
Damon Albarn urodził się w 1968 roku, powoli zbliża się do pięćdziesiątki. Od dawna więc wie, że życie nie kończy się na kolejnych okrągłych rocznicach, a jako artysta z wielkim spokojem i pewnością podszedł do pracy nad nowym materiałem.
[more]
*
W wierszu „Czwarta nad ranem” Wisława Szymborska pisała:
Godzina dla trzydziestoletnich (…)
Godzina, kiedy ziemia zapiera się nas.
Godzina, kiedy wieje od wygasłych gwiazd.
Godzina a-czy-po-nas-nic-nie-pozostanie. (…)
Nikomu nie jest dobrze o czwartej nad ranem.
Jeśli mrówkom jest dobrze o czwartej nad ranem
– pogratulujmy mrówkom. I niech przyjdzie piąta,
o ile mamy dalej żyć.
Damon Albarn urodził się w 1968 roku, powoli zbliża się do pięćdziesiątki. Od dawna więc wie, że życie nie kończy się na kolejnych okrągłych rocznicach, a jako artysta z wielkim spokojem i pewnością podszedł do pracy nad nowym, w pełni autorskim materiałem.
Ćwierć wieku temu
zakładał Blur – zespół, który w Wielkiej Brytanii konkurował o palmę pierwszeństwa w latach 90. z Oasis, a rywalizację tę porównywano do innej, sprzed lat – między Beatles i Rolling Stones. Jeśli Oasis byli zdecydowanie gitarowi, rokendrolowi, Blur, bardziej poszukujący, sięgali chętniej do popowych klimatów czwórki z Liverpoolu. Jako czołowi przedstawiciele britpopu sami wytyczali nowe ścieżki, jednocześnie umiejętnie korzystając z tego, co stanowiło najistotniejsze dokonania w muzyce przełomu wieków. Albarn ponadto jest współtwórcą projektu Gorillaz, udzielał się również w paru innych miejscach.
Przyszedł w końcu czas na krążek firmowany
własnym nazwiskiem.
Niepokój trzydziestolatka z wiersza Szymborskiej już go raczej nie dotyczy. Życie toczy się dalej, zaś skala jego talentu jest tak wielka, że pisanie kolejnych świetnych piosenek nie sprawia mu szczególnych problemów. Jako muzyk w średnim wieku czas wojowania także ma za sobą, dziś raczej nobliwie zajmuje miejsce po drugiej stronie barykady.
Nagrał album złożony z dwunastu nostalgicznych piosenek. Przepięknych, wyciszonych, klasycznych w swej mccartneyowskiej formie, a jednocześnie aranżacyjnie czerpiących ze zdobyczy ostatnich lat. Albarn zachowuje się jak mistrz – jest całkowicie przekonany o słuszności swego wyboru – bunt, obalanie zastanego porządku, wdrapywanie się na górę to już przeszłość. Teraz, z pozycji
klasyka gatunku,
proponuje swoją muzykę co najmniej dwóm pokoleniom odbiorców.
Jakie jeszcze, poza beatlesowskimi, skojarzenia pojawiają się przy słuchaniu tego krążka? Coś z calypso, z Karaibów, z Paula Simona z okresu Graceland– w Mr. Tembo. Jednak najwięcej tu czarów klimatem przypominających Roberta Wyatta i fantastyczną płytę Comicopera (2007), a najbardziej widocznych w Hollow Ponds oraz Photographs. Wyatt może bardziej zakręcony, psychodeliczny w swym trzyaktowym dziele, lecz Albarn, mimo iż bliżej popu i mainstreamowej piosenki, też daleki jest od banalności hitów z list przebojów i raz po raz ucieka w nieoczywiste dźwięki.
Debiutujący dwudziestolatek nie mógłby nagrać takiego albumu. W okolicach trzydziestki pojawia się – przepraszam za banał – lęk człowieka związany z odchodzącą w przeszłość młodością i pytaniem o swoje miejsce w życiu (choć, jak pokazuje historia rocka, w przypadku znaczącego artysty bunt najczęściej właśnie wtedy przybiera dojrzałą formę). Natomiast wielkiej klasy muzyk przed pięćdziesiątką, jakim jest obecnie Damon Albarn, nie obawia się już chyba niczego. A w jego propozycjach odnaleźć można mnóstwo niewymuszonego smaku.
(Na talerzu lub w szufladce: Damon Albarn, Everyday Robots, 2014)
[W NaTemat: 10 sierpnia 2014]














