Na blogu „Polifonia” Bartka Chacińskiego, po tekście dotyczącym osoby Trójkowego redaktora, rozgorzała dyskusja. Jak to zwykle bywa, najgłośniej rozlega się głos niezadowolonych. To oni mają ochotę wyjść na ulicę i pokrzyczeć. Ci, którzy są zadowoleni albo którym jest to obojętne, siedzą w domach. Tutaj, w „moim” miejscu, pozwolę sobie rozwinąć kilka myśli, które zawarłem w swoim komentarzu do wpisu redaktora „Polityki”.

[more]
1. Muzyka ma umilać życie. Jednym czas spędzany w pracy, innym – po pracy. Dla wielu stała się pasją, dla nielicznych – pisanie i mówienie o niej pasją przekutą na sposób na zarabianie na życie.
Dlatego bronię się przed kiełkującym gdzieś we mnie poczuciem wyższości wobec tych, którzy do dziś pozostali w klasie Pana Piotra Kaczkowskiego. Trudno bowiem potępiać kogoś za to, że muzyka w jego życiu znaczy trochę mniej niż w moim, że wystarcza temu komuś swego rodzaju redaktorskie prowadzenie za rękę, ciepły głos, a nawet pozostawanie przez dziesiątki lat w podobnych klimatach.
2. Słusznie niektórzy zauważają, że nie sposób mówić o „muzyce Kaczkowskiego”. Poza tym, co rozumiemy dziś jako klasykę rocka – szukał. A że nie znalazł wszystkiego? Jakież to ludzkie i normalne.
3. Sądzę, że każdy z nas na miejscu redaktorów radiowych robiłby to samo: grał to, co lubi najbardziej. Znajdując grono wyznawców, ale też tych, co raz po raz kręciliby nosem. I zagorzałych przeciwników. Jeden pan we wspomnianym wyżej miejscu zaprotestował przeciw tej opinii, twierdząc, że mówię bzdury. Być może – ale już widzę takiego dziennikarza, który ma, powiedzmy, dwie, a nawet cztery godziny czasu antenowego w tygodniu, minus wiadomości i czas na reklamy, i puszcza ludziom coś, do czego nie jest przekonany, czego nie rozumie, co jest mu obojętne, czego po prostu nie lubi lub coś, co go drażni. Tak jak mnie najczęściej drażni tzw. muzyka – bezduszna, spreparowana przy komputerach, nie zaś będąca przełożeniem między głową a sprawnym posługiwaniem się instrumentami muzycznymi, takimi muzealnymi eksponatami jak gitara, fortepian, perkusja albo trąbka.
4. O jakiej innej stacji radiowej grającej muzykę tyle by dyskutowano, co o Trójce? Czy nazwiska Gaszyńskiego, Pogranicznego czy Waschki, Wiernika lub nawet – podobnego pod wieloma względami do P. K. – Beksińskiego rozpalałyby nasze głowy w stopniu choć trochę zbliżonym do osoby Pana Piotra? Nie, po prostu nie.
Możemy z przekąsem mówić, że kiedyś było łatwiej. Że mniej było źródeł informacji i ci, co pracowali w mediach, mieli o wiele większą moc oddziaływania, niż to się dzieje dzisiaj. Tyle że nie jeden Kaczkowski działał w radiu, paru innych też miało szansę stać się romantycznymi władcami dusz. A kimś prawie takim stał się tylko on.
Z jednym istotnym zastrzeżeniem – że świetnie pamiętam (i nie ja jeden) lata, gdy swój komentarz ograniczał do minimum, by zaprezentować maksimum muzyki. I dla mnie osobiście to jest ten czas najważniejszy, długi, wieloletni okres jego pracy w Trójce. Nie dałem się uwieść jego nocnym opowieściom, ale co z tego?
5. Jego dzisiejsi antagoniści, ci, którzy mają może czterdzieści parę, może tylko trzydzieści lat, psioczą, że.
Że nie sprawdził się w roli przywódcy dusz dla wielu pokoleń, że nie sprostał roli szamana, który dogadza muzycznie wszystkim, przez pięćdziesiąt lat i w każdych okolicznościach. Że nie nadąża, że coraz mniej rozumie. A ten pan ma już sześćdziesiąt siedem lat i niczego nie musi. On naprawdę zrobił swoje. To tak źle, że pozostaje, najczęściej, w starych dźwiękach, że te nowe już go nie poruszają, nie porywają? Niech ci, którzy mogliby być jego dziećmi lub wnukami, nie odsądzają go od czci i wiary, niech nie mają za złe, że ukochał tych a nie innych wykonawców. Niech poczekają, sami się zestarzeją trochę, a potem – jeśli dożyjemy – pogadamy raz jeszcze.
6. Życzyłbym każdemu choć w przybliżeniu tak hucznych obchodów jubileuszu – takiego lub innego. I jestem ciekaw, ilu z nas – mając sześćdziesiąt siedem lat – chciałoby w części artystycznej posłuchać tego, co ledwie ujrzało światło dzienne, ma rok, dwa, pięć, jeszcze nie uleżało się w uszach, jeszcze czas nie odsiał plew od ziaren – a nie tego, co kojarzy nam się i wiąże z najpiękniejszymi chwilami naszego życia, powiedzmy sobie szczerze, z tak czy inaczej pojmowaną młodością, z emocjami największymi. Stąd na imprezie u Kaczkowskiego Markowski i Piekarczyk.
Nie odmawiajmy innym prawa do nostalgii, zwykłych ludzkich wzruszeń, do określonych gustów. Na przykład Panapiotrowych, chyba jednak niebylejakich, skoro widać wyraźnie, że tak wielu o nie zawzięcie się spiera. Więc niech nam, dyskutującym, nie zabraknie ani przez moment świadomości, że pochylamy się nad zjawiskiem, nad którym pochylić się warto, bo w większości innych przypadków nie mielibyśmy na to najmniejszej ochoty. I nie miejmy za złe Panu Piotrowi, że jest tylko człowiekiem, także omylnym, nie zaś demiurgiem, półbogiem, herosem władnym uszczęśliwić całą ludzkość.
7. Dobry nauczyciel pokazuje, wskazuje możliwe drogi, potrafi zainteresować, zaciekawić. Sprawić, by najpilniejsi uczniowie odrobiwszy zadanie domowe, zaczęli szukać sami. Historia zna wiele przypadków, gdy uczeń sprzeniewierzył się swojemu mistrzowi. Tyle że bez niego nie zbudowałby w sobie należytych podstaw.
8. I dlatego, a także z metrykalnego lenistwa, z metrykalnego upodobania do kontaktu człowieka z człowiekiem, nie zaś z bezdusznym i bezosobowym medium, jakim jest np. internet, na nic nie zamienię Trójki, nie rzucę kamieniem w żadnego redaktora. I dlatego, sam już niemłody, kłaniam się nisko Panu Piotrowi.
P.S. I jeszcze słowo o muzycznych wyborach, o słuchaniu takiej i nie innej muzyki. Moje jest mojsze niż twojsze. Ja słucham jedynej prawdziwej muzy, reszta nie ma gustu i się nie zna. I jak można słuchać wciąż tych staroci.
Otóż można. Po prawie pół wieku kochać Beatlesów, Stonesów, Zeppelinów. Bardziej niż różne porywające zjawiska ostatnich lat. Tak samo, jak słuchać Davisa i Coltraine’a w ich nagraniach z lat 50. i 60. Jak Griega albo Beethovena. Albo, o zgrozo, takiej zramolałej popeliny jak Cztery pory roku Vivaldiego. Tak jak można stawać w zachwyceniu przed Brueglem, Monetem i popowym malarstwem Klimta.
Tak samo, jak nie zachwycać się Kalicińską, a nawet Masłowską. Jak obok Huellego i Stasiuka wciąż pomlaskiwać nad językiem Iwaszkiewicza. Jak, rany boskie, pamiętać o Sępie Szarzyńskim, a nawet pewnym greckim ślepcu. Zaraz, jak mu było? Homer, zdaje się. Ale niektórzy powiadają, że w ogóle nie istniał. Fakt, na fejsbuku go nie ma, więc pewnie nikt go nie lubi.
P.S. 2.Już zupełnie na koniec zacytuję dwukrotnie Asnyka. Tak, tego samego, który napisał Niemenowi „Jednego serca”.
Trzeba z żywymi naprzód iść,
Po życie sięgać nowe,
A nie w uwiędłych laurów liść
Z uporem stroić głowę.
I jeszcze:
Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy,
Choć macie sami doskonalsze wznieść.
Na nich się jeszcze święty ogień żarzy
I miłość ludzka stoi tam na straży.
I wy winniście im cześć!