Adam Strug to postać szerszemu ogółowi nieznana, a zasłużona w penetrowaniu nie tylko polskiego folkloru, odnajdywaniu i ocalaniu pieśni gdzieś z muzycznych skansenów, sprzed dziesiątków i setek lat. Ale też pochylona w stronę poezji, jej liryczno-miłosnego oblicza (Leśmian, Zegadłowicz). I to zderzenie ludowości z wierszami – z pozoru niebezpieczne i podejrzane – daje nieoczekiwanie dobre rezultaty. A jeśli tak się dzieje, musi to być efektem świadomości i kultury muzycznej wykonawców.

[more]
Skoro na estradzie pojawiają się
muzycy związani ze sceną jazzową
– niedawno oglądani przeze mnie w składzie Tie Breaku Marcin Pospieszalski i Frank Parker (a to dopiero – Murzyn grający na bębnach do słów Leśmiana!) oraz Szczepan Pospieszalski, Michał Żak i Janusz Prusinowski, to o poziom artystyczny możemy być spokojni. Jeśli jeszcze na początku miałem pewne wątpliwości co do głosu lidera, z czasem zostały one rozwiane. Skala może nieduża, ale dobra dykcja i błogosławiony dystans do siebie i własnej roboty czyniły z jego występu kawał sztuki.
I co ciekawe, gdy – mniej więcej – od dwudziestej minuty zrobiło się
delikatnie i subtelnie
– nie popadliśmy w ckliwość i duszną monotonię. Cóż, wielu wykonawców i zwykle też, za przeproszeniem, jednocześnie autorów z popowej części rodzimej sceny powinno pochylić się nad takim materiałem muzycznym oraz sposobem jego prezentacji. I wziąć sobie to i owo do serca (dosłownie). Ale to takie wołanie na pustyni, mniejsza – o co.
Więc o miłości, intymności można dziś mówić nadal. Używając do tego słów poetów, nie zaś własnych koślawych rymów, ilustrując te strofy muzyką pozornie starą i niemodną, szeroko rozumianym folklorem. Jeśli jednak podchodzi się do tego profesjonalnie, z porządnym warsztatem muzycznym, i jednocześnie lekko, bez tej napuszoności poezji śpiewanej, z radością i zabawą – może być pięknie.
Ta właśnie cecha –
element zabawy,
zarówno na scenie, jak i na widowni, pełne sprzężenie zwrotne między muzykami a słuchaczami – była stale obecna podczas festiwalu „Ogrody dźwięku”. Muzyka powinna sprawiać radość – tym, co grają, i tym, co słuchają. I panowie z Kompanii Adama Struga cały czas to czują, cały czas o tym pamiętają.
Jak dobrze, że jeszcze są
organizatorzy takich imprez,
którzy zadają sobie trud wyłowienia muzyków i postawienia ich na scenie za trochę uczciwsze, mam nadzieję, pieniądze. By się ogrzali choć trochę kilkusetosobową publicznością (taką, która też ma dość konfekcji na co dzień), by nabrali sił do dalszych zmagań o przetrwanie i zachowanie poczucia sensu tego, co robią. Trzeba zabić tę miłość? Nie, zupełnie na odwrót – trzeba ocalić tę wrażliwość.
A tych, których zaintrygują dołączone nagrania, odsyłam do – jedynej w ćwierćwieczu artystycznych poszukiwań Adama Struga – wydanej w ubiegłym roku płyty Adieu.
