Jacek III Biały anarchista pod Wawelem

white1

Tauron Arena w środowy wieczór daleka była od tzw. szczelnego wypełnienia. Tym razem jednak nie należy z tego robić problemu – chyba pierwszy raz bowiem zdarzyło się, że artysta ze światowej ekstraklasy dał w Polsce aż cztery koncerty: w Trójmieście, Poznaniu, Warszawie i Krakowie. Byłem świadkiem tego ostatniego.

[more]

To Hańba!

Support był świetny. Bandżo, tuba, akordeon lub klarnet, bęben i czasami grzebień – czyli krakowska Hańba! Ależ dali czadu czterej panowie. Gdy z klimatów międzywojennych, bałkańskich, żydowskich i tym podobnych wyłonił się punk, wszystko ułożyło się w klarowną całość. Więc można grać dziś punka, łamiąc przy tym wszystkie ustalone przed dziesięcioleciami reguły tej gry, przede wszystkim: umiejąc posługiwać się instrumentami i dobierając ich zestaw zupełnie inaczej, niż by „należało”. Skaczący – w dobrze tym razem znany sposób – bandżysta Andrzej Zamenhof dodawał tylko kolorytu całości. Kapela funkcjonuje poza mainstreamem, ale ma na swoim koncie całkiem sporo płyt i nagród. Płyt niestety nie znam i – przynajmniej póki co – pozostaje mi zastanawiać się, czy ów łomot równie dobrze sprawdziłby się w domowych warunkach.

Tym, co podpowiada mi, że tak, jest jedno ewidentne skojarzenie. Która w dawnych czasach z rodzimych punkowych kapel umiała grać, miała dwóch wokalistów i stosowała chórki? Nieodżałowana Śmierć Kliniczna. 

Gromkie brawa, jakie zebrała Hańba! na koniec występu, były w pełni zasłużone.

JW III

Od czego zacząć? Kłębowisko różnych myśli towarzyszyło mi w trakcie tego występu. Cóż, trochę już w życiu dane mi było zobaczyć i wysłuchać, ale nie jestem w stanie teraz przywołać podobnych wspomnień dotyczących pierwszego oglądanego koncertu wykonawcy – koncertu, który tak bardzo by mnie zaskoczył, tak bardzo odbiegał od tego, czego – jak mi się zdawało – mogę się spodziewać na podstawie nagrań płytowych.

Uderzyła w słuchaczy bezkompromisowa ściana dźwięku i decybeli. Szukając odniesień, ustaliłem, przynajmniej na własny użytek, że najbardziej podobna do tej, którą serwuje Queens of The Stone Age. Prócz bólu uszu miałem jeszcze jeden dyskomfort, bardziej chyba merytoryczny. Z pewnym zdziwieniem skonstatowałem mianowicie, że brakowało mi… swingu. Tego łagodnego, płynnego przechodzenia od jednej nuty do drugiej, od zwrotki do refrenu i z powrotem. Z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że White z pełnym rozmysłem „łamał” linię melodyczną każdego niemal utworu, z jednej strony przypominając tutaj czarnych bluesmanów grających jakby cały czas tuż obok. Różnica, zasadnicza, tkwi w tym, że w Krakowie to wszystko odbywało się przy potencjometrach odkręconych na maksimum, i z rozkołysanym bluesem nie miało wiele wspólnego. Drugi powód to wokal White’a: na płytach tego nie ma, ale na żywo chyba nie do końca artysta panuje nad swoim głosem, który wielokrotnie wymykał się linii melodycznej. Jeśli w przypadku gitary był to zabieg zamierzony, o tyle w przypadku śpiewu mam już wątpliwości. Natomiast ta charakterystyczna chrypa nieodparcie – i dobrze –  kojarzyła mi się z Janis Joplin.

Kiedy już przywykłem do gwałtownego ataku wymierzonego w mój aparat słuchowy, zacząłem zastanawiać się nad sposobem obsługi gitary przez lidera pięcioosobowego składu (poza nim dwóch czarnoskórych klawiszowców, basista i perkusistka). Na pewno White nie jest wirtuozem klasy Hendriksa czy Claptona, ale wiele potrafi – i zdecydowanie pierwszy z wymienionych jest dla niego jednym wielkim wzorem i punktem odniesienia. Właśnie poprzez to

nieoczywiste dobieranie nut,

łamanie faktury utworów, granie, zwłaszcza na koniec kolejnych utworów długimi dźwiękami, wybrzmieniami, obfite korzystanie – w starym stylu – z możliwości gitarowych przystawek.

Oswojony już z ciągłym dysonansem między wersjami płytowymi i tym, co słyszałem na żywo, coraz lepiej reagowałem na muzykę. O Jacku III myślałem raczej jako o chłodnym intelektualiście, który ukochał starą muzykę i metodycznie realizuje w tym stylu kolejne projekty. Tymczasem na scenie objawił się facet może z ADHD, ale na pewno temperamentny, którego gryf gitary wciąż gna z jednego końca sceny na drugi, który wciąż wchodzi w interakcje z pozostałymi muzykami, który dyryguje orkiestrą, raz po raz dając umówione znaki.

Facet jest „nasz”. Nie kadził zanadto publiczności – i dobrze, bo niespecjalnie to lubię, ale miał z publiką dobry kontakt. Okazał się prawdziwym artystą: gram dla was, bez was nie istnieję, to, że jesteście tu, słuchacie i skaczecie pod sceną, napędza mnie i jest istotą rokendrola. Część zasadniczą koncertu zagrał ubrany w granatowego tiszerta z białym orłem na piersiach – w końcu ma polskie korzenie. Gdy po długich chyba dziesięciu minutach przerwy band wyszedł na bis, White przebrany w inną koszulkę rzucił tę pierwszą niczym 

trofeum

– w bodaj pierwszy rząd pod sceną. (Ciągle nie wiem, czy gdyby to była moja zdobycz, wyprałbym ją, czy też zasuszył niczym najcenniejszą relikwię).

Część zasadnicza trwała osiemdziesiąt pięć minut, może krótko, ale odbywała się właściwie bez przerw. Jak już wspomniałem, kolejne kawałki wybrzmiewały, a Jack zmieniał w tym momencie wiosło i – dawaj! – atakował po raz kolejny. Ci, którzy opuścili halę w tym momencie (nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy wychodzą przed końcem występu, żeby np. uniknąć korków przy wyjeździe itp.), niech żałują. Bis to był set półgodzinny, a w nim zaserwowano nam coś na kształt „The Best of”. To repertuarowo (oj, ma w czym JW wybierać!), zaś muzycznie… Wreszcie zostaliśmy dopieszczeni: łamańców było zdecydowanie mniej, za to piosenki, których bym o to nie podejrzewał, jak choćby Connected By Love czy finałowy Seven Nation Army, przybrały hymnową, monumentalną postać. Ta posągowość kojarzyć się może z wieloma numerami np. Pearl Jam, tyle że barwa głosu nie ta.

Zacząłem od jakichś przytyków i kręcenia nosem, ale koncert z każdą minutą podobał mi się bardziej, by zachwycić w swych końcowych fragmentach. No i jeszcze ten – bezlitosny, na drugi czy trzeci dzień – papierek lakmusowy: jak mi się słucha płyt JW po koncercie? Świetnie, jak nigdy dotąd.

(Jack White, Boarding House Reach, Tauron Arena Kraków, 10 października)

Setlista: https://www.setlist.fm/setlist/jack-white/2018/tauron-arena-krakow-poland-6be942fe.html

Park Jurajski (po raz kolejny i nie ostatni)

pobrane25

Profesor Tadeusz Sławek powiedział niedawno, iż bardzo żałuje, że nie udało mu się – jako rektorowi Uniwersytetu Śląskiego – zrealizować pomysłu przyznania doktoratu honoris causa Mickowi Jaggerowi.

[more]

Chyba wszyscy słuchający tego fani zarówno profesora, jak i rocka uśmiechnęli się, ja też. Choć od razu pomyślałem, czemu nie Paulowi McCartneyowi, skoro Beatlesi są zespołem bliższym Sławkowi niż Stonesi. No tak, ale Lennon, bardziej uwodzący swymi niekonwencjonalnymi wypowiedziami i zachowaniami, nie żyje, a McCartney to nie całkiem ten typ osobowości. Więc Jagger, jako frontman największej kapeli świata – jest oczywistym wyborem.

The Beatles i The Rolling Stones.

Ostatnie publikacje tych drugich, zwłaszcza zaś album On Air, wciąż dowodzą silnych związków obu zespołów oraz – po kilku dekadach – przypominają pierwsze lata działalności, czasy Sierżanta Pieprza i Their Satanic Majesties Request, ciągłego zerkania na siebie nawzajem – ze wskazaniem jednak na częstsze podpatrywanie kolegów przez Toczące Się Kamienie. I teraz jest podobnie: kilka lat temu wyciągnięto z archiwów radiowe, dokonane dla BBC, nagrania The Beatles, więc teraz światło dzienne ujrzały podobne rejestracje The Stones. Powiem od razu: dla mnie o wiele ciekawsze, starannie wyselekcjonowane, ograniczone do muzyki, pięknie oczyszczone. W oryginalnym składzie, bez Micka Taylora czy Rona Wooda, za to z Brianem Jonesem i Billem Wymanem.

TRS najpierw, przy okazji wydania Grrr!, zadeklarowali odwieszenie instrumentów na kołki, a zaraz potem dostali kolejnego, potężnego

wiatru w żagle.

W krótkich odstępach czasu fani otrzymali rejestrację koncertu w Hyde Parku (Sweet Summer Sun), znakomity film Olé  Olé  Olé! o trasie po Ameryce Południowej, nowy, bardzo dobry album z zestawem pierwszych inspiracji – Blue and Lonesome i teraz wzruszający On Air. Częstotliwość zawrotna, przypominająca tę z lat 60. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Stonesi wpisują się w tę mało liczną grupę starych gwiazd, które jakby czując kurczenie się czasu, stają się jeszcze bardziej aktywne. (Nawet jeśli wziąć poprawkę na to, że ostatnie publikacje to głównie nagrania na żywo).

Jak ich kumpel Bob Dylan, który rozkręcił się ostatnio do tego stopnia, że w ubiegłym roku wydał album aż trzypłytowy, Triplicate, trzeci już z piosenkami z okolic American Songbook. Nie ustępuje mu Van Morrison, który w 2017 w odstępie trzech miesięcy opublikował dwie nowe płyty. O Neilu Youngu też nie sposób nie wspomnieć, choć on od wielu już lat prawie nie wychodzi ze studiów nagraniowych albo innych „budek telefonicznych” i wydaje swoje kolejne płyty w ilościach niemal hurtowych.

No i dobrze, 

no i na zdrowie.

Bo kto i czego im dzisiaj zabroni? Dawno temu pasja stała się ich robotą, czego można tylko pozazdrościć, gdyż to dane jest nielicznym. A jeśli wziąć pod uwagę miarę talentu, którego starczyło nie na rok i nie na pięć lat, a całe pół wieku, na to, by łączyć radość z muzykowania z radością dawaną innym swoimi nagraniami – trzeba się tylko nisko pokłonić. Tak dochodzę kolejny raz do niezbyt odkrywczej konstatacji, że nic tak dobrze nie konserwuje jak ulubiona forma aktywności. Oraz drugiej: że sztuka jest górą – nad polityką, gorzałą, dragami, seksem i czym tam jeszcze.

Do wymienionych nazw i nazwisk dodać jeszcze trzeba paru innych (choć boję się, że kogoś tu pominę) – tych, co nagrywają nieco rzadziej albo bardzo rzadko – jak Paul Simon – ale wciąż trzymają poziom: Eric Clapton, Paul McCartney, Robert Plant,  Elton John (ten zapowiedział koniec – trasą koncertową, bagatela, trzyletnią), Carlos Santana czy Mark Knopfler.

Moje 

muzyczne puzzle

wysypały się z pudełka w latach 60. Do dziś próbuję je jakoś poskładać. Wciąż z nieskrywaną ochotą na rzeczy tzw. stare, na płyty z czasów, gdy w rocku wszystko działo się pierwszy, a nie setny raz. I wybaczam sobie, że w tej puzzlowej układance tak niewiele jest miejsca na rzeczy nowsze i całkiem nowe, że coraz częściej zbywam je wzruszeniem ramion. Stosując jeszcze jedno porównanie: moja studnia jest już prawie pełna, ciężko dolać do niej choćby szklankę. Zwłaszcza czegoś, co średnio komponuje się z dotychczasową zawartością. Bo coraz trudniej zachwycać się czymś niedawno powstałym, gdy tyle się już słyszało. Gdy serce wyłożone jest dźwiękami z lat 50. – 70. I co z tego, że ubiegłego stulecia?

[W NATemat: 25 lutego 2018]

Queenetha

pobrane_12

Głos mocny i czarowny, delikatny i dociskający. Jednak tego largo i allegro jakoś nie za wiele. W sam raz, by nie zmęczyć i nie zniechęcić. Przecież to, co uwodzi najbardziej, dzieje się pomiędzy.

[more]

*

Rok 1967,

pierwszy z tych wyjątkowo żyznych w muzyce i już choćby z tego powodu najwspanialszy, sypnął znakomitymi albumami nie tylko rockowymi. Nawet pobieżny rzut oka na czarną stronę pozwala stwierdzić, że w tamtych dwunastu miesiącach ukazuje się co najmniej kilka znaczących wydawnictw: ostatni – wydany za życia – krążek przedwcześnie i tragicznie zmarłego Otisa Reddinga, King & Queen (królową jest tu jeszcze Carla Thomas, to ich wspólne dzieło), na światło dzienne wychodzi Ray Charles Invites You To Listen. James Brown nagrywa, bagatela, zaledwie trzy krążki (w poprzednim roku pięć), a dwudziestopięcioletnia Aretha Franklin dopisuje do swej dyskografii aż cztery longplaye.

Cóż, czasy były takie, że szastano pomysłami na lewo i prawo, ocean pop music właśnie odsłaniał swą niezmierzoność, to, co rodziło się wtedy w głowach i pod palcami młodych artystów, na taką skalę nigdy już miało się nie powtórzyć. Biali Brytyjczycy zafascynowani byli czarnym bluesem zza wielkiej wody, a czarni – jak choćby ci wymienieni wyżej – ochoczo sięgali po numery Beatles, Rolling Stones i innych wyspiarzy.

 
Piosenki Franklin z tamtego okresu z rzadka przekraczają trzy minuty. Dziś nad każdym takim tematem pieczołowicie pochylono by się w studiu nagraniowym, dopieszczono, doprawiono solą i  pieprzem, cukrem i kakao, wtedy te perły, jedna za drugą, gasły gwałtownie, cichnąc w jednej chwili w głośnikach.

Głos czarny, 

mocny i czarowny,

delikatny i dociskający. Jednakowoż, właśnie, tego largo i allegro, bezprzykładnego darcia paszczy, jakoś nie ma za wiele, nie w nadmiarze, w sam raz. By nie zmęczyć i nie zniechęcić. Przecież to, co uwodzi najbardziej uszy słuchaczy, dzieje się pomiędzy – i Aretha zdaje się o tym wiedzieć. W soulu pełno jest szorstkości, nieoczywistości, bólu prawdziwego, a nie wypolerowanego na glanc – tak jak paręnaście lat później, gdy największą gwiazdą piosenki staje się Whitney Houston, jak jeszcze długo, właściwie do dziś, trwają jej naśladowczynie, wypluwając żyły i wyszarpując trzewia przed mikrofonami, co budzi moje tylko wzruszenie ramion i zupełną obojętność: nasza Edyta G., Celinka Dionova (w tych przypadkach czarne pomieszane jest już ze spuścizną Barbry Streisand) czy budząca zachwyty niektórych Florencja ze swoją Maszyną. Franklin śpiewa głosem nieznającym żadnych granic – ale pomiędzy. Pomiędzy czernią i bielą, bólem i radością. W tym

pomiędzy,

powtórzę po raz któryś, tkwi całe piękno muzyki anglosaskiej, zaklęte we wszelkich odcieniach szarości – inaczej to niż ma to miejsce z krwią wykonawcy francuskiego albo rosyjskiego na białej sukni albo czarnych butach widza siedzącego nawet w dziesiątym rzędzie.

Nie będę udawał, że jestem jakimś domorosłym soulologiem, ze szczególnym uwzględnieniem dorobku Arethy F. Nie jestem i nigdy nie będę. Ale odkąd, a stało się to już bardzo dawno temu, gitary przestały być warunkiem niezbędnym do osiągnięcia przeze mnie stanu muzycznej szczęśliwości, zacząłem zerkać w tamtą stronę. I dlatego ilustruję tę pisaninę dwiema wersjami Respect – oryginałem  ukochanego Reddinga (bo jak kochać wczesnego Niemena, nie kochając Otisa R.?) i wersją Arethy, zestawiam Glorię Them z Save Me, cudowny I Never Loved A Man w kanonicznym wykonaniu AF oraz młodziutkiej Kasi Kowalskiej z jej pierwszej płyty – Gemini z 1994 – ze Sławomirem Piwowarem na Hammondach.  A na deser It Takes Two to Tango wykonane wspólnie z Rayem Charlesem.

W tych dniach nie tylko Barack Obama ociera łzy (jak w klipie umieszczonym na blogowym fb). Pocieszenie niesie dzieło, które  zostawiła nam królowa. Do słuchania i wzruszania. Się. Wielokrotnego.

xxx

pobrane24

Z każdą taką śmiercią jest mnie mniej. Świat, który zastajemy w chwili narodzin, a potem oglądamy w trakcie dorastania, potrafi być fascynujący. Mroczny, odległy, niebezpieczny, ale i piękny. I taki poważny, bo przecież piękna dziewczyna w ogólniaku jest dla chłopaka z podstawówki nieosiągalna w swej dorosłości.

[more]

*

Bo czyż ci, których za młodu uznaliśmy za nasze autorytety, nie mieli być tutaj zawsze? A nawet jeśli nie zawsze, to na tyle długo, by nikt z nas nie martwił się, że ich czas został poddany tak gwałtownej weryfikacji? Czyż to nie z nimi nasza wyobraźnia zdążyła wiele lat wcześniej podpisać bezterminowe pakty o ich obecności. Miały obowiązywać. Bez względu na wszystko.

 (Piotr Stelmach, Lżejszy od fotografii – o Grzegorzu Ciechowskim)

 *

Dlaczego teraz jest taka „ciulnia” w polskim show-biznesie? Bo brakuje wielkich poetów rocka” – powiedział mi kiedyś w cztery oczy Robert Brylewski.

(Wojciech Konikiewicz, w: Lżejszy od fotografii…)

 *

W czasach względnej wolności było więcej zbuntowanych piosenek niż teraz. Może teraz młode zespoły nie są przeciwko niczemu, są za wszystkim i już. Albo śpiewają po angielsku jakieś truizmy.

(Marcin ŚwietlickiNieprzysiadalność. Autobiografia)

*

Życie roi się od autorytetów. Wielkich, takich, które pozostają nimi na zawsze, takich trochę mniejszych oraz całkiem małych, jak starszy kolega mieszkający w sąsiedniej klatce.

A potem, nie wiedzieć kiedy, przewracamy kartki w kalendarzu, coraz szybciej i szybciej, i ci, którzy byli dla nas drogowskazami albo znaczącymi postaciami, zaczęli się wykruszać.

Po pięćdziesiątce jest tak, że pozostała ich garstka, a co któreś wiadomości dowiadujemy się, że znów kogoś ubyło. Świat robi się coraz bardziej nie nasz, nie mój, wciąż bardziej obcy. Niebudzący ciekawości w swej codzienności, coraz częściej natomiast – znużenie. Tych, którzy mnie uformowali, już nie ma, ci, którzy na mnie wpływali, są w coraz mniejszej mniejszości.

Myśl o tym, czy i co naprawdę ważnego zostawiają nam ci, którzy popłynęli już na drugi brzeg.

I tylko nieśmiała, pocieszająca myśl: o przewadze kultury nad światem władzy, o wyższości dźwięków trąbki Tomasza Stańki na przykład na Astigmatic nad przemówieniami Gomułki, o wyższości Buenos Aires Kory nad biurem politycznym jedynie słusznej partii u schyłku lat 70.

Strzały aż do ostatniego naboju

15103179884hdL99hWWY47mRvLY5LjzyLJaJQD992059773261ba19cc7a9718c96e31c19bfdb0774e97

To już nie młodziaki przecież, a bardzo im się chciało. Trzy i pół godziny to dawka, która usatysfakcjonowała wszystkich.

[more]

*

Tyle się działo między Tatrami a Bałtykiem w ostatnich dniach – Open’er, festiwal w Wadowicach, Pearl Jam w Krakowie, Rolling Stones w Warszawie – że problem stanowiły tylko zasobność portfela i czas. Dość nieoczekiwanie dla nas samych – żony, syna i mnie – w czwartek zdecydowaliśmy się zakupić bilety na pierwszy koncert organizowany na nowym Stadionie Śląskim: występ Guns’N’Roses. Najtańsze, za 149 zł, całkiem już z boku w stosunku do ustawienia sceny, i z pewnym niepokojem odbierane bezpośrednio przez imprezą.

G’N’R mogła, ale nigdy nie stała się kapelą, która wymościła sobie kawałek miejsca w moim muzycznym sercu. Gdy w 1987 roku ukazał się jej debiutancki album, byli formacją gotową, dojrzałą i ukształtowaną muzycznie. Dla mnie chyba po prostu będącą w zbyt dużym stopniu spadkobierczynią Deep Purple, a w zbyt małym Led Zeppelin. 

Atawizm

– dużo hałasu, ostra gitarowa jazda skutecznie wspomagana warunkami głosowymi Axla Rose’a, mnóstwo hard rocka, śladowe zaledwie ilości bluesa, czyli tego, przy czym zawsze będę się upierał – swingu. No i coraz więcej nieporozumień i awantur zamiast nowych nagrań. To było jednak ćwierć wieku temu, a zejście się po latach Axla ze Slashem i McKaganem zelektryzowało fanów.

Gdy obejrzałem setlisty z ostatnich występów, zacząłem się modlić o jak najmniejszy poślizg względem zaplanowanej godziny rozpoczęcia występu, czyli 20.00. I nadal nie dowierzałem, gdy parę minut przed tą godziną muzyka z taśmy ustąpiła strzałom i wybuchom, wspomaganym skutecznie przez stosowny obraz na telebimach. Zespół w przeszłości znany ze skandalicznych spóźnień zameldował się punktualnie na scenie i zaczął od It’s So Easy. Pełne słońce nie ułatwiało wejścia w klimat koncertu, ale też, niestety, ustawienie dźwięku, głównie wokalu, pozostawiało sporo do życzenia. Nie jestem miłośnikiem obrazków, nie oglądam koncertów na DVD, sporadycznie sięgam do YouTube’a, więc widok podtatusiałego frontmana wprawił mnie w niejaką konfuzję. Wokalnie jednak najczęściej dawał radę, wciąż wyciągając liczne góry, stąd tym większe moje zdziwienie, że przy stole mikserskim nic z tym nie zrobiono. Zbyt często było więc nieczysto: charczało, piszczało w nieprzyjemny dla ucha sposób.

 

Wziąłem swój bilet do ręki i ruszyłem, by sprawdzić warunki odsłuchu w innych miejscach stadionu. Nikt mnie nie zatrzymywał, a gdy ujrzałem sporo wolnych miejsc w centralnych sektorach, zapytałem młodego ochroniarza, czy gdy przyjdziemy tu zaraz w trzy osoby, będziemy mogli usiąść. Sprzeciwu nie było, więc po paru minutach siedzieliśmy na wprost sceny, na miejscach za ponad czterysta złotych. 

Akustyka

była zdecydowanie lepsza, ale uwagi co do ustawienia wokalu pozostały aktualne do samego końca. A dawka okazała się piorunująca: trzy i pół godziny. To budzi wielki szacunek, nigdy jeszcze nie dane mi było uczestniczyć w tak długim koncercie zachodniego wykonawcy. G’N’R zagrali wszystko – i jeszcze trochę. Ci, którzy mają do tego zespołu bardziej emocjonalny stosunek, przeżywali chwile szczęścia. A ja myślę, ze gdyby potencjometry głośności ustawione były ciut niżej, byłoby dużo lepiej. Słychać to było zwłaszcza pod koniec zasadniczej części, czyli w trzeciej już godzinie koncertu, gdy Axl Rose wspaniale, czysto wyciągał partię wokalną w Wichita Lineman, coverze numeru Jimmy’ego Webba.

Trochę zmęczyły mnie też kaskady Slasha. Ten niewątpliwy wirtuoz gitary elektrycznej bliżej jest jednak gryfoślizgaczy w stylu Satrianiego i, niestety, bardzo konwencjonalnego popisywactwa metalowego, niż stylistów miary Claptona, Page’a czy Bonamassy. Było więc trochę takich fragmentów, kiedy Rose znikał ze sceny, a tę we władanie brały gitary. Tak było przy instrumentalnym, mało finezyjnym niestety, wykonaniu Wish You Were Here, który przeszedł w drugą część Layli, a ta z kolei w intro November Rain, kiedy z mroku wyłonił się Rose przy fortepianie – siedzący na czymś, co przypominało spory fragment… motocykla. Właśnie: ten fortepian, mimo narastającego largo, cały czas był świetnie słyszalny. Czyli dało się to wszystko odpowiednio miksować.

Covery

to w ogóle znaczący element występów Gunsów. Może wolałbym słuchać ich utworów, ale wersje cudzych kompozycji zawsze rzucają nieco inne światło na wykonawcę. Poza wymienionymi Floydami, Live And Let Die Wings i Dylanowskim Knockin’ On Heaven’s Door, z radością powitałem hymn Soundgarden, Black Hole Sun (forsowanie głosu to wspólna cecha Axla i Cornella), a na początku bisów, znów instrumentalny, fragment Melissy Allman Brothers Band, a później klasyk AC/DC Whole Lotta Rosie (tu akurat zdarzyło się Rose’owi parę razy nie trafić z tonacją) i jeszcze The Seeker The Who.

Całość klamrowały fantastyczne utwory z pierwszej płyty. Na otwarcie było, jak już wspominałem It’s So Easy, po nim Mr. Brownstone, chwilę później Welcome To The Jungle, na koniec części zasadniczej Nightrain, a całość zwieńczył Paradise City. Siedmioosobowy skład w bardzo dobrej formie i, jak się wydaje, w pokojowym współistnieniu, może bez licznych uśmiechów i radosnego poszturchiwania się, aczkolwiek ze wspólnym wyjściem i ukłonem na „do widzenia”. Czy to daje nadzieję na zupełnie nowe nagrania? Ci panowie na pewno wiedzą, że choć ciężko im czasem ze sobą, nic lepszego w życiu im się nie przytrafiło i już raczej nie przytrafi.

Mimo iż G’N’R to nie moja bajka, musiałbym jednak wykazać mnóstwo złej woli, by nie dostrzec, że bardzo im się chce, że dają z siebie maksimum, a to niesłychanie cenne. Melduję więc, że po wielu latach przerwy ze Stadionu Śląskiego znowu popłynęła muzyka. I czekam na zapowiedzi kolejnych koncertów.

(Guns’N’Roses, Not In This Lifetime Tour, Stadion Śląski Chorzów, 9 lipca)

setlista:

[url=https://www.setlist.fm/setlist/guns-n-roses/2018/stadion-lski-chorzow-poland-4bea53ba.html]Tekst linka[/url]

Grad kamieni rzucony na Warszawę

pobrane23

Gdyby nasi kopacze oddali wczoraj choć w przybliżeniu tyle strzałów na bramkę rywali, ile decybeli zaaplikowali zgromadzonej w hali Torwaru publiczności panowie z Queens Of The Stone Age, wynik meczu byłby zupełnie inny.

[more]

Amerykańska formacja nieprzypadkowo uchodzi za sztandarowego przedstawiciela stoner rocka, a jeśli ktoś miałby po ostatnich dwóch płytach co do tego jakieś wątpliwości, zostały one rozwiane we wtorkowy wieczór. Od pierwszych sekund A Song For The Deaf stopa perkusyjna do spółki z basem wgniatały mi żebra w dość skromnych rozmiarów wnętrzności, zaś resztki włosów najchętniej odleciałyby z miejsca koncertu przynajmniej za drzwi, do holu hali. 

Jeśli jest gdzieś 

kres rokendrola,

jeśli jest w ogóle ta ściana, skalista półka, za którą nie ma już nic, to z pewnością nie są to żadne metale, death, speed, black czy inne crashe, które – niech starcowi będzie wybaczone – jawią mi się jako karykatura rocka, muzyczny kabaret stworzony z wywróconych na drugą stronę gardeł wokalistów, strzelistych gitar, czarnych strojów i cyrkowych albo w najlepszym razie pantomimicznych makijaży tych, co stoją na scenie i wywołują niestrawność żołądka i recepcji po paru minutach. Prawdziwe napieprzanie, bezkompromisowość niepodlegająca jakimkolwiek protestom i dyskusjom – to granie QOTSA. Spokojny wokal i falsety Josha Homme’a w stylu nieodżałowanej pamięci Jacka Bruce’a tylko wzmacniają efekt, są wspaniałą wartością dodaną. Spotkałem się kiedyś z opinią, że muzyka Queens wykoncypowana została na zimno, w postaci algorytmu: tak spreparowana całość musi znaleźć nabywców. Trudno było mi wtedy i jest dzisiaj oprzeć się wrażeniu, że było to stwierdzenie podszyte w najlepszym razie zazdrością, w najgorszym – zawiścią. W życiu, a w sztuce w szczególności, jest ciągle sporo miejsca na to, co zwie się talentem.

Bardzo żałowałem przed paru laty swej nieobecności na Open’erze podczas występu kwintetu, odgrażałem się po Orange Warsaw Festival na Stadionie Narodowym w 2014 roku, że muszę raz jeszcze zobaczyć kapelę w akcji, gdy zagra w jakimś normalnym, gdy mowa o akustyce, miejscu. Torwar daleki jest od ideału, ale bez porównania lepszy od futbolowej, ale tylko futbolowej, bazyliki (która katedrą stanie się, jeśli awansujemy do 1/8 mistrzostw). Uwzględniwszy ponadto fakt, iż przez te kilka lat dorobek zespołu mam znacznie lepiej przetrawiony, mój odbiór dźwięków dochodzących ze sceny był, mniemam nieskromnie, należyty.

Można by oczywiście skonstruować playlistę z utworów bardziej melodyjnych, wręcz przebojowych, których nie brak w dorobku grupy, można by z pewnością odrobinę przesunąć w dół 

potencjometry głośności, 

ale… Może wtedy bylibyśmy świadkami zwykłego tylko odstrzału w kamieniołomach, a nie tego, jak królowe ciskają na ziemię nie drobne kamyki, lecz wielkie i potwornie ciężkie bloki skalne, przed którymi nie sposób uciec. Takie to już prawo zespołu o określonym dorobku, takie prawo jego lidera, by na żywo proporcje były podobne do tych na płytach.

Dźwięk na granicy bólu nie sposób potraktować jako epatowanie słuchaczy, nie była nim też oprawa wizualna – z mocnymi i często wymierzonymi w publiczność światłami, ale niezawierająca niczego, czego byśmy wcześniej nie znali. Kokietowania także nie było, trudno bowiem za takowe uznać typowe zawołania frontmana, których często doświadczają bywalcy koncertów.

*

Nie mogę powiedzieć, że to był koncert mojego życia, ani że wymieniłbym go wśród tych szczególnie dobrze odebranych i zapamiętanych (za wcześnie zresztą, by o tym mówić). Lecz zafascynowany jestem kojarzącą się z punkiem

bezkompromisowością przekazu,

nawet jeśli dziś, z racji scenicznego stażu, w takim graniu jest więcej zawodowstwa niż młodzieńczej spontaniczności. Widać to świetnie choćby przy przeglądaniu zestawów wykonywanych w trasie kawałków – nie jest tak, że im bliżej końca, tym bliżej list przebojów. Ba! – na bis dostaliśmy co prawda największy hicior, Make It Wit Chu, ale jak wszystkie inne utwory doprawiony na ostro, zaś całość zakończyła się znów kaskadą ciężkich riffów, czyli numerem A Song For A Dead.

To ciągle rokendrol, nie mam wątpliwości. Natomiast co parę minut zerkałem na moją lepszą połowę, czy daje radę i czy przypadkiem nie jest innego zdania. O dziwo, usłyszałem po wszystkim, że podobało jej się.  Wiem jednak, że byłaby odosobniona w tej opinii w gronie naszych znajomych – i to nie tylko jego damskiej części. Ale sama tego chciała – kupiła bilety bez konsultacji ze mną, jako prezent jeszcze gwiazdkowy.

P.S. Osobistym papierkiem lakmusowym dotyczącym wrażeń z koncertów jest to, jakie wrażenia towarzyszą mi przy słuchaniu płyt wykonawcy dopiero co obejrzanego na żywo. Po paru dniach w szufladce wylądował krążek Lullabies To Paralyze z 2005 roku i po prostu mnie zachwycił.

(Queens of The Stone Age, Torwar Warszawa, 19 czerwca)

Wieczór na dworze Karmazynowego Króla

pobrane22

Moja północna dusza uwielbia być od czasu do czasu sponiewierana półmrokiem panującym na dworze Karmazynowego Króla.

[more]

*

Jeśli w piątek, na koncercie Carlosa Santany, doświadczyliśmy z żoną muzyki radośnie rozwibrowanej, wygrzanej w słońcu i pieszczącej na przemian gorącym piaskiem i ciepłym oceanem, to dzień później klimat uległ radykalnej zmianie, choć zamieniliśmy tylko Oświęcim na Kraków. W graniu King Crimson pełno jest 

brytyjskich mgieł,

wściekle uderzających o szyby kropel deszczu, niepokojących porywów wiatrów i z rzadka jedynie wyzierających zza chmur, nieśmiałych promyków słońca. Nic jednak nie poradzę na to, że choć doceniam i bardzo lubię meksykańskiego gitarzystę, moja północna dusza uwielbia być sponiewierana i unurzana w półmroku panującym na dworze Karmazynowego Króla. Tak miałem jako dzieciak i nastolatek, tak mam i dziś – a że wokół siebie lubię raczej porządek niż nieład, laboratoryjne podejście do muzyki Roberta Frippa jest mi szczególnie bliskie.

Miejsce – krakowska hala ICE – świetnie współgrało z koncepcją muzyczną. Nowoczesna bryła, dużo szkła, zaś widownia, z dominującym drewnem,  powyżej parteru stworzona jakby z całego szeregu wysuniętych z półokrągłej komody szuflad, ponownie nas zachwyciła. Matematyczny układ sceny znaliśmy już z koncertu w Zabrzu – trzy zestawy perkusyjne z przodu i za nimi, trochę wyżej, stanowiska dla pozostałych pięciu muzyków. Lista płac wydłużyła się więc o jedno nazwisko w porównaniu z tamtą trasą.

Lepszego początku nie mogłem sobie wymarzyć: Larks’ Tongues In Aspic Part One, nieco skrócony w stosunku do płytowej wersji i z odrobinę inaczej zaaranżowanym, moim ukochanym finale: partia smyków zastąpiona została gitarą. Szczęście to coś, co muska nas w przelocie i zaraz odchodzi? Nie, są takie minuty w życiu, gdy zostaje obok na dłużej. Przecież to był dopiero początek. Gdy jako trzeci w kolejności rozbrzmiał Moonchild, z żalu ścisnęło się chyba nie tylko moje gardło. Na przełomie 2016 i 2017 roku, w odstępie niespełna dwóch miesięcy zmarli Greg Lake i John Wetton, zabierając ze sobą 

okruchy marzeń

fanów o tym, że może jeszcze kiedyś staną wspólnie z Frippem na scenie. A tego najstarszego materiału w programach koncertów zespołu przybywa – i dobrze, bo jest w czym wybierać. W pierwszej części występu – bagatela, osiemdziesięciominutowej – usłyszeliśmy jeszcze The Court of The Crimson King, Cirkus, Lizard, Islands, a na jej zakończenie drugi fragment Larks’.

 

Ciężkie, gitarowe klimaty ostatnich trzech studyjnych albumów to  wariacje, wręcz „umocowane” w postaci tytułu, na temat Larks’ Tongues In Aspic  (wczoraj część trzecia) – a innym razem, mam nieodparte wrażenie, Red. Wzruszyłem się przy pierwszych dźwiękach Cadence And Cascade, jedynego wczoraj, lecz jakże pięknego reprezentanta drugiej płyty, wsłuchiwałem w narastanie napięcia w kończącym zasadniczą część koncertu słynnym Starless. Po kilku minutach niemilknących oklasków grupa pojawiła się raz jeszcze na scenie, by uraczyć nas

długim bisem,

a w nim klasykami Epitaph i, na sam koniec, 21. Century Schizoid Man, jak w soczewce skupiającym styl KC: symforockową monumentalność, potężne gitarowe, niemal heavymetalowe riffy i jazzowo-oniryczny odjazd.

Tym razem uważniej przypatrywałem się perkusistom. Temu, jak kunsztownie rozpisali między siebie partie w kolejnych utworach i jak wspaniale razem walili w kotły i co tam jeszcze mieli. Parokrotnie czułem się, jakby wrota zamku Króla Karmazyna otwierały się przede mną, zaś nim dane będzie stanąć przed obliczem władcy, mam okazję zobaczyć i usłyszeć fenomenalnych afrykańskich bębniarzy. Może ktoś oburzy się na takie skojarzenie, ale z Patem Mastelotto, Gavinem Harrisonem i Jeremym Staceyem jest trochę jak z Paco de Lucią, Alem di Meolą i Johnem McLaughlinem. Bo jeśli w koncertach KC jest 

pierwiastek szaleństwa,

wymykania się z zakreślonych przez lidera ram – to jest on przynależny przede panom z pałeczkami w dłoniach. Lecz nad ich głowami nie było gorzej: na basach szalał Tony Levin, piękne partie fletu i saksofonów odegrał Mel Collins, a jeden z zestawów klawiatur obsługiwał Bill Rieflin. Gitarzystą i głównym wokalistą pozostaje Jakko Jakszyk, barwowo przypominający Haskella i Burella (czyli czas trzeciej i czwartej płyty). No i całkiem na prawo siedział lider, w skupieniu obsługujący gitarę oraz instrumenty klawiszowe.

Była zapowiadana dwudziestominutowa przerwa – to już standard, gdy chodzi o koncerty KC – ale muzyki dużo, dużo więcej. Łącznie z bisami nazbierało się tego sto sześćdziesiąt minut, co usatysfakcjonować i dopieścić musiało chyba każdego.

Parę razy już do tego się przyznawałem: robotę Frippa i kolegów noszę głęboko w sobie. Ten rodzaj muzycznej wyobraźni jest mi wyjątkowo bliski, stąd też przeżywam szczególne emocje w trakcie ich występów. Dają one słuchaczom istotę tego, o co chodzi: staranną, ale bez niekoniecznych szaleństw oprawę koncertu i zero umizgów do publiczności. Bez tego drugiego widzowie mogą się obejść i mimo to uszczęśliwieni wrócić do domów. Warunkiem niezbędnym jest, powtarzam uparcie, strona muzyczna. A ta jest ciągle najwyższej próby, zaś powrót po latach do materiału z pierwszych płyt jest – co tu dużo gadać – wielką wartością dodaną występów kapeli w ostatnich latach.

(King Crimson, ICE Kraków, 16 czerwca)

Carlos Santana z małżonką z wizytą w Oświęcimiu

pobrane21

Raz po raz popatrywałem, co czynią jego lewa i prawa ręka, a głowa ciągle uciekała w stronę nielubianych przeze mnie szybkobiegaczy sześciostrunowych. Jak to jest, że ten meksykański ekwilibrysta i wyborny technik wyzwala zupełnie inne emocje?

[more]

*

Niełatwo jest pisać o drugim zobaczonym koncercie tego samego wykonawcy, zwłaszcza gdy wrażenia są bardzo podobne. Trudno uwierzyć, że to już prawie trzy lata mijają od chwili, gdy w nadmorskiej Dolinie Charlotty Carlosa Santanę widzieliśmy z żoną  pierwszy raz w akcji. Dziś mogę tylko powtórzyć niektóre 

frazesy:

że nieoczywiste jest oglądanie siedemdziesięcioletniego artysty wciąż w znakomitej formie (bo niewiele jest takich przypadków), że równie nieoczywiste jest to, że po  trzech latach byliśmy świadkami kolejnego jego rewelacyjnego występu. Wątpliwości co do tego mogliśmy mieć bardzo krótko. Koncert oświęcimski w ramach Tauron Life Festivalu rozpoczynał dwumiesięczne tournée zespołu po Europie i mogliśmy się spodziewać, że w związku z tym, czyli wymogami takiej imprezy, będzie krótszy niż zwykle. Dziwny też, choć zupełnie bez konsekwencji, był swoisty falstart, gdy lider po już kilku wydobytych ze swojego instrumentu dźwiękach zamilkł, by zmienić gitarę. 

Energetyczność występów bandu Santany wynosi – nie mam żadnych wątpliwości – sto procent. Rytmy latynosko-karaibsko-rokendrolowe to ze swej istoty najczęściej gra forte, bezustanna jazda do przodu. I fantastyczne jest to, że wysokie napięcie stworzone na scenie udaje się od samego początku przenieść na widownię – i utrzymać do samego końca. Przez dwie godziny, bo tyle bez mała trwał występ, powietrze wokół stadionu MOSiR-u bezustannie 

iskrzyło, drgało i pulsowało 

raz po raz takimi czy innymi smaczkami pieszcząc nasze uszy.

Santana, co oczywiste, pozostaje wierny temu wszystkiemu, co kiedyś wyniosło go na sam szczyt: na plecach jego marynarki ujrzeliśmy wizerunek Jimiego Hendriksa, z ekranów telebimu raz po raz pojawiały się obrazki z Woodstocku z 1969 roku, zaś jego miłość do jazzu znalazła wyraz w Coltraine’owskim [i]A Love Supreme[/i] ([i]It’s up to me, it’s up to you[/i] – jak śpiewali wokaliści). Nieco nowszy, choć nienowy, zwłaszcza dla fanów czy czytelników jego biografii, jest nieco kaznodziejski ton, wołanie o wolność, pokój i miłość dla całego świata, który tylko w ten sposób znaleźć się może bliżej nieba.

Gdy raz po raz popatrywałem, co czynią jego lewa i prawa ręka, głowa ciągle uciekała w stronę nielubianych przeze mnie szybkobiegaczy sześciostrunowych. Jak to jest, że ten meksykański ekwilibrysta i wyborny technik wyzwala zupełnie inne emocje? Gra Santany nigdy nie służyła efekciarstwu, narcystycznym popisom – lecz muzyce. Tej przez największe M, a tworzonej w każdej kolejnej  sekundzie granego akurat utworu. Jego wirtuozeria nie była i nie jest wartością samą w sobie, lecz służy przekazowi tworzonemu przez wszystkich muzyków – wczoraj było ich dziewięciu. Santana nie epatuje dźwiękiem swoich gitar, daje pograć każdemu, pozostawiając miejsce zarówno na solówki, jak i tę przestrzeń w każdej chwili grania, do której wszyscy dokładają swoje co-nieco.

Zespół, jakby świadom nieco ciaśniejszych, festiwalowych ram czasowych, nie dał słuchaczom właściwie ani chwili wytchnienia: kolejne utwory układały się albo w koronkowe medleye, albo przerwy między nimi były ledwie kilkusekundowe. Bo szkoda czasu – zdaje się mówić CS – 

najważniejsza jest muzyka,

z nią przecież przyjechaliśmy do was, by dać to, co mamy najlepszego, by dać wam radość.

Kilkudziesięcioletni dorobek Santany jest imponujący, jest z czego wybierać. Wiadomo jednak, że nie może zabraknąć pewnych evergreenów z pierwszych płyt[, jak i znakomitych piosenek z okresu Supernatural. Jak zwykle też – maestro nie udawał, że jest najważniejszą wyspą muzyczną na świecie – i bawił krótszymi lub dłuższymi cytatami z klasyków: oczywiście ze wspomnianego już Jimiego H., z Miss You i Satisfaction Stonesów czy żartobliwie, parodystycznie wykonanego fragmentu Roxanne Police z Tommym Anthonym na wokalu. W trakcie bisów na kilka minut oddano też scenę we władanie żonie mistrza – bardzo niebylejakiej perkusistce Cindy Blackman.

Dostałem wszystko, czego pragnąłem. Nie interesują mnie bowiem pirotechniczne cuda i inne fajerwerki przeznaczone dla zmysłu wzroku, dopieszczone mają być przede wszystkim uszy. I były – dzięki świetnej formie całego zespołu oraz bardzo dobremu nagłośnieniu. I tak oto w Oświęcimiu, na festiwalu wymyślonym przez Dariusza Maciborka,  dane mi było – po występach Petera Gabriela, Soundgarden, Erica Claptona i Eltona Johna – być uczestnikiem kolejnego znaczącego koncertu.

(Carlos Santana, Tauron Life Festival Oświęcim, 15 czerwca)

Śmierć Kliniczna – największy z zapomnianych zespołów?

pobrane20

Nie da się uprawiać punk rocka w czystej postaci, jeśli posiada się całkiem spore umiejętności w obsłudze instrumentów, jeśli umie się śpiewać, w dodatku na dwa głosy, i ma dobrze odrobione lekcje z historii muzyki rockowej.

[more]

Stan Śmierci Klinicznej na FAMIE

Lipiec 1983 roku. Pierwsza FAMA od czasu wprowadzenia stanu wojennego i pierwsza – z trzech – moja. Z głośników radiowęzła na placu namiotowym codziennie rozbrzmiewają przeboje The Police pochodzące z albumu Synchronicity na zmianę z piosenkami Lady Pank, które później znajdą się na pierwszej płycie zespołu. 

W amfiteatrze znakomity koncert daje Przemysław Gintrowski – Jacka Kaczmarskiego nie ma już od pewnego czasu w kraju. Gintrowskiemu towarzyszą Zbigniew Łapiński na fortepianie oraz Duo Laboratorium, czyli Janusz Grzywacz na elektronicznych klawiaturach i Marek Stryszowski na saksofonie. Gintrowski, ponieważ nie stosuje się do wytycznych cenzury i wyśpiewuje dwa zatrzymane teksty, zostaje wyrzucony z festiwalu. 

Do Świnoujścia dociera nawet Józef Skrzek, dając ad hoc recital na kiepsko strojącym fortepianie w tymże amfiteatrze (po jego występie pobiegłem szybko do namiotu po świeżo nabytą w Szczecinie Józefinę, pierwszy solowy album nagrany po rozwiązaniu SBB. „O, już jest!…” – zdziwił się mistrz, podpisując krążek). 

Jeśli chodzi o młody narybek – muzycznie, jazzowo, na scenach namiotu albo Miejskiego Domu Kultury szaleją częstochowski Tie Break z Jorgosem Skoliasem na wokalu, Januszem Iwańskim na gitarze i Antonim Gralakiem na trąbce, katowicki Pick Up Formation z Krzysztofem Popkiem i Henrykiem Gembalskim oraz A New Coast (myślę, że nie przekręcam nazwy zespołu).  Gdy chodzi o gitarowe klimaty – nie ma sobie równych załoga z Gliwic: Darek Dusza, Mercik i koledzy – czyli Śmierć Kliniczna.

*

Moja 

punkowa inicjacja

dokonała się późno, zaledwie kilka tygodni przed FAMĄ, w Toruniu. Znalazłem się tam niespodziewanie na koncercie, a z niespełna godzinnego występu kapeli, której nazwy nie pamiętam, w głowie pozostał mi tylko bezprzykładny łomot, pogo kilkunastu chłopaków z jedną upatrzoną, zdrowo przetrącaną ofiarą oraz najbardziej melodyjny fragment, czyli refren kawałka na bis: „Wypierdalaj, wypierdalaj jak najdalej stąd”. Była to deklaracja dość oczywista, jeśli uwzględnić fakt, iż stan wojenny, wprowadzony niecałe półtora roku wcześniej, trwał nadal. Niezapomniane przeżycie.

*

Bunt buntem, ale ja – choć nie umiałem wtedy tego tak nazwać – szukałem w muzyce, podobnie jak dziś, swingu. Tak się jednak składało, że mimo hałasu i wykrzykiwanych tekstów – w graniu Śmierci Klinicznej swingu nie brakowało. Nie sposób bowiem uprawiać punka w czystej postaci, jeśli posiada się całkiem już spore umiejętności w obsłudze instrumentów, jeśli umie się śpiewać, w dodatku na dwa głosy, i ma się dobrze odrobione lekcje z historii muzyki rockowej. W ten sposób punk i nowa fala mieszają się z klasycznym, rodem z lat 50., rokendrolem, a ponadto z coraz odważniej sygnalizującym obecność na muzycznej scenie w Polsce reggae. Tak jak ładne dzieci rodzą się z pomieszania nacji, tak interesujące i niebanalne rzeczy wychodzą z pomieszania stylistyk, gdy ma się kulturę grania i talent niepospolitej miary, pozwalający penetrować dziewicze dotąd ostępy.

*

Longplay

jest pięknie wydany. Dziś to już nikogo nie dziwi, ale jeśli wspomnieć polskie edytorstwo, w tym płytowe, z czasów słusznie minionych, odlot jest zupełny. Twarda, kartonowa okładka, bez zarzutu wytłoczona i, co zaskakujące – zważywszy, iż nagrania pochodzą sprzed ponad trzech dekad, a część z nich jest w dodatku rejestracją na żywo – świetnie brzmiąca płyta. Do tego obszerna wkładka, a w niej historia zespołu napisana z biglem, dowcipnie, oraz wycinki prasowe.

Nie będę udawał, że pamiętam, bo nie pamiętam. Moje wspomnienia dotyczące Śmierci Klinicznej to tamta FAMA i dwa single na pólkach z płytami. Oficjalne media  omijały nowe w polskim graniu jak długo się dało, a uszy Trójkowych redaktorów – czemu zupełnie się nie dziwię – niekoniecznie przyswajały punkrockowy zgiełk. Posiłkuję się więc rzeczoną wkładką.

*Początki zespołu sięgają września 1981 roku. W listopadzie, w czasie studenckich strajków, do Dariusza Duszy, Wojciecha Jaczyczki i Marka Czapelskiego dołącza szesnastoletni wokalista, Jerzy Mercik. W marcu następnego roku, po lekkim poluzowaniu reguł stanu wojennego, ruszają próby. Dwa miesiące później zespół daje pierwszy koncert, a w lipcu wysyła kasetę z nagraniami 

do Jarocina

W sierpniu radość i panika, bo kapela, mająca za sobą jeden występ na żywo (na podwórku klubu „Gwarek” w Gliwicach), kwalifikuje się do festiwalu. Tam gliwiczanie poznają kolegów z innych kapel: SS-20 (późniejszego Dezertera), Bikini, Rejestracji, Kontroli W czy WC. Występ Śmierci obywa się bez większych wpadek i zostaje dobrze przyjęty.

Zespół trochę koncertuje. Paweł Karpiński kręci o nim film, a jesienią ŚK wchodzi po raz pierwszy do profesjonalnego studia nagraniowego – WFDiF w Warszawie – i rejestruje cztery utwory. Następuje czas intensywnych prób, a wiosną 1983 w zespole pojawia się nowy człowiek – grający na kongach i śpiewający Jacek Szafir, zupełnie zakręcony na punkcie reggae.

W maju, w gliwickim Kino-Teatrze X, razem z Brakiem (późniejszym Rendez-vous) Ziemka Kosmowskiego, dają znakomity koncert, którego fragmenty dwie dekady później znajdą się na jedynym CD zespołu.

Latem występują w Opolu. Nadal ćwiczą, by w lipcu znaleźć się na FAMIE w Świnoujściu. Tam skład uzupełnia saksofonista Piotr Malak. W Jarocinie, gdzie występują już jako gwiazdy (przesłany materiał z gliwickiego koncertu zachwyca Waltera Chełstowskiego), dają znów świetny koncert, przez wielu uważany za najlepszy z całej imprezy. Niestety, jesienią odchodzi Mercik, a ciągle napływają zaproszenia do grania koncertów. Podczas pierwszej edycji Róbrege śpiewa – i daje radę – Szafir.

W Tonpressie nagrywają swojego 

pierwszego singla.

Nienormalny świat wchodzi nawet na listę przebojów Programu III PR, gdzie wspina się do 9. miejsca. Drugi utwór, Nasza edukacja, na antenie pojawia się tylko raz – interweniuje ktoś z Komitetu Centralnego jedynie słusznej partii i piosenka dostaje szlaban.

W listopadzie na Rockowisku w Łodzi zespół występuje bez Malaka, za to z Gralakiem (Tie Break). Zimę i wiosnę 1984 kapela spędza na próbach i tworzeniu nowego materiału. Mimo sukcesów, pochlebnych ocen w prasie, w zespole zaczyna zgrzytać. Dusza chce grać punka i rokendrola, Szafir reggae, Jaczyczko jazz-rocka, a Czapelski kotłowe połamańce. Męczący jest brak perspektyw: koncertów aż tak wiele nie ma, o wydaniu dużej płyty nie ma co marzyć – nie z tą nazwą, nie z takimi tekstami. A na inną opcję muzycy się nie zgadzają. Dusza i Czapelski ciągną kolegów do Warszawy, licząc, że tam zespół będzie miał większe szanse na przebicie, ale reszta nie chce. Koniec zbliża się wielkimi krokami.

Dusza nawiązuje współpracę z Ireneuszem Dudkiem. Na Rock Arenie jednego dnia gra z nim, następnego ze Śmiercią, ale ostatecznie postanawia odejść z macierzystej formacji. Wspólnie nagrywają jeszcze drugiego singla – Jestem ziarnkiem piasku i Psychopatę. Ten drugi utwór zatrzymuje jednak cenzura, toteż na jego miejsce wskakuje ASP z poprzedniej sesji. Płytka, podobnie jak pierwsza, sprzedaje się świetnie, ale piosenek w radiu nie słychać.

Latem 1984 znów świnoujska FAMA, a potem wspólna trasa z Klausem Mitffochem. W Jarocinie ostatni koncert z Duszą, tym razem niezbyt udany. Kapela walczy jeszcze przez jakiś czas, Szafir, Jaczyczko i Mercik w końcu zakładają reggae’owy R.A.P., Czapelski gra z Voo Voo i Manaamem, Dusza tworzy punkowy Absurd i działa w Shakin’ Dudi.

*

Żal.

Śmierć Kliniczna została zniszczona przez panujący wtedy system. Zupełnie jak Rhythm & Blues na przełomie lat 50. i 60. XX wieku, chciałoby się westchnąć. Zbyt niepokorna w warstwie tekstowej – o wiele mocniej waląca prosto w twarz niż Lech Janerka, Kora czy Grzegorz Ciechowski, a jednocześnie z kapel nowych, wywodzących się z okolic punka, zespół będący chyba najbliżej mainstreamu – z racji posiadanych umiejętności i świadomości tego, czym rokendrol był wcześniej, oraz  umiejętnego czerpania z jego dorobku. Można dziś tylko gdybać, czy, a jeśli tak – jak bardzo inna byłaby ówczesna scena rockowa w Polsce, gdyby Śmierci Klinicznej pozwolono rozwinąć skrzydła, nagrywać płyty, grać koncerty, a piosenki emitowano by w radiu. I jak bardzo grupa wpłynęłaby na dalsze losy rodzimego rocka.

Kamil Sipowicz pisał w 1983 roku, po Jarocinie, na łamach „Magazynu Muzycznego”:

„Najlepszą grupą festiwalu okazała się moim zdaniem Śmierć Kliniczna. (…) Wszystko to tworzy muzykę w zaskakujący sposób świeżą i w niczym nieprzypominającą zachodnich zespołów, choć grupa wykorzystuje świadomie zdobycze reggae i nowej fali, budując z tego jednak własny styl”.

Natomiast nieżyjący już Robert Leszczyński w „Gazecie Wyborczej”, po latach – w 2000 roku, wspominał:

„Śląsk zawsze był ostoją bluesa i heavy metalu, więc pojawienie się w 1982 roku ŚK z Gliwic było zaskoczeniem. Zespół Darka Duszy miał znakomite, często autoironiczne teksty oraz dwóch wokalistów lepszych niż w innych grupach punkowych. Śmierć Kliniczna rozpadła się po interwencji samego wojewody katowickiego, który uniemożliwił jej nagranie albumu”.

Krążek, wydany w dwóch wersjach, winylowej i – szerszej – kompaktowej, ocala tę muzykę od zapomnienia. W pełni zasłużenie, a jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jest działaniem dzielnego kustosza skierowanym do siwawych i łysawych fanów. Rewelacyjny materiał muzyczny nie zaistniał w szerszym odbiorze wtedy, w latach 80., trudno więc się dziwić, że teraz trafia już tylko do nielicznych.

(Śmierć Kliniczna, Nienormalny świat, Zima Records 2016)

Play Like Led Zep, czyli Kiszka z chrzanem

pobrane19

Ten, kto w swym muzycznym sercu znajduje miejsce na wspólne dokonania Planta, Page’a, Jonesa i Bonhama, nie może nie zareagować na granie młodych Amerykanów uśmiechem pomieszanym ze wzruszeniem.

[more]

*

Zacznę banałem: każdy, kto często słucha muzyki, na własnej skórze – i uszach – doświadcza tego, że po wyjęciu z odtwarzacza jednej płyty, wkłada do niego coś z zupełnie innego czasu czy rodzaju – po klasyce może zabrzmieć jazz, po płycie starej, sprzed półwiecza, coś świeżo wydanego. Ot, normalna kolej rzeczy.

Więc zdarzyło mi się, po kilku tygodniach przerwy, wrzucić do odtwarzacza najnowszy album Queens of The Stone Age (ciesząc się znalezionymi pod choinką biletami na ich czerwcowy koncert na Torwarze), a zaraz potem włożyć w to samo miejsce własny świąteczny nabytek – krążek młodej amerykańskiej kapeli Greta Van Fleet, która zdobyła sobie ostatnio uznanie sporej części Trójkowych słuchaczy.

Ten, kto w swym muzycznym sercu znajduje miejsce na wspólne dokonania Planta, Page’a, Jonesa i Bonhama, nie może nie zareagować

uśmiechem pomieszanym ze wzruszeniem,

słuchając piosenki Highway Tune. Pozornie to proste: wykorzystać naturalne warunki głosowe, zastosować gitarowe (ale nie tylko) patenty – i zagrać jak Led Zeppelin. Pozornie, bo gdyby tak było w istocie, naśladowców mielibyśmy jeszcze więcej niż ma to miejsce, a od udanych kopii roiłoby się w YouTubie albo na sklepowych półkach z płytami. W przypadku trzech braci Kiszków (typowo amerykańskie nazwisko) i ich kuzyna Wagnera „podróba” jest jednak wyjątkowo udana: kipi nieskrępowaną energią, świeżością i radością grania.

Pierwsze przesłuchania całości, czyli dwóch EPek umieszczonych na jednej, trochę ponadpółgodzinnej płycie, to przedzieranie się przez siedem nieznanych utworów okraszonych tym jednym dobrze już przyswojonym. I co się okazuje, przynajmniej gdy chodzi o moje wrażenia? Chłopaki potrafią posługiwać się instrumentami i, jak mnóstwo dwudziestoparolatków, są zafascynowani 

graniem z przełomu lat 60. i 70.

Do tego – powtórzę – barwa głosu Josha Kiszki nieuchronnie prowokująca do porównań z mistrzem Robertem spowodowała zapewne, iż skłonność amerykańskiej czwórki do dziedzictwa LZ przybrała szczególną postać. Można się domyślać, ile razy na próbach przećwiczyli lwią część dorobku Page’a i Planta, jak bardzo ich muzyczna wyobraźnia została naznaczona brzmieniem słynnych Brytyjczyków. Ale nie tylko ich – A Change Is Gonna Come, znakomity soulowy numer Sama Cooke’a,  brzmi w wykonaniu Grety jak wyrwany żywcem z dorobku Janis Joplin. W ogóle, za wybór coverów – drugi to kawałek Fairport Convention – należą się chłopakom duże brawa.

Kwartet istnieje od 2012 roku, w 2018 ma zjechać do Europy, a nawet dać koncert w studiu im. Agnieszki Osieckiej. Będzie więc okazja, by sprawdzić, jak spisuje się na żywo. Co zaś do jego przyszłości – tak jak oczywiste są skojarzenia, tak nieuchronne pytania, czy obecne granie GVF to patent na dłuższą i sporą karierę, czy może punkt wyjścia do przemówienia własnym, bardziej oryginalnym głosem. Czy mamy do czynienia z narodzinami gwiazdy, czy raczej kolejnym przemykającym meteorem, który – nim zgaśnie – zdołał na chwilę poruszyć serca fanów klasycznego rocka?

(Greta Van Fleet, From The Fires, 2017)

[W NaTemat: 6 stycznia 2018]