Historia jednego koncertu – Eric Clapton, Katowice, Spodek, 18 października 1979

W latach siedemdziesiątych, choć już nie tak gnuśnych jak poprzednia dekada, władza wciąż dbała o to, by przyszłość narodu, czyli młodzież – nie przesiąkała zbyt mocno kulturą zgniłego Zachodu, by nie miała z nią zbyt częstego bezpośredniego kontaktu. Występy gwiazd muzyki popularnej należały między Odrą a Bugiem do rzadkości, a już koncerty artystów z najwyższej półki były czymś absolutnie wyjątkowym, co zdarzało się raz na wiele lat.

[more]

Przeszukując w czerwcu stare piwniczne kartony, natknąłem się niespodziewanie na półtorastronicowy maszynopis, o którego istnieniu zupełnie zapomniałem. Z niewielkimi korektami, jako znak czasu, pozwalam go sobie w tym miejscu zamieścić.

*

Dziwna to była historia. Jest nas, braci G., trzech. Andrzej, całe życie zawodowe będący dziennikarzem sportowym, odpuścił sobie 17 października 1979 roku mecz Holandia – Polska w Amsterdamie w ramach eliminacji do mistrzostw Europy  (było 1-1). Cwańsi od niego, stwierdziliśmy z Grzegorzem, że w środę obejrzymy mecz, a w czwartek pójdziemy na koncert.

* * *

Po powrocie ze szkoły do domu szybko zjadam obiad i – w drogę. Na koncert jedyny w swoim rodzaju, ostatni już występ w Polsce Erika Claptona!

Pośpiech, choć ponad półtorej godziny do rozpoczęcia koncertu. Nic dziwnego, lekkie podniecenie. Dlatego też niepotrzebnie denerwuję się, gdy autobus ucieka mi sprzed nosa. Kupuję jeszcze gumy do żucia w pobliskim sklepie i po dziesięciu minutach jadę już do centrum Katowic. W Brynowie przesiadka do tramwaju, który zawiezie mnie pod sam Spodek.

Po kilkunastu minutach jestem pod halą. Jest prawie szósta, jeszcze godzina. Spokojnie idę pod sam obiekt. Z bratem umówiony jestem na dwadzieścia minut przed rozpoczęciem koncertu, krążę więc po balkonie od bramy do bramy. Jest dość zimno, zaczyna padać deszcz.

Spotykam trzech kolegów ze szkoły, którzy chcą kupić bilety lub w mniej legalny sposób dostać się do środka. Mówię im, że będą dwa do sprzedania (mieliśmy z bratem w sumie cztery wejściówki). Każę czekać, a sam ponownie ruszam w poszukiwaniu brata. Tłok spory, boję się, że możemy się rozminąć. Ale nie – w końcu jest. Mówię mu, że są chętni do zakupu i idziemy do kolegów.

Został jeden, bez pieniędzy, i prosi, abyśmy poczekali – on ich poszuka. Po pięciu minutach zjawiają się. Jakiś facet, widząc bilety w naszych rękach, podchodzi i pyta, czy nie mamy wolnego.

– Niestety, już nie.

– Cholera, swój spaliłem w piecu!

Pechowiec…

Szybko o nim zapominamy. Bramy już otwarte, do siódmej został kwadrans. Wchodzimy więc do środka i po małych perypetiach dostajemy się na właściwy sektor. Widoczność znakomita, niemalże na wprost estrady, na której kręci się jeszcze ekipa techniczna. Zwracamy uwagę na sprzęt nagrywający, ustawiony w pobliżu nas, brat mówi, że można by porobić świetne zdjęcia. Rozmawiamy trochę o aktorach spektaklu, który już lada chwila powinien się zacząć.

Powyżej nas pani z obsługi rozmawia – co wynika z wymiany zdań – ze swoją córką. Mówi o wspaniałej atmosferze, jaka panowała na występie Claptona dzień wcześniej. Pan Eric nie chciał na sali widzieć służby porządkowej i tak też się stało.

Brat jest coraz bardziej podniecony, ja siedzę spokojnie. Wreszcie głos z megafonów:

– Za chwilę przedstawię państwu muzyków towarzyszących Erikowi Claptonowi.

Niecierpliwimy się – już przecież kilka minut po siódmej. Ekipa techniczna ciągle coś jeszcze robi na scenie. Sporo gwizdów.

Bardzo państwa przepraszamy, ale koncert nie odbędzie się.

Spoglądamy z bratem na siebie i bierzemy to za dobry (?) żart. Jednak publiczność w większości zdecydowanie rusza z miejsc. Żadnego sprostowania! Wreszcie pojmujemy, że to nie kawał, a obsługa techniczna cały czas po prostu demontuje sprzęt. Ogarnia nas – i chyba wszystkich – bezsilna wściekłość.

Bardzo państwa przepraszamy, ale koncert nie odbędzie się z powodu wypadku Erika Claptona. Sytuacja ta zaistniała naprawdę nie z naszej winy.

Cały czas przeraźliwe gwizdy, ale to przecież nie pomoże. Plujemy sobie w brodę.

Spiker podaje, że zwrot pieniędzy od jutra w kasach. Najbardziej z pyszna mają się ci, którzy przepłacili – zapłacili konikom 500-600 złotych zamiast 100, a może nabyli nawet bezpłatną wejściówkę (były takie dla ówczesnych VIP-ów).

Najkrótszy koncert świata i temu podobne hasła padają wśród zawiedzionej i wściekłej publiczności opuszczającej Spodek. I sporo nieśmiesznych żartów. Taka okazja już się raczej nie powtórzy…

Tak więc wróciliśmy do domu nie pełni wspaniałych wrażeń, lecz przedwcześnie i w minorowych nastrojach.

Ponoć przyczyną odwołania koncertu – jak donosiła nazajutrz prasa – była „depresja” gitarzysty spowodowana nagłym, w pełnym blasku reflektorów, wtargnięciem służby porządkowej w połowie pierwszego katowickiego koncertu – w celu uspokojenia części, rozwydrzonej, widowni demolującej krzesła. Być może.

Eric Clapton miał zakontraktowane w Polsce cztery występy: 15 i 16 października w Warszawie, 17 i 18 października 1979 roku w Katowicach. Odbyły się tylko trzy…

 (październik 1979)


Ty też wpadniesz w irlandzkie sieci – U2, Under A Blood Red Sky, 1983

Z U2 intensywniej zetknąłem się w 1983 roku, przy okazji albumu War, z którego utwory obficie były grane w trójkowych audycjach, zwłaszcza tych prowadzonych przez Leszka Adamczyka. Ale, widać, to ciągle nie był ten moment.

[more]

Iluminacja

dopadła mnie dwa lata później, gdy Wieczorze płytowym Tomasz Beksiński zapuścił Under A Blood Red Sky. Muzyka z tego de facto minialbumu (trzydzieści pięć minut z sekundami) wbiła mnie w domowy fotel. Rokendrol jeszcze raz zarzucił na mnie swoje sieci – bezkompromisowa i bardzo gitarowa jazda do przodu zachwyciła od pierwszego słuchania. W jeden wieczór stałem się wielkim wyznawcą U2, którym – mimo ciężkich prób w postaci Zooropy i Popu –  jestem do dziś.

Irlandzki kwartet

to moje roczniki. Wtedy, w 1983 roku, byli ledwie chłopakami tuż po dwudziestce, ale już po trzech płytach studyjnych, z których ostatnia wyniosła ich do roli gwiazd. Już po przejściach, bo ocalili skład kapeli rodem jeszcze ze szkoły kosztem niepodpisania pierwszego kontraktu płytowego (firma fonograficzna chciała, by zmienili perkusistę – skądś to starsi spośród nas znają, prawda?). Z dzisiejszej perspektywy widać, że warto było. Czy ktoś słyszał, by z obozu U2 docierały jakieś informacje o kłótniach?

Trzy albumy studyjne surowe, oszczędne w dozowaniu przystawek gitarowych (wyraźne skojarzenia z odrobinę późniejszymi dokonaniami The Smiths) zaledwie zwiastowały to, co słyszymy na pierwszym krążku koncertowym. Tu dopiero widać siłę grupy, potęgę niewybitnego skądinąd gitarzysty, jakim jest The Edge, wspaniale wspieranego przez coraz lepszego basistę, jakim stawał się Adam Clayton.

Osiem utworów zyskało

na żywo

siłę wręcz nieprawdopodobną. Ściana dźwięku i świetna forma wokalna Bono robią olbrzymie wrażenie. I to bez retuszu: pozostawiono nawet potknięcia Edge’a w Party Girl. Który, co z każdą kolejną płytą widoczne było coraz wyraźniej, nie jest wybitnym technikiem, za to świetnym inżynierem dźwięku. I ma to coś, co przynależne jest tylko najwybitniejszym – wymyślił do bólu prosty sposób gry na gitarze, polegający na upartym budowaniu piosenek na jednym riffie, ale do dziś czyni to w absolutnie genialny sposób. Co z kolei sprawia, że U2 są rozpoznawalni już po paru sekundach.

Moich faworytów

jeśli chodzi o muzykę lat 80. miałem szczęście widzieć na żywo dwukrotnie: w 2005 i 2009 roku na Stadionie Śląskim. Niezapomniane. Za pierwszym razem, gdy – umówieni na forach internetowych – w trakcie odgrywania przez zespół New Year’s Day, fani wyciągnęli coś białego (na trybunach) i czerwonego (na płycie), tworząc wielką biało-czerwoną flagę, Bono zaniemówił. Ukłonił się głęboko, po czym zdjął swoją skórzaną kurtkę i wywrócił ją na lewą stronę z czerwoną podszewką. A potem taką założył i pozostał w ten sposób ubrany do końca koncertu. Cztery lata później historia się powtórzyła, ale, siłą rzeczy, nie zrobiła już takiego wrażenia. Za to muzyka w obu przypadkach – zdecydowanie tak.

A wracając do płyty –  która gra mi teraz, gdy piszę te słowa, w słuchawkach - lata lecą, włosy wypadają, a młodzieńcze zdziwienie nad mocą tej prostej muzyki, jaką jest rock’n’roll, wciąż pozostaje niezmienne. Rewelacyjny krążek.


Muzyczne harakiri – Maja Kleszcz & The IncarNations, Katowice, Rialto, 12 października 2012

Maja Kleszcz i Wojciech Krzak wywodzą się z Kapeli Ze Wsi Warszawa. To oznacza parę już lat na scenie, uznanie publiczności i krytyków, w tym Fryderyki, Machinery, nagroda Radia BBC oraz Grand Prix Europejskiej Unii Radiowej. Do tego dwie płyty sygnowane własnym nazwiskiem, spory szum medialny i, wreszcie, popularność. Spodziewałem się więc co najmniej dobrego koncertu.

[more]

Najpierw wyszli

instrumentaliści.

I zrobiło się bardzo stylowo – ze szczególnym pochyleniem w stronę bluesa: gitara, kontrabas i perkusja. Naprawdę fantastyczna sekcja – nie tak często się zdarza, by – w iście Stonesowskim stylu – wykonywać bardzo, bardzo porządnie swoją robotę i właściwie ani razu (poza krótkim perkusyjnym solem w ostatnim utworze) nie wyrwać się do przodu.

Po chwili na scenie pojawiła się

gwiazda wieczoru.

Kleszcz ma kiepską dykcję, ale obdarzona jest mocnym głosem o barwie kojarzącej się z klasykiem gatunku – Elżbietą Mielczarek, co znaliśmy już z płyt. Skuliła się przed nisko ustawionym mikrofonem, złączyła na całej długości nogi, lewą rękę uniosła do ucha, prawą nienaturalnie wykręciła do tyłu i – pozostała tak aż do końca występu.

Zwykle zupełnie mnie nie zajmują takie kwestie. Na koncert nie idę dla oprawy wizualnej, pirotechniki. Nieszczególnie istotne są dla mnie stroje, w jakich pojawiają się muzycy. Wiek i uroda wokalistek też nie jest elementem pierwszoplanowym, choć zawsze miło jest wesprzeć oko na młodej i ładnej kobiecie. Te elementy zaczynam wychwytywać, gdy to, co najistotniejsze – a więc muzyka albo wykonanie – wzbudza wątpliwości.

Zespół,

jak napisałem, zagrał bardzo solidnie. Choć gdyby gitarzysta więcej grał palcami, może zmienił raz czy drugi gitarę, może zagrał na akustyku, wyrwałby nas, słuchaczy, ze znużenia i monotonii. A nawet chęci wyjścia z sali, bo coś takiego mnie dopadło. Przypuszczam, że Elżbieta Zapendowska, gdyby usłyszała Maję Kleszcz, powiedziałaby mniej więcej coś takiego: „Na litość boską, dziewczyno – zaśpiewaj choć jedną piosenkę normalnie!”.

Kleszcz jest

zblazowana i zmanierowana.

Dysponując mocnym głosem, używa go w sposób okropny, w dawce trochę ponadgodzinnej trudny do zniesienia. Śpiewając po polsku, na przykład teksty najlepszego między Odrą a Bugiem bluesowego poety Bogdana Loebla, robi to do tego stopnia źle, że nie sposób zrozumieć niektóre słowa. Zjada pierwsze głoski albo całe sylaby, od początku do końca, każdą piosenkę i każdy wers pozbawiając naturalnej płynności frazy – w stylu O-o mój ro-oz-ma-a-ry-nie-e. Po kwadransie miałem już dość, po godzinie z niewielkim okładem z ulgą – po jednym bisie – przyjąłem definitywne zejście zespołu ze sceny.

Przykra to niespodzianka,

bo materiał z obu płyt – Radio Retro i Odeon – bez wątpienia należy do wyróżniających się na rodzimym rynku. Zarówno ten oryginalny, jak i interpretujący pozycje klasyczne: Niemenowski Mów do mnie jeszcze, świetna w studyjnej wersji Rebeka czy zyskujący nowe życie knajpiany szlagier Daj mi tę noc.

Gdy rozbłysły światła, spojrzeliśmy grupką znajomych po sobie – i stwierdziliśmy, że wszyscy mamy takie właśnie jak opisane wyżej odczucia. Oto przypadek dowodzący, że mając wszystko: świetny warsztat, dobrych muzyków za sobą, kulturę muzyczną (wyniesioną jeszcze z domu – ojcem Mai jest jeden z redaktorów radiowej Trójki, specjalista od world music, Włodzimierz Kleszcz), można przestać siebie słyszeć, można – przypuszczam – przestać słuchać rad innych, zapętlić się w chyba nazbyt narcystycznym podejściu do własnej osoby.

Wierzę, że to jest

proces odwracalny.

Że to otrzeźwienie musi przyjść. Bez lekcji dykcji i śpiewu ani rusz, ale potem powinno być już normalnie i dobrze. A może nawet świetnie. Tylko, do cholery, ilu słuchaczy do tego momentu Pani Maja zdąży zrazić do siebie? I czy oni (w tej grupie też i ja) będą potrafili jej jeszcze raz uwierzyć i zaufać?

There Is No Future (For Rock’n’roll) – ?

Rock’n’roll trzyma się nieźle, starzy rockmani – znacznie gorzej.

[more]

Pierwsze pokolenie…

punkt wyjścia, panowie, którzy zaczynali w latach 50., różnie: niektórzy grają już w niebiańskiej orkiestrze, nieliczni są jeszcze tutaj. Chuck Berry, w moim odczuciu pierwszy wielki, od dawna już się nie udziela. Jerry Lee Lewis w 2010 roku wydał płytę. Jaką? Ze swoimi największymi przebojami opracowanymi na nowo, zagranymi wespół z najpilniejszymi uczniami.

Drugie pokolenie…

azymut, punkt odniesienia – ci, co zaczynali w latach 60. – też nieuchronnie zbliżają się do mety. Biologia jest nieubłagana. Pierwsi spośród nich umierali przedwcześnie: w katastrofach lotniczych, wypadkach samochodowych i motocyklowych, z przedawkowania alkoholu i/lub narkotyków. Potem przyszły choroby. Teraz – wszystko to razem plus nieuchronna starość. Sam też nie wiem, jak jeszcze długo będę mógł ten proces obserwować. Jak to będzie, gdy umrą ikony rocka – gdy zabraknie Beatlesów, Stonesów, Dylana, gdy wykruszą się następni wielcy?

Filharmonia

Pozostaną płyty i rejestracje koncertów, pozostaną oryginały. Ale czy ich muzyka będzie grana na żywo – tak jak Vivaldiego, Chopina, Mozarta? Czy przeniesie się do filharmonii, stając się muzyką przeszłości dla wybranych? Czy aby zobaczyć rozbijanie gitar na koniec koncertu, usłyszeć wykrzyczane do mikrofonu there’s no future, no future for me! będziemy zakładać garnitury albo – też zgodnie z savoir vivre’em – znoszone dżinsy, kolorowe koszule albo czarne tiszerty?

Czy to będzie miało sens, ta muzyka, jak się dziś upieram, oryginału, grana przez wykształconych w akademiach muzycznych instrumentalistów i wokalistów? Czy w sklepowych przegródkach z muzyką klasyczną znajdziemy kiedyś Beatlesów pomiędzy Bachem i Beethovenem? Bo przecież oni wszyscy w swoim czasie tworzyli muzykę ku rozrywce – ?

Revival bands

Albo jeszcze inaczej. Zadanie to przejmą kapele typu revival. To właściwie już się dzieje. Sale koncertowe wypełniają się podczas występów The Australian Pink Floyd czy The Musical Box, grającego stare kawałki Genesis. Dawno temu, na początku lat 80., przy pełnej widowni wystąpił w Spodku RFN-owski The Beatles Revival Band. I co? Hm, było zawodowo i wzruszająco.

Więc?

 

 

W kolejnej drodze do nieba – Dżem, 2004, 2004

Pisałem już o tym, muzyka w głowie musi się uleżeć. Po pewnym czasie – po pól roku, a czasem po paru latach można nabrać należytego dystansu. Oczywiście, dopiero mijające dziesięciolecia dają tę perspektywę, która pozwala mówić o dokonaniach w sztuce istotnych.

[more]

O Dżemie

też już wspominałem wielokrotnie. Przyszła wreszcie pora, by powiedzieć, za co kocham tę kapelę najbardziej. Miłością dozgonną, której nic nie jest w stanie zniszczyć. Wiem, że w ustach pięćdziesięcioletniego faceta to bardzo niebezpieczna deklaracja. Ale Dżem to sama istota rokendrola – a więc muzyki, którą od dzieciństwa mam w sercu i w głowie.

Chyba każda studyjna płyta zespołu pozostawia jakieś wątpliwości, o żadnej nie da się powiedzieć, że to arcydzieło. Najbliżej tego są Najemnik i Detox, ale o nich przy innej okazji. 2004 to album odrobinę nierówny, zbyt długi (niepotrzebne, ponaddziesięciominutowe W imię ojca na koniec), ale – i tak nic nie szkodzi. Dżemy od lat grają tak, że warto posłuchać nawet słabszych kawałków. Tego, jak to jest zrobione – znakomite brzmienie, perfekcyjna aranżacja, wielka biegłość instrumentalistów. Jubilerska robota, która nie jest  efektem żmudnej, mozolnej pracy nad każdym szczegółem, ozdobniki niemające nic wspólnego z barokowym przepychem. Końcowy efekt, nawet w przypadku słabszych, prostszych konstrukcyjnie utworów, to wynik zderzenia ogromnych talentów kilku ludzi, ich absolutnego słuchu bluesowo-rokendrolowego, który sprawia, że w najmniejszym nawet fragmencie jakiegokolwiek utworu tyle się dzieje, tyle tam smaczków dowodzących wielkiego mistrzostwa.

2004 to płyta przełomowa

– pierwsza z Maciejem Balcarem jako wokalistą i ostatnia z Pawłem Bergerem na klawiszach. Balcar w Dżemie – nic lepszego po śmierci Riedla obu stronom nie mogło się przytrafić. Śmierć Bergera to już wydarzenie wykraczające niestety poza artystyczne ramy. Natomiast całkowicie w nich mieści się fakt, że spośród pięciu wspaniałych numerów na krążku trzy wyszły spod jego rąk…

Całość zaczyna się od Gorszego dnia – prostego rokendrola, dość schematycznego kawałka, jakich sporo w dorobku zespołu, z upodobaniem granego na koncertach – taki sobie, ale fajnie pobrzmiewają w nim Stonesowskie klimaty. Potem, nomen omen, Chleb z dżemem, bardzo podobny do pierwszego.

Pyszności na krążku zaczynają się od utworu trzeciego – W drodze do nieba, którym zespół zaczął swój pierwszy (na festiwalu Ku Przestrodze w 2005 roku) występ w nowym składzie, z Januszem Borzuckim. Znakomite blusidło, utwór, który należy umieścić w – skądinąd wyjątkowo obszernym w przypadku tej kapeli – zestawie dzieł największych.

Wściekły profesjonalizm wbija w fotel przy Ćmie barowej.. Kalifornijskie klimaty, nieprawdopodobna swoboda w wydobywaniu każdego dźwięku – cudo po prostu.

Te lekkości unoszą mnie dalej – trochę Allmanowski Nieproszony to jeszcze większe pomlaskiwanie z zachwytu. Solówki gitarowe dowodzące niebywałej wirtuozerii. Jeden z moich najukochańszych utworów grupy.

Po mniej skomplikowanym muzycznie Wymarzonym świecie kolejna perła – największy przebój od czasów AutsajderaDo kołyski. Takich bluesowych ballad powstało co niemiara, a jednak w tej jest coś takiego, że w gardle ściska (Niech dobry Bóg/zawsze cię za rękę trzyma/kiedy ciemny wiatr/porywa spokój/siejąc smutek i zwątpienie).

Dzień świstaka

– dla mnie arcydzieło na tym krążku arcydzielne najbardziej. Znów ta cudowna lekkość, olśniewające współbrzmienie dwóch gitar, wspaniale wplecione klawisze. Panowie, jak można takiego kawałka nie grać na koncertach?

Tego znakomitego poziomu nie udaje się utrzymać do końca płyty. Jednakże zarówno Szeryfie, co tu się dzieje?, jak i Diabelski żart, choć skrojone z, wydawałoby się, mocno zajechanych już patentów, są tak świetnie zagrane, że bynajmniej nic tu nie boli i nie uwiera. I jeszcze bardzo Stonesowski 66. Znów bez cmokania z zachwytu, ale swing i feeling wyczuwalny w każdej sekundzie. Stanowczo zbyt długi W imię ojca, przywodzący na myśl Obracam w palcach złoty pieniądz Perfectu, obniża ocenę całości.

Dżem, po słabszych (zwłaszcza Albo być, albo mieć) albumach z Jackiem Dewódzkim znów w świetnej formie. Struny głosowe Maćka Balcara idealnie zestrojone z resztą zespołu. Pięć utworów z najwyższej półki. Jeśli to dla kogoś mało, to przepraszam, ale nie mamy o czym rozmawiać.


Rawa Blues Festival 2012: Robert Cray Band, Eric Sardinas & Big Motor i inni. Spodek, Katowice, 6 października 2012

Ponad dwie dekady mijają, odkąd ostatni raz byłem na Rawie Blues. Z różnych powodów: najpierw za sprawą powiększenia się mojej rodziny, a potem dlatego, że – co tu dużo kryć – mój stosunek do bluesa w czystej postaci nie był już tak nabożny jak dawniej. Jednak nazwisko Roberta Craya, należącego od lat do ekstraklasy wykonawców tego gatunku, było bardzo mocnym argumentem, by znów zasiąść na festiwalowej widowni.

[more]

Roomful of Blues

Weszliśmy z żoną na widownię, właśnie gdy zaczynali grać. Ośmioosobowy band białasów z czterdziestopięcioletnim stażem, o którym Count Basie powiedział, że jest najgorętszym zespołem bluesowym, jaki kiedykolwiek słyszał. Ich muzyka to z pewnością nie jest to, co lubię najbardziej, ale na żywo ma wielką siłę. Połączenie bluesa, soulu, rock’n’rolla i swingu – pełne zawodowstwo wykonawcze, duża energia niemłodych już muzyków – to wszystko sprawiło, że temperatura w Spodku na pewno się podniosła.

Irek Dudek Big Band

Dudek – niestety – od lat jest bardziej dyrektorem festiwalu niż aktywnym muzykiem. Krótki wczorajszy set złożony był z dobrze znanego materiału i chyba niewiele pomogła tu reklama, że dęciaki dowodzone przez Bronisława Dużego będą grały bez wspomagania w postaci zapisu nutowego. Niby wszystko O.K., z przyjemnością wysłuchałem ukochanego Something Must Have Changed, który otwiera znakomity album No. 1 z 1986 roku, ale w Dudkowym graniu od dawna nie dzieje się nic nowego.

Na koniec – jak się okazało – występu  miała miejsce przyjemna chwila. W lutym tego roku Ireneusz Dudek odebrał w Memphis statuetkę Keeping The Blues Alive 2012 – nagrodę dla najbardziej zasłużonych osób i organizacji propagujących bluesa na świecie w kategorii festiwal międzynarodowy. Na scenie Spodka mieliśmy wczoraj swoistą powtórkę tego wydarzenia.

Szkoda, że po tej celebrze big band zszedł ze sceny. Trochę niespodziewanie – dla słuchaczy, a i pewnie dla samych muzyków. Ale, jak rozumiem, organizatorów gonił czas.

Robert Cray Band

Po półgodzinnej przerwie na scenie pojawiła się największa gwiazda imprezy – Robert Cray z zespołem. Znakomity gitarzysta i wokalista jest pięciokrotnym laureatem nagrody Grammy. Po kilku latach przerwy właśnie ukazał się jego nowy, bardzo wysoko oceniany przez fachową prasę album Nothing But Love.

Mistrz dostarczył nam prawie stuminutowej porcji muzyki w najczystszej postaci. Bez zbędnych fajerwerków – statyczne zachowanie na scenie, żadnych efektów ponad skromną scenografię festiwalu dobrze znaną od lat. To zupełnie niepotrzebne, gdy na scenie staje czterech ludzi, którzy doskonale wiedzą, co jest istotą bluesa.

To wszystko, co można usłyszeć na płytach Craya, znalazło potwierdzenie na koncercie. Kunsztowna, ale niezwykle oszczędna gra lidera, gustowne tło sekcji i rewelacyjne klawisze. Bo to dzięki instrumentom klawiszowym ta prosta i  chropowata – jak to zwykle w przypadku bluesa – muzyka zyskuje zamierzoną pełnię: subtelność, delikatność, melodyjność – szlachetność dowodzącą wielkiej maestrii kompozytorskiej, aranżacyjnej i wykonawczej. Niezwykle smakowity w wydaniu Craya blues nie bombarduje słuchacza ani ilością decybeli, ani tempem grania.  Zespół unosi widownię w powietrze niepostrzeżenie, cyzelując nutę po nucie. Ale to estetyzowanie w najlepszym rozumieniu tego słowa. Wielka, wspaniała muzyczna uczta.

Po tym stonowaniu i wyciszeniu szybko jednak przyszło słuchaczom zmienić nastrój.

Eric Sardinas &  Big Motor

Mr. Music. Kowboj urodzony na scenie. Facet, dla którego gitara nie przedstawia absolutnie żadnych tajemnic. Słuchając go, zastanawiałem się, czy ręce nie nadążają za głową, czy głowa za rękami. Gdyby dało się grać jednocześnie dwa utwory albo obsługiwać dwie gitary – Eric Sardinas by to zrobił.

Ta nieprawdopodobna biegłość obu rąk rodzi podejrzenia. Po paru minutach pojawiły się w mojej głowie skojarzenia z koncertem Gary’ego Moore’a w 2002 roku (świeć, Panie, nad jego duszą), którego pierwsza solówka wbiła mnie w fotel, druga się podobała, a od czwartej zbierało się już tylko na wymioty. Akademickie, na zimno wykoncypowane wirtuozowskie granie (to samo tyczy Satrianiego czy Vaia), narcystyczne epatowanie słuchacza biegłością palców – to nie dla mnie. Sardinas jest jednak zupełnie inny. To typowy rokendrolowy anarchista, który kocha to, co robi, a serce ma gorące, bluesowe. Zaś obok siebie równie szalonego basistę i porządnego bębniarza.

Gęba się śmieje do takiego grania, do tego, jak ten facet wciąż między utworami mówi, że to wspaniały festiwal, cudowne miejsce i że jest szczęśliwy, że znów – po trzech latach – może tu być. Niewiele mniejszym gadułą okazał się basista, przedstawiony przez lidera jako „my brother – from another mother”.

Wszystko już było. W graniu Sardinasa nie ma absolutnie nic nowego, nic, co wniosłoby jakieś nieznane dotąd wartości. A jednak jest urzekające i kipiące energią. Cytaty muzyczne są ewidentne: Chuck Berry, Robert Johnson, Jimi Hendrix, Stevie Ray Vaughan, AC/DC, ZZ Top i, najczęściej, Led Zeppelin.

Sardinas, gdyby pozwalały na to ramy imprezy, grałby jeszcze drugie półtorej godziny. I, jestem przekonany, nikogo by nie zmęczył, nie znudził. W rock’n’rollu coraz trudniej o jakieś nowe wątki, to wiemy od dawna. Ale dzięki takim wykonawcom wszystko, co w tej muzyce najlepsze, wciąż tchnie świeżością i pulsuje pełnią życia.

*

Organizatorom należą się słowa uznania. Sprawny, bez poślizgów czasowych przebieg imprezy to bardzo cenna sprawa dla słuchaczy.

Gorzej natomiast wyglądało to od strony realizacji telewizyjnej – okrągły telebim albo nie działał wcale, albo na pół gwizdka. Dudek przepraszał, mówił, że wynika to ze zbyt małej ilości mocy, którą miano do dyspozycji. Czy tego nie da się zawczasu  policzyć?

Zapowiadający koncerty Jan Chojnacki dziękował ośrodkowi TVP w Katowicach, że mimo niedoboru środków podjęła się rejestracji festiwalu. Czy jednak ów brak pieniędzy tłumaczy fatalną realizację przekazu na wspomnianym telebimie? Czy naprawdę trzeba pokazywać tylko liderów, najczęściej z jednego tylko ujęcia, nawet gdy solówkę odgrywa ktoś zupełnie inny?

No i na koniec sam obiekt. Tylko jedno: wizyta w toalecie. Zamek w drzwiach działa, brawo. Deski nie ma, tylko jakaś pokrywa. Na ścianach kabiny – ani śladu po  pojemniku na papier, o samym papierze nie wspominając. Jak dobrze, że robiłem tylko siusiu, a do wytarcia rąk po umyciu miałem własne chusteczki higieniczne. Jednym słowem, XXI wiek.


Zeppeliny na niebie

Moja droga do dokonań Led Zeppelin była zawiła i kręta. Co prawda wśród pocztówek dźwiękowych moich braci znalazło się miejsce na Immigrant Song, ale potem zrobiło się jakoś ciasno i nieprzystępnie. Dla praktycznie całego ostrego, gitarowego grania. Starsza brać zachłysnęła się dokonaniami Emerson, Lake & Palmer, Yes, Pink Floyd i resztą drużyn z ligi rocka symfonicznego. Wtedy wydawało im się, że to muzyczny uniwersytet, zaś szarpidruty to w najlepszym razie szkoła średnia.

[more]

I tak sobie teraz myślę, że jednak mnie tą opinią w pewien sposób zarazili, choć – na szczęście – nie na całe życie. Do dziś nie mam szczególnej atencji do twórczości Deep Purple czy Black Sabbath, choć oczywiście jestem świadomy znaczenia tych kapel w historii rock’n’rolla, doceniam klasę In Rock, Fireball czy Sabbath Bloody Sabbath.

Ale, kurczę blade, co innego Led Zeppelin. Gdy gdzieś w 1978 roku rejestrowałem fragmenty Presence, jeden z braci zapytał: Co, LZ nagrywasz? Nie szkoda ci miejsca na taśmie?

Po latach śmialiśmy się na wspomnienie tego bluźnierstwa. Ale Cepów odkrywałem samotnie, tak naprawdę, w pełni, dopiero po śmierci Johna Bonhama. W 1981 roku w czwartym, stereofonicznym programie PR za wielką prezentację ich dyskografii zabrał się Jerzy Janiszewski. Jak zawsze – fachowo, z potężną dawką informacji. Tyle że – co wielu słuchaczy denerwowało – zaczął od prezentacji nagrań bodaj The Yardbirds. Gdy wreszcie doszedł do pierwszego albumu LedZep i zdążył odtworzyć pierwszą stronę – wybuchł stan wojenny.

Po kilkumiesięcznej przerwie emisyjnej, po wznowieniu nadawania, już w programie drugim – ruszyły niektóre dawne pozycje ramówki. I – w końcu też prezentacja wszystkich płyt zespołu. W miarę posiadanych taśm, o które nie było w tamtym okresie łatwo, nagrywałem kolejne albumy. Wtedy już nie miałem wątpliwości. Miłość do Floydów umierała, ich miejsce w moim sercu zajmowali Zeppelini. I są w nim do dzisiaj.

To, co tylko z rzadka słyszę u Parpli czy Sabatów – jest istotą magii LZ. Chodzi o zupełnie inną głębokość korzeni – o blues. Cały ten olśniewający, zdumiewający na przełomie lat 60. i 70. gitarowy hałas kwartetu wywodzi się z bluesa właśnie. To dlatego jest w nim swing i feeling, wielki czar muzyki bezzębnych Murzynów zaaranżowany na głos Roberta Planta, gitarę Jimmy’ego Page’a i sekcję w osobach Johna Paula Jonesa i Johna Bonhama. Geniusz autorski i wirtuozeria wykonawcza dały fantastyczny efekt w postaci czterech pierwszych albumów zespołu, z których każdy należy do najważniejszych w dziejach muzyki rockowej. Potem może było nieco słabiej, ale należy pamiętać o tym, że „słabiej” w odniesieniu do kapeli tej miary oznacza i tak poziom dla większości najzwyczajniej niedostępny.

Wszystko skończyło się nagle w 1980 roku po tragicznej śmierci perkusisty. Pozostała trójka jakoś nie wyobrażała sobie dalszego grania bez Bonza. Plant zaczął nagrywać swoje płyty, zrobił z pewnością jako solista największą karierę. Page nie dokonał sam niczego szczególnego, Jones tak naprawdę pojawił się dopiero w 2010 roku w superskładzie Them Crooked Vultures.

Przyjaźń liderów – panów P – chyba nigdy nie wygasła, parokrotnie schodzili się, nagrali razem dwa albumy. Ten z premierowym materiałem – Walking Into Clarksdale (1998) – brzmi dziś lepiej niż w chwili wydania i z powodzeniem mógłby być sygnowany nazwą Led Zeppelin. Podobnie jak krążek Page’a nagrany z Davidem Coverdale’em w 1993 roku, a którego realizację gitarzysta proponował pierwotnie swojemu dawnemu kumplowi. Ten jednak nie potrafił się zdecydować i ostatecznie odmówił. Odmówił również – tym razem Page’owi, Jonesowi i Jasonowi Bonhamowi (synowi Johna) na przełomie 2007 i 2008 roku, kiedy – po znakomicie przyjętym koncercie w Londynie okazjonalnie wskrzeszonego zespołu – trwałe reaktywowanie LZ stało się bardzo realnym pomysłem. Plant wydał jednak właśnie świetny i świetnie się sprzedający album nagrany wspólnie z Alison Krauss i nie wyraził zainteresowania ani trasą koncertową, ani nową płytą.

Myślę, że szkoda. Bo byłem w Spodku w 1998 roku na koncercie w ramach trasy promującej Walking Into Clarksdale. Dwaj już wtedy niemłodzi panowie zaprezentowali się rewelacyjnie. Gdy ruszyli z kawałkami LedZep, łzy wzruszenia pociekły mi po policzkach. Ostatnie ocierałem już po zakończeniu występu, po ponad dwóch godzinach wybornego grania. Te emocje na scenie i widowni, jestem przekonany, są w dalszym ciągu do powtórzenia. Bo w tej muzyce jest magia.

Mijające dziesięciolecia przemawiają zdecydowanie na korzyść Led Zeppelin, podobnie jak to jest z The Beatles czy Rolling Stones. To wielka sztuka, która wywarła i nadal wywiera ogromny wpływ na kolejne pokolenia – zarówno tych, którzy grają, jak i tych, co słuchają. Skala dokonań kwartetu należy do bezdyskusyjnie największych. W stylowym, rokendrolowym łojeniu nikt już nie wymyślił nic lepszego.

SBB, Welcome, 1979

Album Welcome został nagrany w październiku 1978 roku w studiu Polskiego Radia w Opolu. Pink Floyd rok wcześniej wydali Animals, a The Wall miał się ukazać pod koniec 1979 roku. We wrześniu 1978 roku wyszedł krążek Tormato Yes, kolejny – Drama – w 1980. Emerson, Lake and Palmer dogorywali po słabiutkiej Love Beach (listopad 1978), Genesis właśnie wkroczyli na popową drogę, wydając …and Then There Were Three…. Intensywnie funkcjonuje w tamtym czasie jedynie formacja U.K., która na przestrzeni dwóch lat wydaje trzy albumy. Zarówno na tym tle, jak i całkiem obiektywnie rzecz biorąc, płyta SBB opublikowana w 1979 roku jest po prostu rewelacyjna.

[more]

Gdy zimą 1979 roku Dariusz Michalski zaprezentował w Muzycznej Poczcie UKF jeszcze ciepły materiał przygotowany na drugą RFN-owską płytę zespołu, jako miłośnik takich dźwięków poczułem się znokautowany, a jako Polak i Ślązak – spuchłem z dumy.

Skrzek jako kompozytor uciekał ciągle w stronę długich, rozbudowanych form muzycznych. Na tym albumie natomiast mamy pierwotnie siedem utworów (w wersji CD doszedł jeszcze odrzucony wcześniej Rain). Otrzymaliśmy więc utwory krótsze, w których skondensowane zostało wszystko co najlepsze spod znaku SBB. Welcome to, nie waham się użyć tego określenia, arcydzieło, jedna z najwybitniejszych płyt w historii polskiego rocka, ale także płyta, której nie powstydziłaby się żadna z progrockowych kapel zachodnich.

Zaczyna się znakomicie: instrumentalny Walking Around The Stormy Bay to najlepszy utwór z całego dorobku grupy, porywające połączenie klimatów progressive i hard rocka. Co może się jeszcze wydarzyć po takim początku? Bez obaw, zespół znajduje się w szczytowej formie. Raz jest spokojniej, lirycznie – jak w piosence tytułowej – a czasem bardzo dynamicznie (Rain), zwykle jednak te nastroje bezustannie się mieszają, by doprowadzić nas do fantastycznej solówki Lakisa w finale kończącej płytę minisuity Last Man At The Station.

To, w jakie rejony zawędrowali Skrzek, Anthimos i Piotrowski, do dziś budzi najwyższe uznanie. Trzech wirtuozów stworzyło taki materiał muzyczny, że nawet kiepska angielszczyzna lidera jest zdecydowanie do zaakceptowania – tym bardziej, że siły głosowi Skrzeka bynajmniej nie brakuje. Tym albumem bezdyskusyjnie udowodnili, że należą do światowej czołówki, co nie raz w tamtym czasie sygnalizowali dziennikarze zachodni, którzy mieli okazję usłyszeć polskie trio.

Niestety, wkrótce potem okazało się, że muzycy nie dają rady żyć i pracować w tym tempie. Walka o pozycję na europejskich rynkach, wielomiesięczne trasy koncertowe, problemy Lakisa powodujące, że wielokrotnie Skrzek i Piotrowski musieli grać tylko w dwójkę – to wszystko sprawiło, że w listopadzie 1980 roku powiedzieli „Dość, jesteśmy zmęczeni, musimy odpocząć”.

Dla fanów była to straszna wiadomość, „pośmiertnie” wydane w 1981 roku Memento z banalnym tryptykiem było kolejnym znakomitym krążkiem i raz jeszcze dowodziło wielkiego potencjału twórczego i wykonawczego, ale rozpad zespołu stał się faktem. Miało to miejsce w bardzo znaczącym dla całego rocka symfonicznego czasie, jakim był przełom lat 70. i 80. (piszę o tym w majowym tekście 1980: koniec SBB i rocka progresywnego).

Wiem skądinąd, że nawet dla moich rówieśników – wielbicieli art rocka z lat 70. – twórczość SBB jest często ziemią nieznaną. Zespół zbyt uciekał, zwłaszcza na koncertach, w stronę jazz rocka? Trzy pierwsze albumy były zbyt surowe? Tak trudno było niektórym uwierzyć, że u nas, w Polsce, ktoś może grać na światowym poziomie? Cudze chwalicie, swego nie znacie?

Jeśli miałbym kogoś dziś skłonić do pierwszej próby kontaktu z muzyką SBB – zdecydowanie proponuję Welcome. Obiektywnie, powtarzam, płyty znakomitej. Zaś dla mnie osobiście, w mojej trwającej nieustannie przygodzie z muzyką – zajmującej absolutnie wyjątkowe miejsce.

Los starych płyt

Odkąd przed laty w domu zepsuły się i okazały nie do naprawienia dwa bardzo dobre w swoim czasie gramofony – Daniel i Fryderyk – płyty gramofonowe poszły w odstawkę. Kończący się weekend spędziłem między innymi na tym, że z kartonów pochowanych gdzieś w piwnicznych pomieszczeniach zacząłem wyjmować, jak to się dziś mówi, analogi, aby sporządzić ich listę. By je sprzedać, pozbyć się ich, uwolnić piwnicę od kolejnych rupieci. Ejże, czyżby rupieci?

[more]

Jak mierzymy swoje życie? Jaką miarę przykładamy, by dokonać oceny całościowej i ocen mniejszych, cząstkowych? Co stanowi o tym, że patrzymy na mijające dni z satysfakcją lub, odwrotnie, z niezadowoleniem lub wręcz dezaprobatą? Ile znaczą w tym wszystkim młodzieńcze fascynacje, także te muzyczne?

No i co z tego że w komunie, młodość mieliśmy jedną. Trudno nie spoglądać wstecz z nostalgią. Za coraz dawniejszymi latami, za coraz bardziej utraconym „wszystko jeszcze przede mną”. Te kilkaset płyt, w zdecydowanej większości polskich i demoludowych, to jednak kawał mojego życia. Wchłaniania jak gąbka wszystkich dźwięków z tych najstarszych krążków, niezliczoną ilość razy kładzionych na talerz gramofonu. Ileż wspomnień – kolejkowych, bo przecież tych płyt zwykle się nie kupowało, a w pocie czoła zdobywało, polowało na nie, wysupłując resztki grosza z portfela. Ileż imprez albo samotnych wieczorów spędzonych przy słuchaniu muzyki, ileż kontemplowania okładek, rozmów czy wręcz zażartych sporów o to, który zespół lepszy, który gitarzysta wspanialszy.

Nie wszystkie albumy ukazały się w wersji kompaktowej, a niektórych w wersji CD ciągle nie mam. Czy wobec tego nie lepiej będzie kupić jakiś, nawet najprostszy, gramofon? No, dobrze – ale płyty muszą być pod ręką, jeśli mają być słuchane. Gdzież  znaleźć dla nich miejsce, gdzie je upchnąć pośród innych sprzętów?

I znów wracam do pierwszej myśli – pozbyć się? To przeciez prawie jak wyrzucić swoje stare zdjęcia. Sprzedać – wszystkie, za parę groszy? Kolejny raz obejść się z samym sobą tak bezlitośnie, tak bez sumienia wobec lat górnych, chmurnych i durnych? A może jednak pozostawić je w spokoju? Zostawić  tym, którzy będą kiedyś po nas robić porządek? Niech sami ocenią, co z tym począć. Im będzie łatwiej, bez zbędnych emocji, przynajmniej muzycznych. Bez wspomnień.

(5 sierpnia 2012)


Dżem bez Riedla

Dżem bez Ryszarda Riedla? Dla wielu było to nie do przyjęcia, a jednak zespół grał dalej. Ja natomiast poczułem wielką ulgę – i radość. Nie chciałem, by tu, na Śląsku, powtórzył się kolejny raz scenariusz, że rozpada się świetna kapela, a jej członkowie zaczynają robić jakieś mało istotne rzeczy – myślę tu o SBB i Krzaku. (W sumie najlepiej przez pewien czas spisywał się Jerzy Piotrowski, bo bębnił u Dudka i parę lat w Dżemie właśnie).

[more]

Dewódzki był inny. Tak pewnie miało być, na zasadzie kontrastu. Dżem na żywo dalej był potęgą, ale gdy chodzi o płyty studyjne – wpadł w artystyczny dołek. Słabsza jest zwłaszcza Albo być, albo mieć. Nie ma na niej, jako jedynej, żadnego utworu, który z czystym sumieniem umieściłbym na Dżemowym The Best of.

Zdziwiłem się, gdy wyczytałem, że Maciej Balcar został nowym wokalistą zespołu. I bardzo ucieszyłem, bo pamiętałem, jak świetnie przed laty zaśpiewał w Opolu Dziwny jest ten świat (próbuje wielu, a powinno tylko kilku). Bo już wiadomość, że jest w Harlemie, była bardzo dobra – to było miejsce dla takiego głosu. A przejście do Dżemu okazało się strzałem w dziesiątkę – dla obu stron. Dla Balcara nie ma lepszego miejsca na polskiej scenie muzycznej, dla Dżemu nie widzę lepszego wokalisty. Feeling, swingowanie – dla mnie rewelacja. Do tego bardzo dobra dykcja. I kultura osobista – nigdy z jego ust, ze sceny, nie padły jakieś dziwne czy niecenzuralne słowa. Z całą sympatią dla Jacka D., z którym chyba Dżemy mają dobre relacje, bo pojawia się na tych najważniejszych koncertach (i płytach), Pan Maciek bije go na głowę.

Zespół gra do dziś. Siłę Bena Otręby jako kompozytora wspierają pozostali członkowie grupy, raz ci, raz inni. 2004 zawiera kilka absolutnie fantastycznych numerów (jeszcze do tego wrócę), zaś Muzę uważam za najlepszy album grupy w czasach „poriedlowych”. A koncertowy Pamięci Pawła Bergera za jeśli nie najlepszy, to jeden z najlepszych koncertowych albumów w historii polskiej fonografii. I gdy ktoś mi mówi (ktoś, kto od wielu lat nie był na ich koncercie i nie posłuchał sobie parę razy uważnie ich ostatnich płyt), że czas Dżemu minął, to moje muzyczne serce na takie opinie strasznie się oburza.

(pisane jesienią 2011)