Rok 1979. Dogorywanie rocka symfonicznego w – dla mnie jedynym szlachetnym – pierwszym okresie, w pierwszym pokoleniu tego typu wykonawców. Na finiszu wśród najlepszych byli SBB z Welcome (1979) i Mementem z banalnym tryptykiem (1980), Yes z albumem Drama (1980) i właśnie United Kingdom.
[more]
Supergrupa powstała na bazie rozwiązanej w 1974 roku formacji King Crimson, dowodzona była przez Johna Wettona i Eddiego Jobsona. Kapela, która jak meteor przemknęła przez rynek muzyczny: trzy płyty, dwie studyjne oraz rejestracja występów w Japonii i – tyle. Wetton zaraz potem znalazł się, na krótko, w Wishbone Ash, a następnie w składzie pod nazwą Asia – tyleż znakomitym, jeśli chodzi o nazwiska, co koszmarnym, gdy wspomnieć repertuar.
Co innego jednak U.K. Dwa albumy studyjne bronią się po latach znakomicie, a zawartością przywodzą na myśl tak wspaniałe płyty King Crimson, jak Larks’ Tongues In Aspic (1973) czy Red (1974).
Na płycie Danger Money, którą Piotr Kaczkowski uznał za najlepszą w 1979 roku, jest utwór trochę wyłamujący się z konwencji rocka progresywnego. Trochę, bo zbudowany jest z trzech części – takich samych początkowej i końcowej, pięknych, pełnych nostalgii i smutku, oraz – jednak – z symforockowego odlotu w części środkowej.
Trzeba będzie kiedyś wrócić do tego brawurowo zagranego materiału, natomiast teraz – jako swoista zapowiedź – Randka.
Pani profesor Krystyna Kleszczowa swoim studentom, a więc i mi, wielokrotnie mówiła: „Nie jest wstydem zaglądać do słowników, wstydem jest popełniać błędy”. Święte słowa.
[more]
Może to zboczenie, a już na pewno uczulenie, ale nie potrafię przejść do porządku nad pewnymi kwestiami językowymi. Tzw. uzusem, czyli praktycznym zastosowaniem języka. Bo jest tak, że statystyka, sposób, w jaki ludzie mówią, wymusza na Komisji Kultury Języka co pewien czas zmiany, sprawia, że coś, co było niedopuszczalne, staje się prawidłowe. Język jest żywym organizmem. Ale bez przesady. Niedbalstwo panoszące się w naszej ojczystej mowie często uwiera i boli.
Wybaczcie więc, ale – bywa że – zdzierżyć nie mogę. Toteż od czasu do czasu skrobnę coś o muzyce języka.
Rok dwutysięczny pierwszy czy dwa tysiące pierwszy?
Za, mniej więcej, osiemdziesiąt siedem lat będzie po kłopocie. A ten pojawił się pod koniec dwudziestego stulecia, gdy czas drugiego milenium dobiegał nieuchronnie końca.
To, że mieliśmy rok 2000, czyli dwutysięczny, jest jasne i nie podlega dyskusji. Ale, per analogiam, bo coś tam, bo to ładnie brzmi – kolejne lata bardzo wielu z nas określa jako dwutysięczny drugi, dwutysięczny trzynasty itd.
Profesor Bralczyk dał tutaj jednoznaczną wykładnię. Oczywiście, rok dwutysięczny, ale potem już dwa tysiące pierwszy i dwa tysiące dziesiąty. Chyba że ktoś chce mnie przekonać, że urodziłem się w roku tysięcznym dziewięćsetnym sześćdziesiątym drugim. A stan wojenny wprowadzono dziewiętnaście lat później, czyli w tysięcznym dziewięćsetnym osiemdziesiątym pierwszym.
Van Halen. Długo czekaliśmy, by Eddie zszedł się ponownie z Davidem Lee Rothem, bardzo długo. Chyba dopiero aktywność byłych kumpli z zespołu, Hagara i Anthony’ego, którzy weszli w skład supergrupy Chickenfoot, sprowokowała ich do działania. W ogóle, tych zejść po latach jest coraz więcej, by przywołać tylko przypadek Black Sabbath. Ale też – ani tu, ani tu nie udało się tego uczynić w oryginalnym składzie.
[more]
Z amerykańskim zespołem
zetknąłem się bardzo dawno temu, chyba przy okazji pierwszej prezentacji jego nagrań w polskim radiu, w stereofonicznym programie czwartym. Utwory z pierwszej płyty VH tak spodobały się słuchaczom, że tydzień później zaprezentowano następne piosenki – kończące debiutancki album oraz kilka z drugiej płyty. Musiał to być więc 1979 rok.
Potem dotarły do Polski kolejne krążki zespołu. Pojawiły się też wspólne nagrania Edwarda z Brianem Mayem. Miałem ponadto okazję widzieć fragmenty jubileuszowego koncertu na cześć Lesa Paula, słynnego konstruktora gitar. Starszego już wtedy pana, który – o ile pamięć mnie nie zawodzi – sam był też konferansjerem.
Jako pierwszego zaprosił na scenę Edka. Młodego, długowłosego, z nagim torsem. Samego – a ten zaczął wycinać różne dziwne rzeczy na swym wiosełku. To było niesamowite dla mnie przeżycie. Eddie bawił się, serwując
mnóstwo przeróżnych zagrywek, riffów.
Trwało to dobrych kilka minut, uśmiech nie schodził ani z twarzy grającego, ani z twarzy jubilata, który z czułością przypatrywał się, co też można zagrać na gitarze jego konstrukcji.
Wiele lat minęło od tamtego wydarzenia. Wiele zdążyło przez ten czas uleżeć się w mojej głowie. A więc i to, że dokonania zespołu van Halen nie sytuują go w rokendrolowej ekstraklasie wszechczasów. Jednakże…
Ma ta muzyka (myślę o płytach do 1984 roku) bardzo wiele atutów. Żywiołowość, niesforność nastolatków, jedna wielka, niekończąca się balanga, awanturnictwo i rebelianctwo. Potężne łojenie i zabawa. Szokujący poziom opanowania instrumentu przez lidera.
I jeśli gdzieś pojawia się żal, że maestria techniczna nie szła całkiem w parze z możliwościami twórczymi, że te piosenki okazywały się czasem zbyt pospolite, błahe i za proste, to wciąż jednak nie chcę i nie będę podważać dorobku zespołu z uwagi na fakt, że jego muzyka stanowi istotę rokendrola.
To radość grania – i dawanie radości słuchaczom. Zdjęcie na rewersie okładki Diver Down, zrobione gdzieś z tyłu sceny, na zakończenie koncertu, gdy czterech młodych ludzi pozdrawia wypełniony po brzegi stadion, jest bardzo wymowne. Był czas, gdy w Stanach byli bożyszczami tłumów.
W tym miejscu, ze świadomością, iż należy zachować odpowiednie proporcje,
dwa polskie skojarzenia,
dwa porównania. Pierwsze – Oddział Zamknięty, ten z Krzysztofem Jaryczewskim – to też była bezustanna impreza. Drugie – Jan Borysewicz. Świetny gitarzysta, który nie był nigdy wybitnym kompozytorem (choć napisał trochę całkiem niezłych numerów), a którego kunszt objawiał się na płytach ambitniejszych niż Lady Pank wykonawców – np. Obywatela G.C. czy Edyty Bartosiewicz.
Van Halen jest dla mnie jednym z gitarowych mistrzów świata. Wirtuozem instrumentu, spadkobiercą Hendriksa, Page’a czy Claptona. (Nieprzypadkowo przecież na pierwszych płytach VH znajdują się covery – Kinks, Roya Orbisona i innych – będące wyraźnym ukłonem zespołu w stronę tradycji). Facetem, który nigdy nie nadużywał cierpliwości słuchaczy – wystarczy tylko popatrzeć, jak krótkie są kolejne płyty – te do 1984 roku – prawie jak wczesnych Beatlesów, ledwie ponad pół godziny. Jak krótkie zwykle znajdują się na nich piosenki.
Właśnie – piosenki: zwrotka – refren – zwrotka, a gdzieś między to wplecione olśniewające nieraz, brawurowe, zaledwie
kilku- lub kilkunastosekundowesolówki.
W których jest wszystko. Tyle czasu wystarcza Edwardowi, by wprawić słuchaczy, a już na pewno innych gitarzystów, w osłupienie. Ci wszyscy napier…acze, którzy dopiero dopasowują swoje palce do gryfu w miejscu, w którym on już kończy, nudzą mnie okrutnie.
Wiem, że niektórym z Was ta opinia się nie spodoba. Ale za tymi zdaniami stoi wiele lat słuchania muzyki, uświadamiania sobie, co w niej najbardziej mi się podoba. I nikt mnie nie przekona, że panowie Vai, Satriani (chyba że we wspomnianym wyżej Chickenfoot), Malmsteen czy paru innych im podobnych są wielkimi muzykami. Technika i warsztat to bardzo dużo, ale w sztuce, nawet w tej przez mniejsze „s”, chodzi o coś więcej. Popisy nie powinny być celem samym w sobie, bo wtedy scena koncertowa zamienia się w cyrk narcyzów. Lepiej, gdy służą muzyce, a o tym Eddie van Halen nigdy nie zapominał.
Już całkiem na koniec powiem tylko, że o pierwszym albumie grupy, o Women And Children First i 1984 chciałbym napisać kiedyś parę słów. Zwłaszcza o debiucie z 1978 roku, bo chyba w żadnym innym miejscu nie widać tak wyraźnie granicy, a ściślej – przenikania się – rokendrola i metalu. Ciężar tego ostatniego wzięty został z Black Sabbath, natomiast zagrywki Edwarda, z krwi i kości rokendrolowca, stały się najlepszym podręcznikiem albo dziesięciorgiem przykazań metalowych gitarzystów.
Precz z uprzedzeniami, fobiami. Precz z myśleniem, że jesteśmy narodem gorszym od i lepszym niż. Chciałbym wierzyć, że pokolenia młodsze od mojego są i będą wolne od takiego sposobu myślenia o świecie i ludziach, ale historia uczy i dowodzi czegoś zupełnie innego. Jednocześnie chyba nie jest też tak, że konsumują dziś sztukę tylko pięknoduchy i ludzie naiwni. Tacy, którym, im starsi, tym mniej to przystoi.
[more]
A jednak, wychowany na „Czterech pancernych”, na „Stawce większej niż życie”, na utrwalonym od wieków
podziale na dobrych i złych,
nie umiem ukryć zdziwienia faktem, że w jednym czteroosobowym zespole spotykają się muzycy z Rumunii, Turcji, Holandii i Niemiec. Bardziej nawet niż tym, że wspólnie mogą zabrzmieć fortepian, lutnia, klarnet (wyjątkowo długi) i zestaw perkusyjny – bardzo nieoczywisty, kojarzący się nieco z instrumentarium stosowanym przez Zohara Fresco.
I właśnie dokonania tria Możdżer-Danielsson-Fresco, mam wrażenie, stanowią punkt odniesienia i inspirację dla kwartetu. Jazz, tak, z pewnością – tego jest w graniu Arify najwięcej.
Jazzu łagodnego,
delikatnego, tkanego z pięknych nut – ale bynajmniej nie słodkiego (to nie ma nic wspólnego z lukrowanym smooth jazzem).
Faktura muzyczna w porównaniu z trzema innymi koncertami festiwalu, które dane było mi obejrzeć, była bardziej skomplikowana. Niby, jak powiedział lider, znów inspiracje Orientem, rytmami wschodniej Europy i Ameryki Północnej, ale jeśli jest w tym folk, to „wysoko przetworzony”. Muzyka raczej do zadumania, skupienia, wsłuchania się, a nie bujania. Ramy utworów znacznie szersze – i formalnie, i czasowo.
To, co kiedyś dotknęło jazzu, potem rocka (rock symfoniczny), chyba najpełniej realizuje się dopiero teraz, w takim właśnie graniu.
Granic nie ma już żadnych
– poza wyobraźnią artystów i ich wyczuciem smaku. Dopóki mówimy o eksperymentach z doborem instrumentarium, o poruszaniu się w uświęconych tradycją utworach opartych na melodiach i harmoniach – nie sposób dowodzić wystawiania cierpliwości słuchaczy na szczególnie wielką próbę. Poza próbą wrażliwości.
Tych czterech młodych ludzi potrafi już bardzo wiele, a widać, jak wielką radością jest dla nich występ przed, zdaje się, większym niż zwykle audytorium. Piękny koncert.
Ileż wspaniałej muzyki powstaje w przeróżnych zakątkach świata. Kiedyś mieliśmy problem, by w dostatecznie dużej dawce obcować z jazzem czy rokendrolem tworzonym po obu stronach Atlantyku. Dziś jest o to nieporównanie łatwiej, za to pojawiają się zupełnie inne możliwości, dociera do nas
muzyka, o jakiej nam się nie śniło.
Raz po raz mamy okazję sprawdzić, jak rozciągliwa jest nasza – odbiorców – muzyczna wyobraźnia. I naiwnie zapytać: czy piękna na świecie może być za dużo? By z dziecięcą szczerością zaraz odpowiedzieć: ależ skąd, nie!
I jak potem, na przykład o równych godzinach, wysłuchiwać wiadomości z kraju (złego) i ze świata (jeszcze gorszego)?
Weather Report
W czwartek obiecuję gitary zdecydowanie elektryczne – van Halen.
Adam Strug to postać szerszemu ogółowi nieznana, a zasłużona w penetrowaniu nie tylko polskiego folkloru, odnajdywaniu i ocalaniu pieśni gdzieś z muzycznych skansenów, sprzed dziesiątków i setek lat. Ale też pochylona w stronę poezji, jej liryczno-miłosnego oblicza (Leśmian, Zegadłowicz). I to zderzenie ludowości z wierszami – z pozoru niebezpieczne i podejrzane – daje nieoczekiwanie dobre rezultaty. A jeśli tak się dzieje, musi to być efektem świadomości i kultury muzycznej wykonawców.
[more]
Skoro na estradzie pojawiają się
muzycy związani ze sceną jazzową
– niedawno oglądani przeze mnie w składzie Tie Breaku Marcin Pospieszalski i Frank Parker (a to dopiero – Murzyn grający na bębnach do słów Leśmiana!) oraz Szczepan Pospieszalski, Michał Żak i Janusz Prusinowski, to o poziom artystyczny możemy być spokojni. Jeśli jeszcze na początku miałem pewne wątpliwości co do głosu lidera, z czasem zostały one rozwiane. Skala może nieduża, ale dobra dykcja i błogosławiony dystans do siebie i własnej roboty czyniły z jego występu kawał sztuki.
I co ciekawe, gdy – mniej więcej – od dwudziestej minuty zrobiło się
delikatnie i subtelnie
– nie popadliśmy w ckliwość i duszną monotonię. Cóż, wielu wykonawców i zwykle też, za przeproszeniem, jednocześnie autorów z popowej części rodzimej sceny powinno pochylić się nad takim materiałem muzycznym oraz sposobem jego prezentacji. I wziąć sobie to i owo do serca (dosłownie). Ale to takie wołanie na pustyni, mniejsza – o co.
Więc o miłości, intymności można dziś mówić nadal. Używając do tego słów poetów, nie zaś własnych koślawych rymów, ilustrując te strofy muzyką pozornie starą i niemodną, szeroko rozumianym folklorem. Jeśli jednak podchodzi się do tego profesjonalnie, z porządnym warsztatem muzycznym, i jednocześnie lekko, bez tej napuszoności poezji śpiewanej, z radością i zabawą – może być pięknie.
Ta właśnie cecha –
element zabawy,
zarówno na scenie, jak i na widowni, pełne sprzężenie zwrotne między muzykami a słuchaczami – była stale obecna podczas festiwalu „Ogrody dźwięku”. Muzyka powinna sprawiać radość – tym, co grają, i tym, co słuchają. I panowie z Kompanii Adama Struga cały czas to czują, cały czas o tym pamiętają.
A ja – zachwycony kolejnym koncertem – zamyślam się na chwilę nad tym, jak niewielki ułamek dociera do mnie z tego, co dzieje się w muzyce w Polsce i na świecie. Jak – chcąc, nie chcąc – punktem odniesienia pozostają popelinowe wydarzenia w stylu festiwalu opolskiego czy inne wiekopomne nagrody stacji radiowej czy telewizyjnej jakiejśtam, a prawdziwi artyści funkcjonują z dala od mediów, na obrzeżach, grając „za dwa pomidory, pół kilo gruszek”.
Jak dobrze, że jeszcze są
organizatorzy takich imprez,
którzy zadają sobie trud wyłowienia muzyków i postawienia ich na scenie za trochę uczciwsze, mam nadzieję, pieniądze. By się ogrzali choć trochę kilkusetosobową publicznością (taką, która też ma dość konfekcji na co dzień), by nabrali sił do dalszych zmagań o przetrwanie i zachowanie poczucia sensu tego, co robią. Trzeba zabić tę miłość? Nie, zupełnie na odwrót – trzeba ocalić tę wrażliwość.
A tych, których zaintrygują dołączone nagrania, odsyłam do – jedynej w ćwierćwieczu artystycznych poszukiwań Adama Struga – wydanej w ubiegłym roku płyty Adieu.
Na scenie ośmiu facetów: trzech wokalistów – lider, Said Tachiti, obsługujący strunowe instrumenty szarpane (guembri i lutnię) oraz perkusyjne, pozostali dwaj grający też na perkusjonaliach, do tego saksofon, klarnet, gitara, bas i perkusja – i do głowy przychodzi mi następujący obrazek:
[more]
Paru Węgrów na wycieczce w Maroku,
wskutek krwi bardziej niż zwykle rozrzedzonej palinką, trafia na rynek małego miasteczka. Uliczny handel, targowisko, trwa w najlepsze, gdzieś w samym rogu rozbrzmiewa muzyka – paru grajków próbuje zarobić trochę grosza. Nagle gościom robi się jakoś ciasno i ciemno przed oczami, zostają otoczeni przez grupę kilkunastu tubylców. Spod czarnych grzyw błyskają białka oczu, zdecydowanie mało przyjazne. Porozumieć się nie sposób, sytuacja wymyka się spod kontroli, w dłoniach błyskają noże. Cała grupa, w upiornym milczeniu, przesuwa się gdzieś w kąt, w cień, który dają okoliczne domy. Zatrzymuje się tuz obok muzykantów.
Nagle jeden z Madziarów, wiedziony jakimś instynktem, szybkim ruchem podnosi z ziemi leżący instrument i zaczyna grać wraz z zespołem. Ostrza, które w pierwszej chwili znalazły się tuż przy jego gardle, powoli opadają, tak jak opadają trzymające je dłonie, a po może minucie znikają w kieszeniach. Ktoś z dotychczasowych napastników wybucha śmiechem, co udziela się wszystkim pozostałym. Nie wiadomo skąd pojawia się alkohol i naczynia. Butelka, jedna, potem następna, szybko krąży wśród mężczyzn. Atmosfera ulega całkowitej przemianie – nastrój zabawy udziela się wszystkim.
Dość krwawych wizji, wszak
muzyka łagodzi obyczaje,
łącząc pokolenia i narody. Niesamowite jest to, że na scenie pojawia się ośmiu muzyków – Marokańczyków i Węgrów. Jak oni wpadli na siebie?! Zespół został założony przez śniadego muzyka w Budapeszcie pod koniec lat 90. Lider zagaduje do publiczności, pokpiwając z polskiego lata (było w Katowicach w piątek wieczorem paskudnie, mokro i zimno). Potem zaczyna grać na guembri, przenosząc nas gdzieś do czarnej Afryki. Trzy wspaniałe męskie głosy, a brzmienie instrumentu przypominające, jak w latach 60. i 70. pierwsi muzycy rockowi szukali inspiracji w takich właśnie miejscach na świecie, do tego mantryczna melodia – i gdzieś w to wdzierający się nagle saksofon. Podobnie jest w drugim utworze. A potem wreszcie odzywają się pozostałe instrumenty. Gitarzysta wydobywa nuty rodem z Voodoo Chile Hendriksa, funkuje albo przenosi nas na Karaiby. Nad wszystkim wciąż czuwa mocny bas porządkujący rozwibrowane dźwięki.
Zespół gra
niesamowicie energetycznie,
z każdym utworem coraz więcej jest pląsających osób. Radośnie jest na scenie i na widowni. Zapominamy o przenikliwym czerwcowym zimnie i deszczu, pulsująca muzyka rozgrzewa bowiem coraz bardziej. Z żoną przypomina nam się klimat koncertu, jaki niemal równo pięć lat temu dali wspólnie w Bielsku-Białej Richard Bona, Lokua Kanza i Gerald Toto. Wspaniała zabawa – wtedy i teraz.
Trudno przypuszczać, byśmy o zespole jeszcze kiedyś usłyszeli, choć – patrząc z drugiej strony – ktoś go przecież wyłowił z tysięcy innych i zaprosił do Polski. Dla mojego pokolenia nie jest zaskoczeniem, że na Węgrzech grać potrafią, ale że w Maroku grają – i to pięknie, zawodowo – wciąż oczywiste nie jest. I że mają tam świadomość nie tylko własnej tradycji, ale i głowy otwarte na to, co dzieje się na świecie. I nagrywają – Chalaban ma na swym koncie pięć płyt.
Niedawno, w czasie pobytu w Rzymie, zwróciła moją uwagę młoda kobieta, która najwyraźniej była córką Japonki i Włocha. Z pomieszania tradycji muzycznych, tak samo jak z pomieszania nacji, otrzymujemy nieraz rzeczy nieoczekiwane i zadziwiające. I niepospolitej urody.
Jeśli artykulacja dźwięków, słowa i języki stworzone zostały przez ludzi z potrzeby wzajemnej komunikacji, jeśli w mowie Kochanowskiego i Masłowskiej terminy „chleb” czy „bułka” kryją w sobie niezliczoną ilość wszelkich odmian, nie dziwmy się, że pojawił się też wytrych w postaci określenia „world music”.
[more]
Warto jednak szybko porzucić semantyczne rozważania, by otworzyć się na istotę sprawy, czyli muzykę. Na fantastyczne, zupełnie dziecięce zdziwienie, co też w niej się porobiło. Świat zmalał. Dzięki samolotom i internetowi możemy dziś błyskawicznie przenosić się z jednego kontynentu na drugi, a informacje przesyłać jeszcze szybciej. Choć filozofów czy socjologów musi to zjawisko niepokoić, na gruncie sztuki staje się chyba całkowicie bezpieczne i dające nieograniczone możliwości. Ufam, że żadna homogenizacja czy macdonaldyzacja jej nie grozi. Porobiło się mianowicie tak, że wszystko jest możliwe: wszystko można zagrać i wszyscy mogą zagrać ze wszystkimi.
Vladimirska
Przyjechali, jak powiedziała frontmenka na koniec, z niedaleka, bo „ze Krakowa”. Wokalistka i akordeonistka rodem z Kanady, ale już nieźle mówiąca po polsku, do tego pięciu panów: trąbka, saksofon, gitara akustyczna, bębny i druga gitara na zmianę z bandżo. Przedziwna i przepiękna muzyka. Całkowite pomieszanie stylistyk, folkloru z różnych szerokości geograficznych wsparte wielką kulturą muzyczną. Bałkańskich rytmów, u nas raczej w nadmiarze od czasu wizyt Bregoviča, było tylko trochę, a poza tym – o rany! I argentyńskie tango, i dixieland, i jazz (bardzo smaczne sola na trąbce i saksofonie).
Muzycy sami określają swoje granie mianem
retro-circus-folk.
Pierwsze i trzecie zgoda, natomiast jarmarczność to tylko mrugnięcie okiem do słuchaczy – ekwilibrystyki tu nie ma, jest wyczucie, smak i dbałość o formę.
Przyznam, że jest to muzyka inna od wszystkiego, co słyszałem dotąd, a robiąca wielkie wrażenie. Ale cóż tam mój entuzjazm, skoro przede mną spodobała się jurorom konkursu International Songwriting Competition w Nashville – Tomowi Waitsowi i Tori Amos, skoro tamże zachwycał się kapelą Ozzy Osbourne. A u nas – Wojciech Waglewski, który serwował jej nagrania w „Maglu Wagli”.
Grupa ma w swym dorobku udział w wielu festiwalach folkowych w Polsce, Niemczech i u południowych sąsiadów. Ma też wydany debiutancki krążek – Night Trains (2011), nagrodzony przez niemieckich krytyków „Preis der Deutchen Schallplattenkritik” w kategorii folk & folklor.To, jak Vladimirska zagrała wczoraj – dając świetny, ponadgodzinny występ – zdecydowanie prowokuje do bliższego zapoznania się z jej muzyką.
Po sześciu latach przerwy ukazał się nowy, szósty studyjny krążek QOTSA. Josh Homme sprawił sobie na czterdziestkę wspaniały prezent: nagrał bezdyskusyjnie najlepszy album w swoim życiu. Choć mam świadomość podjętego ryzyka, głosząc peany na gorąco, mam też poczucie, że w tym przypadku znakomicie udało się połączyć tradycję gitarowego grania i najistotniejsze cechy własnego stylu – z ostatnimi rockowymi trendami, jednakże dobrze już oswojonymi. To trochę jak z nowym modelem samochodu, który swoje najlepsze egzemplarze daje światu mniej więcej w rok – dwa lata po rozpoczęciu produkcji i wyeliminowaniu usterek, jakie ujawniły się w początkowej fazie produkcji.
[more]
Skojarzenia są rozliczne:
fantastyczne falseciki, zwłaszcza w chórkach, przywodzą na myśl Jacka Bruce’a i Cream, partie z towarzyszeniem fortepianu (choć nie tylko te) – The Beatles, ciężkie pociągnięcia gitary – przypominają styl Black Sabbath i starego QOTSA. Muzyka zespołu zdecydowanie jednak zelżała, już nie przytłacza swą kamienną monochromatycznością, jak to wielokrotnie miało miejsce dawniej. No i wreszcie – w takim numerze jak Kalopsia – mamy ukłon w stronę „zdyscyplinowanego” King Crimson.
Obcowanie z muzyką, jak zresztą z każdym innym rodzajem twórczości, jest czymś bardzo specyficznym i nieprzewidywalnym. Formuła rokendrola, wydawałoby się, dawno rozpoznana i rozpisana na wszelkie możliwe środki wyrazu, wciąż potrafi zachwycić. Wśród płyt cieszących ucho, dostarczających wielu wspaniałych wrażeń, zdarza się otrzymywać od czasu do czasu coś szczególnego. I to są najpiękniejsze momenty konsumpcji. Gdy mamy nieodparte wrażenie, że oto dane jest nam obcować z dziełem sztuki wielkiej miary, pozornie ulepionym z dobrze już znanych elementów, a jednak cudownie zaskakującym. Mieniącym się wielością pomysłów, olśniewającymi melodiami, kapitalnymi zagrywkami gitarowymi.
To
wdrapanie się na sam szczyt,
które stało się udziałem Homme’a i jego kolegów, jest kolejnym w muzyce splotem wielkiej formy wykonawczej i wzlotu twórczego. Wszystko w tych utworach wydaje się takie oczywiste, przechodzenie od jednej nuty do drugiej, karkołomne, a niezwykłej urody zmiany tempa i nastroju. Bogactwo inwencji skutkujące łatwością, z jaką w jeden utwór wkłada się pomysły, które innym musiałyby wystarczyć na kilka piosenek.
Spoglądam wstecz, by przypomnieć sobie, kiedy i która płyta z premierowym materiałem zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie, była równie wspaniałą niespodzianką – i nie potrafię sobie przypomnieć.
Czy nowykrążek Queens to arcydzieło
– nie wiem, zbyt wcześnie o tym mówić, ale zdecydowanie jest to jedna z najwybitniejszych płyt wydanych dotąd w XXI wieku. A ponieważ, jak napisałem wcześniej, ulepiona została z gliny już rozpoznanej, powinna dobrze poradzić sobie z upływem czasu. Bo – jak pokazuje historia sztuki – awangarda starzeje się najszybciej, ostają się natomiast dzieła mniej szalone, świeże, jednakże umiejętnie nawiązujące do tradycji i w twórczy sposób ją przetwarzające. Nowy album QOTSA jawi mi się właśnie takim dziełem.
Po prostu pychota, dowód na to, że dziadek rokendrol trzyma się świetnie i wciąż potrafi zaoferować światu rzeczy zaskakujące. Zabrzmi to może zbyt egzaltowanie, ale jako rockfan stwierdzam, że dla takich chwil warto żyć i mieć uszy. I skręca mnie, że zespół niebawem zagra w Gdyni, a mnie tam nie będzie…
Zimą 1978 roku Piotr Kaczkowski prezentował w czterech kolejnych, półgodzinnych „Minimaksach” koncertowy Second’s Out Genesis. Zostawało mu około pięć minut, by przedstawić coś jeszcze. I to wtedy, chyba pierwszy raz na antenie polskiego radia, został odtworzony utwór najsłynniejszej – jak się miało wkrótce okazać – kanadyjskiej grupy rockowej, Rush. Był to pochodzący z szóstego albumu A Farewell To Kings (1977), niespełna trzyminutowy Closer To The Heart.
[more]
Trudno było nie zakochać się od pierwszego słuchania. Chwytliwy riff i refren, ostry, wysoki głos Geddy’ego Lee. Tak to się zaczęło – chyba nie tylko w moim przypadku. A sen o koncercie Rush w Polsce nie może się ziścić od wielu już lat. Dopiero co grali w Berlinie, szkoda.
Zespół to może nie z tych największych, ale warsztat muzyczny tria jest naprawdę imponujący. No i – jest w tych męskich, wysokorejestrowych głosach coś niesamowitego, prawda? Wystarczy tylko wspomnieć Planta, Andersona z Yes czy Stinga. A także Lee – mającego u boku Aleksa Lifesona i Neila Pearta. Czyli Aleksę Životića i Nikolę Petrovića.
Kiedy w 1965 roku Beatlesi otrzymali Ordery Imperium Brytyjskiego, Elżbieta II była królową od dwunastu lat, zaś McCartney był zaledwie dwudziestotrzyletnim mężczyzną. Dziś jest tak, że królowa właśnie świętowała sześćdziesięciolecie swej koronacji, a Sir Paul jest od dawna królem – i to nie tylko Anglii, ale całej muzyki.
[more]
Dowód na jego panowanie
został wczoraj przeprowadzony w sposób nieoczywisty. Stadion Narodowy, na którym znalazłem się po raz pierwszy, jest budowlą imponującą, zaiste – dwudziestopierszowieczną, choć miejsca między rzędami za wiele nie ma, a oparcia fotelików są karygodnie niskie. Ale kichać to wszystko, siedzieliśmy idealnie na wprost sceny.
W życiu niewiele jest takich momentów, że tydzień staje się nagle układem ośmiodniowym, że dzieją się w naszym życiu rzeczy niezwykłe, na które czekaliśmy długie lata i które najpewniej się nie powtórzą. I występ tego Beatlesa w Polsce, pierwszy, był takim magicznym momentem. Cóż jednak z tego. Gdy rozbrzmiały pierwsze nuty Eight Days A Week, nie dowierzałem własnym uszom. Czyżby to była wersja oryginalna, z taśmy, a muzycy stojący na scenie odezwą się w drugiej zwrotce? Ale nie, telebim nie kłamie, palce lidera wyraźnie przebiegają po gryfie. Ogarnęła mnie rozpacz, zacząłem rozglądać się na boki, czy inni słyszą to, co ja. Po kilku piosenkach, zdesperowany, zszedłem z piętnaście metrów niżej, ale dźwięk był równie kiepski. Pogoniony przez ochroniarza, zrezygnowany, wróciłem na swoje miejsce.
W siedemdziesiątej minucie koncertu zdarzył się cud.
Miłość zatriumfowała
nad zmysłem słuchu, nad rozumem. Obraz doskonały, widać, że na scenie jest wszystko w jak najlepszym porządku, tylko to, co wychodzi ze sprzętu nagłaśniającego, obija się gdzieś o beton, o dach, pozbawiając nas basów i czystości wysokich tonów. Im ostrzej, tym gorzej. Ale, jak rzekłem, cud się dokonał. Wielkość tej muzyki, dla mnie niepodlegająca jakiejkolwiek dyskusji, okazała się silniejsza od niedostatków akustycznych. Gdy rozbrzmiałó fortepianowe intro Lady Madonna, moje pocztówkowe wspomnienie z dzieciństwa, ścisnęło mnie w gardle i nie puściło już do końca.
Paul McCartney udowodnił, że jest artystą największej miary. Nie pozostawił żadnych wątpliwości, że jest mistrzem ballady (My Valentine, The Long And Winding Road czy Yesterday), piosenki (We Can Work It Out, Band On The Run czy Ob-La-Di Ob-La-Da) i najmocniejszych rockowych riffów. Po prostu Mr. Music, muzyk kompletny, genialny kompozytor i multiinstrumentalista. I jeśli ktoś zamierza w tym miejscu kręcić nosem nad niektórymi jego dokonaniami, to proszę wskazać mi innego na przestrzeni dziejów artystę, który – tworząc przez pół wieku – nie popełnił żadnego błędu, nie stworzył nic poniżej arcydzielnego poziomu.
Zachwyt nad dziełem Sir Paula nie jest niczym nowym, ale – wybaczcie, świadomość wielkiej klasy jego dzieła uderza w odbiorcę niezwykle mocno, gdy słyszy się te utwory jeden po drugim, na żywo. Gdy się pomyśli, że ten człowiek mógłby ze swoich piosenek ułożyć jeszcze kilka innych wspaniałych koncertów, robi to naprawdę olbrzymie wrażenie. Po prostu nie mam wątpliwości, że obcowałem wczoraj z
geniuszem naszychczasów.
Panem, który kilka dni temu skończył siedemdziesiąt jeden lat, wygląda i rusza się jak czterdziestolatek. Który znakomicie bawi się tym, co robi, i swoją radością zaraża wszystkich wokół. Wciąż zagadujący, żartujący, wciąż jakby sprawdzający, czy otrzymane brawa są tylko kurtuazyjne, czy płynące z serc słuchaczy. Widać było, jak go cieszy żywiołowa reakcja, jak doładowuje w ten sposób swoje akumulatory, zanim zacznie kolejną piosenkę.
Jak go za to nie kochać? Jeden z jego kumpli przegrał z kulą fana-wariata, drugi z rakiem, a on nagrywa i koncertuje nadal, za nic mając kalendarze i metryki, jakby muzyka konserwowała go bezustannie i w najpiękniejszy z możliwych sposobów. Gdy na koniec części głównej występu zagrał jeden z moich utworów wszechczasów, Hey Jude, spora część widzów wyjęła wcześniej przygotowane kartki z napisem „Hey Paul”. Wyraźnie wzruszyło to mistrza ceremonii, który długo dyrygował śpiewającą (właśnie „Hey Paul”) a capella widownią i wielokrotnie kłaniał się, nim zszedł ze sceny.
Ale nikt o zdrowych zmysłach nie myślał puścić już maestra do domu. Niemilknące oklaski spowodowały, że zespół znów pojawił się na scenie. I w tym miejscu słowo o czymś, co mogłoby stać się przyczynkiem do rozważań: jak to jest, że
muzyka łączy pokolenia i narody,
a piłka kopana dzieli i prowadzi do wojen? Szlachcic McCartney wkroczył na estradę, trzymając w dłoniach wielką flagę Polski, a jeden z jego muzyków (zespół świetny, ten sam, co podczas trasy w 2009 roku) flagę brytyjską. Przez dobre pół minuty chodzili z nimi po scenie, mocno wymachując. A widownia w tym czasie wiwatowała. Czy coś podobnego możliwe jest podczas meczu piłkarskiego?
Pierwszy bis okazał się nokautujący dla tych, którzy jeszcze mogli mieć wątpliwości co do siły głosu Mr. Paula – choć o to po Back In The U.S.S.R. i potężnym Live And Let Die było chyba trudno. Niemniej gitarowa zagrywka Day Tripper – może nie na miarę Satisfaction Stonesów czy YouReally Got Me Kinksów, ale na pewno porównywalna z Last Time tych pierwszych – robiła wielkie wrażenie. Day Tripper wespół z Hi Hi Hi i Get Back stanowił krótki set ostrej jazdy jednoznacznie dowodzący, że król rokendrola jest dziś tylko jeden.
Ale i to jeszcze nie był koniec. Brawom nie było końca i scena raz jeszcze ożyła. Wpierw wyszedł sam Paul i zaśpiewał Yesterday. Chybawszyscy obawiali się, że to może być koniec, bo mistrz znalazł się niebezpiecznie blisko kulis. Ale nie – nastąpiła nie wiadomo która już zmiana gitary i dostaliśmy następną porcję łojenia – Helter Skelter. A już na nieuchronne zakończenie – finałowy medley z AbbeyRoad: Golden Slumbers, Curry That Weight i The End.
Fan-ta-stycz-ne! Mimo niedomagań nagłośnieniowych – były to zupełnie wyjątkowe dwie godziny i czterdzieści minut. Opuszczałem więc stadion spełniony i szczęśliwy.
Tu koniec i bomba – powtórzę za Gombrowiczem. – A kto nie był, a mógł – ten trąba!