Damon Albarn: muzyka po piątej nad ranem

albarn

Damon Albarn urodził się w 1968 roku, powoli zbliża się do pięćdziesiątki. Od dawna więc wie, że życie nie kończy się na kolejnych okrągłych rocznicach, a jako artysta z wielkim spokojem i pewnością podszedł do pracy nad nowym materiałem.

[more]

*

W wierszu „Czwarta nad ranem” Wisława Szymborska pisała:

Godzina dla trzydziestoletnich (…) 

 

Godzina, kiedy ziemia zapiera się nas. 

Godzina, kiedy wieje od wygasłych gwiazd. 

Godzina a-czy-po-nas-nic-nie-pozostanie. (…)

 

Nikomu nie jest dobrze o czwartej nad ranem. 

Jeśli mrówkom jest dobrze o czwartej nad ranem 

– pogratulujmy mrówkom. I niech przyjdzie piąta, 

o ile mamy dalej żyć.

Damon Albarn urodził się w 1968 roku, powoli zbliża się do pięćdziesiątki. Od dawna więc wie, że życie nie kończy się na kolejnych okrągłych rocznicach, a jako artysta z wielkim spokojem i pewnością podszedł do pracy nad nowym, w pełni autorskim materiałem.

Ćwierć wieku temu

zakładał Blur – zespół, który w Wielkiej Brytanii konkurował o palmę pierwszeństwa w latach 90. z Oasis, a rywalizację tę porównywano do innej, sprzed lat – między Beatles i Rolling Stones. Jeśli Oasis byli zdecydowanie gitarowi, rokendrolowi, Blur, bardziej poszukujący, sięgali chętniej do popowych klimatów czwórki z Liverpoolu. Jako czołowi przedstawiciele britpopu sami wytyczali nowe ścieżki, jednocześnie umiejętnie korzystając z tego, co stanowiło  najistotniejsze dokonania w muzyce przełomu wieków. Albarn ponadto jest współtwórcą projektu Gorillaz, udzielał się również w paru innych miejscach.

Przyszedł w końcu czas na krążek firmowany 

własnym nazwiskiem. 

Niepokój trzydziestolatka z wiersza Szymborskiej już go raczej nie dotyczy. Życie toczy się dalej, zaś skala jego talentu jest tak wielka, że pisanie kolejnych świetnych piosenek nie sprawia mu szczególnych problemów. Jako muzyk w średnim wieku czas wojowania także ma za sobą, dziś raczej nobliwie zajmuje miejsce po drugiej stronie barykady. 

Nagrał album złożony z dwunastu nostalgicznych piosenek. Przepięknych, wyciszonych, klasycznych w swej mccartneyowskiej formie, a jednocześnie aranżacyjnie czerpiących ze zdobyczy ostatnich lat. Albarn zachowuje się jak mistrz – jest całkowicie przekonany o słuszności swego wyboru – bunt, obalanie zastanego porządku, wdrapywanie się na górę to już przeszłość. Teraz, z pozycji

klasyka gatunku,

proponuje swoją muzykę co najmniej dwóm pokoleniom odbiorców. 

Jakie jeszcze, poza beatlesowskimi, skojarzenia pojawiają się przy słuchaniu tego krążka? Coś z calypso, z Karaibów, z Paula Simona z okresu Graceland– w Mr. Tembo. Jednak najwięcej tu czarów klimatem przypominających Roberta Wyatta i fantastyczną płytę Comicopera (2007), a najbardziej widocznych w Hollow Ponds oraz Photographs. Wyatt może bardziej zakręcony, psychodeliczny w swym trzyaktowym dziele, lecz Albarn, mimo iż bliżej popu i mainstreamowej piosenki, też daleki jest od banalności hitów z list przebojów i raz po raz ucieka w nieoczywiste dźwięki.

Debiutujący dwudziestolatek nie mógłby nagrać takiego albumu. W okolicach trzydziestki pojawia się – przepraszam za banał –  lęk człowieka związany z odchodzącą w przeszłość młodością i pytaniem o swoje miejsce w życiu (choć, jak pokazuje historia rocka, w przypadku znaczącego artysty bunt najczęściej właśnie wtedy przybiera dojrzałą formę). Natomiast wielkiej klasy muzyk przed pięćdziesiątką, jakim jest obecnie Damon Albarn, nie obawia się już chyba niczego. A w jego propozycjach odnaleźć można mnóstwo niewymuszonego smaku.

(Na talerzu lub w szufladce: Damon Albarn, Everyday Robots, 2014)

[W NaTemat: 10 sierpnia 2014]

Dzisiaj: „Yesterday”

yesterday

1965 rok. Paul McCartney z gitarą akustyczną i smyki, za które również tak bardzo kochamy Beatlesów.

[more]

*

Czasem przychodzi ochota, by zwrócić ucho wprost w stronę przeszłości ołtarzy, pochylić się nad ikonami. Dawno nie sięgałem do cyklu „Cover to Cover” – i przy przeglądaniu notatek stwierdziłem, że pora może wrócić do tematu.

Tak się składa, że mam na myśli trzy utwory i sześcioro wykonawców z najwyższej rokendrolowej, folkowej i soulowo-rhytmandbluesowej półki. Sześcioro spośród moich najukochańszych.

Na początek Yesterday. O rany… 1965 rok, to już pół wieku, nie ma żartów. Paul McCartney z gitarą akustyczną i smyki, za które również tak bardzo kochamy Beatlesów. Rewolucja w rokendrolu, trzynaste miejsce na liście wszechczasów magazynu „Rolling Stone”. Piosenka, po którą najczęściej w historii pop music sięgali inni wykonawcy – podobno istnieje ponad trzy tysiące jej wersji.

Niewidomy od siódmego roku życia Charles (1930-2004) uznawany jest za największego spośród mistrzów czarnej muzyki. Yesterday zaśpiewał w 1967 roku, na płycie Ray Charles Invites You To Listen.

A tytułem uzupełnienia, bo pisałem o tym utworze przy innej okazji, jeszcze jeden cover czwórki z Liverpoolu – Eleanor Rigby. Pochodzący z kolejnego, wydanego rok później krążka A Portrait of Ray.

Młodzi artyści z Wielkiej Brytanii u progu lat 60. zafascynowani byli rokendrolem i bluesem – muzyką czarnych Amerykanów. Minęło zaledwie kilka lat i role czasem się odwracały.

[W NaTemat: 24 lipca 2014]

Gomez: klasyka z końca XX wieku

gomez_bring

Uwielbienie dla Beatles wsparte potężnym bagażem psychodelii. Klasyczne instrumentarium, kapitalne wokale i kolejne utwory skrzące się taką ilością motywów wirtuozowsko przechodzących jeden w drugi, że raz po raz zastygam zadziwiony i zachwycony.

[more]

*

Nie o wygłoszenie ex cathedra tutaj chodzi, że „Słowacki wielkim poetą był”, bo na takie frazy wszyscy już nieźle zostaliśmy zaimpregnowani. Na nic też będzie próba manipulacji, iż każdy prawdziwy rockfan powinien… A jednak, pewnie z prostej przyczyny, iż muzyka tej kapeli wyjątkowo dobre miejsce wymościła sobie w mojej głowie, bardzo chciałbym Was do niej przekonać albo przynajmniej sprawić, byście pogrzebali za jej nagraniami. A może i, kto wie, zakupili sobie na własność pięciopak za jedyne 54,90 złotych polskich.

Gomez

to w Polsce wynalazek Pawła Kostrzewy. Trójkowy redaktor pod koniec lat 90. przez pięć dni w tygodniu dysponował dwiema godzinami antenowymi. To dużo, ale robił z nich wspaniały użytek. Miał też dzięki temu sposobność, by do wielu zespołów i płyt powracać. I zaraził mnie tą muzyką tak skutecznie, że – zdarzyło się potem – zadatkowałem nawet w jednym ze sklepów na poczet sprowadzenia specjalnie dla mnie kolejnego wydawnictwa kapeli.
Kostrzewa odszedł do Jedynki, a poza nim – o ile mi wiadomo – nikt szczególnie brytyjskiego kwintetu rodem z Southport w żadnej z rozgłośni radiowych nie promował. Ponadto trzeba od razu zaznaczyć, że to, co najlepsze w dokonaniach  zespołu, miało miejsce na trzech pierwszych albumach. Bo to jeszcze jedna z tych formacji, które od razu, od pierwszej płyty, były w pełni ukształtowane, nokautująco dojrzałe (mimo że panowie mieli wtedy po niewiele ponad dwadzieścia lat). Śmiem twierdzić, że debiut – Bring It On (1998) był znakomity, wręcz arcydzielny, a więc przegonić go już nie sposób, można „jedynie” równać do, co jest piekielnie trudną sztuką.

 

Jak pogrzebać w internecie, to oczywiście od razu otwiera się przepastny wór z wymalowanym na nim słowem-kluczem: indie. W tym przypadku dominuje 

miłość do lat 60.,

uwielbienie dla Beatles wsparte potężnym bagażem psychodelii. Klasyczne instrumentarium, kapitalne wokale i kolejne utwory skrzące się od takiej ilości motywów, wirtuozowsko przechodzących jeden w drugi, że raz po raz zastygałem i do dziś zastygam zadziwiony i zachwycony. To wielka rozpusta naznaczonych geniuszem młodych artystów, by z kolejnych utworów budować misterne od strony formalnej cacuszka, o których wiadomo, że stworzone zostały z błysków, z iskier, a nie w pocie czoła nad papierem nutowym. Rozpusta, by w jeden utwór zapakować tyle pomysłów, jakby pokłady tych ostatnich były niewyczerpane.

 

I jak to – całkiem banalnie – w życiu bywa, po wielkich przypływach muszą nastąpić i odpływy. Te mają miejsce od 2002 roku, od czwartego albumu In Our Gun. Choć, powtórzę, co już nie raz pisałem, słabsze albumy wielkich albo dobrych wykonawców i tak zwykle biją na głowę większość tego, co dostępne na rynku.

*

Zespół dał pierwszy koncert w Leeds w 1996 roku, a dwa lata później za debiutancką płytę – okrytą platyną – otrzymał 

Mercury Music Prize,

zostawiając w pokonanym polu Massive Attack, Pulp i The Verve. Platynowa stała się także o rok późniejsza płyta Liquid Skin, a zespół kolejny raz wziął udział w festiwalu w Glastonbury.

Wyniki sprzedażowe następnych albumów nie są już tak spektakularne, ale nadal niezłe. Gomez bierze udział w kolejnych festiwalach – m.in. w Roskilde i Lollapalooza, gra jako support przed Dave Matthews Band i Pearl Jam. Po 2006 roku zwalnia nieco tempo, niektórzy członkowie kapeli rozpoczynają kariery solowe, ale mowy o końcu współpracy nie ma.

*

Od debiutu mija dziś szesnaście lat. Kawał czasu. 

Czy to już klasyka? 

Szesnaście lat od wydania pierwszego albumu The Beatles minęło w 1979 roku i wtedy wydawało się, że przeszło kilka muzycznych epok. Teraz rockowy zegar kręci się wolniej, raz po raz staje, cofa się albo przynajmniej spogląda wstecz. 

A może jest zupełnie inaczej – może to ja za klasykę uznaję to, co – mniemam,  wartościowego – zastałem w kulturze, a więc i muzyce, z chwilą urodzenia, ewentualnie to, co powstało, gdy dopiero dorastałem. Ale coś, co stworzono, gdy byłem już, cokolwiek to znaczy, dorosły? Trudno tę myśl przełknąć. Bo oznaczałaby, że mój pesel coraz bardziej niedzisiejszy. Fakt, odbicie w lustrze przy codziennym goleniu jeszcze toleruję, lecz swoich zdjęć od dawna spokojnie oglądać nie potrafię.

Ale co ja tu o jakiejś gębie? Ach, już wiem: w szufladce – który to już raz? – pierwsza płyta Gomeza, a gęba wciąż mi się śmieje. Czego i Wam z serca życzę – i gorąco zachęcam.

[W NaTemat: 1 czerwca 2014]

Cover to Cover: The Beatles i Vanilla Fudge, Eleanor Rigby

1966 i 1967 rok. Jeśli chodzi o Beatles, jest to pochodzący z albumu Revolver jeden z moich najukochańszych utworów w ich dorobku, jedna z największych pereł wśród bezmiaru znakomitości podpisanych przez McCartneya, Lennona czy Harrisona.

[more]

Amerykański Vanilla Fudge to – jak popatrzeć na jego dorobek – właściwie cover band. Powstały w 1966 roku, działający z przerwami do dziś, ale ten najistotniejszy okres obejmuje pierwszych pięć lat, do 1970 roku.

Kapela zafascynowana była przede wszystkim dokonaniami właśnie Beatlesów, jej pierwszy album otwierał Ticket To Ride, a zamykał Eleanor Rigby. Psychodelia w pełnym rozkwicie, materiał źródłowy stanowiący ledwie punkt wyjścia dla nieokiełznanej wyobraźni muzyków i upodobań do improwizacji.

Inną kwestią jest, jak to się broni po latach. Jedno jednak nie podlega dyskusji – wtedy, aby tak grać, trzeba było mieć pojęcie o stosowanym instrumentarium, a nie liczyć na nieograniczone możliwości studia nagraniowego.

 

Paul i Faul, czyli historia pewnej mistyfikacji

„Kobiety, ach, te kobiety! Cóż by bez nas było, jaki byłby świat? I dla was, panowie: tylko wino i śpiew” – śpiewała grupa For Dee, czyli Krystyna Stańko i Jowita Tabaszewska. Dziś, nie pierwszy raz zresztą, głos ma moja żona. Pierwsza, osobista.

[more]

To film dla ludzi wyznających spiskową teorię dziejów, węszących podstęp, kochających opowieści ze skarbnicy legend miejskich – o czarnej wołdze, Elvisie, który wciąż żyje, porywaczach dzieci i odwiedzających nocą cmentarze. Wszystko niby się zgadza: opowieść jest niesamowita i wydaje się prawdopodobna, dotyczy znanych osób, jest grupa, której zależy na ukryciu prawdy, a całość została nagłośniona przez media, czego dowodem jest: Paul McCartney zginął. Historia oszustwa Joela Gilberta (2010) .

Film jest zrobiony ze śmiertelną – nomen omen – powagą. Historia jest drobiazgowo, czy nie nazbyt, opisana, w tym gąszczu dowodów giną sprawy istotne, nie ma odpowiedzi na zasadnicze pytanie: jak można tak długo w dzisiejszej globalnej wiosce ukrywać prawdę? Czy da się wszystko wytłumaczyć działaniem służb specjalnych, czy jest możliwe znalezienie (odkrycie?) równie wielkiego – bliźniaczo podobnego – talentu, o czym świadczy przecież solowa działalność McCartneya.

To, co mi się w tym filmie podobało, to interpretacja okładek płyt, raczej rzadko przyglądamy się im tak dokładnie, a znaleźć tam można naprawdę ciekawe rzeczy… Podobnie jak w odtworzonych od tyłu fragmentach piosenek.

No i masa dokumentalnych materiałów, fragmentów filmów, zdjęć, archiwalnych nagrań.  Inna sprawa, jak je wykorzystano, jakiemu celowi posłużyły.

Obejrzeć nie obejrzeć – oto jest pytanie. W sezonie ogórkowym… Ale ja i tak wierzę, że na Stadionie Narodowym wystąpił prawdziwy Paul, a nie jakiś false Paul czyli Faul.


King Paul The 1st – Paul McCartney, Warszawa, Stadion Narodowy, 22 czerwca 2013

Kiedy w 1965 roku Beatlesi otrzymali Ordery Imperium Brytyjskiego, Elżbieta II była królową od dwunastu lat, zaś McCartney był zaledwie dwudziestotrzyletnim mężczyzną. Dziś jest tak, że królowa właśnie świętowała sześćdziesięciolecie swej koronacji, a Sir Paul jest od dawna królem – i to nie tylko Anglii, ale całej muzyki.

[more]

Dowód na jego panowanie

został wczoraj przeprowadzony w sposób nieoczywisty. Stadion Narodowy, na którym znalazłem się po raz pierwszy, jest budowlą imponującą, zaiste – dwudziestopierszowieczną, choć miejsca między rzędami za wiele nie ma, a oparcia fotelików są karygodnie niskie. Ale kichać to wszystko, siedzieliśmy idealnie na wprost sceny.

W życiu niewiele jest takich momentów, że tydzień staje się nagle układem ośmiodniowym, że dzieją się w naszym życiu rzeczy niezwykłe, na które czekaliśmy długie lata i które najpewniej się nie powtórzą. I występ tego Beatlesa w Polsce, pierwszy, był takim magicznym momentem. Cóż jednak z tego. Gdy rozbrzmiały pierwsze nuty Eight Days A Week, nie dowierzałem własnym uszom. Czyżby to była wersja oryginalna, z taśmy, a muzycy stojący na scenie odezwą się w drugiej zwrotce? Ale nie, telebim nie kłamie, palce lidera wyraźnie przebiegają po gryfie. Ogarnęła mnie rozpacz, zacząłem rozglądać się na boki, czy inni słyszą to, co ja. Po kilku piosenkach, zdesperowany, zszedłem z piętnaście metrów niżej, ale dźwięk był równie kiepski. Pogoniony przez ochroniarza, zrezygnowany, wróciłem na swoje miejsce.

W siedemdziesiątej minucie koncertu zdarzył się cud.

Miłość zatriumfowała

nad zmysłem słuchu, nad rozumem. Obraz doskonały, widać, że na scenie jest wszystko w jak najlepszym porządku, tylko to, co wychodzi ze sprzętu nagłaśniającego, obija się gdzieś o beton, o dach, pozbawiając nas basów i czystości wysokich tonów. Im ostrzej, tym gorzej. Ale, jak rzekłem, cud się dokonał. Wielkość tej muzyki, dla mnie niepodlegająca jakiejkolwiek dyskusji, okazała się silniejsza od niedostatków akustycznych. Gdy rozbrzmiałó fortepianowe intro Lady Madonna, moje pocztówkowe wspomnienie z dzieciństwa, ścisnęło mnie w gardle i nie puściło już do końca.

Paul McCartney udowodnił, że jest artystą największej miary. Nie pozostawił żadnych wątpliwości, że jest mistrzem ballady (My Valentine, The Long And Winding Road czy Yesterday), piosenki (We Can Work It Out, Band On The Run czy Ob-La-Di Ob-La-Da) i najmocniejszych rockowych riffów. Po prostu Mr. Music, muzyk kompletny, genialny kompozytor i multiinstrumentalista.  I jeśli ktoś zamierza w tym miejscu kręcić nosem nad niektórymi jego dokonaniami, to proszę wskazać mi innego na przestrzeni dziejów artystę, który – tworząc przez pół wieku – nie popełnił żadnego błędu, nie stworzył nic poniżej arcydzielnego poziomu.

Zachwyt nad dziełem Sir Paula nie jest niczym nowym, ale – wybaczcie, świadomość wielkiej klasy jego dzieła uderza w odbiorcę niezwykle mocno, gdy słyszy się te utwory jeden po drugim, na żywo. Gdy się pomyśli, że ten człowiek mógłby ze swoich piosenek ułożyć jeszcze kilka innych wspaniałych koncertów, robi to naprawdę olbrzymie wrażenie. Po prostu nie mam wątpliwości, że obcowałem wczoraj z

geniuszem naszych czasów.

Panem, który kilka dni temu skończył siedemdziesiąt jeden lat, wygląda i rusza się jak czterdziestolatek. Który znakomicie bawi się tym, co robi, i swoją radością zaraża wszystkich wokół. Wciąż zagadujący, żartujący, wciąż jakby sprawdzający, czy otrzymane brawa są tylko kurtuazyjne, czy płynące z serc słuchaczy. Widać było, jak go cieszy żywiołowa reakcja, jak doładowuje w ten sposób swoje akumulatory, zanim zacznie kolejną piosenkę.

Jak go za to nie kochać? Jeden z jego kumpli przegrał z kulą fana-wariata, drugi z rakiem, a on nagrywa i koncertuje nadal, za nic mając kalendarze i metryki, jakby muzyka konserwowała go bezustannie i w najpiękniejszy z możliwych sposobów. Gdy na koniec części głównej występu zagrał jeden z moich utworów wszechczasów, Hey Jude, spora część widzów wyjęła wcześniej przygotowane kartki z napisem „Hey Paul”. Wyraźnie wzruszyło to mistrza ceremonii, który długo dyrygował śpiewającą (właśnie „Hey Paul”) a capella widownią i wielokrotnie kłaniał się, nim zszedł ze sceny.

Ale nikt o zdrowych zmysłach nie myślał puścić już maestra do domu. Niemilknące oklaski spowodowały, że zespół znów pojawił się na scenie. I w tym miejscu słowo o czymś, co mogłoby stać się przyczynkiem do rozważań: jak to jest, że

muzyka łączy pokolenia i narody,

a piłka kopana dzieli i prowadzi do wojen? Szlachcic McCartney wkroczył na estradę, trzymając w dłoniach wielką flagę Polski, a jeden z jego muzyków (zespół świetny, ten sam, co podczas trasy w 2009 roku) flagę brytyjską. Przez dobre pół minuty chodzili z nimi po scenie, mocno wymachując. A widownia w tym czasie wiwatowała. Czy coś podobnego możliwe jest podczas meczu piłkarskiego?

Pierwszy bis okazał się nokautujący dla tych, którzy jeszcze mogli mieć wątpliwości co do siły głosu Mr. Paula – choć o to po Back In The U.S.S.R. i potężnym Live And Let Die było chyba trudno. Niemniej gitarowa zagrywka Day Tripper – może nie na miarę Satisfaction Stonesów czy You Really Got Me Kinksów, ale na pewno porównywalna z Last Time tych pierwszych – robiła wielkie wrażenie. Day Tripper wespół z Hi Hi Hi i Get Back stanowił krótki set ostrej jazdy jednoznacznie dowodzący, że król rokendrola jest dziś tylko jeden.

Ale i to jeszcze nie był koniec. Brawom nie było końca i scena raz jeszcze ożyła. Wpierw wyszedł sam Paul i zaśpiewał Yesterday. Chyba wszyscy obawiali się, że to może być koniec, bo mistrz znalazł się niebezpiecznie blisko kulis. Ale nie – nastąpiła nie wiadomo która już zmiana gitary i dostaliśmy następną porcję łojenia – Helter Skelter. A już na nieuchronne zakończenie – finałowy medley z Abbey Road: Golden Slumbers, Curry That Weight i The End.

Fan-ta-stycz-ne! Mimo niedomagań nagłośnieniowych – były to zupełnie wyjątkowe dwie godziny i czterdzieści minut. Opuszczałem więc stadion spełniony i szczęśliwy.

Tu koniec i bomba – powtórzę za Gombrowiczem. – A kto nie był, a mógł – ten trąba!

Piosenki pełne smaku – Paul McCartney, Flaming Pie, 1997

Koncert Sir Paula w Warszawie coraz bliżej, to sprowokowało mnie do sięgnięcia po jeden z jego najlepszych solowych albumów, Flaming Pie z 1997 roku. Materiał powstawał w okresie, kiedy McCartney zakończył pracę nad antologią Beatlesów i mógł wreszcie zająć się swoimi nowymi pomysłami. Nowymi? Duch czwórki z Liverpoolu tak mocno unosi się nad tymi nagraniami, że nie sposób oprzeć się porównaniom i wzruszeniu.

[more]

Swego dopiął też Jeff Lynne, kiedyś lider Electric Light Orchestra. Zawsze powtarzał, że

dokonania The Beatles

stanowią dla niego wzór. I tak jak najpierw, w czasie gdy intensywnie komponował, miał te harmonie gdzieś z tyłu głowy, tak później wytrwale dążył do bliższej współpracy ze swymi mistrzami. Udało mu się już w 1987 roku, gdy został producentem albumu George’a Harrisona, następnie na pokładzie Traveling Wilburys znalazł się obok Roya Orbisona, Toma Petty’ego, Boba Dylana i – znów – Harrisona. Potem jeszcze produkował album Ringo Starra oraz dwa „nowe” utwory Beatlesów: Free As A Bird i Real Love. No i wreszcie w tym przypadku, gdy wziął udział w nagraniu i produkcji utworów na omawiany krążek.

Oprócz Lynne’a pojawiają się na tej płycie Steve Miller (ten od Steve Miller Band i Abracadabry), Ringo Starr, George Martin, żona Linda, a nawet syn mistrza, James McCartney.

Cudowna lekkość i łatwość,

z jaką przed laty pisał piosenki z Lennonem, znów spłynęła na niego. Jak pomyślę, że zamiast dwóch – trzech bardziej błahych tematów zawartych na tym krążku parę swoich pomysłów dorzuciłby, gdyby żył, John, jeden George, otrzymalibyśmy znakomitą nową płytę najwspanialszej grupy w historii rocka.

Trochę trwało, zanim dotarła do mnie wielkość i uroda tego albumu. Na gorąco zachwycała się nim Beata Pawlikowska, wówczas współpracowniczka Trójki, na mnie spłynęło to trochę później. Po wielu latach, gdy w 2011 roku na okładce polskiego wydania biografii McCartneya przeczytałem słowa tłumacza i Beatlesologa jednocześnie, Piotra Metza –

„Najwybitniejszy autor muzyki rozrywkowej

naszych czasów” – zrobiło mi się przyjemnie i ciepło. I ucieszyłem się, że z taką oceną nie jestem sam, że stoję w tak doborowym towarzystwie. Bo przecież młodsi zdają się już nie doceniać dzieła Beatlesów, a – z drugiej strony – spór o to, czyja wielkość jest większa, Lennona czy McCartneya, do końca nie wygasł.

Chyba nie ma potrzeby długo rozwodzić się nad czternastoma piosenkami składającymi się na tę płytę. O geniuszu Sir Paula świadczy taka perła, jak Somedays, klimatem i smykami przywodząca na myśl Yesterday i Strawberry Fields Forever, a ponadto kilka znakomitych kawałków, m.in. Souvenir kojarzący się nieodparcie z Oh Darling, przepiękne Calico Skies i Little Willow czy świetny na koniec Great Day. A tego, że bandlider jest ciągle rokendrolowcem, dowodzi utwór tytułowy. Świetny krążek!

Na początku był Chuck Berry

Keith Richards: „Jak powiedziałem, kiedy wprowadzałem go do Hall of Fame [1986], ukradłem każdy riff, który kiedykolwiek zagrał”.

Marek Garztecki: „Szczupły, przystojny „chłopiec z gitarą” stworzył nowy typ młodzieżowego bohatera i uznany został za jedną z najbardziej fascynujących osobowości estradowych naszych czasów. Był pierwszym murzyńskim wokalistą, który stał się idolem białej młodzieży amerykańskiej. On też jako pierwszy zrobił decydujący krok od czarnego rythm and bluesa do nowego multikolorowego tworu zwanego rock and rollem”.

[more]

W 1978 roku zbiegły się w moim życiu dwa bardzo istotne muzyczne epizody: w swojej „Tonacji Trójki” Dariusz Michalski prezentował

mistrzów rock and rolla.

To wtedy pierwszy raz w dużej dawce zetknąłem się z piosenkami Berry’ego – i zwariowałem. A pod choinką parę miesięcy później znalazłem prezent od brata – książkę Marka Garzteckiego Rock. Od Presleya do Santany, a w niej krótki, ale cały rozdział poświęcony temu gitarzyście, wokaliście i kompozytorowi. I od tamtej pory wiem, że od tego faceta wszystko się zaczęło. Skończyły się rokendrolowe wprawki, zaczęło bezkompromisowe łojenie.

Urodził się w 1926 roku, był jednym z sześciorga rodzeństwa, jednak nigdy nie zaznał biedy. W 1944 roku został zatrzymany pod zarzutem kradzieży i spędził trzy lata w poprawczaku. Potem wahał się, czy zostać fryzjerem, czy muzykiem. Zwyciężyła miłość do muzyki, z którą – jak każdy Murzyn – zetknął się jako dziecko w kościele. W 1952 roku miał już swoje stałe trio. Grupa była jedną z pierwszych profesjonalnych wykonujących R&B.

Berry chciał trafić do Chicago, miasta tętniącego wtedy graniem. Dobił się do sławnego już Muddy’ego Watersa, został wysłuchany i parę dni później obaj znaleźli się w wytwórni

Chess Records.

Zespół nagrał trzy utwory, a wśród nich Maybellene. Jeden z braci Chessów zasugerował zmianę aranżacji, dodanie mocnego beatu i… bomba poszła w górę. To był maj 1955 roku, utwór szybko stał się numerem jeden list przebojów w całych Stanach.

Berry koncertował w największych salach, bijąc rekordy popularności. Jeszcze w tym samym 1955 wylansował następny przebój – Roll Over Beethoven, a w kolejnych trzech latach School Day, Rock And Roll Music, Sweet Little SixteenJohny B. Goode.

Jak pisze wspomniany już M. Garztecki, stał się

pierwszym poetą rokendrolla,

śpiewał o świecie widzianym oczami nastolatka, ucznia, o pierwszych miłościach i rodzicielskich nakazach. Pojawiają się nawet wątki związane z ubóstwem i segregacją rasową, w mocno zawoalowanej formie, ale były to przecież lata pięćdziesiąte.

U szczytu sławy, w 1959 roku został powtórnie aresztowany, tym razem pod zarzutem uwiedzenia nieletniej. Okazało się, że dziewczyna była znacznie starsza, trudniła się prostytucją i nikt do niczego jej siłą nie zmuszał. Sędzia jednak ciągle zwracał się do niego „ty czarnuchu” i Berry ostatecznie poszedł siedzieć – tym razem na blisko dwa lata.

I wszystko się zmieniło – przede wszystkim on: stał się odludkiem, żona zażądała rozwodu, starzy przyjaciele odwrócili się od niego. Zmieniał się też rock. Berry musiał zaczynać niemal od początku.

I tak naprawdę

już nigdy się nie podniósł.

W 1972 roku co prawda powrócił na szczyty list przebojów kawałkiem My Ding-A-Ling, znów mógł grać w wielkich salach koncertowych, ale dawnej popularności na dłużej nie odzyskał. W 1979 roku wymiar sprawiedliwości raz jeszcze upomniał się o niego – odsiedział cztery miesiące za fałszerstwa podatkowe.

Najbardziej interesuje nas jednak dzieło, a nie sam człowiek. Dziesięć pierwszych lat, bo okres 1955-1964 jest tym najważniejszym, tym, kiedy powstały wszystkie istotne utwory Berry’ego. Piosenki, bez których nie sposób mówić o początkach rokendrola, o jego kamieniach milowych. Rola artysty, jego

wpływ na następne pokolenie twórców

– przede wszystkim brytyjskich – z Beatlesami i Stonesami na czele, jest nie do przecenienia. Ten zadziorny facet nieźle narozrabiał w dziejach popkultury.

Od bodaj kilkunastu miesięcy są dostępne w Polsce znakomite dwupłytowe kompilacje Universalu w serii Gold. Wśród nich zremasterowany wybór piosenek Chucka Berry’ego – definitive collection, ponad dwie godziny grania. Pięćdziesiąt piosenek, które ukazują wszystko, co najistotniejsze w dorobku mistrza. Oprócz wyżej wymienionych jeszcze Wee Wee HoursCarol, Little Quennie, Memphis, Tennessee czy Nadine, by wymienić tylko niektóre z najsłynniejszych. Rewelacja – za jedyne 22,99 zł.

 

 

Weather Report

W niedzielę, mam nadzieję, Paul McCartney i Flaming Pie.

Wyrwane z kontekstu (7): Joe Cocker, With A Little Help From My Friends

Joe Cocker jest bodaj najbardziej spektakularnym przypadkiem rockowej kariery zrobionej w oparciu o covery. Ten biały człowiek obdarzony fenomenalnym czarnym głosem, sięgając po cudze kompozycje, potrafił stworzyć zupełnie nową jakość.

[more]

Najsłynniejszy tego przykład pojawia się już na samym początku, na singlu w 1968 roku oraz rok później wydanej pierwszej płycie długogrającej. Z niewielką, a nawet całkiem sporą pomocą przyjaciół. I to jakich!

Na basie zagrał jego długoletni – jak się miało okazać – współpracownik, Chris Stainton, na perkusji nieżyjący już bębniarz Procol Harum, B.J. Wilson. A na gitarze… Na gitarze zagrał sam Jimmy Page.

Znamienne, że ten znakomity kawałek The Beatles, pochodzący z albumu Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (1967) i zaśpiewany przez Ringo Starra, pozostał znakiem rozpoznawczym Cockera przez całą jego poplątaną i znaczoną używkami karierę. Beatlesi byli tak zachwyceni rockową ekspresją utworu, że wysłali do Cockera telegram z gratulacjami.

W jego wykonaniu kawałek zyskał na mocy, z gitar wydobyto całą ich elektryczność. No i ten ekstatyczny w wersjach koncertowych finał (Woodstock ’69, krążek Live z 1990), z takich, co to wszystkich – na scenie i na widowni – unosi w powietrze. Finał, co trwa i trwa i wybrzmieć nie może.

Mądra/głupia – starość/młodość

W kwietniu 2005 roku, po śmierci, a przed pogrzebem Jana Pawła II, mieliśmy bardzo szczególny tydzień. W publicznej telewizji przejawiło się to tak, że zamiast wcześniej ustalonego programu, zamiast obowiązującej ramówki – zrobiło się siedem dni gadających głów. Statycznie, w fotelach, przed kamerami w studiu zasiadali bardzo różni ludzie. Łączyła ich metryka – wszyscy mieli grubo po pięćdziesiątce. Byli to ci, którzy niejedno już przeżyli i potrafili swoje doświadczenia albo zsyntetyzować, albo interesująco zanalizować.

[more]

Było takich programów bardzo wiele. Siadało się przed telewizorem i z wielkim zainteresowaniem słuchało tych siwych w większości głów. Michał Ogórek zawarł wtedy interesujące spostrzeżenie w swym cotygodniowym felietonie w „Gazecie Telewizyjnej”. Napisał mianowicie, że w tych szczególnych okolicznościach uwolniliśmy się w TV od kultu młodości. Do studia wpuszczono starych ludzi, pozwolono im mówić na żywo do kamery – i było to niejednokrotnie niezwykle pasjonujące. Młodość natomiast – pisał – ma to do siebie, że trzeba ją filmować dwadzieścia cztery godziny na dobę (pił tu do programów typu „Big Brother”), by potem z biedą zmontować z tego pół godziny.

*

Od opozycji mądra starość i głupia młodość są jednak wyjątki. Najważniejszym z nich wydaje mi się rock’n’roll. Muzyka młodych, muzyka, w której pierwsze, oryginalne wykonanie najczęściej jest tym najważniejszym. Muzyka buntu, sprzeciwu. Wobec starych, wobec panującego porządku. Rock, siłą rzeczy, był zrazu muzyką młodych. Zastępy dwudziesto- i – z rzadka – trzydziestolatków zabrały się za robienie hałasu na scenie. Dziś pierwsi z nich, jeśli dożyli, są już po siedemdziesiątce. I podobnie ich fani.

Bardzo charakterystyczne jednak, że zarówno w złotych latach 60., jak i późniejszych, najwspanialsze płyty wychodziły z głów i spod rąk ludzi trochę przed lub trochę po trzydziestce. Tak to jakoś w rocku było i jest, że kiedy mówimy o dziełach największych, zwykle są one dziełem ludzi od kilku lat obecnych na rynku. Okrzepli, rozwinęli się, dojrzeli. Udoskonalili warsztat kompozytorski i wykonawczy. A jednocześnie – wciąż są młodzi i nadal zdziwieni porządkiem świata. Biały album Beatlesów, Let It Bleed  Stonesów, Dark Side of The Moon Floydów, by wymienić tylko największe spośród największych.

Są oczywiście, jak zawsze, odstępstwa od tej reguły. Znakomite albumy nagrywali wykonawcy zaledwie tuż po dwudziestce (np. Led Zeppelin), znakomite nagrywają – dziś – też i ci, którzy od kilku dekad wciąż są na scenie (np. Robert Plant – dwa ostatnie krążki). Ale najwięcej arcydzieł rockowych jest efektem talentu ludzi w okolicach trzydziestki. Jeszcze ciągle ze świeżymi pomysłami, a już w pełni ukształtowanych, jeszcze bezkompromisowych, a już świadomie operujących warsztatem.

Naprawdę, trudno mi znaleźć inny przykład, inną dziedzinę. Na pewno  sportowcy w większości dyscyplin, czasem tancerze (estetyka zupełnie mi obca). Ale poza tym? Kto? Nie widzę.

(20 maja 2012)