Maja Kleszcz i Wojciech Krzak wywodzą się z Kapeli Ze Wsi Warszawa. To oznacza parę już lat na scenie, uznanie publiczności i krytyków, w tym Fryderyki, Machinery, nagroda Radia BBC oraz Grand Prix Europejskiej Unii Radiowej. Do tego dwie płyty sygnowane własnym nazwiskiem, spory szum medialny i, wreszcie, popularność. Spodziewałem się więc co najmniej dobrego koncertu.

[more]
Najpierw wyszli
instrumentaliści.
I zrobiło się bardzo stylowo – ze szczególnym pochyleniem w stronę bluesa: gitara, kontrabas i perkusja. Naprawdę fantastyczna sekcja – nie tak często się zdarza, by – w iście Stonesowskim stylu – wykonywać bardzo, bardzo porządnie swoją robotę i właściwie ani razu (poza krótkim perkusyjnym solem w ostatnim utworze) nie wyrwać się do przodu.
Po chwili na scenie pojawiła się
gwiazda wieczoru.
Kleszcz ma kiepską dykcję, ale obdarzona jest mocnym głosem o barwie kojarzącej się z klasykiem gatunku – Elżbietą Mielczarek, co znaliśmy już z płyt. Skuliła się przed nisko ustawionym mikrofonem, złączyła na całej długości nogi, lewą rękę uniosła do ucha, prawą nienaturalnie wykręciła do tyłu i – pozostała tak aż do końca występu.
Zwykle zupełnie mnie nie zajmują takie kwestie. Na koncert nie idę dla oprawy wizualnej, pirotechniki. Nieszczególnie istotne są dla mnie stroje, w jakich pojawiają się muzycy. Wiek i uroda wokalistek też nie jest elementem pierwszoplanowym, choć zawsze miło jest wesprzeć oko na młodej i ładnej kobiecie. Te elementy zaczynam wychwytywać, gdy to, co najistotniejsze – a więc muzyka albo wykonanie – wzbudza wątpliwości.
Zespół,
jak napisałem, zagrał bardzo solidnie. Choć gdyby gitarzysta więcej grał palcami, może zmienił raz czy drugi gitarę, może zagrał na akustyku, wyrwałby nas, słuchaczy, ze znużenia i monotonii. A nawet chęci wyjścia z sali, bo coś takiego mnie dopadło. Przypuszczam, że Elżbieta Zapendowska, gdyby usłyszała Maję Kleszcz, powiedziałaby mniej więcej coś takiego: „Na litość boską, dziewczyno – zaśpiewaj choć jedną piosenkę normalnie!”.
Kleszcz jest
zblazowana i zmanierowana.
Dysponując mocnym głosem, używa go w sposób okropny, w dawce trochę ponadgodzinnej trudny do zniesienia. Śpiewając po polsku, na przykład teksty najlepszego między Odrą a Bugiem bluesowego poety Bogdana Loebla, robi to do tego stopnia źle, że nie sposób zrozumieć niektóre słowa. Zjada pierwsze głoski albo całe sylaby, od początku do końca, każdą piosenkę i każdy wers pozbawiając naturalnej płynności frazy – w stylu O-o mój ro-oz-ma-a-ry-nie-e. Po kwadransie miałem już dość, po godzinie z niewielkim okładem z ulgą – po jednym bisie – przyjąłem definitywne zejście zespołu ze sceny.
Przykra to niespodzianka,
bo materiał z obu płyt – Radio Retro i Odeon – bez wątpienia należy do wyróżniających się na rodzimym rynku. Zarówno ten oryginalny, jak i interpretujący pozycje klasyczne: Niemenowski Mów do mnie jeszcze, świetna w studyjnej wersji Rebeka czy zyskujący nowe życie knajpiany szlagier Daj mi tę noc.
Gdy rozbłysły światła, spojrzeliśmy grupką znajomych po sobie – i stwierdziliśmy, że wszyscy mamy takie właśnie jak opisane wyżej odczucia. Oto przypadek dowodzący, że mając wszystko: świetny warsztat, dobrych muzyków za sobą, kulturę muzyczną (wyniesioną jeszcze z domu – ojcem Mai jest jeden z redaktorów radiowej Trójki, specjalista od world music, Włodzimierz Kleszcz), można przestać siebie słyszeć, można – przypuszczam – przestać słuchać rad innych, zapętlić się w chyba nazbyt narcystycznym podejściu do własnej osoby.
Wierzę, że to jest
proces odwracalny.
Że to otrzeźwienie musi przyjść. Bez lekcji dykcji i śpiewu ani rusz, ale potem powinno być już normalnie i dobrze. A może nawet świetnie. Tylko, do cholery, ilu słuchaczy do tego momentu Pani Maja zdąży zrazić do siebie? I czy oni (w tej grupie też i ja) będą potrafili jej jeszcze raz uwierzyć i zaufać?
