Pani profesor Krystyna Kleszczowa swoim studentom, a więc i mi, wielokrotnie mówiła: „Nie jest wstydem zaglądać do słowników, wstydem jest popełniać błędy”. Święte słowa.

[more]
Może to zboczenie, a już na pewno uczulenie, ale nie potrafię przejść do porządku nad pewnymi kwestiami językowymi. Tzw. uzusem, czyli praktycznym zastosowaniem języka. Bo jest tak, że statystyka, sposób, w jaki ludzie mówią, wymusza na Komisji Kultury Języka co pewien czas zmiany, sprawia, że coś, co było niedopuszczalne, staje się prawidłowe. Język jest żywym organizmem. Ale bez przesady. Niedbalstwo panoszące się w naszej ojczystej mowie często uwiera i boli.
Wybaczcie więc, ale – bywa że – zdzierżyć nie mogę. Toteż od czasu do czasu skrobnę coś o muzyce języka.
Rok dwutysięczny pierwszy czy dwa tysiące pierwszy?
Za, mniej więcej, osiemdziesiąt siedem lat będzie po kłopocie. A ten pojawił się pod koniec dwudziestego stulecia, gdy czas drugiego milenium dobiegał nieuchronnie końca.
To, że mieliśmy rok 2000, czyli dwutysięczny, jest jasne i nie podlega dyskusji. Ale, per analogiam, bo coś tam, bo to ładnie brzmi – kolejne lata bardzo wielu z nas określa jako dwutysięczny drugi, dwutysięczny trzynasty itd.
Profesor Bralczyk dał tutaj jednoznaczną wykładnię. Oczywiście, rok dwutysięczny, ale potem już dwa tysiące pierwszy i dwa tysiące dziesiąty. Chyba że ktoś chce mnie przekonać, że urodziłem się w roku tysięcznym dziewięćsetnym sześćdziesiątym drugim. A stan wojenny wprowadzono dziewiętnaście lat później, czyli w tysięcznym dziewięćsetnym osiemdziesiątym pierwszym.
