraz bardziej pomlaskuję z zachwytu nad takim, bez przeproszenia, popierdalaniem Knopflera czy Claptona. A ten ich luz to – najwyraźniej – patent nieodżałowanej pamięci JJ.

Na The Road to Esondido składa się

czternaście utworów,

dwanaście z nich to kompozycje Cale’a, pod dwiema, raz jako współautor, podpisany jest Clapton. A więc znane proporcje. E. C., wiadomo, jako instrumentalista jest majstrem z tych najprzedniejszych. Tyle że od dawna już nienadużywającym, także ślizgania się po gryfie. Dzięki temu lekkie i zwiewne piosenki JJ zyskują rys gitarowego mistrzostwa, nie tracąc nic ze szlachetnej prostoty i łagodności. Plejada gwiazd wśród sajdmenów tak samo doskonale wie, jak należy wykonać swoją robotę.

Efekt jest wspaniały,

zdecydowanie ponadczasowy, godzien tej jednej jedynej Grammy, jaka stała się udziałem Cale’a – w 2008 roku. Wchodzimy w świat dźwięków daleki od wypełnionych terminarzy, szalonego tempa wielkich miast, hałasu klaksonów i wykrzykiwanych przekleństw. Co prawda tylko na niespełna godzinę, ale jak to dobrze, że byli i ciągle wśród nas są tacy, którzy z ucieczki od zgiełku potrafili i potrafią uczynić sposób na życie. Bo to właśnie dzięki ich muzyce my sami możemy codziennemu wariactwu uszczknąć kwadranse smakowitego wyciszenia.



Wyrwane z kontekstu: U.K., Rendezvous 6:02

Rok 1979. Dogorywanie rocka symfonicznego w – dla mnie jedynym szlachetnym – pierwszym okresie, w pierwszym pokoleniu tego typu wykonawców. Na finiszu wśród najlepszych byli SBB z Welcome (1979) i Mementem z banalnym tryptykiem (1980), Yes z albumem Drama (1980) i właśnie United Kingdom.

[more]

Supergrupa powstała na bazie rozwiązanej w 1974 roku formacji King Crimson, dowodzona była przez Johna Wettona i Eddiego Jobsona. Kapela, która jak meteor przemknęła przez rynek muzyczny: trzy płyty, dwie studyjne oraz rejestracja występów w Japonii i – tyle. Wetton zaraz potem znalazł się, na krótko, w Wishbone Ash, a następnie w składzie pod nazwą Asia – tyleż znakomitym, jeśli chodzi o nazwiska, co koszmarnym, gdy wspomnieć repertuar.

Co innego jednak U.K. Dwa albumy studyjne bronią się po latach znakomicie, a zawartością przywodzą na myśl tak wspaniałe płyty King Crimson, jak Larks’ Tongues In Aspic (1973) czy Red (1974).

Na płycie Danger Money, którą Piotr Kaczkowski uznał za najlepszą w 1979 roku, jest utwór trochę wyłamujący się z konwencji rocka progresywnego. Trochę, bo zbudowany jest z trzech części – takich samych początkowej i końcowej, pięknych, pełnych nostalgii i smutku, oraz – jednak – z symforockowego odlotu w części środkowej.

Trzeba będzie kiedyś wrócić do tego brawurowo zagranego materiału, natomiast teraz – jako swoista zapowiedź – Randka.

Nowe sytuacje – Tape Reels

Ufam, że nie cierpię na przerośnięte ego. Gdzie Blog and rollowi do Piotra Kaczkowskiego i jego serii Minimax.pl, gdzie do świetnych trójkowych audycji dla debiutantów Piotra Bukartyka (szkoda, że „spadły” z anteny). Mam świadomość, że podpisanie listy obecności na tym blogu niczego nie załatwi i nie ułatwi. To takie oświadczenie woli – obu stron – że się zgadzamy, by się w tym miejscu pojawić. Zapraszam ewentualnych chętnych. A dziś, na naprawdę dobry, gitarowy początek – Tape Reels z Tarnowskich Gór, zaś następnym razem Nils Project.

[more]

O TR pierwszy raz usłyszałem we wrześniu ubiegłego roku. Jakiś miesiąc temu napisałem do chłopaków, ruszyła wymiana mejli. Poprosiłem ich o parę zdań o sobie i ostatnio od Iwo Nowaka, basisty zespołu, otrzymałem taki list:

„Tape Reels – trio bardzo spontaniczne.

Spotkaliśmy się właściwie przypadkiem, więc zaskoczeniem dla nas samych była przyjemność wspólnego grania. Siedzieliśmy w podobnej muzyce i jak się okazało, każdy z nas poszukiwał w niej podobnych emocji, stąd wspólna chęć ich wyrażenia – na początku był to korzenny rock z bluesem, sięganie do ich źródeł, energia, żywiołowość i niezależność. Ale także rozwój.

Stąd później przyszło uczucie, że coś się zmienia – może zaczęliśmy się bardziej rozumieć, może dojrzeliśmy, ale może też stawaliśmy się coraz bardziej otwarci i śmiali. Trzeba iść do przodu i zaskakiwać, wytworzyć nową jakość, dlatego teraz poszerzamy paletę dźwięków, czerpiąc z przeróżnych źródeł, syntezując i eksperymentując w obrębie znanych nam obszarów (a każdy z nas w różne strony zerka).

Brud i czysta uroda, wspomnienia i palenie mostów.

Co prawda dużo już zostało na świecie zagrane, więc nigdy nie unikniemy jakichś porównań czy zbieżności z innymi artystami. Ale wierzymy, że da się odświeżyć stylistykę rockową, nawet romansując z muzyką retro – każdy istniejący element można przecież wykorzystać w inny sposób, może nawet stwarzając coś na modłę naszych czasów. Dlatego dzisiaj trudno nam powiedzieć, co z tego wyjdzie, nie wiemy, co zagramy za rok, za dwa. Lecz chcielibyśmy, żeby było to coś szczerego, coś, co ludzie będą mogli sami odkryć. I może w końcu pokiwają głową i powiedzą: To jest dobre. Czyli tak samo, jak myślimy my”.

Tape Reels powstał pod koniec 2010 roku w składzie: Bartek Pokrywka – gitara, wokal, Adam Budziński – perkusja, Iwo Nowak – gitara basowa. W 2012 zespół nagrał w studiu MaQ Records swoją

pierwszą EPkę.

Jeszcze raz oddajmy mu głos: „Dwa dni, cztery utwory – to wystarczyło, aby zatrzymać w nagraniach całą energię, która towarzyszyła zespołowi podczas pracy w studiu”.

Dotychczasowe osiągnięcia kapeli to przede wszystkim pierwsze miejsce w konkursie młodych zespołów „Gazety Co Jest Grane na Europejskie Targi Muzyczne 2012” i występ w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie oraz nieco wcześniejsze zwycięstwo w przeglądzie ParkRock w Tarnowskich Górach. Ponadto gitarzysta jest kilkakrotnym laureatem, w tym na solo gitarowe, katowicko-chorzowskiego Festiwalu Gitary Elektrycznej.

Tyle o grupie. Od siebie dodam tylko, że jej muzyka bardzo przypadła mi do gustu. Osadzona jest w klimatach przełomu lat 60. i 70., a te kocham szczególnie. Starzy mistrzowie odchodzą, ale ich granie wciąż inspiruje. Proponuję nadstawić ucha.

P.S. Te utwory jeszcze lepiej brzmią na portalu Reverbnation. Czyściej, z szerszym pasmem, więcej tam wysokich tonów.

Weather Report

We wtorek, jeśli nic złego się nie wydarzy, ”Wyrwane z kontekstu” i Thin Lizzy.

Wstydź się, Trójko!

Wczoraj wieczorem radiowy program trzeci Polskiego Radia uraczył nas benefisem Piotra Kaczkowskiego z okazji jego pięćdziesięciolecia pracy dziennikarskiej. Pół wieku stuknęło Panu Piotrowi w marcu, okolicznościowe obchody odbyły się w Fabryce Trzciny. W Trójce oczywiście mówiono i o jubileuszu, i o imprezie (choć o tej niewiele), ale nic ponadto. Zdziwienie pierwsze.

[more]

Ktoś – kto? – przypomniał sobie wreszcie, że należałoby uhonorować ikonę dziennikarstwa muzycznego nad Wisłą w jego macierzystej redakcji, trochę późno, ale dobrze, że w ogóle. Choć od dawna moje upodobania muzyczne są zaledwie w małej części Panapiotrowymi, zasiadłem przed radioodbiornikiem. Bo przecież nie mogę zapomnieć, przez kogo to wszystko,

kto tak naprawdę zaraził mnie muzyką.

Dwie godziny, powinno być nostalgicznie, wspomnieniowo, pięknie.

Zdziwienie drugie, a może już trzecie. Trójka ma liczną redakcję muzyczną, wielu pracujących w niej panów przyznaje, że czują się uczniami Pana Piotra. Oczywiste byłoby, gdyby program poprowadził Piotr Baron albo Marek Niedźwiecki. Jezu, są przecież jeszcze Piotr Metz i Piotr Stelmach. Ktokolwiek, byle mający pojęcie o tym, czym przez całe swoje życie zajmuje się Kaczkowski.

A tu redaktor Andrus. Miałem swoje – słuchacza – uwagi do niego już wcześniej, ale teraz mogę powiedzieć, że go po prostu nie lubię. A ponieważ taka ze mnie męska zołza, że jestem pamiętliwy, już go nie polubię.

Trójko, jak mogłaś

wpaść na tak szatański pomysł,

by oddać prowadzenie tej imprezy facetowi, który jeśli się na czymś zna, to nie na muzyce, a na kabarecie (to wielkie słowo w odniesieniu do większości dzisiejszej „twórczości” na tym polu, lecz niech będzie)? Jak mogłaś powierzyć mu przygotowanie całości, ani przez moment – wygląda na to – nie patrząc na ręce? Andrus nie umie być człowiekiem drugiego planu, zawsze musi brylować, sypać dowcipami. Jeśli jego rozmówca odważy się powiedzieć coś, z czego śmieje się publiczność (wczoraj Grzegorz Turnau), to ten zaraz musi ripostować – czasem śmiesznie, czasem mniej. Andrus zagaduje swojego rozmówcę, buduje długie pytania, tym dłuższe, im mniejsze ma pojęcie o tym, o co zapytać. Tak było wczoraj – i było mi wstyd, że tego słucham. Było mi wstyd, że Pan Piotr musi tego słuchać. Było mi wstyd, że Trójka firmuje jubileusz swego mistrza przygotowany na tak niskim poziomie.

Bo po pierwszych wistach redaktora A. na scenie pojawił się… No właśnie, Kazik. Nie słucham dziś całych audycji Pana Piotra, ale kiedyś słuchałem. I nie przypominam sobie jego szczególnej atencji dla Kultu. Raczej dla Perfectu, wczesnej Lady Pank, ówczesnej Budki Suflera, Maanamu. Ale dobra, Staszewski palnął coś o słuchaniu „Muzycznej Poczty UKF”, niech będzie.

Jednak potem podziało się coś takiego, że

chciałem schować się pod stół.

Coś o kabarecie. O rany – Kaczkowski i kabaret? Nie, oczywiście, Andrus i kabaret. To jest grunt, na którym konferansjer (pardon, gwiazda) czuje się pewnie, jak ryba w wodzie. Wyszli jacyś żałośni szansoniści, pieprzyli długo i nieśmiesznie, żal było słuchać. I wtedy wszedłem na Trójkowego fejsbuka, by od razu napisać, co o tym myślę. Droga Trójko, wiedz o tym, że nie ja jeden nie mam stacji radiowych przed Tobą, że jesteś słuchana, lubiana, ale też oceniana. I nie wolno Ci, programowi z takimi tradycjami, popełniać tak ciężkich grzechów jak wczoraj!

Mojego złego wrażenia nie naprawili już ani Zbigniew Preisner, ani Adam Nowak, ani – jak zwykle dowcipny, w subtelnym stylu Starszych Panów – Grzegorz Turnau.

Pal licho Mirosław Czyżykiewicz, Kaczkowski ostatnio znów o nim ciepło się wyrażał, więc niepotrzebnie się czepiam. Ale co robiła tam Maria Czubaszek, skądinąd jedna z moich ulubionych? I gdzie podziali się ci, którzy mogli Jubilatowi zadać

parę mądrych pytań?

Gdzie byli Weiss, Królikowski, Niedźwiecki, Baron i paru innych tego wieczoru? Tych, dla których muzyka – jak dla Pana Piotra – jest całym światem? Też, jak ja, przy głośnikach? I czy też wstydzili się, byli zażenowani jak ja?

Pan Andrus już wczoraj miał swój benefis. Świetnego samopoczucia nic mu pewnie nie zmąci. Ani „tykanie” tych, z którymi jest na „pan”, ani ewentualny, spóźniony opieprz dyrektor Jethon. Jej zresztą też wypada podziękować za to, że ten wieczór wyglądał właśnie tak.

A Panu Piotrowi ciągle należy się coś normalnego. Z kolegami dziennikarzami muzycznymi oraz paroma zaprzyjaźnionymi muzykami rockowymi. Bo rock, a nie inne klimaty (z całym szacunkiem dla Nowaka i Turnaua), jest najbliższy redaktorowi.

Nie przegap, Trójko, czegoś.

Takich momentów, które się zapamiętuje – gdy siadali obok siebie, wspominając początki tej stacji radiowej, Kaczkowski, Witold Pograniczny i Marek Gaszyński. Gdy Kaczkowski rozmawiał z Franciszkiem Walickim. Albo z Wiesławem Weissem. To są ludzie, o których Andrus pewnie nie słyszał, a którzy budowali w Polsce scenę rockową, muzyczne radio i prasę. Kolejnym takim momentem mógł, powinien być, wczorajszy wieczór.

Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. Na przykład Marek Jackowski ani Panu Piotrowi, ani nam już nie zagra.

Perfect i artystyczne racje Hołdysa

Była piękna, słoneczna sobota, 24 lipca 1982 roku. W tym dniu kończyłem dwadzieścia lat, wczesnym popołudniem wracałem z ustnych egzaminów wstępnych na polonistykę UŚ. Zadowolony, bo pewny już statusu studenta. W domu czekał na mnie, obok rodziny, pierwszy longplay Perfectu.

[more]

Paskudne to czasy, gdy

na płyty trzeba było polować,

bo mało która wydana była w nakładzie spełniającym oczekiwania rynku. Paskudne, bo wszystkie te zawarte na pierwszej płycie zespołu kawałki były przebojami, ale w roku 1981. Tak wtedy było, że płyta zamiast otwierać, dokumentowała pewien okres działalności wykonawcy, czasem dawno już miniony (najbardziej absurdalny przypadek to debiut fonograficzny Krzaka – rejestracja koncertu z 1979 roku wydana trzy lata później, kiedy zespół w tym składzie dawno już nie działał).

Komu to jednak wtedy przeszkadzało? Cieszyliśmy się, że wreszcie płyt jest więcej niż kiedykolwiek przedtem, że coś drgnęło, że w Polsce ukazują się krążki rockowych wykonawców.

O pierwszym albumie Perfectu trudno dyskutować. To dzieło dojrzałych już muzyków,

hicior za hiciorem,

kawał bardzo porządnego gitarowego grania, kawał nie tylko mojego życia*. Do tego teksty o czymś, zabierające głos w sprawie, komentujące absurdalną rzeczywistość. Bogdanowi Olewiczowi jako ich autorowi zarzuca się różne rzeczy, także ubogie, męskie rymy, ale to była wtedy nowa, znacząca jakość.

Druga płyta rodziła się w bólach. W powracającej po przerwie Trójce (jeszcze dziś mną wstrząsa na wspomnienie dna, którego sięgnęły media w pierwszych miesiącach stanu wojennego), bodaj już w lutym 1982 Piotr Kaczkowski zaprezentował trzy nowe utwory grupy – Pepe wróć, Opanuj się i Po co. Niedługo potem pojawiła się Autobiografia.

Zbigniew Hołdys z dumą mówił o zmianach personalnych, że na lepsze. Zawadzkiego na basie zastąpił Andrzej Nowicki – i tu trudno się spierać. Ale Sygitowicza – Andrzej Urny – i to była już wątpliwa jakościowo zmiana. Ten ostatni w dodatku podjął decyzję życia, opuszczając Dżem. Półtora roku później Perfectu już nie było, a tyski band stawał się coraz większą gwiazdą. Pierwszy lider zespołu po latach sam mówił o początkowym okresie działalności, że przynosił nowy kawałek na próbę, a po kwadransie Ryszard S. miał cztery – pięć na niego pomysłów. I takiego faceta się zmienia?

Nic mi się nie zgadzało. Dwie gitary, a brzmienie jakieś ubogie. No i – przede wszystkim – kompozycje wyraźnie słabsze, pozbawione ikry i świeżości. Nigdy

nie polubiłem tych późniejszych nagrań

(nadzieję, na krótko, obudził numer Wyspa, drzewo, zamek), nigdy mnie nie ujęły, nie żywię do nich, łącznie ze zbyt rozwleczoną i banalną muzycznie Autobiografią, jakichś szczególnych uczuć. Nie poruszyła mnie w czerwcu 1983 wieść o rozwiązaniu kapeli.

Hołdys był wtedy bardzo złośliwy dla kolegów. O Markowskim mówił, że nie potrafi prawidłowo zaśpiewać trzech słów po angielsku (chodziło o Blue Suede Shoes), o Szkudelskim, że nie trzyma rytmu.

Cztery lata później nastąpił triumfalny powrót, seria koncertów. Pan Zbigniew, rozanielony, mówił wtedy w Spodku – podczas, oddajmy sprawiedliwość, znakomitego koncertu – że „Grzesiu przez te lata nie próżnował, że nagrał świetną płytę z grupą Samolot”. Wtedy też na parę minut na scenie pojawił się Jacek Krzaklewski, nieźle wymiatając na gitarze. O nim lider rzekł: „Patrzcie, taki człowiek stroi nam gitary!”.

Reasumując, w 1988 bodaj roku dyskografia Perfectu liczyła sześć płyt, dwie z premierowym materiałem i cztery koncertowe.

Po drodze

Zbigniew Hołdys był inicjatorem dwóch znaczących projektów

– tak dziś byśmy powiedzieli. Pierwszy to I Ching, dwupłytowy w wydaniu analogowym album z udziałem ówczesnej czołówki wykonawców z kręgu rocka i bluesa, m.in. Martyny Jakubowicz, Andrzeja Nowaka, Wojciecha Waglewskiego, Piotra Szkudelskiego (sic!). Było to wtedy wielkie wydarzenie na rynku muzycznym.

Trochę później powstał zespół Morawski-Waglewski-Nowicki-Hołdys, który nagrał krążek Świnie. Materiał najpierw mnie zachwycił, ale wkrótce potem zawarłem bliższą znajomość z trzema albumami reaktywowanego King Crimson, przysłuchałem się uważniej piosenkom kwartetu i… Stwierdziłem, że te śpiewane przez Waglewskiego (więc podejrzewam, że także skomponowane przez WuWu, mimo iż pod kompozycjami na płycie podpisali się wszyscy) są świetne, a Hołdys znajduje się pod wielkim wpływem Roberta Frippa, co w jego wieku już nie bardzo uchodzi.

I to by było na tyle. Z grubsza wiemy, co było potem. Faceci z Perfectu się zeszli, Pan Z. odmówił. Można przypuszczać, że gdyby w szufladzie miał ze dwadzieścia nowych piosenek, a w głowie kolejnych parę, dobrze by się zastanowił. Najwyraźniej było inaczej, więc

reaktywacja

odbyła się bez niego. Dokonania odrodzonej grupy nie rzucają na kolana, ale, o czym miałem okazję się przekonać, warsztatu i brzmienia można zespołowi tylko pozazdrościć. A i do klasyków udało się dorzucić co najmniej NiepokonanychKołysankę dla nieznajomej, a zaraz za nimi w kolejce są Ten moment i Miłość rośnie w nas. Soczystego, rockowego brzmienia można pozazdrościć. Takich dwóch gitarzystów jak Kozakiewicz i Krzaklewski ze świecą szukać w większości polskich formacji. A Markowskiemu inny tuz polskiej wokalistyki rockowej lat 80., niejaki Panasewicz, nie jest dziś godzien wiązać sznurówek. Lata lecą, Perfect wciąż gra i nagrywa, całkiem przyzwoicie radząc sobie na naszym marnym rynku. I jest to w sporej mierze osobiste zwycięstwo Pana Grzegorza, który jest kompozytorem pokaźnej części repertuaru.

A gdzie jest jego główny antagonista i adwersarz? Cóż takiego Zbigniew Hołdys stworzył przez te z okładem dwadzieścia lat? Nie czepiałbym się, bo sam już wspominałem o tym, że do historii przechodzi się czasem za sprawą jednej płyty. Ale Z. H. wciąż chce uchodzić za autorytet, wciąż ma niemałe pretensje do świata oraz te artystyczne. Tyle że ciągle nadstawiam ucha – i nic, do cholery, nie słyszę. Chyba że mamy mówić o materiale demo, który ukazał się na płycie Hołdys.com. Ale na to chyba szkoda czasu.

_____________________

* Na płycie nie znalazł się rewelacyjny numer Nasza muzyka wzbudza strach. Tu proszę o ewentualną korektę, bo opieram się na swej pamięci, a ta, jak wiadomo, bywa zawodna. Piosenka ukazała się wcześniej na czwórce Tonpressu, ale jej umieszczenie na dużej płycie zatrzymała cenzura. Wielka szkoda, że zapomniano (?) o niej teraz, przy pierwszej kompaktowej reedycji.

I przepraszam za kiepską, monofoniczną i zbasowaną wersję w muzycznym załączniku, ale lepszej – studyjnej – nie potrafiłem znaleźć.

Zeźlonego głos o umiar, czyli w obronie Piotra Kaczkowskiego i własnej

Na blogu „Polifonia” Bartka Chacińskiego, po tekście dotyczącym osoby Trójkowego redaktora, rozgorzała dyskusja. Jak to zwykle bywa, najgłośniej rozlega się głos niezadowolonych. To oni mają ochotę wyjść na ulicę i pokrzyczeć. Ci, którzy są zadowoleni albo którym jest to obojętne, siedzą w domach. Tutaj, w „moim” miejscu, pozwolę sobie rozwinąć kilka myśli, które zawarłem w swoim komentarzu do wpisu redaktora „Polityki”.

[more]

1. Muzyka ma umilać życie. Jednym czas spędzany w pracy, innym – po pracy. Dla wielu stała się pasją, dla nielicznych – pisanie i mówienie o niej pasją przekutą na sposób na zarabianie na życie.

Dlatego bronię się przed kiełkującym gdzieś we mnie poczuciem wyższości wobec tych, którzy do dziś pozostali w klasie Pana Piotra Kaczkowskiego. Trudno bowiem potępiać kogoś za to, że muzyka w jego życiu znaczy trochę mniej niż w moim, że wystarcza temu komuś swego rodzaju redaktorskie prowadzenie za rękę, ciepły głos, a nawet pozostawanie przez dziesiątki lat w podobnych klimatach.

2. Słusznie niektórzy zauważają, że nie sposób mówić o „muzyce Kaczkowskiego”. Poza tym, co rozumiemy dziś jako klasykę rocka – szukał. A że nie znalazł wszystkiego? Jakież to ludzkie i normalne.

3. Sądzę, że każdy z nas na miejscu redaktorów radiowych robiłby to samo: grał to, co lubi najbardziej. Znajdując grono wyznawców, ale też tych, co raz po raz kręciliby nosem. I zagorzałych przeciwników. Jeden pan we wspomnianym wyżej miejscu zaprotestował przeciw tej opinii, twierdząc, że mówię bzdury. Być może – ale już widzę takiego dziennikarza, który ma, powiedzmy, dwie, a nawet cztery godziny czasu antenowego w tygodniu, minus wiadomości i czas na reklamy, i puszcza ludziom coś, do czego nie jest przekonany, czego nie rozumie, co jest mu obojętne, czego po prostu nie lubi lub coś, co go drażni. Tak jak mnie najczęściej drażni tzw. muzyka – bezduszna, spreparowana przy komputerach, nie zaś będąca przełożeniem między głową a sprawnym posługiwaniem się instrumentami muzycznymi, takimi muzealnymi eksponatami jak gitara, fortepian, perkusja albo trąbka.

4. O jakiej innej stacji radiowej grającej muzykę tyle by dyskutowano, co o Trójce? Czy nazwiska Gaszyńskiego, Pogranicznego czy Waschki, Wiernika lub nawet – podobnego pod wieloma względami do P. K. – Beksińskiego rozpalałyby nasze głowy w stopniu choć trochę zbliżonym do osoby Pana Piotra? Nie, po prostu nie.

Możemy z przekąsem mówić, że kiedyś było łatwiej. Że mniej było źródeł informacji i ci, co pracowali w mediach, mieli o wiele większą moc oddziaływania, niż to się dzieje dzisiaj. Tyle że nie jeden Kaczkowski działał w radiu, paru innych też miało szansę stać się romantycznymi władcami dusz. A kimś prawie takim stał się tylko on.

Z jednym istotnym zastrzeżeniem – że świetnie pamiętam (i nie ja jeden) lata, gdy swój komentarz ograniczał do minimum, by zaprezentować maksimum muzyki. I dla mnie osobiście to jest ten czas najważniejszy, długi, wieloletni okres jego pracy w Trójce. Nie dałem się uwieść jego nocnym opowieściom, ale co z tego?

5. Jego dzisiejsi antagoniści, ci, którzy mają może czterdzieści parę, może tylko trzydzieści lat, psioczą, że.

Że nie sprawdził się w roli przywódcy dusz dla wielu pokoleń, że nie sprostał roli szamana, który dogadza muzycznie wszystkim, przez pięćdziesiąt lat i w każdych okolicznościach. Że nie nadąża, że coraz mniej rozumie. A ten pan ma już sześćdziesiąt siedem lat i niczego nie musi. On naprawdę zrobił swoje. To tak źle, że pozostaje, najczęściej, w starych dźwiękach, że te nowe już go nie poruszają, nie porywają? Niech ci, którzy mogliby być jego dziećmi lub wnukami, nie odsądzają go od czci i wiary, niech nie mają za złe, że ukochał tych a nie innych wykonawców. Niech poczekają, sami się zestarzeją trochę, a potem – jeśli dożyjemy – pogadamy raz jeszcze.

6. Życzyłbym każdemu choć w przybliżeniu tak hucznych obchodów jubileuszu – takiego lub innego. I jestem ciekaw, ilu z nas – mając sześćdziesiąt siedem lat – chciałoby w części artystycznej posłuchać tego, co ledwie ujrzało światło dzienne, ma rok, dwa, pięć, jeszcze nie uleżało się w uszach, jeszcze czas nie odsiał plew od ziaren – a nie tego, co kojarzy nam się i wiąże z najpiękniejszymi chwilami naszego życia, powiedzmy sobie szczerze, z tak czy inaczej pojmowaną młodością, z emocjami największymi. Stąd na imprezie u Kaczkowskiego Markowski i Piekarczyk.

Nie odmawiajmy innym prawa do nostalgii, zwykłych ludzkich wzruszeń, do określonych gustów. Na przykład Panapiotrowych, chyba jednak niebylejakich, skoro widać wyraźnie, że tak wielu o nie zawzięcie się spiera. Więc niech nam, dyskutującym, nie zabraknie ani przez moment świadomości, że pochylamy się nad zjawiskiem, nad którym pochylić się warto, bo w większości innych przypadków nie mielibyśmy na to najmniejszej ochoty. I nie miejmy za złe Panu Piotrowi, że jest tylko człowiekiem, także omylnym, nie zaś demiurgiem, półbogiem, herosem władnym uszczęśliwić całą ludzkość.

7. Dobry nauczyciel pokazuje, wskazuje możliwe drogi, potrafi zainteresować, zaciekawić. Sprawić, by najpilniejsi uczniowie odrobiwszy zadanie domowe, zaczęli szukać sami. Historia zna wiele przypadków, gdy uczeń sprzeniewierzył się swojemu mistrzowi. Tyle że bez niego nie zbudowałby w sobie należytych podstaw.

8. I dlatego, a także z metrykalnego lenistwa, z metrykalnego upodobania do kontaktu człowieka z człowiekiem, nie zaś z bezdusznym i bezosobowym medium, jakim jest np. internet, na nic nie zamienię Trójki, nie rzucę kamieniem w żadnego redaktora. I dlatego, sam już niemłody, kłaniam się nisko Panu Piotrowi.

P.S. I jeszcze słowo o muzycznych wyborach, o słuchaniu takiej i nie innej muzyki. Moje jest mojsze niż twojsze. Ja słucham jedynej prawdziwej muzy, reszta nie ma gustu i się nie zna. I jak można słuchać wciąż tych staroci.

Otóż można. Po prawie pół wieku kochać Beatlesów, Stonesów, Zeppelinów. Bardziej niż różne porywające zjawiska ostatnich lat. Tak samo, jak słuchać Davisa i Coltraine’a w ich nagraniach z lat 50. i 60. Jak Griega albo Beethovena. Albo, o zgrozo, takiej zramolałej popeliny jak Cztery pory roku Vivaldiego. Tak jak można stawać w zachwyceniu przed Brueglem, Monetem i popowym malarstwem Klimta.

Tak samo, jak nie zachwycać się Kalicińską, a nawet Masłowską. Jak obok Huellego i Stasiuka wciąż pomlaskiwać nad językiem Iwaszkiewicza. Jak, rany boskie, pamiętać o Sępie Szarzyńskim, a nawet pewnym greckim ślepcu. Zaraz, jak mu było? Homer, zdaje się. Ale niektórzy powiadają, że w ogóle nie istniał. Fakt, na fejsbuku go nie ma, więc pewnie nikt go nie lubi.

P.S. 2.Już zupełnie na koniec zacytuję dwukrotnie Asnyka. Tak, tego samego, który napisał Niemenowi „Jednego serca”.

 

                   Trzeba z żywymi naprzód iść,

                   Po życie sięgać nowe,

                   A nie w uwiędłych laurów liść

                   Z uporem stroić głowę.

 

I jeszcze:

                   Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy,

                   Choć macie sami doskonalsze wznieść.

                   Na nich się jeszcze święty ogień żarzy

                   I miłość ludzka stoi tam na straży.

                         I wy winniście im cześć!

 

Piotr Kaczkowski – postać

Co prawda ten tekst już pojawił się w Blog and Rollu, ale dla wszystkich słuchaczy Trójki, dla jej wychowanków dzień dziś szczególny – pięćdziesięciolecie pracy Pana Piotra Kaczkowskiego. Więc chyba nikt nie weźmie mi za złe, że pozwolę sobie na powtórne jego zamieszczenie. Dodam, że autor blogowych rysunków, Maciej Trzepałka, wykonał także rysunek, który znalazł się na zaproszeniach na dzisiejszą, jubileuszową imprezę w „Fabryce Trzciny”.

Panie Piotrze, dołączamy się do życzeń dla Pana – wielu, wielu lat w zdrowiu i na antenie. Niech dobra muzyka będzie z Panem i z nami wszystkimi.

[more]

Czy można sobie wyobrazić muzykę drugiej połowy dwudziestego stulecia bez Beatlesów? Pewnie można, choć rozważanie to czysto akademickie. Świat nie znosi próżni, pewnie mielibyśmy jakieś „w zamian”. Ale – byli. I skala ich dokonań jest olbrzymia, a rola w historii muzyki popularnej nie do przecenienia.

Kaczka, jak z czułością mówili o nim nie tylko moi starsi bracia. Pan Piotr. Pan Piotruś. Redaktor Piotr Kaczkowski. Czy można sobie wyobrazić radiową Trójkę, ba! – całe polskie radio – bez tego głosu?

Rokendrolowe okno na świat

Przez wiele lat istniała tylko i wyłącznie muzyka. Pozycji muzycznych w ramówce było zbyt mało, by je zagadywać. Ileż razy zdarzało się coś takiego: „Minimax, minimum słów, maksimum muzyki. Przed mikrofonem Piotr Kaczkowski, dobry wieczór państwu. Dziś …. (tu padał tytuł płyty i nazwa lub nazwisko wykonawcy). Wszystkie tytuły za tydzień. Słuchamy!”. I tyle – by zmieścić jak najwięcej, w całości, bez brutalnego wyciszenia na koniec programu. Tak denerwującego dla tych, którzy nagrywali.

To właśnie określeni wykonawcy, ci, a nie inni – ci, których nagrania Pan Piotr wybierał do kolejnych audycji, budowali jego pomnik. Dobrą muzyką zaraził między Odrą a Bugiem niezliczone zastępy słuchaczy. To przede wszystkim on był tym rokendrolowym oknem na świat. Nie sposób wymienić w tym miejscu nazw i nazwisk tych, których zaszczepił nam pod skórą, których poznaliśmy właśnie dzięki niemu. Pan Piotr był i jest synonimem tych programów radiowych, w których grało i gra się najlepszą muzykę. On ustawił nam głowy i kręgosłupy muzyczne, a przede wszystkim nastroił uszy na odpowiednie częstotliwości. Wychowywał kolejne roczniki nasto- i dwudziestoparolatków i wypuszczał w świat. Nauczył, na czym polega to, co w rocku najlepsze.

Audycje

„Muzyczna poczta UKF” – w środy od 17.05 do 17.40, w której prezentował zarówno nowości, jak i całe dyskografie (były to czasy, w których nie było mowy o prawach autorskich, ale – z drugiej strony – gdyby nie łamanie tego prawa, niewiele byśmy dziś wiedzieli o rokendrolu), „W tonacji Trójki” – w środy, od 12.05 do 13.00. I, przede wszystkim, „Minimax” – wędrujący po różnych dniach tygodnia na przestrzeni lat – wpierw dwudziestominutowy, a w którymś momencie, pod koniec lat 70., już czterdziestominutowy, co często pozwalało zmieścić płytę w całości, w jednym programie.

To, co nastąpiło trochę później, gdy czasu antenowego otrzymał więcej, gdy zaczął prowadzić nocne audycje, tłumaczyć teksty i czarować głosem – dla mnie, przyznam, nie ma już większego znaczenia. On zaczarował mnie prezentowaną muzyką, a nie fantastycznym skądinąd głosem.

Po 1989 roku

Po 1989 roku wiele się zmieniło. W sklepach pojawiły się pierwsze odtwarzacze kompaktowe i płyty CD, trochę później komputery i internet. Trójka z różnym powodzeniem radziła sobie w nowej sytuacji. Czasem, o zgrozo, ścigając się z komercyjnymi radiostacjami i grając równie dużo muzycznego chłamu. Teraz – chyba wreszcie jest normalnie. Tak jak my, słuchacze, chcielibyśmy, by było zawsze. Pan Piotr, po latach zmagań z chorobą, znów jest na antenie – i oby tak zostało. Nawet uwzględniwszy fakt, że pewnie nie ja jeden spośród jego uczniów nie raz mu się sprzeniewierzyłem. Choćby dziś, gdy puszczał nagrania Stinga. Jako fan tego ostatniego poczułem się zdradzony i oszukany w 2008 roku na Stadionie Śląskim – i nie podzielam już emocji redaktora.

I jeszcze jedno. W latach 1998-2000 był

dyrektorem Trójki.

Nawet jeśli to nie był fotel dla niego, bo Piotr Kaczkowski jest nade wszystko dziennikarzem, a nie urzędnikiem i menedżerem, znowu zrobił coś bardzo znaczącego i trwałego. Wymyślił mianowicie trójkowe koncerty, które na stałe wrosły w krajobraz tej stacji radiowej.

Od lat redaguje też kolejne płyty z serii Minimaks.pl, które są miejscem fonograficznych debiutów młodych wykonawców.

Ostatnio odebrał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski przyznany mu już rok temu za wybitne zasługi dla Polskiego Radia. Może nie jest to tytuł szlachecki przyjęty z rąk królowej brytyjskiej, ale z pewnością dowód docenienia jego pasji. Pasji, którą potrafił zarazić tak wielu z nas, odpowiednio ustawiając muzyczne radary. I, co nie mniej ważne, zdobywając trwałe miejsce w tak wielu sercach wyznawców muzyki.

Rzadki ptak na zapomnianym niebie – Rare Bird

W 1975 roku Polskie Nagrania zaszalały, wydając trzy wspaniałe licencyjne albumy (wszystkie będące kompilacjami, ale to nie miało większego znaczenia). Z numerem katalogowym SX 1235 ukazał się krążek Keith Emerson & The Nice!, z numerem SX 1236 Atomic Rooster, a z kolejnym – Rare Bird. Moi starsi bracia zdawali sobie sprawę z tego, co pojawiało się i natychmiast znikało z półek działów płytowych księgarń, ja – nie.

[more]

Wszystkie trzy krążki – teraz, gdy piszę te słowa – mam w zasięgu ręki (co niewiele ma wspólnego ze sprawiedliwością, bo nie współfinansowałem ich zakupu). Tych płyt słuchałem tyle razy, że każdą nutę mam wyrytą na osobistym twardym dysku.

Wtedy, w połowie lat 70.

Rare Bird sprawili mi trudność największą.

Słuchałem, słuchałem… Aż w końcu, pamiętam doskonale ten moment: była sobota, oddawałem się pastowaniu i froterowaniu podłóg, a z dość skromnego wtedy sprzętu dobiegały mnie dźwięki z ich krążka. I nagle, ze ścierką tłustą od pasty w rękach, zastygłem. O rany, ależ to fantastyczne! – dotarło do mnie. I to był – jeśli dobrze pamiętam – ten mój muzyczny „pierwszy raz”. Nagle wszystkie drzwi we mnie otwarły się na oścież – zakochałem się w tych dźwiękach bez reszty, z całkowitym oddaniem. Miałem wtedy trzynaście lat.

Potem okazało się, że gdzieś na jednej ze szpul braci od kilku lat zarejestrowana była Epic Forest (1972). Płyta, która w trójkowym archiwum gdzieś się zawieruszyła, a po paru latach odnalazła. Tych radiowych taśm wyciągniętych zza jakiejś szafy było więcej, co dało redaktorowi Piotrowi Kaczkowskiemu pretekst do uruchomienia pewnego muzycznego cyklu. I dzięki temu, bodaj w 1980 roku, miałem ją nagraną na swojej już taśmie magnetofonowej. Zaś wiele, wiele lat później namierzyłem wersję CD, za bardzo duże wtedy pieniądze. Ach, cóż to było za niesamowite przeżycie – móc puścić sobie te utwory po latach przerwy, w znakomitej jakości! A później udało mi się dotrzeć do kolejnych nagrań grupy, co ciągle nie jest proste.

Bo

zespół to zapomniany.

Powstały pod koniec lat 60. Jeśli popularny, to głównie poza Wielką Brytanią. Po wydaniu Rare Bird (1969) i As Your Mind Flies By (1970) rozpadł się, a – reaktywowany w nieco innym składzie w 1972 – działał do 1975 roku.

Niedużo tego, parę lat, w dodatku z przerwą. I dwa oblicza zespołu: najpierw progresywne (wtedy porównywano ich do The Nice i Procol Harum). Sporo tam było inspiracji muzyką klasyczną, barokiem – jak w przepięknym Down On The Floor – i, oczywiście, rozbudowanych form (Flight).

A potem zrobiło się bardziej oryginalnie, gitarowo, nadal jednak z obłędnie pięknymi harmoniami i wspaniałymi chórkami. Album Epic Forest i dziś jawi mi się jako dzieło znakomite. Z jednej strony tak charakterystyczne dla brzmień początku lat 70., a z drugiej – stanowiące szeroko pojętą czołówkę ówczesnych dokonań.

Zawsze miałem słabość

do grania łączącego w sobie melodie i chórki z porządnym gitarowym graniem (jak np. wczesny Wishbone Ash). Rare Bird są w samym środku tych doznań. I nie muszę chyba nikogo przekonywać, że jeśli jakaś muzyka jest ciągle z nami, jeśli ciągle mamy ją w głowie, mieliśmy dostęp do niej jako młodziaki, wciąż – mimo upływu lat – chcemy do niej wracać, to trudno zdobyć się na stuprocentowy obiektywizm. Zresztą – po jaką cholerę, jeśli muzyka to wyzwalanie emocji. Jeśli słuchanie czegoś wciąż sprawia niesłabnącą radość.

Zachęcam, sprawdźcie mnie. To naprawdę szlachetne granie. Czas i pamięć ludzka obeszły się z niektórymi wykonawcami bardzo niesprawiedliwie.