Jaja nieco zrymowane

Jechałem ostatnio krajową „jedynką”. Przejeżdżając przez sporej wielkości miasto, którego nazwy nie wymienię przez szacunek dla mieszkańców, zobaczyłem, że coś leży na poboczu drogi. Zatrzymałem samochód, pochyliłem się nad tym, co zamigotało mi w blasku reflektorów. Tak, nie myliłem się, to były rymy:

[more]

                          Esemesowych wierszyków.

Kurczaków oraz królików,

Lekkiego – bo zimno – dyngusa

I łagodnego fiskusa,

Wysokiej życiowej stopy,

A nie marnego platfusa,

Celebrytów, no i gości,

Schabu ze śliwką, bez kości,

Wytchnienia oraz miłości.

Ach – i muzycznych radości!

 

(A kibicom mówię: Chłopy,

Piłkarz myśli – jeszcze słówko –

Rzadko głową, częściej główką,

Więc miast krzyczeć: „Polska gola!”

Poczytajcie BLOG AND ROLLA).

 

I jeszcze coś takiego:

 

                           Pisanek pismem pisanych

                           I jajek rymowanych,

                           Zajęcy wszystkich Polaków

                           Oraz kurczaków rodaków.

 

Jeśli jeszcze nie macie takich tekstów w swoich komórkach, to pewnie niedługo pełno ich mieć będziecie. A co, Polak potrafi. Mickiewicz mógł, Szymborska też, to niby inni nie mogą?

Wiosny za oknem jakoś ciągle nie widać, miejcie ją więc choć w głowach. Niech coś Was grzeje – jakaś myśl, jakaś nadzieja na przyszłość. Dużo dobrego, nie tylko w święta.

 

Perfect i artystyczne racje Hołdysa

Była piękna, słoneczna sobota, 24 lipca 1982 roku. W tym dniu kończyłem dwadzieścia lat, wczesnym popołudniem wracałem z ustnych egzaminów wstępnych na polonistykę UŚ. Zadowolony, bo pewny już statusu studenta. W domu czekał na mnie, obok rodziny, pierwszy longplay Perfectu.

[more]

Paskudne to czasy, gdy

na płyty trzeba było polować,

bo mało która wydana była w nakładzie spełniającym oczekiwania rynku. Paskudne, bo wszystkie te zawarte na pierwszej płycie zespołu kawałki były przebojami, ale w roku 1981. Tak wtedy było, że płyta zamiast otwierać, dokumentowała pewien okres działalności wykonawcy, czasem dawno już miniony (najbardziej absurdalny przypadek to debiut fonograficzny Krzaka – rejestracja koncertu z 1979 roku wydana trzy lata później, kiedy zespół w tym składzie dawno już nie działał).

Komu to jednak wtedy przeszkadzało? Cieszyliśmy się, że wreszcie płyt jest więcej niż kiedykolwiek przedtem, że coś drgnęło, że w Polsce ukazują się krążki rockowych wykonawców.

O pierwszym albumie Perfectu trudno dyskutować. To dzieło dojrzałych już muzyków,

hicior za hiciorem,

kawał bardzo porządnego gitarowego grania, kawał nie tylko mojego życia*. Do tego teksty o czymś, zabierające głos w sprawie, komentujące absurdalną rzeczywistość. Bogdanowi Olewiczowi jako ich autorowi zarzuca się różne rzeczy, także ubogie, męskie rymy, ale to była wtedy nowa, znacząca jakość.

Druga płyta rodziła się w bólach. W powracającej po przerwie Trójce (jeszcze dziś mną wstrząsa na wspomnienie dna, którego sięgnęły media w pierwszych miesiącach stanu wojennego), bodaj już w lutym 1982 Piotr Kaczkowski zaprezentował trzy nowe utwory grupy – Pepe wróć, Opanuj się i Po co. Niedługo potem pojawiła się Autobiografia.

Zbigniew Hołdys z dumą mówił o zmianach personalnych, że na lepsze. Zawadzkiego na basie zastąpił Andrzej Nowicki – i tu trudno się spierać. Ale Sygitowicza – Andrzej Urny – i to była już wątpliwa jakościowo zmiana. Ten ostatni w dodatku podjął decyzję życia, opuszczając Dżem. Półtora roku później Perfectu już nie było, a tyski band stawał się coraz większą gwiazdą. Pierwszy lider zespołu po latach sam mówił o początkowym okresie działalności, że przynosił nowy kawałek na próbę, a po kwadransie Ryszard S. miał cztery – pięć na niego pomysłów. I takiego faceta się zmienia?

Nic mi się nie zgadzało. Dwie gitary, a brzmienie jakieś ubogie. No i – przede wszystkim – kompozycje wyraźnie słabsze, pozbawione ikry i świeżości. Nigdy

nie polubiłem tych późniejszych nagrań

(nadzieję, na krótko, obudził numer Wyspa, drzewo, zamek), nigdy mnie nie ujęły, nie żywię do nich, łącznie ze zbyt rozwleczoną i banalną muzycznie Autobiografią, jakichś szczególnych uczuć. Nie poruszyła mnie w czerwcu 1983 wieść o rozwiązaniu kapeli.

Hołdys był wtedy bardzo złośliwy dla kolegów. O Markowskim mówił, że nie potrafi prawidłowo zaśpiewać trzech słów po angielsku (chodziło o Blue Suede Shoes), o Szkudelskim, że nie trzyma rytmu.

Cztery lata później nastąpił triumfalny powrót, seria koncertów. Pan Zbigniew, rozanielony, mówił wtedy w Spodku – podczas, oddajmy sprawiedliwość, znakomitego koncertu – że „Grzesiu przez te lata nie próżnował, że nagrał świetną płytę z grupą Samolot”. Wtedy też na parę minut na scenie pojawił się Jacek Krzaklewski, nieźle wymiatając na gitarze. O nim lider rzekł: „Patrzcie, taki człowiek stroi nam gitary!”.

Reasumując, w 1988 bodaj roku dyskografia Perfectu liczyła sześć płyt, dwie z premierowym materiałem i cztery koncertowe.

Po drodze

Zbigniew Hołdys był inicjatorem dwóch znaczących projektów

– tak dziś byśmy powiedzieli. Pierwszy to I Ching, dwupłytowy w wydaniu analogowym album z udziałem ówczesnej czołówki wykonawców z kręgu rocka i bluesa, m.in. Martyny Jakubowicz, Andrzeja Nowaka, Wojciecha Waglewskiego, Piotra Szkudelskiego (sic!). Było to wtedy wielkie wydarzenie na rynku muzycznym.

Trochę później powstał zespół Morawski-Waglewski-Nowicki-Hołdys, który nagrał krążek Świnie. Materiał najpierw mnie zachwycił, ale wkrótce potem zawarłem bliższą znajomość z trzema albumami reaktywowanego King Crimson, przysłuchałem się uważniej piosenkom kwartetu i… Stwierdziłem, że te śpiewane przez Waglewskiego (więc podejrzewam, że także skomponowane przez WuWu, mimo iż pod kompozycjami na płycie podpisali się wszyscy) są świetne, a Hołdys znajduje się pod wielkim wpływem Roberta Frippa, co w jego wieku już nie bardzo uchodzi.

I to by było na tyle. Z grubsza wiemy, co było potem. Faceci z Perfectu się zeszli, Pan Z. odmówił. Można przypuszczać, że gdyby w szufladzie miał ze dwadzieścia nowych piosenek, a w głowie kolejnych parę, dobrze by się zastanowił. Najwyraźniej było inaczej, więc

reaktywacja

odbyła się bez niego. Dokonania odrodzonej grupy nie rzucają na kolana, ale, o czym miałem okazję się przekonać, warsztatu i brzmienia można zespołowi tylko pozazdrościć. A i do klasyków udało się dorzucić co najmniej NiepokonanychKołysankę dla nieznajomej, a zaraz za nimi w kolejce są Ten moment i Miłość rośnie w nas. Soczystego, rockowego brzmienia można pozazdrościć. Takich dwóch gitarzystów jak Kozakiewicz i Krzaklewski ze świecą szukać w większości polskich formacji. A Markowskiemu inny tuz polskiej wokalistyki rockowej lat 80., niejaki Panasewicz, nie jest dziś godzien wiązać sznurówek. Lata lecą, Perfect wciąż gra i nagrywa, całkiem przyzwoicie radząc sobie na naszym marnym rynku. I jest to w sporej mierze osobiste zwycięstwo Pana Grzegorza, który jest kompozytorem pokaźnej części repertuaru.

A gdzie jest jego główny antagonista i adwersarz? Cóż takiego Zbigniew Hołdys stworzył przez te z okładem dwadzieścia lat? Nie czepiałbym się, bo sam już wspominałem o tym, że do historii przechodzi się czasem za sprawą jednej płyty. Ale Z. H. wciąż chce uchodzić za autorytet, wciąż ma niemałe pretensje do świata oraz te artystyczne. Tyle że ciągle nadstawiam ucha – i nic, do cholery, nie słyszę. Chyba że mamy mówić o materiale demo, który ukazał się na płycie Hołdys.com. Ale na to chyba szkoda czasu.

_____________________

* Na płycie nie znalazł się rewelacyjny numer Nasza muzyka wzbudza strach. Tu proszę o ewentualną korektę, bo opieram się na swej pamięci, a ta, jak wiadomo, bywa zawodna. Piosenka ukazała się wcześniej na czwórce Tonpressu, ale jej umieszczenie na dużej płycie zatrzymała cenzura. Wielka szkoda, że zapomniano (?) o niej teraz, przy pierwszej kompaktowej reedycji.

I przepraszam za kiepską, monofoniczną i zbasowaną wersję w muzycznym załączniku, ale lepszej – studyjnej – nie potrafiłem znaleźć.

Wyrwane z kontekstu: McCartney, Grohl, Novoselic, Smear, Come Me Some Slack

Rokendrol już długo jest dostatecznie stary, by łączyć pokolenia. Pod sceną od lat pojawiają się rodzice z dziećmi i to często dorosłymi. Na scenie – dzieje się to samo. Zawsze jednak elektryzują wieści, gdy spotykają się w takich składach członkowie słynnych i najsłynniejszych grup.

[more]

Pomysły to efemeryczne, jak Them Crooked Vultures (John Paul Jones, Dave Grohl, Josh Homme) albo trwalsze, jak Black Country Communion (Glenn Hughes, Joe Bonamassa, Jason Bonham, Derek Sherinian). Teraz – otrzymaliśmy kawałek panów z Nirvany z Beatlesem.

Wystąpili razem 12 grudnia ubiegłego roku na koncercie poświęconym ofiarom huraganu Sandy. A rzeczony utwór znalazł się na płycie z muzyką do dokumentalnego filmu w reżyserii Grohla Sound City. To nazwa nieistniejącego już studia nagraniowego, w którym powstał album Nevermind.

Come Me Some Slack to dobry zwiastun przed występem Sir Paula McCartneya w Warszawie. Siedemdziesięciodwuletni facet śpiewa głosem mocnym jak na Białym albumie. Skojarzenia z Helter Skelter i Back In The U.S.S.R. nieodparte.

Zeźlonego głos o umiar, czyli w obronie Piotra Kaczkowskiego i własnej

Na blogu „Polifonia” Bartka Chacińskiego, po tekście dotyczącym osoby Trójkowego redaktora, rozgorzała dyskusja. Jak to zwykle bywa, najgłośniej rozlega się głos niezadowolonych. To oni mają ochotę wyjść na ulicę i pokrzyczeć. Ci, którzy są zadowoleni albo którym jest to obojętne, siedzą w domach. Tutaj, w „moim” miejscu, pozwolę sobie rozwinąć kilka myśli, które zawarłem w swoim komentarzu do wpisu redaktora „Polityki”.

[more]

1. Muzyka ma umilać życie. Jednym czas spędzany w pracy, innym – po pracy. Dla wielu stała się pasją, dla nielicznych – pisanie i mówienie o niej pasją przekutą na sposób na zarabianie na życie.

Dlatego bronię się przed kiełkującym gdzieś we mnie poczuciem wyższości wobec tych, którzy do dziś pozostali w klasie Pana Piotra Kaczkowskiego. Trudno bowiem potępiać kogoś za to, że muzyka w jego życiu znaczy trochę mniej niż w moim, że wystarcza temu komuś swego rodzaju redaktorskie prowadzenie za rękę, ciepły głos, a nawet pozostawanie przez dziesiątki lat w podobnych klimatach.

2. Słusznie niektórzy zauważają, że nie sposób mówić o „muzyce Kaczkowskiego”. Poza tym, co rozumiemy dziś jako klasykę rocka – szukał. A że nie znalazł wszystkiego? Jakież to ludzkie i normalne.

3. Sądzę, że każdy z nas na miejscu redaktorów radiowych robiłby to samo: grał to, co lubi najbardziej. Znajdując grono wyznawców, ale też tych, co raz po raz kręciliby nosem. I zagorzałych przeciwników. Jeden pan we wspomnianym wyżej miejscu zaprotestował przeciw tej opinii, twierdząc, że mówię bzdury. Być może – ale już widzę takiego dziennikarza, który ma, powiedzmy, dwie, a nawet cztery godziny czasu antenowego w tygodniu, minus wiadomości i czas na reklamy, i puszcza ludziom coś, do czego nie jest przekonany, czego nie rozumie, co jest mu obojętne, czego po prostu nie lubi lub coś, co go drażni. Tak jak mnie najczęściej drażni tzw. muzyka – bezduszna, spreparowana przy komputerach, nie zaś będąca przełożeniem między głową a sprawnym posługiwaniem się instrumentami muzycznymi, takimi muzealnymi eksponatami jak gitara, fortepian, perkusja albo trąbka.

4. O jakiej innej stacji radiowej grającej muzykę tyle by dyskutowano, co o Trójce? Czy nazwiska Gaszyńskiego, Pogranicznego czy Waschki, Wiernika lub nawet – podobnego pod wieloma względami do P. K. – Beksińskiego rozpalałyby nasze głowy w stopniu choć trochę zbliżonym do osoby Pana Piotra? Nie, po prostu nie.

Możemy z przekąsem mówić, że kiedyś było łatwiej. Że mniej było źródeł informacji i ci, co pracowali w mediach, mieli o wiele większą moc oddziaływania, niż to się dzieje dzisiaj. Tyle że nie jeden Kaczkowski działał w radiu, paru innych też miało szansę stać się romantycznymi władcami dusz. A kimś prawie takim stał się tylko on.

Z jednym istotnym zastrzeżeniem – że świetnie pamiętam (i nie ja jeden) lata, gdy swój komentarz ograniczał do minimum, by zaprezentować maksimum muzyki. I dla mnie osobiście to jest ten czas najważniejszy, długi, wieloletni okres jego pracy w Trójce. Nie dałem się uwieść jego nocnym opowieściom, ale co z tego?

5. Jego dzisiejsi antagoniści, ci, którzy mają może czterdzieści parę, może tylko trzydzieści lat, psioczą, że.

Że nie sprawdził się w roli przywódcy dusz dla wielu pokoleń, że nie sprostał roli szamana, który dogadza muzycznie wszystkim, przez pięćdziesiąt lat i w każdych okolicznościach. Że nie nadąża, że coraz mniej rozumie. A ten pan ma już sześćdziesiąt siedem lat i niczego nie musi. On naprawdę zrobił swoje. To tak źle, że pozostaje, najczęściej, w starych dźwiękach, że te nowe już go nie poruszają, nie porywają? Niech ci, którzy mogliby być jego dziećmi lub wnukami, nie odsądzają go od czci i wiary, niech nie mają za złe, że ukochał tych a nie innych wykonawców. Niech poczekają, sami się zestarzeją trochę, a potem – jeśli dożyjemy – pogadamy raz jeszcze.

6. Życzyłbym każdemu choć w przybliżeniu tak hucznych obchodów jubileuszu – takiego lub innego. I jestem ciekaw, ilu z nas – mając sześćdziesiąt siedem lat – chciałoby w części artystycznej posłuchać tego, co ledwie ujrzało światło dzienne, ma rok, dwa, pięć, jeszcze nie uleżało się w uszach, jeszcze czas nie odsiał plew od ziaren – a nie tego, co kojarzy nam się i wiąże z najpiękniejszymi chwilami naszego życia, powiedzmy sobie szczerze, z tak czy inaczej pojmowaną młodością, z emocjami największymi. Stąd na imprezie u Kaczkowskiego Markowski i Piekarczyk.

Nie odmawiajmy innym prawa do nostalgii, zwykłych ludzkich wzruszeń, do określonych gustów. Na przykład Panapiotrowych, chyba jednak niebylejakich, skoro widać wyraźnie, że tak wielu o nie zawzięcie się spiera. Więc niech nam, dyskutującym, nie zabraknie ani przez moment świadomości, że pochylamy się nad zjawiskiem, nad którym pochylić się warto, bo w większości innych przypadków nie mielibyśmy na to najmniejszej ochoty. I nie miejmy za złe Panu Piotrowi, że jest tylko człowiekiem, także omylnym, nie zaś demiurgiem, półbogiem, herosem władnym uszczęśliwić całą ludzkość.

7. Dobry nauczyciel pokazuje, wskazuje możliwe drogi, potrafi zainteresować, zaciekawić. Sprawić, by najpilniejsi uczniowie odrobiwszy zadanie domowe, zaczęli szukać sami. Historia zna wiele przypadków, gdy uczeń sprzeniewierzył się swojemu mistrzowi. Tyle że bez niego nie zbudowałby w sobie należytych podstaw.

8. I dlatego, a także z metrykalnego lenistwa, z metrykalnego upodobania do kontaktu człowieka z człowiekiem, nie zaś z bezdusznym i bezosobowym medium, jakim jest np. internet, na nic nie zamienię Trójki, nie rzucę kamieniem w żadnego redaktora. I dlatego, sam już niemłody, kłaniam się nisko Panu Piotrowi.

P.S. I jeszcze słowo o muzycznych wyborach, o słuchaniu takiej i nie innej muzyki. Moje jest mojsze niż twojsze. Ja słucham jedynej prawdziwej muzy, reszta nie ma gustu i się nie zna. I jak można słuchać wciąż tych staroci.

Otóż można. Po prawie pół wieku kochać Beatlesów, Stonesów, Zeppelinów. Bardziej niż różne porywające zjawiska ostatnich lat. Tak samo, jak słuchać Davisa i Coltraine’a w ich nagraniach z lat 50. i 60. Jak Griega albo Beethovena. Albo, o zgrozo, takiej zramolałej popeliny jak Cztery pory roku Vivaldiego. Tak jak można stawać w zachwyceniu przed Brueglem, Monetem i popowym malarstwem Klimta.

Tak samo, jak nie zachwycać się Kalicińską, a nawet Masłowską. Jak obok Huellego i Stasiuka wciąż pomlaskiwać nad językiem Iwaszkiewicza. Jak, rany boskie, pamiętać o Sępie Szarzyńskim, a nawet pewnym greckim ślepcu. Zaraz, jak mu było? Homer, zdaje się. Ale niektórzy powiadają, że w ogóle nie istniał. Fakt, na fejsbuku go nie ma, więc pewnie nikt go nie lubi.

P.S. 2.Już zupełnie na koniec zacytuję dwukrotnie Asnyka. Tak, tego samego, który napisał Niemenowi „Jednego serca”.

 

                   Trzeba z żywymi naprzód iść,

                   Po życie sięgać nowe,

                   A nie w uwiędłych laurów liść

                   Z uporem stroić głowę.

 

I jeszcze:

                   Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy,

                   Choć macie sami doskonalsze wznieść.

                   Na nich się jeszcze święty ogień żarzy

                   I miłość ludzka stoi tam na straży.

                         I wy winniście im cześć!

 

Wyrwane z kontekstu: Spin Doctors, Two Princes

Lata osiemdziesiąte to najgorszy czas w dziejach gitarowego grania. Ale, na szczęście, tak to jest, że po dojściu do ściany następuje ruch w drugą stronę. I po całym tym, w wielu przypadkach koszmarnym, niestrawnym elektronicznym zamęcie rokendrol znów wyraźnie odżył.

[more]

Pod koniec tamtej dekady w Seattle rodził się grunge, ale nie było to jedyne miejsce na mapie, gdzie znów zaczęły rozbrzmiewać mocne gitary. W Nowym Jorku uformował się m.in. Spin Doctors. Ich druga, a pierwsza studyjna – płyta Pocket Full of Kryptonite (1991) wyniosła kapelę do rangi gwiazdy. Potem jednak było już tylko słabiej i słabiej. Dziś o zespole pamiętają chyba nieliczni. Ale Two Princes, pozostający największym przebojem, to kawał porządnej rockowej roboty. Wciąż słucha się tego z wielką przyjemnością. Podobnie jak całego wspomnianego krążka.

Piotr Kaczkowski – postać

Co prawda ten tekst już pojawił się w Blog and Rollu, ale dla wszystkich słuchaczy Trójki, dla jej wychowanków dzień dziś szczególny – pięćdziesięciolecie pracy Pana Piotra Kaczkowskiego. Więc chyba nikt nie weźmie mi za złe, że pozwolę sobie na powtórne jego zamieszczenie. Dodam, że autor blogowych rysunków, Maciej Trzepałka, wykonał także rysunek, który znalazł się na zaproszeniach na dzisiejszą, jubileuszową imprezę w „Fabryce Trzciny”.

Panie Piotrze, dołączamy się do życzeń dla Pana – wielu, wielu lat w zdrowiu i na antenie. Niech dobra muzyka będzie z Panem i z nami wszystkimi.

[more]

Czy można sobie wyobrazić muzykę drugiej połowy dwudziestego stulecia bez Beatlesów? Pewnie można, choć rozważanie to czysto akademickie. Świat nie znosi próżni, pewnie mielibyśmy jakieś „w zamian”. Ale – byli. I skala ich dokonań jest olbrzymia, a rola w historii muzyki popularnej nie do przecenienia.

Kaczka, jak z czułością mówili o nim nie tylko moi starsi bracia. Pan Piotr. Pan Piotruś. Redaktor Piotr Kaczkowski. Czy można sobie wyobrazić radiową Trójkę, ba! – całe polskie radio – bez tego głosu?

Rokendrolowe okno na świat

Przez wiele lat istniała tylko i wyłącznie muzyka. Pozycji muzycznych w ramówce było zbyt mało, by je zagadywać. Ileż razy zdarzało się coś takiego: „Minimax, minimum słów, maksimum muzyki. Przed mikrofonem Piotr Kaczkowski, dobry wieczór państwu. Dziś …. (tu padał tytuł płyty i nazwa lub nazwisko wykonawcy). Wszystkie tytuły za tydzień. Słuchamy!”. I tyle – by zmieścić jak najwięcej, w całości, bez brutalnego wyciszenia na koniec programu. Tak denerwującego dla tych, którzy nagrywali.

To właśnie określeni wykonawcy, ci, a nie inni – ci, których nagrania Pan Piotr wybierał do kolejnych audycji, budowali jego pomnik. Dobrą muzyką zaraził między Odrą a Bugiem niezliczone zastępy słuchaczy. To przede wszystkim on był tym rokendrolowym oknem na świat. Nie sposób wymienić w tym miejscu nazw i nazwisk tych, których zaszczepił nam pod skórą, których poznaliśmy właśnie dzięki niemu. Pan Piotr był i jest synonimem tych programów radiowych, w których grało i gra się najlepszą muzykę. On ustawił nam głowy i kręgosłupy muzyczne, a przede wszystkim nastroił uszy na odpowiednie częstotliwości. Wychowywał kolejne roczniki nasto- i dwudziestoparolatków i wypuszczał w świat. Nauczył, na czym polega to, co w rocku najlepsze.

Audycje

„Muzyczna poczta UKF” – w środy od 17.05 do 17.40, w której prezentował zarówno nowości, jak i całe dyskografie (były to czasy, w których nie było mowy o prawach autorskich, ale – z drugiej strony – gdyby nie łamanie tego prawa, niewiele byśmy dziś wiedzieli o rokendrolu), „W tonacji Trójki” – w środy, od 12.05 do 13.00. I, przede wszystkim, „Minimax” – wędrujący po różnych dniach tygodnia na przestrzeni lat – wpierw dwudziestominutowy, a w którymś momencie, pod koniec lat 70., już czterdziestominutowy, co często pozwalało zmieścić płytę w całości, w jednym programie.

To, co nastąpiło trochę później, gdy czasu antenowego otrzymał więcej, gdy zaczął prowadzić nocne audycje, tłumaczyć teksty i czarować głosem – dla mnie, przyznam, nie ma już większego znaczenia. On zaczarował mnie prezentowaną muzyką, a nie fantastycznym skądinąd głosem.

Po 1989 roku

Po 1989 roku wiele się zmieniło. W sklepach pojawiły się pierwsze odtwarzacze kompaktowe i płyty CD, trochę później komputery i internet. Trójka z różnym powodzeniem radziła sobie w nowej sytuacji. Czasem, o zgrozo, ścigając się z komercyjnymi radiostacjami i grając równie dużo muzycznego chłamu. Teraz – chyba wreszcie jest normalnie. Tak jak my, słuchacze, chcielibyśmy, by było zawsze. Pan Piotr, po latach zmagań z chorobą, znów jest na antenie – i oby tak zostało. Nawet uwzględniwszy fakt, że pewnie nie ja jeden spośród jego uczniów nie raz mu się sprzeniewierzyłem. Choćby dziś, gdy puszczał nagrania Stinga. Jako fan tego ostatniego poczułem się zdradzony i oszukany w 2008 roku na Stadionie Śląskim – i nie podzielam już emocji redaktora.

I jeszcze jedno. W latach 1998-2000 był

dyrektorem Trójki.

Nawet jeśli to nie był fotel dla niego, bo Piotr Kaczkowski jest nade wszystko dziennikarzem, a nie urzędnikiem i menedżerem, znowu zrobił coś bardzo znaczącego i trwałego. Wymyślił mianowicie trójkowe koncerty, które na stałe wrosły w krajobraz tej stacji radiowej.

Od lat redaguje też kolejne płyty z serii Minimaks.pl, które są miejscem fonograficznych debiutów młodych wykonawców.

Ostatnio odebrał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski przyznany mu już rok temu za wybitne zasługi dla Polskiego Radia. Może nie jest to tytuł szlachecki przyjęty z rąk królowej brytyjskiej, ale z pewnością dowód docenienia jego pasji. Pasji, którą potrafił zarazić tak wielu z nas, odpowiednio ustawiając muzyczne radary. I, co nie mniej ważne, zdobywając trwałe miejsce w tak wielu sercach wyznawców muzyki.

Z dziejów nie tylko harleyowców – TSA, Proceder, 2004

Gdzieś u progu lat 80. serca fanów rocka w Polsce zabiły raźniej: oto wreszcie pojawił się zespół grający ostro, mocno, w stylu AC/DC. Singiel przygotowany z dwiema stronami A (Mass media i Wpadka ) zdawał się potwierdzać pierwsze opinie.

[more]

Wątpliwości pojawiły się jednak szybko. Najpierw światło dzienne ujrzał 51, a trochę później

debiutancki album

specialite de la maison polognese – wydawanie zapisu koncertów jako debiutanckich płyt, w dodatku zwykle kiepsko realizowanych (SBB, Krzak, TSA). Nie przekonywał – zaznaczę na wszelki wypadek, że mówię we własnym imieniu – zbyt krzykliwy, operujący w zbyt jak na faceta wysokich rejestrach głos Marka Piekarczyka. Ale tym, co przeszkadzało mi najbardziej, były koszmarne, grafomańskie teksty (Idąc cmentarną aleją szukam ciebie, mój przyjacielu. Odszedłeś, bo byłeś słaby jak suchy liść). Jedyny kawałek, który zachwycił mnie w tamtym czasie, to Alien.

Byłem w miejscu, w którym właściwie dokonał się

rozpad zespołu.

Na kolejnych urodzinach Dżemu, zdaje się w 1989 roku, odprawianych w Spodku, miało też zagrać Tajne Stowarzyszenie Abstynentów. Pewni panowie uparli się jednak, by na scenę wjechać na harleyach, na co z kolei nie zgodzili się organizatorzy. Wreszcie przed mikrofonem stanął wściekły i wzburzony Piekarczyk, wszystkich przepraszając za to, co się właśnie stało, i obiecał, że za rok przyjedzie z własnym zespołem. I rzeczywiście przyjechał, choć sukcesu z nowym składem (Ball’s Power) nie odniósł.

Później działy się dziwne rzeczy, przez pewien czas istniały dwie grupy o tej samej nazwie – TSA i TSA Evolution. Lata jednak lecą, ludzie zwykle z wiekiem łagodnieją. Ale też uświadamiają sobie, co w ich życiu było najlepsze. I tak się dzieje, że znów schodzą się z tymi, których przed laty nie mogli ścierpieć, z którymi ciągle o coś się kłócili.

Tak też

TSA w 2001 roku

zebrało się wreszcie w swym najlepszym, starym składzie: Machel-Piekarczyk-Nowak-Niekrasz-Kapłon. Wciąż jednak nie dowierzałem, a Proceder zakupił mój syn Maciek. Posłuchałem – i  zdębiałem…

Wreszcie dostałem TSA, którego słucham z niekłamaną, wielką radością, który w wielu fragmentach zachwyca. Pieprzyć teksty, sam nie wiem, czy są choć trochę lepsze od tych dawnych. Głos Marka P., jak to z biegiem lat bywa, obniżył się – do bardzo już miłych dla ucha częstotliwości, nie tracąc przy tym nic z ekspresji. Najważniejsze jednak, że muzycznie jest rewelacyjnie. Śmiem twierdzić, że nigdy wcześniej nie było tak dobrze, w czym utwierdziło mnie jeszcze parę obejrzanych w tamtym czasie koncertów grupy.

To materiał muzyczny, z którym śmiało można by pójść w świat. Jedenaście numerów, odwołujących się do

najlepszych tradycji hard rocka,

a jednocześnie zachowujących, a ściślej – rozwijających to, co najciekawsze w dorobku zespołu. Uwielbiam tak czasem odlecieć sobie przy ostrym łojeniu, w czasie samotnej jazdy samochodem albo ze słuchawkami na uszach. Rokendrol, mainstream? Jasne, tylko że wszystkie klocki wreszcie idealnie do siebie pasują. Serce rośnie, gdy słucha się takich numerów, jak Tratwa z pięknie wplecionym cytatem z Voodoo Child Hendriksa, tytułowego Procederu czy numeru Mój cień omija mnie. Ale całego, pięćdziesięciosześciominutowego materiału słucha się z ogromną przyjemnością. 

Mija dziewięć lat, a ciągle jest to ostatni album kapeli. Która co jakiś czas koncertuje, ale do studia nie wchodzi. A rad byłbym usłyszeć ją w takiej formie grającą nowy materiał.

Blog and Books

Był czas, że handlowałem książkami. Sprzedawałem książki. Ale czy – jako jeden ze znienawidzonej rzeszy handlarzy obnośnych – mam prawo nazwać się księgarzem? Nawet jeśli miałem przygotowanie do tej profesji, jako absolwent polonistyki, lepsze niż większość parających się dzisiaj tym zajęciem?

[more]

Patrząc z bliska na ten wydawniczo-hurtowniano-księgarski grajdoł, mówiłem nieraz, że księgarze sprzed lat, sprzed wieków, przewracają się w grobach. No bo tak – po przełomie 1989 roku nastał wolny rynek. Mój ojciec zawsze powtarzał, że funt handlu jest lepszy niż sto kilo roboty. To stare powiedzenie znów stało się bardzo aktualne. Sklepy prywatne zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu. Co by tu otworzyć? – zastanawiał się niejeden. – Warzywniak już jest, spożywczymonopolowy też. Wiem, otworzę księgarnię! Jak postanowił, tak zrobił. Większość tych ludzi nie miała pojęcia o literaturze, książka była dla nich takim samym towarem jak pół litra czy słoik ogórków.

*

Panie i panienki w hurtowniach. Czasem bardzo miłe, to było już sporo. Ale o kompetencje w wielu przypadkach lepiej nie pytać. Właściciel jednej z hurtowni zadał  dziewczynie chcącej podjąć pracę  pytanie o polskich noblistów, czym wprawił ją w wielki popłoch.

Mój skrajny przypadek wyglądał następująco:

Stanisław Barańczak w 1999 roku otrzymał nagrodę Nike za Chirurgiczną precyzję. Widziałem codziennie po stanach magazynowych, że poza mną właściwie nikt tego tomiku nie kupuje. I któregoś ranka tleniona blondynka, świeżo po maturze, odpowiada mi, że nie ma. Jak to?! – pytam zaskoczony i wychylam się, by spojrzeć na monitor komputera. – Przez „ch”, proszę pani.

Panienka bez zmrużenia oka poprawia błąd i oświadcza: Nie ma. Wychylam się raz jeszcze, spoglądam w ekran i mówię: Przez „u”, proszę pani.

*

Z pomieszczeń tzw. wzorcowni, czyli miejsc, gdzie hurtownie eksponowały posiadany towar, notorycznie ginęły książki. Kiedyś zniknęły w katowickim „Matrasie” cztery tomy Wielkiego słownika angielsko-polskiego i polsko-angielskiego. Leżały nie dalej niż półtora metra od jednego ze sprzedażowych stanowisk komputerowych. Ktoś się nie bał i za..bał – podsumuję, lecąc staropolską frazą.

Byli też księgarze-złodzieje działający metodycznie – codziennie wynosili z hurtowni pod kurtką lub swetrem jedną – dwie książki, za które nie płacili. Do czasu.

*

Przejdźmy na drugą stronę lady. Czytelnicy. Znawcy. Bibliofile.

W 1996 roku Wisława Szymborska otrzymała nagrodę Nobla. Przekrojowy Widok z  ziarnkiem piasku był bestsellerem tamtej jesieni i zimy. Do księgarni wchodzi elegancko ubrany młody mężczyzna: flauszowy płaszcz za kolana, biała koszula, krawat, szal fantazyjnie przerzucony przez szyję i kołnierz.

– Czy są wiersze Wisłockiej?

– Może Szymborskiej?

– Nie, nie, Wisłockiej!

*

Do księgarni wchodzi bardzo już wiekowa pani, ani chybi – emerytka.

– Czy są Krzyżacy?

– Są, proszę bardzo – księgarz podaje egzemplarz.

– A to jest w jednym tomie, takie chude?! – pyta zdziwiona pani.

– Chce pani większy format? Proszę bardzo…

Starsza pani jakoś nie dowierza.

– Coś to takie dziwne – mówi w końcu, odkładając książki na ladę. – To ja pójdę gdzie indziej.

*

Do księgarni zbłądzili ojciec z około dziesięcioletnim synem. Dziecko łapie tatę za rękę i nieśmiało wskazuje podręcznik, który bardzo by mu się przydał. Ojciec wali chłopaka na odlew w twarz i cedzi przez zęby:

– W ubiegłym roku nie miałeś i zdałeś, to w tym też sobie poradzisz!

*

Sprzedaję słowniki w jakimś biurze. Jedna z pań decyduje się na zakup. Druga, by nie być gorsza, oświadcza:

– Ja też mam w domu Słownik wyrazów obcych Kobylińskiego.

*

Parę lat temu pewna pani profesor, literaturoznawczymi – nazwiska, proszę wybaczyć, nie pamiętam – powiedziała, że to nieprawda, że ludzie dziś czytają mniej niż dawniej. Różnica polega na tym, iż kiedyś do tego, że się nie czyta, wstyd było się przyznać.

*

Na swój wygląd trzeba zapracować! – mawiała Kobieta Pracująca w Czterdziestolatku.

Znajomy księgarz, wcześniej górnik, zwykle twarz miał taką, jakby dzień wcześniej ostro zabalował. Na powtarzające się ze strony innych wesołe zaczepki odparł kiedyś tak:

– Mój sztygar ciągle powtarzał – jeśli czujesz się tak, jak wyglądasz, to ci współczuję.

Palce lizać – Dżem, Muza, 2010

Jako nieodrodny syn swego ojca, śniadania i kolacje najchętniej kończę kawałkiem białego pieczywa z dżemem. Uśmiecham się teraz, bo kto wie, czy to upodobanie nie zbiegło się w czasie, gdzieś w latach 80., z przejściem mojej miłości do Dżemu w dojrzałą fazę.

[more]

Na Muzę przyszło czekać długo,

bardzo długo, całe sześć lat. Bo tyle minęło od pierwszej płyty (2004) nagranej z Maciejem Balcarem, a zawierającej premierowy materiał. Lecz warto było. Otrzymaliśmy taką ilość nowej muzyki, która w wydaniu analogowym złożyłaby się na wydawnictwo dwupłytowe. Zabieg to zawsze ryzykowny, ale nie w przypadku tej kapeli.

Album jest znakomity, zdecydowanie najlepszy spośród tych wydanych po śmierci Ryszarda Riedla, perfekcją wykonawczą przywodzący na myśl Detox. Dżemy już od dawna potrafią robić w studiu nagraniowym to, co w pierwszym okresie działalności miało miejsce „tylko” na scenie. Czyli – z nut pozornie dość mocno już ogranych, wielokrotnie zastosowanych gdzieś przez kogoś w przeszłości wycisnąć wszystko, co się da – z lekkością i łatwością przynależną tylko instrumentalistom i stylistom największym.

Zaczyna się od Koniecznie, przypominającego nieco Autsajdera, zaś w samej końcówce tekstowo nawiązującego do Wehikułu czasu. Tam było o szyciu bluesa, tu – rokendrola.

Potem mamy

Partyzanta, rewelacyjny numer Zbigniewa Szczerbińskiego

i wielki przebój zespołu. I znów odnajdujemy jakieś paralele, tym razem z Najemnikiem.

Ani dużo, ani mało to właśnie przykład na to, jak z dźwięków bardziej oczywistych robi się co najmniej dobry utwór, ozdobiony znakomitymi solówkami – najpierw gitary, a zaraz potem organów Hammonda. Nie inaczej jest w bluesowym Bujam się.

Wolności dni to – po Partyzancie – znów moje emocje największe. Za reggae szczególnie nie przepadam, jednak tutaj – inaczej niż w Pawiu czy Whisky z pierwszego singla grupy, mamy aranż bluesowo-rockowy. W klimatach szczególnie bliskich członkom zespołu, ale i takim fanom jak ja.

Duch Duanne’a Allmana

unosi się nad tym utworem od początku, lecz to, co dzieje w finale, stanowi absolutny majstersztyk.

Zwalniamy tempo w To wszystko co mam. Wspaniały blues jakby wzięty z Zemsty nietoperzy albo Najemnika. Z kolei Do przodu gitarowymi zagrywkami nieodparcie kojarzy się z Lynyrd Skynyrd – takie to niby proste, a jakże smaczne.

I kolejny rewelacyjny numer – Za to, że żyje. Kręci mnie najróżniejsza muzyka, ale w Dżemie od lat najbardziej uwielbiam Allmanowską lekkość, nieprawdopodobną wręcz finezję, jaką olśniewają takie kawałki jak właśnie ten. Pozostajemy w podobnych klimatach przez kolejne prawie dziesięć minut, w tytułowym de facto Leci muza, delektując się stylowym bluesem i wspaniałą solówką Jerzego Styczyńskiego.

Nie patrz tak na mnie jest, jeśli dobrze pamiętam, pierwszym kawałkiem z tej płyty, który zespół zaczął ogrywać na koncertach. Świetny rokendrolowy numer, w którym jest

coś i ze Stonesów, i z Lynyrdów,

przypominający Harleya. Finał – o rany, który to już Dżemowy raz? – palce lizać.

Potem mamy najmocniejszy na krążku, ostry, gitarowy Strach, a na koniec jeszcze jedną perełkę – wielkiej urody walczyk, Szarą mgłę.

Dżem w wybornej formie. Do wszystkich starych atutów zespołu dochodzi, ale też przecież nie pierwszy już raz, pewność – w najlepszym rozumieniu tego  słowa – starych wyjadaczy, absolutna pewność tego, co i jak się robi. A ponieważ nie ma na Muzie słabszych kompozycji, efekt końcowy robi jeszcze większe wrażenie. Najlepszy album studyjny grupy od wielu lat. Kunsztowny, bardzo dojrzały, a przy tym tchnący świeżością i wielką radością grania.

Wyrwane z kontekstu: The Cream, Badge

Clapton właściwie nigdy nie był gitarzystą rajdowym. Moc Cream (Bruce-Clapton-Baker), okrzyczanej pierwszą supergrupą w dziejach rocka, nie polegała przecież na szaleńczym tempie grania, a na rockowym ładunku podłożonym pod bluesa.

[more]

Badge (dzieło Claptona i Harrisona) to swego rodzaju głos z zaświatów, kawałek pochodzący z albumu Goodbye (1969), wydanego już po rozpadzie zespołu, po zaledwie dwuipółletnim okresie działalności.

Z pozoru prosty, niespełna trzyminutowy utwór utrzymany w średnim tempie. Ale co Mr. Eric robi w jego środku! To obłędne gitarowe wejście przyprawiało w końcu lat 60. – a i później też – o zawrót głowy niemal każdego miłośnika ostrego grania. I, co zupełnie dobijało, zostało zagrane jeden jedyny raz! Aby to niesamowite coś usłyszeć ponownie, trzeba było puścić piosenkę raz jeszcze. W moim domu była to pocztówka w kolorze brudnego różu.

Niedługo potem, w 1970 roku, świat ujrzała Layla, swą urodą przyćmiewając wcześniejsze kompozycje gitarzysty, w tym i Badge. Ale na koncertach Clapton wracał do wspólnej z Beatlesem kompozycji wielokrotnie, m. in. na dwupłytowym albumie One More Car, One More Rider (2002). Nie skąpiąc już ani sobie, ani słuchaczom przecudnej urody dźwięków gitary.