Nigdy nie byłem na koncercie Floydów, żałuję. Wiesław Weiss przed laty, gdzieś na początku lat 90., opisywał swoje wrażenia z dwóch kolejnych występów zespołu, które dane mu było obejrzeć. Pierwszy wprawił go w zachwyt, po drugim, gdy zorientował się, że wszystko jest powtarzane w najdrobniejszych szczegółach, że pewne guziki muszą być naciśnięte w ściśle określonym momencie, że reżyseria spektaklu dominuje nad spontanicznością grania na żywo, był trochę rozczarowany.

[more]
Aussie byli już w Spodku kilkakrotnie,
lecz ja dopiero teraz, wysłuchawszy wielu pochlebnych opinii znajomych i nieznajomych, zdecydowałem się pójść. Trzeba wreszcie, mimo wcześniejszej nieufności, zobaczyć i wyrobić sobie własne zdanie. Bez uprzedzeń, bez nastawiania się, że będzie tak lub siak.
Od dawna już nie mam nabożnego stosunku do dokonań Pink Floyd, dosyć chyba poukładane – na własny oczywiście użytek – opinie w głowie, swoje typy. Oraz wiele sympatii dla pierwszych płyt grupy, tych z lat 60., ze szczególnym uwzględnieniem The Piper At The Gates of Dawn. I niechęć do późnych albumów – ze dwa lata temu zatrzymałem w połowie odtwarzanie The Division Bell – znudzony i niemile zaskoczony swoją własną reakcją. Aż tak bardzo przeszła mi miłość do tej kapeli? Albo ten krążek po prostu się zestarzał?
Cokolwiek mówić, jej dorobek to jednak
rockowe sacrum.
I właśnie: czy do – podkreślam – rockowego sacrum należy, paradoksalnie, podchodzić w sposób kanoniczny, na kolanach, wręcz z partyturą w rękach? Czy przeniesienie takiego zabiegu z filharmonii do wielkich hal jest właściwym zabiegiem? I czy coś tu zmieni fakt, że kiedyś umrą wszyscy pamiętający wielkich rocka (tak jak znacznie bezpieczniej mówić o drugiej wojnie światowej, gdy świadków tamtych wydarzeń gotowych zaprotestować, że to przecież nie tak było, coraz mniej). To, co odróżnia muzykę dwudziestowieczną od tej starszej, także – a może zwłaszcza – rokendrolową, to dostęp do płyt, do pierwszych wykonań. Już kiedyś o tym pisałem, a po występie obejrzanym w środę utwierdzam się w przekonaniu, że rock to muzyka oryginału.
W niczym nie pomagała mi świadomość, że pewnie w 2013 roku nikt tego materiału nie zagrałby lepiej niż tych kilku ludzi, nie wyłączając samego Pink Floyd. Pełna kompatybilność zapisu na osobistym twardym dysku, czyli w mojej głowie, z tym, co docierało do moich uszu,
odwzorowanie oryginału w skali 1:1
z niewielkimi i rzadkimi odstępstwami, tylko upewniło mnie w przekonaniu, że nie mam do czynienia ze sztuką, a rzemiosłem. W majestacie prawa autorskiego, z pieczątką PF, ale tylko odtwórstwem. Dobrym, starannym, rzetelnym, ale zaledwie odwzorowaniem dzieła mistrzów. Prawie jak z kopistami dzieł wielkich mistrzów malarstwa. Wymaga to niebylejakich umiejętności, ale jest dziełem eunuchów. Ci, miast stanąć w szranki i próbować grać swoje, odstąpili od tego zamiaru, właściwie mierząc skalę własnych talentów i stwierdzając, że więcej kasy zarobią na graniu cudzych niż własnych kawałków. A jak już grać cudze, to najlepiej te, które wciąż świetnie się sprzedają.
Absolutnie nie potępiam, nie gardzę, nie czuję się lepszy od tych, którym się podobało. Uwierzcie mi, wręcz im zazdroszczę. Bo oni byli szczęśliwi, słysząc tę muzykę, wyszli zadowoleni ze Spodka. Podczas gdy mnie to granie pozostawiło całkowicie obojętnym – najgorsze, co może być. Muzyka to emocje, ich wyzwalanie w słuchaczach, dostarczanie wrażeń, wzruszeń. Na to zawsze czekałem i czekam, tego pragnę, słuchając płyt i chodząc na koncerty. Ale tym razem ta łaska nie była mi niestety dana.
Zaczęli od odegrania,
na czterdziestolecie wydania,
całości Dark Side of The Moon. Po On The Run wiedziałem już, że ten koncert mnie nie porwie. Clare Torry wykonująca wokalizę w The Great Gig In The Sky była jedyna i wyjątkowa, choć trzy dziewczyny śpiewające każda po fragmencie dały sobie radę. Kolejny raz podziwiałem linię basu w Money, fantastyczny finał tego utworu, ale im bliżej końca, wciąż mocniej zastanawiałem się, czy poza tym, że wszystko byłoby wtedy większe – stadion, scena, widownia, czterech panów Pinków Floydów wywarłoby na mnie większe wrażenie. Do cholery, muszę wierzyć, że tak, bo inaczej zwątpiłbym w siebie jako odbiorcę.
Australijczycy widać wątpili w dostateczną moc ostatnich minut Ciemnej strony, bo pierwszą część występu zakończyli trochę ni gruchy, ni z pietruchy The Happiest Days of Our Lives i Another Brick In The Wall Part 2.
Po cichu liczyłem, że w drugiej części usłyszę trochę starszych nagrań, ale widać TAPFS za punkt honoru wzięli sobie, by dość
radykalnie zmieniać program koncertów
w kolejnych trasach. Skoro poprzednio było nieco z lat 60., tym razem pojawiło się to, za czym nie przepadam. Rozpoczęli od In The Flash!, co jakby stworzyło klamrę z końcem pierwszej części i usprawiedliwiało obecność przed przerwą Cegły, było trochę z A Momentary Lapse of Reason. I to zgromadzenie w krótkim odstępie czasu monumentalnych, powyciąganych nut Gilmoura nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia. Podobnie jak oczywistości w postaci Shine On You Crazy Diamond (niestety – Part 1) i Wish You Were Here, One of These Days (najstarszy kawałek grany w środę) i koniec w postaci Comfortably Numb oraz na bis Run Like Hell. Znacie? To posłuchajcie.
Boleśnie przewidywalny.
I repertuar, i sposób podejścia do materii muzycznej. Rock – powtórzę raz jeszcze, co pisałem w pierwszym blogowym wpisie, jest muzyką oryginału. A jeśli coverów, to wnoszących nową jakość. Na proste kopiowanie, nawet jeśli wymagające sporych umiejętności, jest albo za wcześnie o jakieś pięćdziesiąt lat, albo – czego osobiście bym sobie życzył, nie będzie miejsca nigdy. Miejsca po tej stronie, gdzie mówimy o dokonaniach artystycznych. O sztuce.
