Z najwyższej półki – Eric Clapton, Łódź, Atlas Arena, 7 czerwca 2013

Mogę dzisiaj spokojnie powiedzieć, że widziałem już w swoim życiu bardzo, bardzo wiele koncertów. W latach 80., gdy były – jeśli chodzi o gości z Zachodu – rzadkością, w latach 90., gdy udało mi się spełnić sporo muzycznych marzeń. I wciąż chodzę, i wciąż jeszcze coś jest do zaliczenia. Jak w przypadku Erica Claptona, którego nie dane było mi usłyszeć w Spodku w 1979 roku, kiedy miałem lat siedemnaście, a dopiero teraz, gdy mam na liczniku trzy razy więcej.

[more]

Dużo już tego widziałem, już nie tak łatwo mnie zachwycić, oczarować, porwać. Lecz przecież nadal

mam tę swoją ekstraklasę,

dziś o wiele bardziej stabilną niż kiedyś, i E. C. zdecydowanie się do niej zalicza. Więc, choć od dawna już się nie nastawiam przed koncertem, walczę z ewentualnymi „warunkami wstępnymi” – łapię się na tym, że wobec wspomnianej ekstraligi mam jednak wymagania większe. Stąd też pewne obawy, jak rok temu przed występem Petera Gabriela w Oświęcimiu, jak przed omawianym tu piątkowym koncertem, jak przed McCartneyem w Warszawie, na którego podobno bilety rozchodzą się wyjątkowo kiepsko.

Atlas Arena była pełna, bilety na Mr. Erica sprzedały się jak ciepłe bułeczki. Jako mieszkańcy Katowic, dwa małżeństwa, trochę zbyt późno zdecydowaliśmy się podpisać listę obecności i nie pozostało nam nic innego, jak zadowolić się biletami na płycie.

I, nim wreszcie przejdę do meritum, muszę Wam się do czegoś przyznać. Grzebię w pamięci – kiedyż to ostatni raz stałem w dużej hali na płycie? I wychodzi mi, że w Spodku na Nazareth ze trzydzieści lat temu. Bozia nie obdarzyła mnie szczególnym wzrostem, zwłaszcza w dzisiejszym pojęciu, więc miałem w piątek poważny problem.

 

Póki grał

Andy Fairweather Low

występujący przed gwiazdą wieczoru (nazwisko tego walijskiego gitarzysty pojawia się m.in. w opisie płyty Unplugged), składałem to na karb tego, że suporty zwykle grają na ćwierć mocy. Ale potem wyszli ci, na których wszyscy czekali, i pozostałem ze swym problemem. Mało basów, świszczące wysokie tony. Do cholery, przecież to niemożliwe, aby Clapton był tak kiepsko nagłośniony! Trochę późno, ale wreszcie mnie olśniło – że efekt słyszalny w moich uszach to sprawa ludzkiej ściany przede mną. Zmieniłem miejsce, stanąłem przy schodach, co nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem i… Wreszcie widziałem całą scenę, a – co najważniejsze – muzyka rozbrzmiała rewelacyjnie. Nie mogę sobie wybaczyć, że nie przemyślałem tej kwestii przed koncertem.

Clapton, mimo iż z mojej listy najwyżej cenionych artystów, nie jest tym, którego karierę śledzę bardzo uważnie. Jest przecież już bardzo długa, miała swoje wzloty i słabsze momenty. Kocham Cream, Blind Faith, Derek And The Dominos, lecz do późniejszych rzeczy, z paroma wyjątkami, z Unplugged na czele, nabożnego stosunku nie mam. Ale, ale – w wielkim jego dorobku jest całe mnóstwo przepięknych, znakomitych utworów. No i co w przypadku koncertu niezwykle istotne – Pan Eric na żywo to osobna bajka, czego dowodzą liczne albumy live.

Wielokrotnie już w tym blogu manifestowałem swoją niechęć do gitarowych sprinterów, tych prędkopalcych narcyzów, co to zdają się pojęcia nie mieć, że w muzyce najważniejszy jest swing, feeling.

Clapton to stara, dobra, najlepsza szkoła.

Czas, gdy – na konferencji prasowej w Warszawie w 1979 roku, zapytany, czy widzi jakichś następców, odparł bardzo nieskromnie: „Nie… nie!” – ma już dawno za sobą. Jak się ma sześćdziesiąt osiem lat, to z pewnością należy się cieszyć, że zdrowie dopisuje, że wciąż można robić to, co się kocha. Bez oglądania się na cokolwiek i kogokolwiek, trendy, mody, nowe brzmienia i najpopularniejszych w danym czasie wykonawców. Clapton już nic nie musi, a jedynie może. Gdy gra na żywo, tysiącom ludzi, ważne jest, by miał swój dzień, był w swej raczej lepszej niż gorszej formie, by granie sprawiało mu frajdę większą niż dzień wcześniej i może dnia następnego. By dobrze odebrał miejsce, w którym przyszło mu grać, i ludzi, którzy przyszli go posłuchać i reagują raz tak, raz inaczej.

Co do tego miałem pewne obawy, bo hala, choć nowa, szczególnego wrażenia ani na zewnątrz, ani – co istotniejsze – w środku nie robi, pozostając w swej betonowo-stalowej wymowie jakby w stanie wciąż półsurowym. Ponadto

reakcja publiczności

w paru miejscach, m.in. przy Layli, gdy w obrzydliwym, opolsko-sopockim stylu zaczynała klaskać na raz, a z rzadka na dwa, i to bardzo nierówno, jest chyba w stanie wyprowadzić niejednego artystę z równowagi. Najlepiej rozwiązał tę kwestię kiedyś Goran Bregovič. Gdy zagrał pierwsze dźwięki czegoś bardzo znanego, a ludzie – dawaj – zaczęli klaskać, odpalił krótko: „Don’t clap, don’t clap!” i załatwił sprawę aż do końca występu. Clapton tego nie zrobił, ale też – najwyraźniej – nie zdenerwował się tym, grał niewzruszony do samego finału.

Trudno dyskutować nad repertuarem. Cokolwiek wybrane zostanie spośród kilkudziesięciu płyt, zawsze będzie jedynie małą cząstką. Zawsze można mówić, że zagrał to, a mógł zagrać tamto. Klasyków nie zabrakło – była wspomniana Layla w wersji unplugged, Były Bagde, Crossroads, Wonderful Tonight, Lay Down SallyCocaine na koniec, zaś na bis Sunshine of Your Love i High Time We Went. Było elektrycznie i akustycznie.

Istotniejsze wydaje mi się podejście lidera i jego zespołu do muzycznej materii. A to dowodziło

maestrii wprost niezwykłej.

Objawiającej się bluesową prostotą, z jaką muzycy podchodzili do kolejnych tematów, i jazzową wirtuozerią, kiedy – po wielekroć – każdy z muzyków (z wyłączeniem sekcji) miał swoje solówki. Czy trzeba dodawać, że wspaniałe, wybornie smakujące, dowodzące wielkiego kunsztu?

Właśnie tak wyobrażam sobie robotę gigantów sprzed lat. Kondycja fizyczna jeszcze niczego nie utrudnia, palce wciąż są posłuszne głowie, forma wokalna dopisuje, a jednocześnie ma się ten błogosławiony dystans do siebie i wszystkiego wokół wynikający z dobrze pojętego doświadczenia. Clapton zaprezentował się jak przystało na wielkiego bluesowego mistrza – znakomicie od strony wykonawczej i z wielkim luzem dostępnym tylko wybitnym instrumentalistom. Oraz, co zaraźliwe w najwspanialszy dla słuchających i obserwujących sposób – z wielką radością grania. Dziesięć roześmianych osób na scenie obejmujących się i kłaniających na koniec występu kilku tysiącom uśmiechniętych i wiwatujących fanów było najlepszym tego dowodem.

Raz i wystarczy – The Australian Pink Floyd Show, Katowice, Spodek, 15 maja 2013

Nigdy nie byłem na koncercie Floydów, żałuję. Wiesław Weiss przed laty, gdzieś na początku lat 90., opisywał swoje wrażenia z dwóch kolejnych występów zespołu, które dane mu było obejrzeć. Pierwszy wprawił go w zachwyt, po drugim, gdy zorientował się, że wszystko jest powtarzane w najdrobniejszych szczegółach, że pewne guziki muszą być naciśnięte w ściśle określonym momencie, że reżyseria spektaklu dominuje nad spontanicznością grania na żywo, był trochę rozczarowany.

[more]

Aussie byli już w Spodku kilkakrotnie,

lecz ja dopiero teraz, wysłuchawszy wielu pochlebnych opinii znajomych i nieznajomych, zdecydowałem się pójść. Trzeba wreszcie, mimo wcześniejszej nieufności, zobaczyć i wyrobić sobie własne zdanie. Bez uprzedzeń, bez nastawiania się, że będzie tak lub siak.

Od dawna już nie mam nabożnego stosunku do dokonań Pink Floyd, dosyć chyba poukładane – na własny oczywiście użytek – opinie w głowie, swoje typy. Oraz wiele sympatii dla pierwszych płyt grupy, tych z lat 60., ze szczególnym uwzględnieniem The Piper At The Gates of Dawn. I niechęć do późnych albumów – ze dwa lata temu zatrzymałem w połowie odtwarzanie The Division Bell – znudzony i niemile zaskoczony swoją własną reakcją. Aż tak bardzo przeszła mi miłość do tej kapeli? Albo ten krążek  po prostu się zestarzał?

Cokolwiek mówić, jej dorobek to jednak

rockowe sacrum.

I właśnie: czy do – podkreślam – rockowego sacrum należy, paradoksalnie, podchodzić w sposób kanoniczny, na kolanach, wręcz z partyturą w rękach? Czy przeniesienie takiego zabiegu z filharmonii do wielkich hal jest właściwym zabiegiem? I czy coś tu zmieni fakt, że kiedyś umrą wszyscy pamiętający wielkich rocka (tak jak znacznie bezpieczniej mówić o drugiej wojnie światowej, gdy świadków tamtych wydarzeń gotowych zaprotestować, że to przecież nie tak było, coraz mniej). To, co odróżnia muzykę dwudziestowieczną od tej starszej, także – a może zwłaszcza – rokendrolową, to dostęp do płyt, do pierwszych wykonań. Już kiedyś o tym pisałem, a po występie obejrzanym w środę utwierdzam się w przekonaniu, że rock to muzyka oryginału.

W niczym nie pomagała mi świadomość, że pewnie w 2013 roku nikt tego materiału nie zagrałby lepiej niż tych kilku ludzi, nie wyłączając samego Pink Floyd. Pełna kompatybilność zapisu na osobistym twardym dysku, czyli w mojej głowie, z tym, co docierało do moich uszu,

odwzorowanie oryginału w skali 1:1

z niewielkimi i rzadkimi odstępstwami, tylko upewniło mnie w przekonaniu, że nie mam do czynienia ze sztuką, a rzemiosłem. W majestacie prawa autorskiego, z pieczątką PF, ale tylko odtwórstwem. Dobrym, starannym, rzetelnym, ale zaledwie odwzorowaniem dzieła mistrzów. Prawie jak z kopistami dzieł wielkich mistrzów malarstwa. Wymaga to niebylejakich umiejętności, ale jest dziełem eunuchów. Ci, miast stanąć w szranki i próbować grać swoje, odstąpili od tego zamiaru, właściwie mierząc skalę własnych talentów i stwierdzając, że więcej kasy zarobią na graniu cudzych niż własnych kawałków. A jak już grać cudze, to najlepiej te, które wciąż świetnie się sprzedają.

Absolutnie nie potępiam, nie gardzę, nie czuję się lepszy od tych, którym się podobało. Uwierzcie mi, wręcz im zazdroszczę. Bo oni byli szczęśliwi, słysząc tę muzykę, wyszli zadowoleni ze Spodka. Podczas gdy mnie to granie pozostawiło całkowicie obojętnym – najgorsze, co może być. Muzyka to emocje, ich wyzwalanie w słuchaczach, dostarczanie wrażeń, wzruszeń. Na to zawsze czekałem i czekam, tego pragnę, słuchając płyt i chodząc na koncerty. Ale tym razem ta łaska nie była mi niestety dana.

Zaczęli od odegrania,

na czterdziestolecie wydania,

całości Dark Side of The Moon.  Po On The Run wiedziałem już, że ten koncert mnie nie porwie. Clare Torry wykonująca wokalizę w The Great Gig In The Sky była jedyna i wyjątkowa, choć trzy dziewczyny śpiewające każda po fragmencie dały sobie radę. Kolejny raz podziwiałem linię basu w Money, fantastyczny finał tego utworu, ale im bliżej końca, wciąż mocniej zastanawiałem się, czy poza tym, że wszystko byłoby wtedy większe – stadion, scena, widownia, czterech panów Pinków Floydów wywarłoby na mnie większe wrażenie. Do cholery, muszę wierzyć, że tak, bo inaczej zwątpiłbym w siebie jako odbiorcę.

Australijczycy widać wątpili w dostateczną moc ostatnich minut Ciemnej strony, bo pierwszą część występu zakończyli trochę ni gruchy, ni z pietruchy The Happiest Days of Our Lives i Another Brick In The Wall Part 2.  

Po cichu liczyłem, że w drugiej części usłyszę trochę starszych nagrań, ale widać TAPFS za punkt honoru wzięli sobie, by dość

radykalnie zmieniać program koncertów

w kolejnych trasach. Skoro poprzednio było nieco z lat 60., tym razem pojawiło się to, za czym nie przepadam. Rozpoczęli od In The Flash!, co jakby stworzyło klamrę z końcem pierwszej części i usprawiedliwiało obecność przed przerwą Cegły, było trochę z A Momentary Lapse of Reason. I to zgromadzenie w krótkim odstępie czasu monumentalnych, powyciąganych nut Gilmoura nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia. Podobnie jak oczywistości w postaci Shine On You Crazy Diamond (niestety – Part 1) i Wish You Were Here, One of These Days (najstarszy kawałek grany w środę) i koniec w postaci Comfortably Numb oraz na bis Run Like Hell. Znacie? To posłuchajcie.

Boleśnie przewidywalny.

I repertuar, i sposób podejścia do materii muzycznej. Rock – powtórzę raz jeszcze, co pisałem w pierwszym blogowym wpisie, jest muzyką oryginału. A jeśli coverów, to wnoszących nową jakość. Na proste kopiowanie, nawet jeśli wymagające sporych umiejętności, jest albo za wcześnie o jakieś pięćdziesiąt lat, albo – czego osobiście bym sobie życzył, nie będzie miejsca nigdy. Miejsca po tej stronie, gdzie mówimy o dokonaniach artystycznych. O sztuce.

Jak zrzucić garb codzienności? – Jan Garbarek & The Hilliard Ensemble, JazzArt Festival Katowice, 1 maja 2013

Nie jest łatwo tak nagle uwolnić się od rozbiegania i zwariowanego tempa życia, jakie jest dziś udziałem zdecydowanej większości z nas. Uwolnić się, przenieść w swojej głowie gdzieś z jednego miejsca w drugie – i poddać zupełnie innym emocjom. Przystanąć, by dać się ogarnąć bezmiarowi czasu i przestrzeni.

[more]

Trochę jak wejść w klimat „Wielkiej ciszy”, filmu o klasztorze, którego lokatorzy przez trzysta sześćdziesiąt cztery dni w roku nie wypowiadają ani jednego słowa. Absolutnie nie chcę tego wartościować i kogoś potępiać: tak jak tamten film nie był dla wszystkich (a tym bardziej jego bohaterowie nie mogą stanowić powszechnego wzoru), tak i wczorajszy koncert nie każdemu się podobał. Co bardziej niecierpliwi opuścili imponujące wnętrze kościoła św. apostołów Piotra i Pawła po kilkunastu minutach.

Garbarek i The Hilliard Ensemble nagrali wspólnie trzy albumy, pierwszy w 1994, a ostatni – póki co – w 2010 roku. On jest uznanym w świecie saksofonistą norweskim, a oni brytyjskim kwartetem wokalnym specjalizującym się w wykonywaniu muzyki dawnej, m.in. tej z okolic chorałów gregoriańskich, kwartetem cieszącym się wielkim uznaniem fachowców.

Do zderzenia tych dwóch muzycznych światów

doszło z inicjatywy szefa wytwórni ECM, Manfreda Eichera.

Nie będę udawał, że jestem stałym konsumentem szeroko pojętej muzyki klasycznej, że moje ucho nawykłe jest do takich dźwięków. Tym trudniej odbiera się muzykę – czy, szerzej, sztukę – im trudniej odróżnić jeden utwór od drugiego, gdy nieuchronnie zlewają się one w całość. Ale mimo to podobało mi się – i to bardzo.

Było to wręcz medytacyjne, mantryczne przeżycie: oszczędność zastosowanych środków – cztery wspaniałe męskie głosy i saksofon, zwykle delikatny, gdzieś z oddali, ale czasem przeszywający przestrzeń. Taki

głos wieczności,

bo kościół nieuchronnie budzi w człowieku tego rodzaju myśli; monumentalna, akustyczna muzyka odbijająca się od sklepienia, a jednocześnie kojarząca się z wielką, otwartą przestrzenią gór. Stare, powstałe przed wiekami nuty uzupełnione tym, co do muzyki wniósł wiek dwudziesty. Garbarek grał jak na mistrza przystało, dobywając dźwięków ze swego instrumentu bardzo oszczędnie. Kunsztownie i czysto, stając się jakby piątym głosem w zespole.

Jeśli, najprawdopodobniej, wyszedłbym znużony i zmęczony z koncertu muzyki elektronicznej – myślę o Isao Tomicie albo niemieckich tuzach tego gatunku – to mam nieodparte wrażenie, że obcowałem wczoraj z czymś nieporównanie szlachetniejszym, prawdziwym i naturalnym. To było

kilkadziesiąt minut refleksji

jak marne i kruche jest życie człowieka, jak potężna jest natura, jak niezmierzona jest wieczność. I jak człowiek, w swej małości, potrafi w akcie tworzenia dotknąć tego wszystkiego. I wzruszyć innych. A że nie wszystkich? – trudno. Może na szczęście. Bo dobrze, że ludzie różnią się od siebie nawzajem, inaczej świat byłby trudny do zniesienia.

Manualnie bez zarzutu – Manu Katché, JazzArt Festival Katowice, Rialto, 30 kwietnia 2013

Tak jak latem ubiegłego roku po występie Metheny’ego w Bielsku-Białym (cytuję za Marcinem Kydryńskim), tak i wczoraj wyszedłem z mojego ulubionego Rialta nieco zirytowany. Wybaczcie, może zapowietrzam się niepotrzebnie, ale denerwują mnie te pary najczęściej w średnim wieku – żeby nie było, z żoną stanowimy podobną – z wystylizowanymi paniami, pary, które z góry zakładają, że będą obcować ze sztuką przez duże „S”. Bo zagra przecież ten, którego nazwisko tyle razy obiło im się o uszy.

[more]

Faktem jest, że francuski perkusista

grał z najlepszymi,

a od nazw i nazwisk może zakręcić się w głowie. Dodajmy jednak nieśmiało, że głównie z tymi z rockowej części sceny muzycznej. Do pozycji gwiazdy wyniosła go współpraca z Peterem Gabrielem przy okazji albumu So (1986). W dokumentalnym filmie poświęconym powstawaniu tego materiału jest zresztą bardzo znamienna i śmieszna scena. Katché nagrał partię perkusji do pierwszej piosenki. Gabriel, który wtedy w ogóle go jeszcze nie znał, powiedział: „Znakomicie. Nagrajmy to jeszcze raz”. Zdziwiony bębniarz odparł: „Po co? Zagrałem to najlepiej jak potrafię”.

Z pozoru jest tak, że jeśli mamy perkusję, fortepian, organy, trąbkę i saksofon, to będzie jazz. Ale od lat style mieszają się ze sobą, od dawna już wszystko wolno. Jednakże w tej otwartej formule jedni grają szlachetnie, a drudzy mniej. Sam pragnę, jako konsument takich występów na żywo, otrzymać porcję emocji innych niż te dostępne na koncertach rockowych czy popowych. Krzywię się, gdy za co najmniej dobrym warsztatem kryje się jedynie

konfekcja kompozytorska i wykonawcza.

A tak było wczoraj. Katché jest świetnym bębniarzem, dał tego wielokrotnie dowody, ale jednocześnie takim bandliderem, który stale musi być w centrum uwagi. Gra gęsto, bezustannie okładając swój niemały zestaw instrumentów. To nie Cobb czy Blakey, ani nie Davis czy Stańko, co dmuchną raz lub dwa w ciągu minuty i pozwalają grać innym. On niby też nie zabrania, ale stylowością pachniało tylko w niektórych fragmentach gry J.J. Watsona, pianisty i organisty. Dwaj młodzi panowie od instrumentów dętych grali gładko i okrągło, albo wespół realizując linię melodyczną utworu, albo serwując dość przewidywalne solówki. Subtelności i wyrafinowania zdecydowanie tej muzyce zabrakło.

Najbliżej prawdy jest pewnie, skądinąd bardzo sympatyczny, Katché. Dziękował za miły wieczór, zastanawiając się, czy to, co usłyszeliśmy, to był pop czy rock. Terminu „jazz” nie użył.

Bilety kosztowały trzydzieści złotych – i wszystko się zgadza. Na pewno występ francuskiego perkusisty

w kronikach JazzArt Festival

będzie odnotowany wyraźniej niż wiele innych. Ale, powiedzmy sobie szczerze, nie miał on z jazzem wiele wspólnego (to jeszcze nie zarzut), ani też nie należał do tych, które należałoby ocenić najwyżej. I tu raz jeszcze wracam do swojego poirytowania. Było to osiemdziesiąt minut przyzwoitego grania, ale żeby od razu standing ovations? Skoro Polakom bliżej do Skandynawów niż południowców, to skąd w nas tyle skłonności do egzaltacji? A o Skandynawach piszę nieprzypadkowo, bo dziś koncert jednego z nich. O bardzo swojsko brzmiącym nazwisku: Jan Garbarek. Wierzę, że skala doznań będzie zupełnie inna.

Tie Break & Michał Urbaniak, JazzArt Festival Katowice, Rialto, 26 kwietnia 2013

Świnoujska FAMA w 1983 roku. Z głośników rozwieszonych na latarniach wokół pola namiotowego codziennie słychać było nagrania The Police z Synchronicity oraz Lady Pank z ich pierwszego albumu. Ze scen festiwalowych w różnych częściach miasta atakował punk rock na czele z jedną z legend tej muzyki w Polsce, Śmiercią Kliniczną, oraz nowa siła w polskim jazzie – Pick Up Formation, New Coast i ci, którzy podobali mi się najbardziej, Tie Break.

[more]

Najbardziej, bo ich formuła balansowała gdzieś

między jazzem a rockiem,

w składzie mieli fantastycznego gitarzystę, Janusza (jeszcze wtedy nie Yaninę) Iwańskiego, który grał bardziej w stylu mistrzów bluesa i rocka niż jazzu, oraz frontmena, jakiego od czasów Niemena z przełomu lat 60. i 70. w Polsce nie było – Jorgosa Skoliasa.

Tak się porobiło, że ten ostatni, niestety, niczego specjalnego nie zwojował (fani Dżemu mogą go usłyszeć w trzech utworach na pierwszej płycie, gdzie robi chórki). Tie Breakowi, mimo iż uderzenie young power mocno zamieszało w rodzimym jazzie, też zabrakło szczęścia, ze szczególnym uwzględnieniem życzliwych ludzi w Pagarcie i PSJ. To spowodowało, że były problemy z nagraniem płyty (stało się to dopiero w 1988 roku) oraz wyjazdami zagranicznymi. W ten sposób zespół nie odegrał tak znaczącej roli, jaką mógł, jak obwieszczały to w pierwszych latach 80. wszystkie jaskółki – po zwycięstwie w Jazz Juniors w Krakowie i nagrodzie w Jazzie nad Odrą we Wrocławiu – w obu przypadkach w 1980 roku.

Dziś muzycy zbierają się od czasu do czasu, ale każdy z obecnych członków zespołu (Iwański, „Ziut” Gralak, Mateusz i Marcin Pospieszalscy plus czarnoskóry bębniarz Frank Parker) zajęty jest innymi projektami. A jednak występ w Katowicach, tym atrakcyjniejszy, że z gościnnym udziałem legendy polskiego jazzu, Michała Urbaniaka, zgromadził sporą grupę słuchaczy, także tych, którzy pamiętają zespół z dawnych lat.

I było pięknie, mocno, energetycznie, z pomieszaniem wielu stylów muzycznych.

Nic dla ortodoksów,

którzy chcieliby czystości gatunkowej, prostego przypisania tego, co słyszą, do konkretnej muzycznej szuflady.

Zaczęło się funkująco, potem na scenie pojawił się – w nie najlepszej formie fizycznej – Urbaniak i zabawie nie było końca. Mieliśmy, a jakże, wokalne łobi-jabi, przecież Pospieszalski i Gralak to uwielbiają, ale pozostali dwaj panowie także podchodzili do mikrofonów, bo grano również utwory z tekstem, były gwałtowne jazzowe odloty, było też delikatniej i z melodią. Urbaniak grał na elektrycznych skrzypcach, tylko w jednym z bisów nastąpiła „nieoczekiwana” zamiana miejsc, gdy wziął do ręki saksofon, Gralak zagrał na basie, a Mateusz P. przesiadł się do instrumentu barytonowego.

Dwie godziny bardzo dobrego grania.

O warsztacie muzyków trudno dyskutować, zwłaszcza Iwański i Mateusz Pospieszalski dali się poznać szerszej, rockowej i popowej publiczności – pierwszy współpracował m.in. z Sojką i Maanamem, drugi jest członkiem VooVoo i twórcą repertuaru Zakopower. W przypadku Tie Breaku najprawdopodobniej już nic szczególnego się nie wydarzy, zespół nie podbije żadnego rynku muzycznego. A jednocześnie – jest w tej muzyce to, co najpiękniejsze. Że faceci potrafią bardzo dużo, jest jasne, natomiast to, że im się ciągle chce, że granie sprawia im olbrzymią radość – już takie oczywiste nie jest. A tak było w piątkowy wieczór. I w pełni usatysfakcjonowana publiczność doceniła to wielokrotnie bardzo długimi brawami.

Hard Woman – Beth Hart, Chorzów, 26 lutego 2013

Posłużę się moją ulubioną frazą Antoniego Piekuta: „To nie było żadne tam pitu-pitu, tylko porządne łojenie”. Bo to nie jest granie dla grzecznych ludzi, którzy co prawda mają dowód osobisty, ale na wszelki wypadek zakładają śliniaczek i pampersa. To był krwisty befsztyk, porcja tatara oraz pieczony schab z suszoną śliwką w środku.

[more]

Koncert Beth Hart w Miejskim Domu Kultury w Chorzowie-Batorym (już drugi, pierwszy miał miejsce w czerwcu ubiegłego roku), w lwiej części zgromadził pod sceną słuchaczy w przedziale „40+”, choć młodych też nie brakowało. Nie dziwota, gdyż liderka wspierana przez czterech  świetnych muzyków odpaliła

ładunek rocka i bluesa

korzeniami sięgający przełomu lat 60. i 70.

Kolejny raz w niedługim czasie doświadczyłem grania, które kocham najbardziej: klimatów spod znaku Led Zeppelin, Janis Joplin, a i Rolling Stones także. Większość ludzi potrzebuje jakiejś adrenaliny, dla mnie jest nią rokendrol czerpiący obficie z bluesa, dlatego po godzinie i czterdziestu pięciu minutach opuszczałem miejsce koncertu szczęśliwy, z gębą roześmianą od ucha do ucha. I nie ja jeden, bo zabawa była naprawdę przednia.

Chemia,

jeden z moich szczególnie nieulubionych przedmiotów szkolnych, wzięła we władanie wszystkich. Czuć ją było na scenie, już od pierwszych dźwięków Face Forward, którym rozpoczął się występ. Jakie to ważne, jak bardzo przekładające się na jakość grania, gdy muzycy lubią się nawzajem i szanują! Taka dobra energia natychmiast trafia do widowni, a ta na Śląsku do bluesa ma stosunek od dziesiątków lat szczególny. I w tej wspaniałej atmosferze pędziliśmy przez ostre kawałki i zwalniali w bluesowych.

Zastanawiałem się, jak ta skądinąd niewątła kobieta będzie w stanie wytrwać z siłami oraz głosem nienadwerężonym kolejnymi minutami wokalnej jazdy bez hamulców. Niepotrzebnie,

struny głosowe Beth Hart

stroiły od pierwszej do ostatniej wyśpiewanej głoski.

Na repertuar występu złożyły się głównie utwory z dwóch ostatnich płyt wokalistki – Don’t Explain (2011) nagranej razem z Joe Bonamassą oraz ubiegłorocznej Bang Bang Boom Boom. Hart śpiewała, czasami zasiadając do swojej Yamahy, a w dwóch utworach do gitary akustycznej. Obok niej na scenie znajdowało się czterech facetów – dwie gitary, bas i perkusja, znakomity zespół.

Można się zastanawiać, jak to jest, że muzycy tej miary zapełniają dom kultury, a nie Spodek. Ale, z drugiej strony, klimat takiego klubowego występu, gdy z widowni na scenę są dwa kroki, ma swój wielki urok. Tak samo, jak ta muzyka sklejana na nowo od czterdziestu paru lat. Jest w niej magia, która sprawia, że wciąż są tacy, którzy chcą ją grać. I wciąż pojawiają się w kolejnych pokoleniach konsumenci zupełnie nieodporni na jej wdzięk.

Pieśni piękne obiektywnie – Soyka śpiewa Niemena, Teatr Rozrywki, Chorzów, 28 stycznia 2013

W poniedziałkowy wieczór zasiadłam (to „a” nie jest literówką) w wypełnionym po brzegi Teatrze Rozrywki. Wśród publiczności – ludzie w różnym wieku, część to na pewno fani Niemena, część Soyki, a jeszcze inni jednego i drugiego wykonawcy. Taki był zresztą zamysł płyty i promującego ją koncertu – coś w rodzaju Mickiewiczowskiego O wieści gminna! ty arko przymierza między dawnymi i młodszymi laty.

[more]

Zaczęło się 

– przynajmniej dla mnie – nieszczególnie. Na scenie pojawił się kolektyw w składzie: Przemek Greger (gitara), Marcin Lamch (kontrabas), Kuba Sojka (perkusja) i Zbyszek Uhuru Brysiak (perkusjonalia). Wreszcie sam mistrz: Stanisław Soyka, który od lat nie przypomina już dawnego wokalisty jazzowego, tego nagrywającego Blublulę (1981) z interpretacjami standardów jazzowych i soulowych, uznaną przez dziennikarzy za najlepszy jazzowy album roku, występującego na scenach całej Europy m.in. z triem Wojciecha Karolaka czy Michałem Urbaniakiem, supportującego koncert Raya Charlesa, wreszcie wybieranego raz za razem przez czytelników magazynu Jazz Forum najlepszym wokalistą roku.

Dwadzieścia lat temu z okładem nastąpił popowy zwrot i narodził się Soyka. W 1990 artysta wylansował przeboje Cud niepamięci i Play It Again, zapowiadające jego najsłynniejszy album, czyli Acoustic. To z tego krążka w pierwszej części koncertu zabrzmiał zaśpiewany z widownią (a jakże) Cuuuuud niepamięci.

„Śpiewać każdy może… a nawet powinien” – oświadczył pan Stanisław, ale tu pozwolę się z nim nie zgodzić. Lubicie zawodzić na koncertach? Ja średnio, a już na pewno nie lubię być do tego zachęcana. Przeżyłam jakoś te wokalizy przy nasza wiara jest jak skała, nasza miłość jest szalona i absolutnie nic nie udałoby się nam bez miłości/absolutnie nic nie udałoby się nam gdy miłości brak. Ludziom się podobało. No i dobrze.


Ale po co ja to wszystko piszę

bo wyszli na scenę Alek Korecki – saksofon i flet (Young Power, Tie Break, Brygada Kryzys, Elektryczne Gitary, VooVoo, Ireneusz Dudek)  i trębacz Ziut Gralak (tu chyba łatwiej wymienić, z kim nie grał, bo angażuje się w tak wiele projektów) i zrobiło się bardzo stylowo.

Już słowa  na tym świecie rzeczy, których nie można kupić poparte taką sekcją dętą zabrzmiały o niebo lepiej – niebanalnie i z pazurem.

Gdy na scenie pojawił się gitarzysta Niemena, Tomasz Jaśkiewicz i zaczęliśmy konsumpcję dania głównego, atmosfera, ta muzyczna, zgęstniała i wreszcie można było się poczuć jak na jazzowym koncercie.

Popłynęły, jak to ładnie określił Soyka, pieśni piękne obiektywnie. I to zarówno te bardzo oczywiste, jak Dziwny jest ten świat czy Jednego serca, jak i te rzadziej przypominane (Sukces zaśpiewany ładnie z synem perkusistą – czyżby rósł kolejny wokalista z pałeczkami w rękach?). Dla mnie absolutnym majstersztykiem było dynamiczne, ba, wręcz psychodeliczne, Stoję w oknie, okraszone solówkami na saksofonie, trąbce i gitarze – Jaśkiewicza. Trzeba oddać Soyce, że dawał swoim znakomitym muzykom pograć – każdy miał swoje pięć minut, nawet kontrabasista (brawo!). Momentami koncert przeradzał się w jam session – widać było (a to chyba najprzyjemniejsze dla słuchaczy), że granie sprawia im przyjemność, którą chcą dzielić się z publicznością. Wydaje mi się, że do piosenek Niemena wokalista podszedł z większą pokorą i dyscypliną niż do swoich utworów. I przede wszystkim – nie wyśpiewywał wszystkiego od pierwszej do ostatniej nuty, gdzieś znikała ta – dla mnie przynajmniej – nieznośna maniera i zakochanie we własnym głosie.


Na koniec – pieśń Ojczyzna do słów Norwida.

Przez wzgląd na wieszcza nie będę złośliwie komentować. To już lepszym wyborem na bis był Dylan i The Times They Are A Changin’ (wiem, wiem, trochę to obrazoburcze), a nawet evergreen w rodzaju Tanga Memento vitae.

Drugi bis to przewrotny wiersz Miłosza Po osiemdziesiątceNiedługo skończy się cała parada/Co za różnica, wypada nie wypada.

Czy Niemenowi by się podobało? Tego się już nie dowiemy.

 

 



Nie odpuszczajmy supportów – Mela Koteluk i Ms. No One, Katowice, Rialto, 26 stycznia

Bardzo było elegancko w sobotę wieczorem. Piękne, młode dziewczyny, przystojni chłopcy na widowni, równie niezobowiązująco eleganccy nieliczni starsi. Żadnych subkultur, żadnej – manifestującej się w postaci ubioru i spojrzenia – niezgody na świat dorosłych i zaprowadzony przez nich porządek. Na scenie, w roli głównej, także młodość. Uroda, wdzięk, dobry głos i dobry zespół towarzyszący. Widać, że widownia znakomicie była zapoznana z materiałem muzycznym z pierwszej płyty artystki, najwyraźniej niejedna już impreza została przy tych piosenkach przetańczona.

[more]

Mela Koteluk

nie jest piosenkarką znikąd. Robiła chórki w Scorpions (pewnie rękę do tego przyłożył ostatni basista zespołu, Paweł Mąciwoda), a potem Gabie Kulce. Mela ma głos do pomylenia z Katarzyną Nosowską. Utwory z debiutanckiej płyty Spadochron, słuchane pojedynczo gdzieś w radiu czy internecie, robią dobre wrażenie. Po dwóch – trzech przesłuchaniach nie umiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy za ich melodyjnością kryje się coś więcej, a jeśli tak – co dokładnie.

W dawce do kwadransa wszystko wydaje się strawne. Trudno mieć pretensje do wokalistki o podobieństwo barwy do ikony polskiej sceny rockowej, bo to sprawa natury. Podobny sposób operowania głosem – na tym etapie kariery też nie jest dyskwalifikujący. Gdy jednak wybrzmiewały kolejne piosenki, gorąco oklaskiwane przez młodzież płci obojga, miałem coraz więcej wątpliwości.

Bo niby jest O.K., można by sobie życzyć, by cała popowa część polskiej sceny muzycznej prezentowała taki poziom, festiwal w Opolu nie przyprawiałby wtedy o taką ilość nawracających mdłości. A jednak – zbyt to było wszystko liniowe, podobne do siebie, przewidywalne. Gdzieś po półgodzinie zacząłem się z lekka nudzić, czekając na jakąś odmianę. Ta jednak nie nastąpiła, niewiele wniosły covery – m. in. Ani ty ani ja Obywatela G.C. i Wicked Game Chrisa Isaaca.

Koteluk podobno chce wchodzić do studia, by nagrać drugą płytę. Pewnie ma rację. Jeśli nie znajdzie nic do zaproponowania poza już znaną formułą (zupełnie nie wiem, co by to miało być), ta ostatnia szybko ulegnie wyczerpaniu. Może więc należy swoje pięć minut wycisnąć jak cytrynę. Jeśli nie dokona się artystyczny skok naprzód, za parę lat o piosenkarce mało kto będzie pamiętał. A wtedy tytułowy spadochron może być bardzo pomocny, aby lądowanie w rzeczywistości nie okazało się zbyt twarde i bolesne.

Jako wyznawca dźwięków trochę bardziej gwałtownych, nieoczekiwanych, uznałbym wczorajszy wieczór za stracony, gdyby nie support.

Ms. No One

Nie będę udawał, że znałem zespół wcześniej. Wszystko, co o nim wiem w tej chwili, zaczerpnąłem z internetu. Z jednym tylko, za to dość istotnym wyjątkiem. Że usłyszałem na żywo pięć kawałków i cholernie mi się podobały.

Pierwszy z zagranych utworów budził skojarzenia z Portishead, trochę w tym graniu jest też klimatów islandzkich, spod znaku Bjork. Z jednym, przynajmniej na żywo, zastrzeżeniem: mało elektroniki, sztucznych brzmień, dźwięki wydobywają się spod palców muzyków. I bardzo dobrze!

Grupa ma na swoim koncie znaczące udziały w różnych festiwalach. W 2009 roku zwyciężyła w szczecińskim „Gramy”. W 2010 roku ukazał się ich debiutancki album The Leaving Room, a za dwa tygodnie wchodzą do studia, by zarejestrować materiał na drugi krążek.

Śpiewających pań jest dziś sporo, także w Polsce. Jeśli zwykle kiepsko sprawdzały się w ostrym gitarowym graniu, to w klimatach łagodniejszych radzą sobie – w niektórych przypadkach – bardzo dobrze. Za Joanną Piwowar-Antosiewicz także stoi parę istotnych argumentów. Kilku umiejących grać facetów i pomysł na własną muzykę.

Kilka miesięcy temu w podobny sposób odkryłem dla siebie Tres.b. Teraz, najwyraźniej, przyszła pora na grupę tysko-krakowską (powtarzam za internetem). Tychy, jako właściwie moje rodzinne miasto – miałem niespełna trzy miesiące, gdy stałem się jego mieszkańcem – zawsze powodować będą żywsze bicie serca. Zawsze też ze zdwojoną uwagą będę nadstawiał ucha na brzmienia w nich się rodzące. Pora teraz na zapoznanie się z płytą.

Kariera zespołu rozwija się powoli, póki co przynajmniej z dala od koncernów płytowych (co bynajmniej nie jest zarzutem!) i dużych sal koncertowych. Jeśli jednak jego granie pójdzie dalej w te klimaty, w które chyba nie tylko mnie wprowadzono wczoraj – wiele dobrego przed nim.

Ms. czy już Mrs. No One – macie we mnie kibica. Powodzenia – odrobiny szczęścia, dobrze pojętego uporu i wytrwałości!

                            

Czerwony sztruksowy smoking Sir Eltona – Elton John, Katowice, Spodek, 26 kwietnia 1984

Spełniło się sporo moich muzycznych marzeń. Zobaczyłem na żywo Planta i Page’a, The Rolling Stones, U2 – by wymienić tylko tych najukochańszych. A jednak – wciąż, mimo upływu tylu lat, z odrobiną zdziwienia noszę to w sobie, a teraz dzielę się z Wami: koncertem mojego życia jest występ Eltona Johna w katowickim Spodku w – no właśnie – 1984 roku.

[more]

Byłem do niego nieźle przygotowany, ale też – co tu dużo mówić –

trudno nie znać tych piosenek.

Jeszcze w połowie lat 70. jeden z moich braci pożyczył od kogoś znakomitą Greatest Hits, a na niej dziesięć największych przebojów artysty z pierwszych lat kariery. Krążek był w naszym domu może z miesiąc, więc bardzo dobrze zapoznałem się z jego zawartością. Daniel, Your Song, Saturday Night Alright (For Fighting) – palce lizać. Krótko przed przyjazdem do naszego kraju EJ wrócił na szczyty list przebojów utworami z bardzo udanej płyty Too Low For Zero.

Tylko – czego tu się spodziewać? Wszystko, co zachodniego widziałem dotąd, było odgrzewaniem kotletów, zwykle z marnym skutkiem: UFO, Nazareth, Budgie. Wszyscy oni mieli mniej lub bardziej dość. Siedemdziesiąt minut i ucieczka ze sceny.

To, co dane było mi ujrzeć w kwietniu 1984, jeszcze dziś, gdy o tym pomyślę, wbija mnie głębiej w fotel. Tak dla tych młodszych, jeśli czytają te słowa: w grudniu 1981 roku wprowadzono w Polsce stan wojenny, zamarło wszystko, życie kulturalne w szczególności. Ów stan zniesiono w lipcu 1983, ale wszechogarniająca mizeria trwała dalej. Było smutno, pusto i zwykle nieciekawie. I oto przyjeżdża do Polski artysta ze ścisłej czołówki, po paru słabszych latach znów na samej górze, ze znakomicie sprzedającym się albumem. Otóż to – nie w Polsce przecież. Tu nadal oknem na świat jest Trójka i nagrywanie płyt z radia. Żaden wykonawca zachodni nie ujrzał w tamtym czasie na swoim koncie ani funta tytułem tantiem z demoludów.

Wrażenie robiła już sama scena,

na której zainstalowano trzy podświetlane (na niebiesko, żółto i czerwono) jakby wielkie bębny, podia. Elton John wyszedł na scenę ubrany w śliczny czerwony, sztruksowy smoking i nieodłączny kapelusz. Żona podpowiada, że zasiadł do białego fortepianu. Obok niego stanęła wypróbowana od lat ekipa. Dobry pop, ten dryfujący blisko rokendrola, na żywo zwykle brzmi dobrze – mocniej, bardziej gitarowo. Tyle że ci faceci nie brzmieli dobrze – a znakomicie! Nie jestem w stanie po latach przypomnieć sobie, od czego zaczęli, ale poczucie, że jesteśmy w środku czegoś magicznego, narastało wśród pełnej widowni przez może pierwszy kwadrans. A potem Spodek po prostu odleciał. Całą degrengoladę, dziadostwo połowy lat 80. pozostawiliśmy gdzieś na zewnątrz. Muzyka, absolutnie fantastyczna – uniosła nas w nieznany dotąd wymiar.

Zespół grał największe przeboje gwiazdy wieczoru, co jeden to piękniejszy, przeplatając to świetnymi kawałkami z nowej płyty – I’m Still Standing, I Guess That’s Why They Call It The Blues i innymi. Było lirycznie i rockowo na przemian. Trudno mi powiedzieć, na ile reakcja – nieśpiewającej przecież – polskiej widowni była inna, wyjątkowa. O to trzeba by zapytać Eltona Johna. Ale, najwyraźniej, i jemu, i kumplom grało się znakomicie.

Zwariowali zupełnie – po kiego diabła w jakiejś zapyziałej komunistycznej Polsce grali prawie dwie i pół godziny?! Bis, jeszcze dwa kawałki? Dla nas, ubogich ludków ze Wschodu? A po niemilknących brawach jeszcze jedno wyjście na scenę? Wyszedł sam. Raz jeden nie miałem nic przeciw elektronicznej perkusji. To z jej towarzyszeniem – i oczywiście fortepianu – zaśpiewał Song For Guy. Ukłonił się, potwornie już zmęczony, i powiedział krótkie „Thank You. Good Night. I zostawił nas samych.

W muzycznym siódmym niebie,

spełnionych i szczęśliwych, w zupełnie nierzeczywistym świecie, który zabraliśmy w sercach i głowach ze sobą, do domów, wracając późną porą przez opustoszałe, nocne i szare miasto do łóżek, do swoich spraw. Do swojego życia, jedynej młodości, jaka była nam dana.

Parę lat później najbardziej zbuntowani w Polsce – starzy i młodzi – kolejny raz i wreszcie skutecznie upomnieli się o prawo do normalności. W 1984 roku Elton John uświadomił uczestnikom trzech jego występów – w Katowicach, Warszawie i Gdańsku – że rockfanom w tej części Europy też przynależny jest kawałek muzycznego tortu najwyższej jakości, że niby czemu mamy na niego nie zasługiwać. Pokazał, jak wygląda prawdziwy koncert wielkiego artysty.

EJ nie jest tym, którego karierę śledzę ze szczególną uwagą. Ale gdy publiczna TV przed kilku laty transmitowała jego koncert z Sopotu, usiadłem przed ekranem. I choć w domu to już nie to samo, dawne emocje powróciły. Przez szacunek dla klasy i ciągle wysoką formę koncertową muzyka.

Gdyby Eric Clapton wyszedł w Spodku na scenę 18 października 1979 roku, może to o jego występie pisałbym takie słowa. Widać jednak musiało minąć cztery i pół roku – i kolejne dwadzieścia dziewięć – by należały się one Eltonowi Johnowi. Cylindry i meloniki, kaszkiety i berety z antenką – z głów!

I coś, na co natknąłem się w rocznicę koncertu: fotoreportaż Ireneusza Kaźmierczaka zamieszczony na jego blogu „Z Tych Okolic”.


Sowie śpiewam a ludziom – Grzegorz Turnau, Teatr Rozrywki, Chorzów, 10 grudnia 2012

Po tym koncercie nie mam wątpliwości, że Grzegorz Turnau powinien nagrać jeszcze jedną płytę koncertową – unplugged. Właśnie taką, kameralną, z piosenkami rozpisanymi na głos, fortepian i akustyczną gitarę Jacka Królika. Uroda tych utworów jest tak wielka, że przy znakomitym warsztacie wykonawczym wystarczy ascetyczna – choć tylko z pozoru prosta – aranżacja.

[more]

Turnau w moim prywatnym rankingu już dobrych parę lat temu przebił Marka Grechutę – wieloletnią obecnością na scenie i kolejnymi płytami wciąż wysokiej próby. To naprawdę dane jest tylko najlepszym – Pan Grzegorz, bez względu, czy gra swoje, czy sięga po cudze kompozycje, czyni z nich

coś bardzo własnego.

Czasem, śmiem sądzić, lepszego od oryginału. (Pierwszy raz to wrażenie dopadło mnie kiedyś w czasie festiwalu piosenki w Opolu, gdy Stanisław Sojka wykonał Jana Serce Seweryna Krajewskiego – i z plastikowo zaaranżowanego kawałka wydobył całą jego urodę. Podobnie Turnau – gdy zaśpiewał Bynajmniej Wojciecha Młynarskiego, zrobił to, jak zawsze, stylowo i po stokroć lepiej wokalnie).

Koncert zaczął się od Herbertowskiej Czułości – i od razu zostaliśmy wprowadzeni w liryczny klimat całego występu. Usłyszeliśmy piosenki starsze i nowsze, a wszystkie zabrzmiały znakomicie. Parę ładnych lat temu w tym samym miejscu artysta ogrywał materiał z przygotowywanej do wydania płyty Tutaj jestem. Raz po raz spoglądaliśmy wtedy z bratem na siebie oczarowani i zdumieni. Ileż w tej muzyce klimatów Emersonowskich! Nie wiem, na ile świadoma to inspiracja, w sumie nie jest to istotne. Jednak, dodam od razu, inspiracja w najlepszym tego słowa rozumieniu. A że na dodatek, w dolnych rejestrach, głos lidera przypominał wokal Grega Lake’a, robiło się ciepło na sercu. I tak jest już do dzisiaj.

Prócz autorskiego materiału, Turnau sięgnął po Grechutę, w Historii pewnej podróży wspaniale parodiując swojego mistrza. To samo uczynił jeszcze na koniec, udatnie podrabiając Karpiela Bułeckę w Na plażach Zanzibaru.

Sięgnął też po

klasykę anglosaską

Jealous Guy Lennona, we fragmencie zaśpiewaną w oryginale, a w części w swym młodzieńczym „przekładzie”, z czego śmiał się sam wykonawca, a my razem z nim. Nieco później Bracka przeszła w Scarborough Fair Simona i Garfunkela, w którą artysta wplótł z kolei fragmencik piosenki z serialu „Stawiam na Tolka Banana” (Stare miał dżinsy, starą koszulę). Nie mogło też zabraknąć Starszych Panów (m.in. O Kutno!) i obok nich Billy’ego Joela (She’s Always The Woman będącego coverem piosenki Wasowskiego i Przybory – tak, tak! – Moja dziewuszka nie ma serduszka, też zresztą wykonanej). Na bis jeszcze raz Grechuta – Motorek – oraz, przedświątecznie, Wigilijna Święta Noc.

Sto minut wybornego grania okraszonego uroczą, lekką i dowcipną konferansjerką to naprawdę wspaniały pierwszy wieczór tygodnia. Żadnego taniego efekciarstwa, kunsztowna gra Jacka Królika i fortepianowe pasaże gwiazdy wieczoru służyły – jak zawsze – muzyce.

Koncert miał w nazwie

„piosenki sowie”,

co – jak wyjaśnił Pan Grzegorz – wzięło się kiedyś z banalnej literówki. Sowa, słusznie czy nie, jest symbolem mądrości. A piosenki, które ma w repertuarze artysta, zawsze skłaniały do refleksji i zadumy, bo są po prostu mądre. I bardzo szlachetnie wykonywane – tak na płytach, jak i na koncertach. Grzegorz Turnau gra i śpiewa nie sobie a muzom, lecz subtelnie, inteligentnie i z poczuciem humoru – czyli sowie. Gra nam, ludziom, tym wszystkim, którzy chcą go słuchać. A warto.