Lao Che: instytucja kultury

images4

Jeśli teksty lidera płockiej formacji sytuują się w ścisłej krajowej czołówce nie tylko aktualnych dokonań w tej mierze, to swym niezaangażowaniem politycznym – przy jednocześnie bardzo bystrych i błyskotliwych obserwacjach socjologicznych – nawiązują przede wszystkim do klimatów okołorepublikańskich.

[more]

*

Nie kochałem dotąd tego zespołu, nie pokochałem też po tym – pierwszym moim – koncercie. Wątpliwości pozostały, jednakże nabrałem większego szacunku dla jego dokonań. Nadarzyła się bowiem wielka okazja, by zobaczyć w akcji LC za jedynie dwadzieścia pięć złotych i w dodatku w bardzo szlachetnych warunkach – w socrealistycznych okolicznościach przyrody Pałacu Kultury Zagłębia w Dąbrowie Górniczej, gmachu tyleż nienowym, co robiącym spore wrażenie starannością utrzymania.

Sala wypełniła się po brzegi – publicznością w bardzo różnym wieku. Układ siedzący, chcąc nie chcąc, wymusił bardziej stateczne zachowania, mimo iż im bliżej było końca, tym więcej nóg podrywało się do tańca.

Myślę, że Grzegorz Ciechowski, gdyby żył, ciepło wypowiadałby się o ekipie Spiętego. Bo jeśli teksty lidera płockiej formacji sytuują się w ścisłej krajowej czołówce i to nie tylko aktualnych dokonań w tej mierze, to swym niezaangażowaniem politycznym – przy jednocześnie bardzo bystrych i błyskotliwych obserwacjach socjologicznych – nawiązują przede wszystkim do 

klimatów okołorepublikańskich.

W tym miejscu od razu należy też nisko ukłonić się osobom odpowiedzialnym za nagłośnienie: wokal był znakomicie słyszalny, wysunięty do przodu. Tak powinno być, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z mądrymi tekstami. Jednocześnie nie przeszkadzało to we właściwym ustawieniu proporcji – w każdej chwili można było skupić uwagę na dowolnym instrumencie.

Republika to skojarzenie również muzyczne. Aż dziw bierze, że frontman, gitarzysta i mózg całego przedsięwzięcia ma tyle  artystycznej dyscypliny w sobie, by niemal zupełnie – tak jak to miało miejsce w przypadku formacji toruńskiej – zrezygnować z solówek. Nawet jeśli Hubert Dobaczewski wirtuozem instrumentu nie jest, opanował go w takim stopniu, że mógłby pokusić się o danie palcom więcej swobody. Ale nie: liczą się powściągliwość i praca.Lao Che, po blisko dwudziestu latach działalności, to już instytucja, jedna z nie tak wielu na naszym rynku. A jednak, z góry proszę o łagodny wymiar kary, moje ucho miałoby ochotę zamieszać w tej maszynie. Tym, co trzyma mnie 

na dystans 

wobec tej kapeli, są dwie rzeczy. Pierwsza to elektronika: z jednej strony ta nowsza, sample i inne takie, z drugiej – nawiązująca do moich bardzo nieulubionych lat 80. Drugą kwestią jest, w ścisłym związku z pierwszą, mechaniczność rytmu – słuchając płyt można sądzić, że dźwięk perkusji jest zaprogramowany, a nie dobywany przez ludzi. Na żywo jest z tym niby lepiej, ale w stopniu w moim odczuciu zdecydowanie niewystarczającym. Jeśli szarą eminencją składu jest Rafał Borycki, bardzo stylowo grający na czterech strunach, świadomy zarówno historii rocka, jak i nawiązujący do klimatów nieodległych jazzowi, to w zderzeniu z jego grą  kompletny brak swingu u dwóch panów bębniarzy razi w uszy. I mam wątpliwości, czy wzięcie lekcji coś tu by zmieniło. Bo aż się, w wielu momentach, prosi, by zwolnić, pomiotełkować trochę, pomuskać z czułością talerze, a tu tylko mało finezyjne łup-łup-łup. Tak samo było, w zaskakująco obfitych, fragmentach reggae’owych: śliczny bas, a kołysania bębnów ani słychu. 

Zupełnie zbędna jest dla mnie obecność na scenie tego pana całkiem po prawej. Lao Che to jednak 

coś znacznie więcej

niż tylko DJ z komputerkiem firmy np. Apple, częściej rozkiwany na lewo i prawo, znacznie rzadziej udający, że gra, wydobywając syntetyczne, wcześniej zaprogramowane dźwięki.Tym bardziej zbędna, że formacja od pewnego czasu jest już septetem, a nowy nabytek, Karol Gola, nie tylko dodaje kolorytu występom zespołu swym dynamicznym zachowaniem, ale przede wszystkim smaczną grą na żywych instrumentach: saksofonie barytonowym czy flecie. A poza tym jest w stanie obsłużyć także klawiatury.

Dosyć tego mądrzenia się przy blogowym laptopie, jeśli jestem taki mądry, czemu sam nie założę zespołu? Spięty ma 

pomysł 

na wszystko, tak jak kiedyś Ciechowski. Na teksty, na muzykę, na aranżacje. Taki pomysł na pomieszanie stylistyk rockowej, gitarowej, syntezatorowej i samplowanej. I to działa już od kilkunastu lat, Lao Che to firma, zespół dający mocny, profesjonalny w każdym calu koncert, zespół podobający się ludziom bardzo młodym i tym średnim wieku, ale także osobom ze znacznie zaawansowanymi peselami. Odnieść sukces komercyjny, nie wdzięcząc się do publiczności, tym bardziej – broń, Boże – nie schlebiając gustom tzw. ogółu, to sztuka, która udała się i udaje  nielicznym. Te niemal dwie godziny wczoraj potwierdziły tylko wszystkie atuty. A malkontenci, tacy jak ja, dowodzą jedynie odwiecznej prawdy, że jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. Ale racja nie jest po stronie malkontentów, lecz, rozluźnionego nieco, Spiętego. Który wie jak – i potrafi.

(Lao Che, Pałac Kultury Zagłębia, Dąbrowa Górnicza, 18 października)

Pokochawszy

pobrane26

Drugi dzień 4. Śląskich Targów Książki. Podpisana lista obecności na spotkaniach z Rafałem Olbińskim, Ignacym Karpowiczem, autorką książki o Krzysztofie Kieślowskim, Katarzyną Surmiak-Domańską, oraz profesorostwem Lucyną Kirwil i Jerzym Bralczykiem.

[more]

*

Spotkanie z  profesorską parą – psycholog Lucyną Kirwil i językoznawcą Jerzym Bralczykiem – z okazji wydania ich wspólnej książki „Pokochawszy. O miłości w języku”. Radością było słuchać obojga małżonków, jak mówią o mowie zakochanych. Ale radością było też patrzeć, jak reagują na siebie, jak do siebie się odnoszą – w trzydziestym siódmym roku małżeństwa.Z ust profesora w pewnym momencie popłynęło jedno z najpiękniejszych miłosnych wyznań, jakie dane mi było słyszeć lub czytać: „Wolę się z tobą kłócić, niż z kim innym zgadzać”. Cóż to byłby za cudowny szlagwort piosenki! Tylko kto miałby ją napisać, skoro Przybora, Osiecka i Młynarski nie żyją? Cygan, a może Nosowska?

Peter J. Birch w pałacowej piwnicy

images3

Bardzo przyjemne wnętrze Piwnicy Pałacu Kultury Zagłębia w Dąbrowie Górniczej było miejscem, gdzie pierwszy raz dane było mi oglądać na żywo Piotra Brzezińskiego, legitymującego się kilkuletnim stażem estradowym, a wciąż bardzo młodego songwritera pochodzącego z Wołowa na Dolnym Śląsku.

[more]

Wyjście tylko z gitarą na scenę, choćby niedużą, to bardzo 

trudna sztuka.

Nawet Bob Dylan odstąpił od tego po paru latach, zamieniając gitarę akustyczną na elektryczną i dokooptowując paru muzyków. Peter J. Birch, bo pod takim pseudonimem ukrywa się polski artysta, przynajmniej póki co, walczy sam, na dodatek jeszcze śpiewając teksty w języku angielskim. Z jednej strony  pozwala mu to w proporcjach jeden do jednego przekraczać granice (a czyni to często) i występować w Czechach, Niemczech albo innych krajach, z drugiej – na pewno utrudnia przekaz, a tym samym przebicie się na rodzimym rynku.

A ma wszelkie dane ku temu. Dysponuje

świetnym głosem,

w sytuacji koncertowej niczym nie różniącym się od tego na płytach, przez ponad godzinę dając bez problemu radę. Jeśli coś mnie zaczęło uwierać, to tylko nadmierne używanie wokaliz. Jeśli artysta nie potrafi z nich zrezygnować, to może wystarczyłoby odsunąć się wtedy nieco od mikrofonu?

Gdy chodzi o instrumentarium, ograniczyło się ono do gitary akustycznej, harmonijki ustnej w bodaj dwóch piosenkach oraz w jednym przypadku do komputerowego podkładu. Tego ostatniego spodziewałem się więcej, ale – pytany po występie Peter J. – bez entuzjazmu, raczej ironicznie skomentował ów aranż. Stąd, jak widać, bierze się ostrożne  podejście do takich rozwiązań. Co innego zespół towarzyszący, tego muzyk nie wyklucza, ale – wiadomo – większy, elektryczny skład wszystko zmienia: listę płac, wymogi sali itp. To już nie tylko wsiąść do pociągu z jednym pudłem.

Pieśni i piosenki się bronią, wiele z nich to 

potencjalne przeboje,

talentu kompozytorskiego bowiem nie można PJB odmówić. Inspiracje są rozległe, choć stylistycznie najbliżej oczywiście do Amerykanów – Townesa Van Zandta, wspomnianego Dylana czy Johnny’ego Casha, a więc folk, alt country – tzw. americana. Dziś Brzeziński ma na koncie cztery solowe albumy, występy na Open’erze i OFF Festivalu. Czy dane mu będzie zakosztować szerszej popularności, czy też pozostanie artystą  znanym tylko pewnej, mimo iż coraz większej, grupie słuchaczy?

(Peter J. Birch, Pałac Kultury Zagłębia, 17 października 2018)

Jacek III Biały anarchista pod Wawelem

white1

Tauron Arena w środowy wieczór daleka była od tzw. szczelnego wypełnienia. Tym razem jednak nie należy z tego robić problemu – chyba pierwszy raz bowiem zdarzyło się, że artysta ze światowej ekstraklasy dał w Polsce aż cztery koncerty: w Trójmieście, Poznaniu, Warszawie i Krakowie. Byłem świadkiem tego ostatniego.

[more]

To Hańba!

Support był świetny. Bandżo, tuba, akordeon lub klarnet, bęben i czasami grzebień – czyli krakowska Hańba! Ależ dali czadu czterej panowie. Gdy z klimatów międzywojennych, bałkańskich, żydowskich i tym podobnych wyłonił się punk, wszystko ułożyło się w klarowną całość. Więc można grać dziś punka, łamiąc przy tym wszystkie ustalone przed dziesięcioleciami reguły tej gry, przede wszystkim: umiejąc posługiwać się instrumentami i dobierając ich zestaw zupełnie inaczej, niż by „należało”. Skaczący – w dobrze tym razem znany sposób – bandżysta Andrzej Zamenhof dodawał tylko kolorytu całości. Kapela funkcjonuje poza mainstreamem, ale ma na swoim koncie całkiem sporo płyt i nagród. Płyt niestety nie znam i – przynajmniej póki co – pozostaje mi zastanawiać się, czy ów łomot równie dobrze sprawdziłby się w domowych warunkach.

Tym, co podpowiada mi, że tak, jest jedno ewidentne skojarzenie. Która w dawnych czasach z rodzimych punkowych kapel umiała grać, miała dwóch wokalistów i stosowała chórki? Nieodżałowana Śmierć Kliniczna. 

Gromkie brawa, jakie zebrała Hańba! na koniec występu, były w pełni zasłużone.

JW III

Od czego zacząć? Kłębowisko różnych myśli towarzyszyło mi w trakcie tego występu. Cóż, trochę już w życiu dane mi było zobaczyć i wysłuchać, ale nie jestem w stanie teraz przywołać podobnych wspomnień dotyczących pierwszego oglądanego koncertu wykonawcy – koncertu, który tak bardzo by mnie zaskoczył, tak bardzo odbiegał od tego, czego – jak mi się zdawało – mogę się spodziewać na podstawie nagrań płytowych.

Uderzyła w słuchaczy bezkompromisowa ściana dźwięku i decybeli. Szukając odniesień, ustaliłem, przynajmniej na własny użytek, że najbardziej podobna do tej, którą serwuje Queens of The Stone Age. Prócz bólu uszu miałem jeszcze jeden dyskomfort, bardziej chyba merytoryczny. Z pewnym zdziwieniem skonstatowałem mianowicie, że brakowało mi… swingu. Tego łagodnego, płynnego przechodzenia od jednej nuty do drugiej, od zwrotki do refrenu i z powrotem. Z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że White z pełnym rozmysłem „łamał” linię melodyczną każdego niemal utworu, z jednej strony przypominając tutaj czarnych bluesmanów grających jakby cały czas tuż obok. Różnica, zasadnicza, tkwi w tym, że w Krakowie to wszystko odbywało się przy potencjometrach odkręconych na maksimum, i z rozkołysanym bluesem nie miało wiele wspólnego. Drugi powód to wokal White’a: na płytach tego nie ma, ale na żywo chyba nie do końca artysta panuje nad swoim głosem, który wielokrotnie wymykał się linii melodycznej. Jeśli w przypadku gitary był to zabieg zamierzony, o tyle w przypadku śpiewu mam już wątpliwości. Natomiast ta charakterystyczna chrypa nieodparcie – i dobrze –  kojarzyła mi się z Janis Joplin.

Kiedy już przywykłem do gwałtownego ataku wymierzonego w mój aparat słuchowy, zacząłem zastanawiać się nad sposobem obsługi gitary przez lidera pięcioosobowego składu (poza nim dwóch czarnoskórych klawiszowców, basista i perkusistka). Na pewno White nie jest wirtuozem klasy Hendriksa czy Claptona, ale wiele potrafi – i zdecydowanie pierwszy z wymienionych jest dla niego jednym wielkim wzorem i punktem odniesienia. Właśnie poprzez to

nieoczywiste dobieranie nut,

łamanie faktury utworów, granie, zwłaszcza na koniec kolejnych utworów długimi dźwiękami, wybrzmieniami, obfite korzystanie – w starym stylu – z możliwości gitarowych przystawek.

Oswojony już z ciągłym dysonansem między wersjami płytowymi i tym, co słyszałem na żywo, coraz lepiej reagowałem na muzykę. O Jacku III myślałem raczej jako o chłodnym intelektualiście, który ukochał starą muzykę i metodycznie realizuje w tym stylu kolejne projekty. Tymczasem na scenie objawił się facet może z ADHD, ale na pewno temperamentny, którego gryf gitary wciąż gna z jednego końca sceny na drugi, który wciąż wchodzi w interakcje z pozostałymi muzykami, który dyryguje orkiestrą, raz po raz dając umówione znaki.

Facet jest „nasz”. Nie kadził zanadto publiczności – i dobrze, bo niespecjalnie to lubię, ale miał z publiką dobry kontakt. Okazał się prawdziwym artystą: gram dla was, bez was nie istnieję, to, że jesteście tu, słuchacie i skaczecie pod sceną, napędza mnie i jest istotą rokendrola. Część zasadniczą koncertu zagrał ubrany w granatowego tiszerta z białym orłem na piersiach – w końcu ma polskie korzenie. Gdy po długich chyba dziesięciu minutach przerwy band wyszedł na bis, White przebrany w inną koszulkę rzucił tę pierwszą niczym 

trofeum

– w bodaj pierwszy rząd pod sceną. (Ciągle nie wiem, czy gdyby to była moja zdobycz, wyprałbym ją, czy też zasuszył niczym najcenniejszą relikwię).

Część zasadnicza trwała osiemdziesiąt pięć minut, może krótko, ale odbywała się właściwie bez przerw. Jak już wspomniałem, kolejne kawałki wybrzmiewały, a Jack zmieniał w tym momencie wiosło i – dawaj! – atakował po raz kolejny. Ci, którzy opuścili halę w tym momencie (nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy wychodzą przed końcem występu, żeby np. uniknąć korków przy wyjeździe itp.), niech żałują. Bis to był set półgodzinny, a w nim zaserwowano nam coś na kształt „The Best of”. To repertuarowo (oj, ma w czym JW wybierać!), zaś muzycznie… Wreszcie zostaliśmy dopieszczeni: łamańców było zdecydowanie mniej, za to piosenki, których bym o to nie podejrzewał, jak choćby Connected By Love czy finałowy Seven Nation Army, przybrały hymnową, monumentalną postać. Ta posągowość kojarzyć się może z wieloma numerami np. Pearl Jam, tyle że barwa głosu nie ta.

Zacząłem od jakichś przytyków i kręcenia nosem, ale koncert z każdą minutą podobał mi się bardziej, by zachwycić w swych końcowych fragmentach. No i jeszcze ten – bezlitosny, na drugi czy trzeci dzień – papierek lakmusowy: jak mi się słucha płyt JW po koncercie? Świetnie, jak nigdy dotąd.

(Jack White, Boarding House Reach, Tauron Arena Kraków, 10 października)

Setlista: https://www.setlist.fm/setlist/jack-white/2018/tauron-arena-krakow-poland-6be942fe.html

Park Jurajski (po raz kolejny i nie ostatni)

pobrane25

Profesor Tadeusz Sławek powiedział niedawno, iż bardzo żałuje, że nie udało mu się – jako rektorowi Uniwersytetu Śląskiego – zrealizować pomysłu przyznania doktoratu honoris causa Mickowi Jaggerowi.

[more]

Chyba wszyscy słuchający tego fani zarówno profesora, jak i rocka uśmiechnęli się, ja też. Choć od razu pomyślałem, czemu nie Paulowi McCartneyowi, skoro Beatlesi są zespołem bliższym Sławkowi niż Stonesi. No tak, ale Lennon, bardziej uwodzący swymi niekonwencjonalnymi wypowiedziami i zachowaniami, nie żyje, a McCartney to nie całkiem ten typ osobowości. Więc Jagger, jako frontman największej kapeli świata – jest oczywistym wyborem.

The Beatles i The Rolling Stones.

Ostatnie publikacje tych drugich, zwłaszcza zaś album On Air, wciąż dowodzą silnych związków obu zespołów oraz – po kilku dekadach – przypominają pierwsze lata działalności, czasy Sierżanta Pieprza i Their Satanic Majesties Request, ciągłego zerkania na siebie nawzajem – ze wskazaniem jednak na częstsze podpatrywanie kolegów przez Toczące Się Kamienie. I teraz jest podobnie: kilka lat temu wyciągnięto z archiwów radiowe, dokonane dla BBC, nagrania The Beatles, więc teraz światło dzienne ujrzały podobne rejestracje The Stones. Powiem od razu: dla mnie o wiele ciekawsze, starannie wyselekcjonowane, ograniczone do muzyki, pięknie oczyszczone. W oryginalnym składzie, bez Micka Taylora czy Rona Wooda, za to z Brianem Jonesem i Billem Wymanem.

TRS najpierw, przy okazji wydania Grrr!, zadeklarowali odwieszenie instrumentów na kołki, a zaraz potem dostali kolejnego, potężnego

wiatru w żagle.

W krótkich odstępach czasu fani otrzymali rejestrację koncertu w Hyde Parku (Sweet Summer Sun), znakomity film Olé  Olé  Olé! o trasie po Ameryce Południowej, nowy, bardzo dobry album z zestawem pierwszych inspiracji – Blue and Lonesome i teraz wzruszający On Air. Częstotliwość zawrotna, przypominająca tę z lat 60. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Stonesi wpisują się w tę mało liczną grupę starych gwiazd, które jakby czując kurczenie się czasu, stają się jeszcze bardziej aktywne. (Nawet jeśli wziąć poprawkę na to, że ostatnie publikacje to głównie nagrania na żywo).

Jak ich kumpel Bob Dylan, który rozkręcił się ostatnio do tego stopnia, że w ubiegłym roku wydał album aż trzypłytowy, Triplicate, trzeci już z piosenkami z okolic American Songbook. Nie ustępuje mu Van Morrison, który w 2017 w odstępie trzech miesięcy opublikował dwie nowe płyty. O Neilu Youngu też nie sposób nie wspomnieć, choć on od wielu już lat prawie nie wychodzi ze studiów nagraniowych albo innych „budek telefonicznych” i wydaje swoje kolejne płyty w ilościach niemal hurtowych.

No i dobrze, 

no i na zdrowie.

Bo kto i czego im dzisiaj zabroni? Dawno temu pasja stała się ich robotą, czego można tylko pozazdrościć, gdyż to dane jest nielicznym. A jeśli wziąć pod uwagę miarę talentu, którego starczyło nie na rok i nie na pięć lat, a całe pół wieku, na to, by łączyć radość z muzykowania z radością dawaną innym swoimi nagraniami – trzeba się tylko nisko pokłonić. Tak dochodzę kolejny raz do niezbyt odkrywczej konstatacji, że nic tak dobrze nie konserwuje jak ulubiona forma aktywności. Oraz drugiej: że sztuka jest górą – nad polityką, gorzałą, dragami, seksem i czym tam jeszcze.

Do wymienionych nazw i nazwisk dodać jeszcze trzeba paru innych (choć boję się, że kogoś tu pominę) – tych, co nagrywają nieco rzadziej albo bardzo rzadko – jak Paul Simon – ale wciąż trzymają poziom: Eric Clapton, Paul McCartney, Robert Plant,  Elton John (ten zapowiedział koniec – trasą koncertową, bagatela, trzyletnią), Carlos Santana czy Mark Knopfler.

Moje 

muzyczne puzzle

wysypały się z pudełka w latach 60. Do dziś próbuję je jakoś poskładać. Wciąż z nieskrywaną ochotą na rzeczy tzw. stare, na płyty z czasów, gdy w rocku wszystko działo się pierwszy, a nie setny raz. I wybaczam sobie, że w tej puzzlowej układance tak niewiele jest miejsca na rzeczy nowsze i całkiem nowe, że coraz częściej zbywam je wzruszeniem ramion. Stosując jeszcze jedno porównanie: moja studnia jest już prawie pełna, ciężko dolać do niej choćby szklankę. Zwłaszcza czegoś, co średnio komponuje się z dotychczasową zawartością. Bo coraz trudniej zachwycać się czymś niedawno powstałym, gdy tyle się już słyszało. Gdy serce wyłożone jest dźwiękami z lat 50. – 70. I co z tego, że ubiegłego stulecia?

[W NATemat: 25 lutego 2018]

Queenetha

pobrane_12

Głos mocny i czarowny, delikatny i dociskający. Jednak tego largo i allegro jakoś nie za wiele. W sam raz, by nie zmęczyć i nie zniechęcić. Przecież to, co uwodzi najbardziej, dzieje się pomiędzy.

[more]

*

Rok 1967,

pierwszy z tych wyjątkowo żyznych w muzyce i już choćby z tego powodu najwspanialszy, sypnął znakomitymi albumami nie tylko rockowymi. Nawet pobieżny rzut oka na czarną stronę pozwala stwierdzić, że w tamtych dwunastu miesiącach ukazuje się co najmniej kilka znaczących wydawnictw: ostatni – wydany za życia – krążek przedwcześnie i tragicznie zmarłego Otisa Reddinga, King & Queen (królową jest tu jeszcze Carla Thomas, to ich wspólne dzieło), na światło dzienne wychodzi Ray Charles Invites You To Listen. James Brown nagrywa, bagatela, zaledwie trzy krążki (w poprzednim roku pięć), a dwudziestopięcioletnia Aretha Franklin dopisuje do swej dyskografii aż cztery longplaye.

Cóż, czasy były takie, że szastano pomysłami na lewo i prawo, ocean pop music właśnie odsłaniał swą niezmierzoność, to, co rodziło się wtedy w głowach i pod palcami młodych artystów, na taką skalę nigdy już miało się nie powtórzyć. Biali Brytyjczycy zafascynowani byli czarnym bluesem zza wielkiej wody, a czarni – jak choćby ci wymienieni wyżej – ochoczo sięgali po numery Beatles, Rolling Stones i innych wyspiarzy.

 
Piosenki Franklin z tamtego okresu z rzadka przekraczają trzy minuty. Dziś nad każdym takim tematem pieczołowicie pochylono by się w studiu nagraniowym, dopieszczono, doprawiono solą i  pieprzem, cukrem i kakao, wtedy te perły, jedna za drugą, gasły gwałtownie, cichnąc w jednej chwili w głośnikach.

Głos czarny, 

mocny i czarowny,

delikatny i dociskający. Jednakowoż, właśnie, tego largo i allegro, bezprzykładnego darcia paszczy, jakoś nie ma za wiele, nie w nadmiarze, w sam raz. By nie zmęczyć i nie zniechęcić. Przecież to, co uwodzi najbardziej uszy słuchaczy, dzieje się pomiędzy – i Aretha zdaje się o tym wiedzieć. W soulu pełno jest szorstkości, nieoczywistości, bólu prawdziwego, a nie wypolerowanego na glanc – tak jak paręnaście lat później, gdy największą gwiazdą piosenki staje się Whitney Houston, jak jeszcze długo, właściwie do dziś, trwają jej naśladowczynie, wypluwając żyły i wyszarpując trzewia przed mikrofonami, co budzi moje tylko wzruszenie ramion i zupełną obojętność: nasza Edyta G., Celinka Dionova (w tych przypadkach czarne pomieszane jest już ze spuścizną Barbry Streisand) czy budząca zachwyty niektórych Florencja ze swoją Maszyną. Franklin śpiewa głosem nieznającym żadnych granic – ale pomiędzy. Pomiędzy czernią i bielą, bólem i radością. W tym

pomiędzy,

powtórzę po raz któryś, tkwi całe piękno muzyki anglosaskiej, zaklęte we wszelkich odcieniach szarości – inaczej to niż ma to miejsce z krwią wykonawcy francuskiego albo rosyjskiego na białej sukni albo czarnych butach widza siedzącego nawet w dziesiątym rzędzie.

Nie będę udawał, że jestem jakimś domorosłym soulologiem, ze szczególnym uwzględnieniem dorobku Arethy F. Nie jestem i nigdy nie będę. Ale odkąd, a stało się to już bardzo dawno temu, gitary przestały być warunkiem niezbędnym do osiągnięcia przeze mnie stanu muzycznej szczęśliwości, zacząłem zerkać w tamtą stronę. I dlatego ilustruję tę pisaninę dwiema wersjami Respect – oryginałem  ukochanego Reddinga (bo jak kochać wczesnego Niemena, nie kochając Otisa R.?) i wersją Arethy, zestawiam Glorię Them z Save Me, cudowny I Never Loved A Man w kanonicznym wykonaniu AF oraz młodziutkiej Kasi Kowalskiej z jej pierwszej płyty – Gemini z 1994 – ze Sławomirem Piwowarem na Hammondach.  A na deser It Takes Two to Tango wykonane wspólnie z Rayem Charlesem.

W tych dniach nie tylko Barack Obama ociera łzy (jak w klipie umieszczonym na blogowym fb). Pocieszenie niesie dzieło, które  zostawiła nam królowa. Do słuchania i wzruszania. Się. Wielokrotnego.

xxx

pobrane24

Z każdą taką śmiercią jest mnie mniej. Świat, który zastajemy w chwili narodzin, a potem oglądamy w trakcie dorastania, potrafi być fascynujący. Mroczny, odległy, niebezpieczny, ale i piękny. I taki poważny, bo przecież piękna dziewczyna w ogólniaku jest dla chłopaka z podstawówki nieosiągalna w swej dorosłości.

[more]

*

Bo czyż ci, których za młodu uznaliśmy za nasze autorytety, nie mieli być tutaj zawsze? A nawet jeśli nie zawsze, to na tyle długo, by nikt z nas nie martwił się, że ich czas został poddany tak gwałtownej weryfikacji? Czyż to nie z nimi nasza wyobraźnia zdążyła wiele lat wcześniej podpisać bezterminowe pakty o ich obecności. Miały obowiązywać. Bez względu na wszystko.

 (Piotr Stelmach, Lżejszy od fotografii – o Grzegorzu Ciechowskim)

 *

Dlaczego teraz jest taka „ciulnia” w polskim show-biznesie? Bo brakuje wielkich poetów rocka” – powiedział mi kiedyś w cztery oczy Robert Brylewski.

(Wojciech Konikiewicz, w: Lżejszy od fotografii…)

 *

W czasach względnej wolności było więcej zbuntowanych piosenek niż teraz. Może teraz młode zespoły nie są przeciwko niczemu, są za wszystkim i już. Albo śpiewają po angielsku jakieś truizmy.

(Marcin ŚwietlickiNieprzysiadalność. Autobiografia)

*

Życie roi się od autorytetów. Wielkich, takich, które pozostają nimi na zawsze, takich trochę mniejszych oraz całkiem małych, jak starszy kolega mieszkający w sąsiedniej klatce.

A potem, nie wiedzieć kiedy, przewracamy kartki w kalendarzu, coraz szybciej i szybciej, i ci, którzy byli dla nas drogowskazami albo znaczącymi postaciami, zaczęli się wykruszać.

Po pięćdziesiątce jest tak, że pozostała ich garstka, a co któreś wiadomości dowiadujemy się, że znów kogoś ubyło. Świat robi się coraz bardziej nie nasz, nie mój, wciąż bardziej obcy. Niebudzący ciekawości w swej codzienności, coraz częściej natomiast – znużenie. Tych, którzy mnie uformowali, już nie ma, ci, którzy na mnie wpływali, są w coraz mniejszej mniejszości.

Myśl o tym, czy i co naprawdę ważnego zostawiają nam ci, którzy popłynęli już na drugi brzeg.

I tylko nieśmiała, pocieszająca myśl: o przewadze kultury nad światem władzy, o wyższości dźwięków trąbki Tomasza Stańki na przykład na Astigmatic nad przemówieniami Gomułki, o wyższości Buenos Aires Kory nad biurem politycznym jedynie słusznej partii u schyłku lat 70.