The Beatles – najpierwsza kochanka w muzycznym haremie

Może 1968 rok. W domu pojawia się pocztówka z Lady Madonna.
Już chyba 1970. Pocztówka z jednym nagraniem – Hey Jude.
1978. Tonpress wypuszcza na rynek pierwsze polskie wydawnictwo płytowe grupy – dwie małe płytki z siedmioma łącznie utworami. Szaleństwo.
1980. The Beatles, czyli pierwotnie w Stanach wydany zestaw singlowych nagrań czwórki z Liverpoolu. W miesiąc, może dwa później – 8 grudnia – ginie John Lennon.

[more]

1993. Abbey Road – pierwszy kompaktowy zakup nagrań Beatlesów.

2010. Wreszcie! – zremasterowane wersje (po kolei): Białego albumu, Magical Mystery Tour, Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, RevolverPast Masters. Pięć albumów, siedem płyt. Mnóstwo muzyki. W przeważającej części – znakomitej. Najwspanialszej grupy w historii muzyki rockowej. Jak pisać o takich oczywistościach?!

 *

Beatlesi towarzyszyli mi zawsze,

od wczesnego dzieciństwa.  Ale przez bardzo długi czas w sposób nieuporządkowany. Ich dorobek zlewał się w jedną wielką całość. Dopiero po latach dokonało się w mojej głowie i uszach podwójne przewartościowanie: najpierw coraz większy zachwyt dojrzałego już odbiorcy nad muzyką kwartetu, a nieco później uchwycenie chronologii, tego ciągu przyczynowo-skutkowego, błyskawicznego rozwoju artystycznego zespołu. I świadomość tła, kontekstu – tego, co działo się wtedy w świecie i muzyce rockowej.

Wsłuchiwałem się w te niemłode już nagrania, uświadamiając sobie, w którym utworze który z panów wykonuje partie wokalne. W 2010 roku dotarło do mnie, że to, co kocham w Beatlesach najbardziej, jest dziełem Paula McCartneya, że to on jest tym mistrzem ponad wszystkich innych mistrzów rock’n’rolla.

Niebywałe, jak rozkwitają czasem talenty. Zespół gdzieś na początku, na przełomie lat 50. i 60., był jednym z wielu. Nic specjalnego, żadnych olśnień wykonawczych – nie byli to ani szczególnie dobrzy wokaliści, ani instrumentaliści.

Geniusz autorski

ujawnia się jednak już w 1964 roku, niewyobrażalna dzisiaj ilość zagranych koncertów sprawia, że warsztat staje się coraz lepszy. Nigdy nie wybitny – ale, w połączeniu z cudowną zdolnością do wymyślania przepięknych piosenek – dający efekt absolutnie ponadczasowy, nieporównywalny z jakimikolwiek wcześniejszymi dokonaniami w rocku.

To The Beatles stali się punktem odniesienia dla większości wykonawców w kolejnych pokoleniach. Niedościgłym wzorcem i nieustającą inspiracją. Bunt sklasyczniał, a wielka muzyka pozostała. I pozostanie. YesterdayStrawberry Fields ForeverPenny Lane czy Hey Jude będą analizowane przez muzykologów tak samo jak utwory Bacha czy Vivaldiego.

 

Long live rock’n’roll, it live, let it live

Tym różnimy się od zwierząt, iż wiemy, że umrzemy. Wszyscy. Z biegiem lat tych śmierci wokół nas wciąż więcej i więcej. Coraz więcej tych, których znaliśmy, lubiliśmy, kochali, którzy dostarczali wzruszeń – a których nie ma już w tym jedynym znanym nam świecie. Każda śmierć wyjątkowa, tak jak wyjątkowe, niepowtarzalne jest życie każdego człowieka.

[more]

Czy można zastanawiać się, czy etyczne jest wartościowanie –

czyja śmierć ważniejsza,

a czyja taka sobie, jedna z wielu? Nieuchronnie zmierzając w swych rozważaniach w stronę muzyki, pomyślałem tak: czy bardziej należy żałować tych, którzy okazali się niezastąpieni – solistów, liderów grup, muzyków, bez których kumple nie wyobrażali sobie dalszej wspólnej działalności – od tych, którzy znaleźli swoich następców?

Spojrzałem ostatnio na okładkę analogowego wydania Najemnika Dżemu. Trzy do trzech. Trzech jest w tym zespole do dziś. Perkusista wrócił do macierzystego zespołu. Riedel i Berger dżemują już ze świętym Piotrem.

Każde działanie żyjących muzyków uważam za zasadne i uprawnione, nie czuję się upoważniony do jego moralnej oceny. Mogę tylko mówić o swoich wrażeniach, próbować dokonywać artystycznej oceny. Mówiłem już o tym, ale powtórzę: bardzo, bardzo się cieszę, że Dżem działa dalej. Cieszę się, bo muzyka zespołu jest ciągle wysokiej próby. Rozważanie, jak by to było,

gdyby żyli Rysiek i Paweł,

jest ze wszech miar niestosowne i niezręczne, Ból, żal, wzruszające wspomnienia – pozostają, ale budzimy się rano i trzeba dalej żyć.

Niemen, Grechuta, Nalepa, Ciechowski. Wymieniam tylko największych w polskiej muzyce drugiej połowy XX i początku XXI wieku. Tę listę, niestety, można by ciągnąć bardzo długo. Ona zawsze będzie otwarta i wciąż uzupełniana o kolejne nazwiska. Tych ludzi już nie ma, ale twórcze działanie jest tą cudowną sferą życia, dzięki której obdarzeni największym talentem pozostają na długo nie tylko w pamięci, ale przede wszystkim w głowach i sercach innych – za sprawą napisanych książek, namalowanych obrazów, skomponowanej i nagranej muzyki.

Ponad

pół wieku rock’n’rolla

to dużo i mało jednocześnie. Nie sposób dociec, ile znaczyć on będzie za kolejne pół wieku, za sto, dwieście lat w dziejach ludzkości. Jednocześnie jednak dla wielu żyjących dzisiaj rock jest czymś, bez czego trudno sobie wyobrazić świat. Tak się porobiło, że nawet tak wielka ilość hałasu i decybeli, niespotykana wcześniej w historii, dowodzi wrażliwości. Tej czy innej, ale wrażliwości.

Dla mnie muzyka – pojmowana od lat szerzej, ale jednak z akcentem na gitary i perkusję – jest jedyną używką, od której stale jestem uzależniony. A przecież nie ja jeden. Jest nas naprawdę bardzo, bardzo wielu. Niech żyje rokendrol. On żyje. Pozwólmy mu żyć.

Świnie nad miastem – Pink Floyd, Animals, 1977

W czasie kiedy dane mi było trochę liznąć wielkiego świata, gdy w 1977 roku spędziłem kilkanaście lipcowych dni we Francji – po drugiej stronie Kanału La Manche szalała punkowa rebelia. Rock’n’roll trząsł się w swych posadach, Po wspaniałych latach 1967-1975 muzyczna sinusoida wyraźnie zjeżdżała w dolne rejony. Największe grupy z tego okresu albo już z różnych powodów nie istniały, albo zmagały się z większą lub mniejszą niemocą twórczą. Tak intensywnie żyć – nagrywać, koncertować, nie rezygnując z uciech i używek – nie da się bezkarnie i bez końca.

[more]

Floydzi zwolnili tempo już nieco wcześniej – począwszy od Ciemnej strony księżyca nagrywali co dwa lata, ale nie czyniło ich to wolnymi od problemów związanych z tworzeniem nowego repertuaru.

Słucham po raz kolejny Animals zakupionego podczas wspomnianego pobytu we Francji – i wciąż łapię się na tym, że nie mam do tego krążka dystansu. Albo też, najzwyczajniej, mimo powszechnej „zmowy milczenia” wokół niego – tak samych muzyków, jak fanów – upartego niewracania do tego materiału muzycznego, jest to

bardzo dobry album.

Dwa lata wcześniej wyszedł słynny Wish You Were Here. Pewnie narażę się niejednemu czytającemu te słowa, ale już dawno stwierdziłem, że płyta to niewybitna, a z całą pewnością nierówna – dobrą, bardzo dobrą stronę drugą analogowego krążka poprzedza stanowczo nazbyt rozwleczona pierwsza część Shine On You Crazy Diamond oraz kiepski, industrialny i przypominający elektroniczne produkcje zachodnoniemieckie Welcome To The Machine.

Na płycie o dwa lata późniejszej takich dłużyzn nie ma. W ogóle – jest to dla mnie ciągle bardzo

interesujące połączenie progressive i hard rocka.

Na żadnej innej płycie gitara Gilmoura nie brzmi tak mocno i wyraziście, a jednocześnie, jak zawsze w jego przypadku, szlachetnie, bo to stylista wyborny. Choćby tylko dla samej gry Pana Davida warto tych nagrań posłuchać, dla genialnej solówki w finale Pigs (Three Different Ones), znakomicie wspieranej zresztą przez linię basu Watersa. Po Świniach mamy Sheep, czy nie jeszcze lepszy, a na pewno ostrzejszy kawałek – druga część analogowego wydawnictwa jest naprawdę wyśmiemita.

W tym miejscu chciałbym podzielić się pewną refleksją. Jeszcze jako nastolatek zakochany we Floydach doszedłem do wniosku, że płyty grupy z lat 70. znacząco różnią się od siebie, że każda ma swoje

wyjątkowe brzmienie.

Zasługa w tym Richarda Wrighta, który za każdym razem  trochę inaczej używał klawiszowego instrumentarium. Faceta, którego Waters wyrzucił z zespołu po The Wall, stwierdzając, że jest nietwórczy, że się nie rozwija. Oj, warto może spojrzeć do okładek płyt, by popatrzeć, przy jakich kawałkach pojawia się nazwisko nieżyjącego już niestety pianisty. Warto nadstawić ucha przy jego solowym Wet Dream z 1978 roku.

Roger Waters

to z jednej strony niekwestionowany lider zespołu, z drugiej – z upływem lat – coraz bardziej despotyczny władca. Nigdy nie umiałem, i do dziś nie umiem, strawić ani The Final Cut, ani jego solowych produkcji – napuszonych, operowo nadętych, rozpiętych pomiędzy szeptem i krzykiem, a pozbawionych tego, co w anglosaskiej muzyce najcenniejsze: bardzo szerokiego środka i średniego tempa. Płyt po prostu koszmarnych.

Wracając do Animals – podobno podczas trasy promującej to wydawnictwo członkowie zespołu stwierdzili, że tracą kontakt z publicznością, że zaczyna ich oddzielać od fanów coraz grubszy i większy mur. Być może dlatego nie sięgali do tych nagrań w następnych latach, podczas kolejnych tras, także tych już bez Watersa. Stacje radiowe też tych utworów nie grają, bo są po prostu zbyt długie. Proponuję więc sprawdzić samemu i zweryfikować moją opinię. Dla mnie zawsze już będzie to kawał wielkiej muzyki.



1977: Francja, St. Vallier, Paryż i płyty

Wiosną 1977 roku, kiedy powoli dobiegała końca moja edukacja na poziomie podstawowym – tu zacytuję klasyka – wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł: „Chcesz jechać na trzy tygodnie na kolonie czy na dwutygodniowy obóz we Francji?” (połączenie obu nie wchodziło w grę z powodów finansowych). Odpowiedź, mimo chwili żalu, że ominą mnie ostatnie już kolonie, była oczywista.

[more]

Gdzieś z początkiem lipca wyruszyliśmy nowoczesnym autokarem wyprodukowanym przez Mercedesa ze Śląska do Warszawy. Tam Okęcie i po dwóch godzinach lotu, wczesnym popołudniem, znaleźliśmy się w rozgrzanym słońcem Lyonie. W oczy uderzył nas mieniący się tysiącami kolorów, zupełnie inny świat. Kto tego nie przeżył, ten nie zrozumie. Ja, piętnastoletni, nigdy wcześniej nie miałem okazji widzieć nic innego poza Bałtykiem i Tatrami, tym większy przeżyłem więc

szok.

Choć nie taki, jak po kolejnych kilkunastu dniach. Przed południem Paryż, Orly, Concorde na jednym z pasów startowych – najnowocześniejszy wtedy samolot na świecie – a po dwóch godzinach Poznań. Coś, co trudno nawet nazwać lotniskiem. Szarość, cisza i bezruch. Celnik z rentgenem w oczach wypytujący nas, nastolatków, co mamy w bagażach. Potem powrót na Śląsk „ogórkiem” – telepiącym się, wysłużonym autobusem z rozłożonymi siedzeniami na środku, gdzie zamiast w miarę normalnego oparcia był tylko pas zapinany między rzędami na wysokości pleców, starsi pewnie pamiętają. I w tych warunkach powrót na Śląsk. To było naprawdę twarde lądowanie.

Mimo iż wielokrotnie sygnalizowałem w różnych wpisach, że

moja przygoda z muzyką

– za sprawą starszych braci – zaczęła się bardzo wcześnie, jeszcze w okresie przedszkolnym, jednak to, co miałem wówczas w głowie, było bardzo przypadkowe, zupełnie nieuporządkowane. Raczej funkcjonujące na zasadzie haseł – nazwisk, nazw grup, ale bez szczególnego pojęcia, co tak naprawdę za nimi się kryje. Niemniej początek był już zrobiony, a w kwietniu 1977 roku dokonałem pierwszego samodzielnego zakupu płytowego. Był to Live holenderskiego kwartetu Livin’ Blues.

Każde wejście do muzycznego marketu we Francji przyprawiało mnie o ból głowy. Nagle mogłem dotknąć krążków wykonawców, o których nad Wisłą jedynie słyszałem. W odróżnieniu od wspomnień dziennikarzy muzycznych, którzy mieli już za młodu kontakt z tymi płytami – z kolegami mogłem o nich rozprawiać jak o UFO: wielu tego słuchało, wielu o tym mówiło, ale nikt (bądź prawie nikt) nie widział. A tu kolorowy oczopląs: pełna materializacja odwiecznych mitów.

Czułem się, jakbym wstąpił w

progi świątyni,

w której w dodatku pozwalają mi dotknąć relikwii. Najsłynniejsze nazwy, tytuły – na wyciągnięcie ręki. Każda płyta, co jedna to piękniej wydana, pozwalała się musnąć, popieścić. Każda szeptała czule w ucho: „Kup mnie…”. A pieniędzy jak na lekarstwo – na książeczkę walutową wymienione dziesięć dolarów, czyli niecałe pięćdziesiąt franków (cena jednej płyty: 33-40 F), ponadto sto franków pozostawione w ramach wymiany przez francuskiego kolegę, który w tym samym czasie spędzał wakacje na obozie w Polsce. Strach i dziś myśleć, jakie wrażenia z naszej ojczyzny młodzi Francuzi zabrali ze sobą do domów.

A wśród nas, nastoletnich obozowiczów, krążył wtedy następujący dowcip:

Polska, rok 2000, sklep mięsny. Ludzie kupują – pięć deko szynkowej, osiem deko salcesonu, piętnaście deko zwyczajnej, dziesięć deko frankfurterków. Wchodzi facet i mówi:

– Proszę pół kilo szynki.

– A, na handelek, na handelek!

– Słowo honoru, że na wesele…

Ostatecznie przywiozłem do domu pięć krążków, wśród nich nowy wówczas Animals Pink Floyd oraz It’s Only Rock’n’roll  Rolling Stones. Ponadto Edith Piaf dla rodziców oraz dwa bazarowe albumy z piosenkami Beatlesów, zbyt tanie, by mogły zawierać oryginalne wykonania. Wszystkie wzbudziły w domu niemałą sensację. Dwa pierwsze, w całkiem niezłym stanie, są ze mną do dziś.

 

Dużo dobrej energii – Maria Sadowska, Regiofun 2012, Katowice, Rialto, 26 października

Koncert Marysi Sadowskiej odbył się w ramach Międzynarodowego Festiwalu Producentów Filmowych REGIOFUN 2012. Trudno wyobrazić sobie kogoś bardziej a propos – bo to absolwentka łódzkiej filmówki, reżyserka (8 marca do kin wejdzie jej „Dzień kobiet”), a przede wszystkim wokalistka, autorka tekstów i kompozytorka

[more]

mająca w swoim dorobku płytę

Tribute To Komeda

wydaną  w 2006 roku. I to ten właśnie krążek był głównym pretekstem pojawienia artystki na scenie Rialta, choć materiał na nim zawarty stanowił tylko część programu koncertu.

Sadowska podeszła do spuścizny mistrza – tej stworzonej na potrzeby filmu – swobodnie, ale jednocześnie z dużą kulturą, w czym zasługa oczywiście jej samej, jak i zespołu. Kolejny raz dopada mnie refleksja tyleż mało odkrywcza, co przykra: że na polskim rynku muzycznym zdecydowanie większa jest podaż niż popyt. Pal licho, gdy dotyczy to marnych propozycji – tak od strony kompozycji, jak i wykonawstwa. Jeśli jednak mówimy o poziomie co najmniej zachowującym przyzwoitość, robi się smutno. Marny, maleńki rynek, na którym wystarczy sprzedać piętnaście tysięcy egzemplarzy płyty, by ta stała się złotą, a jednocześnie ani taki nakład, ani obecność w mediach, ani trasy koncertowe dla większości ludzi w tej branży nie stanowią podstaw do spokojnego patrzenia w przyszłość.

Generalnie Pani  Marysia uprawia taki kawałek muzycznej gleby, który zajmuje mnie nieszczególnie: to

mieszanka jazzu, funky, reggae i popu,

w dodatku odwołująca się raczej do brzmień sprzed mniej więcej trzydziestu lat. Trudno mi wyobrazić sobie, bym odsłuchiwał jej płyty w domowym zaciszu. Na żywo jednak robi to bardzo porządne wrażenie – klawisze, saksofon, gitara, bas, perkusja i dwa żeńskie głosy – wszystko znacznie powyżej średniej krajowej. W połączeniu z dobrymi fluidami między ludźmi na scenie, pełną wdzięku frontmenką, która bezustannie, a jednocześnie nienachalnie, namawiała publiczność do wspólnej zabawy – dało to bardzo przyjemny dla ucha efekt. Bo też

sporo dobrej energii

jest w tym bardzo pulsującym graniu. Nawiązującym do klasyki jazzu (kołysanka z Rosemary’s Baby, melodia z Noża w wodzie), ale też bardzo często do czarnego popu czy funky sprzed wielu lat. Nietrudno także dopatrzeć się wpływów The Police (to szczególne współbrzmienie gitary i basu) w reggae’owych fragmentach.

Jeśli dwa tygodnie wcześniej oglądana w tym samym miejscu Maja Kleszcz – mimo znacznie bliższych memu sercu klimatów – położyła koncert od strony wykonawczej, wyraźnie sygnalizując, że ma jakiś osobowościowy problem, o tyle Marysia Sadowska potrafiła stworzyć przez blisko dwie godziny taką atmosferę, w której wszyscy, na widowni i na scenie, czuli się świetnie.

W sztuce tylko znikomy procent stanowią te dokonania, które popychają daną dziedzinę naprzód, większość tworzona jest ku rozrywce. I to był właśnie taki miło spędzony wieczór z porcją porządnie zaśpiewanej i zagranej muzyki. Artystka pożegnała się z publicznością słowami: „Niech dobra muzyka będzie z wami”. Święte słowa. I ich się trzymajmy, nawet jeśli dla każdego z nas znaczą nie całkiem to samo. A właściwie – na szczęście nie to samo. Bo świat byłby wtedy nudny i nie do zniesienia.


Muzyczne odloty

Led Zeppelin BBC Sessions. Po prostu zestaw genialnych utworów genialnego zespołu. Po Creamach i Cepach nikt już nie zrobił w składzie gitara – bas – bębny nic więcej na scenie (i w studiu też). Ale tym razem chciałem zahaczyć o co innego.

[more]

Nie jest to szczególnie odkrywcza myśl, ale wśród wielu znakomitych numerów LedZep – swoistym opus magnum na koncertach jest Dazed And Confused. Ciągle na świeżo w głowie mam koncert SBB w Rialcie i Odlot – i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że bardzo wiele te utwory łączy. W obu przypadkach mamy do czynienia z artystycznym odlotem właśnie, wyzwoleniem, przekroczeniem wszelkich granic, z totalną improwizacją, na którą mogą sobie pozwolić tylko najwybitniejsi instrumentaliści.

Takich długich wersji Dazed And Confused znamy – jeśli dobrze liczę – w sumie trzy, Odlot, przynajmniej w domowych zbiorach, mam w dwóch wersjach z 1974 roku. Nie wiem, czy Polacy widzieli na żywo Led Zeppelin, na pewno nie mogli znać wersji z The Song Remains The Same, bo ta – choć zarejestrowana w 1973, na krążku pojawiła się w 1976 roku. To tak a propos inspiracji.

Ktoś pewnie kręci nosem, że śmiem porównywać SBB do jednej z najlepszych kapel w historii rocka. Otóż śmiem, a ponieważ już parokrotnie pisałem, dlaczego – powtarzać się nie będę.

(14 kwietnia 2012)


Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan – do starych i nowych fanów?

Ujrzał światło dzienne kawałek – Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan – pilotujący nową płytę Heya, która w sprzedaży ma się pojawić 6 listopada. 

[more]

Skojarzenia z Queen i U2 byłyby o tyle krzywdzące, że kolaboracja tamtych gitarowych zespołów z elektroniką zakończyła się – w moim odczuciu – artystyczną porażką i, na szczęście, powrotem do korzeni. Ostatnia póki co płyta Heya oraz zapowiedź najnowszego krążka to z jednej strony zupełny odwrót od ostrego grania, ale jednocześnie – zdecydowanie trzymanie wysokiego poziomu artystycznego. Toteż zastanawiam się, czy w związku z tym możemy mieć jeszcze nadzieję, że gitara Marcina Żabiełowicza zabrzmi kiedyś pełną mocą. Choćby na koncertach

Jeśli mi czegoś żal, to – mimo wszystko – utraty współistnienia dwóch dobrych, bardzo dobrych jakości: rokendrolowego zespołu i elektronicznej Katarzyny Nosowskiej na rzecz zlewających się coraz bardziej w jedno działań grupy i kariery solowej frontmenki.


Twarze książki – „Książka twarzy”

Do fejsbuka mam stosunek ambiwaletny, nie muszę dodawać, że M. – autor tekstów na tym blogu – ma stosunek jeszcze bardziej ambiwalentny. Nie bardzo wie, co to są lajki i do czego służą (ja zresztą do niedawna też nie miałam o tym pojęcia).

[more]

Nie lubię awatarów, profili – wolę zwykłe twarze. E-booki, audiobooki, czytniki są mi (na razie, dodam na wszelki wypadek, bo jeszcze ktoś mi to kiedyś WYKOPie) obce – jak pięknie pachnie, szeleści nowa, niech tam, nawet stara, bezdebitowa książka…(kto wie co to?).

Ostatnio dały mi do myślenia dwa zdarzenia: czwartego października Mark Zuckerberg ogłosił, że Facebook ma miliard użytkowników, szóstego nagrodę literacką Nike dostał Marek Bieńczyk za „Książkę twarzy” – znamienny tytuł, prawda?

Pomiędzy jednym a drugim dniem, piątego października, niespodziewanie nawet dla nas samych, dołączyliśmy do tej globalnej wioski, w nadziei zyskania większej liczby czytelników i dopieszczenia już istniejących. FB będzie – przynajmniej mamy taki zamiar – uzupełnieniem bloga, miejscem niezobowiązujących notatek, szufladą, do której upchniemy to, co się nie mieści na oficjalnym wieszaku.

Będziemy tam również zamieszczać smakowite bonusy – na pierwszy ogień znakomity rysunek naszego kolegi, Maćka Trzepałki, zwycięski w Międzynarodowym Konkursie Rysunku Satyrycznego  „Karpik 2012”. Zasługuje on na coś więcej niż „tylko” ilustracja blogowego wpisu – zajrzyjcie i zobaczcie sami, nawet jeśli nie macie konta na „fejsie”, ba, wzdrygacie się na samą myśl o nim. Wystarczy kliknąć ten mały napis u góry po prawej: „Blog and roll na Facebooku”.

 

Polska płyta wszechczasów – Niemen Enigmatic, 1970

Mój ojciec – i nie on jeden – mówił: „Wygląda i drze się jak małpa”. Ani rokendrola, ani kolorowych strojów, ani długich włosów Niemena, a potem innych, wielu nie było w stanie pojąć. A ja dziś, pisząc te słowa i wsłuchując się po raz nie wiadomo który w jego czwartą płytę długogrającą, wciąż jestem zdumiony, w jakie rejony zabrnął w 1969 roku najwspanialszy polski wokalista i jeden z najwybitniejszych kompozytorów. A może, po prostu, najwybitniejszy.

[more]

Niemen był artystą niespokojnym i niepokornym. Po paru latach współpracy z Niebiesko-Czarnymi utworzył własną grupę Akwarele, z którą nagrał swoje trzy pierwsze duże płyty. Ale gnało go dalej i dalej.

To Wojciech Młynarski namówił Niemena do skomponowania muzyki do Norwidowskiego

Bema pamięci żałobnego rapsodu.

Impulsem zaś od strony brzmieniowej była dość ciekawa okoliczność. W 1967 roku przyjechał na Jazz Jamboree Georgie Fame. Zagrał i odleciał, ale o jeden dzień dłużej w Polsce zostały jego organy Hammonda. Anegdota głosi, że Niemena niemal siłą trzeba było od nich odrywać, by móc je wreszcie spakować i odesłać na lotnisko.

No i ten zespół!

Czesław „Mały” Bartkowski na bębnach, Zbigniew Namysłowski i Zbigniew Sztyc na saksofonach, Michał Urbaniak na saksie i flecie, Tomasz Jaśkiewicz na gitarze i Janusz Zieliński na basie i gitarze – to pierwszy skład typu all stars w polskim rocku. A że w większości tworzyli go jazzmani – efekt artystyczny był nieprawdopodobny. Wokalnie wspomagały lidera Alibabki i chór R. Miazgi, co pozwoliło zbliżyć się z jednej strony do soulu, a z drugiej – do monumentalnych chorałów gregoriańskich.

Pamiętam dzień, gdy mój brat, Grzegorz, przyniósł te płytę do domu. Był to co prawda egzemplarz zakupiony za pieniądze kolegi i nazajutrz mu przekazany, ale wkrótce płyta zagościła w naszym domu na stałe (ach, te niedobory kieszonkowego!). Już sama

okładka robiła piorunujące wrażenie

– albumowe wydanie, ciemne, mroczne zdjęcia długowłosego i brodatego artysty przy własnych już Hammondach, te płonące na nich świece – i wszystko w grubej, złotej ramie: absolutny odjazd!

A potem płyta z pietyzmem zostaje położona na talerz gramofonu i… Wtedy, na świeżo, tej świadomości raczej nie mogliśmy mieć, zbyt mało zachodniej muzyki docierało do Polski. Z perspektywy czasu widać jednak bardzo wyraźnie – tym albumem Czesław Niemen zameldował się w ścisłej światowej czołówce, o czym – niestety – mało kto zza żelaznej kurtyny wiedział. Powstała płyta fenomenalna,

arcydzieło.

Przez kilka kolejnych lat, w różnych składach (przede wszystkim z późniejszym SBB) artysta nagrał kilka jeszcze świetnych krążków, ale poziomu NE już nie osiągnął.

Wciąż nurtuje mnie pytanie, dlaczego odmówił współpracy ówczesnej wielkiej gwieździe łączącej klimaty czarnej i białej muzyki – Blood, Sweet & Tears. Podobno w obawie, że będzie musiał zrezygnować z własnych pomysłów. Inaczej postąpił czeski wirtuoz instrumentów klawiszowych, Jan Hammer, który pograł trochę z Mahavishnu Orchestra Johna McLaughlina, a potem podjął solową karierę. Ale to już tylko akademickie rozważania.

Niemen Enigmatic

to cztery utwory skomponowane do wierszy poetów polskich: Norwida, Asnyka, Kubiaka i Przerwy-Tetmajera. Mistrzowskie kompozycje, perły nad perłami, zagrane przez najlepszych muzyków, jakich sobie można było wyobrazić w rockowym składzie. Aż się wierzyć nie chce, że tak znakomitym albumem Niemenowi przybyło niewielu mniej nowych antagonistów niż entuzjastów. Artysta bezustannie drażnił ówczesną władzę, zaś tym krążkiem rozsierdził ortodoksów nabożnie pochylonych nad klasyką literatury polskiej.

Płyta ukazała się w 1970, lecz nagrywana była w październiku 1969 roku. Anglosaskie gitarowe granie notowało już pierwsze wielkie dzieła, jednak rock progresywny najlepsze miał dopiero przed sobą. Co prawda prężnie działał w tamtym czasie The Nice z Keithem Emersonem na klawiszach, ale Pink Floyd mieli za sobą dopiero dwa studyjne albumy. Filmowy More natomiast ukazał się w lipcu, zaś Ummagumma w listopadzie 1969. Fantastyczny debiut King Crimson, In The Court of The Crimson King, pojawił się w sprzedaży 10 października 1969 roku. A tu, nad Wisłą, Czesław Niemen – bez baterii syntezatorów – stworzył swoje opus magnum i zarazem najwspanialszą płytę w historii polskiej muzyki rockowej.

It’s Only Rock’n’roll (But I Like It)

The Rolling Stones znowu w studiu nagraniowym! Czy to rzeczywiście koniec, ostatnie dwa nowe nagrania, parę koncertów i definitywne odwieszenie instrumentów na kołkach – licho wie. Paru starszych od nich ciągle nagrywa, ciągle koncertuje, ale jeśli chodzi o Stonesów – ich aktywność w ostatnich latach wyraźnie spadła. Zobaczymy.

[more]

Dziewiętnaście albumów z premierowym materiałem przez pół wieku to dużo i mało zarazem. Ale trwały ślad po sobie zostawia się czasem jednym tylko dziełem – na przykład obrazem albo książką. Gdy słucham nagrań tej kapeli – zgoda, przyznaję, że najchętniej starych – to nie mam żadnych wątpliwości, że to kawał wielkiej muzyki. Że tak właśnie przechodzi się do wieczności.