Dużo dobrej energii – Maria Sadowska, Regiofun 2012, Katowice, Rialto, 26 października

Koncert Marysi Sadowskiej odbył się w ramach Międzynarodowego Festiwalu Producentów Filmowych REGIOFUN 2012. Trudno wyobrazić sobie kogoś bardziej a propos – bo to absolwentka łódzkiej filmówki, reżyserka (8 marca do kin wejdzie jej „Dzień kobiet”), a przede wszystkim wokalistka, autorka tekstów i kompozytorka

[more]

mająca w swoim dorobku płytę

Tribute To Komeda

wydaną  w 2006 roku. I to ten właśnie krążek był głównym pretekstem pojawienia artystki na scenie Rialta, choć materiał na nim zawarty stanowił tylko część programu koncertu.

Sadowska podeszła do spuścizny mistrza – tej stworzonej na potrzeby filmu – swobodnie, ale jednocześnie z dużą kulturą, w czym zasługa oczywiście jej samej, jak i zespołu. Kolejny raz dopada mnie refleksja tyleż mało odkrywcza, co przykra: że na polskim rynku muzycznym zdecydowanie większa jest podaż niż popyt. Pal licho, gdy dotyczy to marnych propozycji – tak od strony kompozycji, jak i wykonawstwa. Jeśli jednak mówimy o poziomie co najmniej zachowującym przyzwoitość, robi się smutno. Marny, maleńki rynek, na którym wystarczy sprzedać piętnaście tysięcy egzemplarzy płyty, by ta stała się złotą, a jednocześnie ani taki nakład, ani obecność w mediach, ani trasy koncertowe dla większości ludzi w tej branży nie stanowią podstaw do spokojnego patrzenia w przyszłość.

Generalnie Pani  Marysia uprawia taki kawałek muzycznej gleby, który zajmuje mnie nieszczególnie: to

mieszanka jazzu, funky, reggae i popu,

w dodatku odwołująca się raczej do brzmień sprzed mniej więcej trzydziestu lat. Trudno mi wyobrazić sobie, bym odsłuchiwał jej płyty w domowym zaciszu. Na żywo jednak robi to bardzo porządne wrażenie – klawisze, saksofon, gitara, bas, perkusja i dwa żeńskie głosy – wszystko znacznie powyżej średniej krajowej. W połączeniu z dobrymi fluidami między ludźmi na scenie, pełną wdzięku frontmenką, która bezustannie, a jednocześnie nienachalnie, namawiała publiczność do wspólnej zabawy – dało to bardzo przyjemny dla ucha efekt. Bo też

sporo dobrej energii

jest w tym bardzo pulsującym graniu. Nawiązującym do klasyki jazzu (kołysanka z Rosemary’s Baby, melodia z Noża w wodzie), ale też bardzo często do czarnego popu czy funky sprzed wielu lat. Nietrudno także dopatrzeć się wpływów The Police (to szczególne współbrzmienie gitary i basu) w reggae’owych fragmentach.

Jeśli dwa tygodnie wcześniej oglądana w tym samym miejscu Maja Kleszcz – mimo znacznie bliższych memu sercu klimatów – położyła koncert od strony wykonawczej, wyraźnie sygnalizując, że ma jakiś osobowościowy problem, o tyle Marysia Sadowska potrafiła stworzyć przez blisko dwie godziny taką atmosferę, w której wszyscy, na widowni i na scenie, czuli się świetnie.

W sztuce tylko znikomy procent stanowią te dokonania, które popychają daną dziedzinę naprzód, większość tworzona jest ku rozrywce. I to był właśnie taki miło spędzony wieczór z porcją porządnie zaśpiewanej i zagranej muzyki. Artystka pożegnała się z publicznością słowami: „Niech dobra muzyka będzie z wami”. Święte słowa. I ich się trzymajmy, nawet jeśli dla każdego z nas znaczą nie całkiem to samo. A właściwie – na szczęście nie to samo. Bo świat byłby wtedy nudny i nie do zniesienia.


Dodaj komentarz