Dzień, w którym pękło niebo

dem_20_lat

Każdy, kto miał choć mgliste pojęcie o ówczesnych zakrętach losu Riedla, domyśliłby się, o co chodzi. Lecz przecież jednocześnie fan broni się przed podobnymi scenariuszami jak długo się da, nie dopuszcza takiej myśli do siebie. Zderzenie z prawdą, okrutną, bezlitosną, musi jednak w końcu nastąpić. I nastąpiło. W najbliższych wysłuchanych wiadomościach.

[more]

*

30 lipca 1994 roku. Spędzaliśmy czas wolny od pracy całą czteroosobową rodziną w górach, żona, ja i dwaj trzyletni synowie. Ci, co mają dzieci, wiedzą, że w takich okolicznościach trudno mówić o urlopie. Nawet największa rodzicielska miłość nie zwalnia z obowiązku posiadania oczu dookoła głowy. Korzystanie z mediów – wtedy (i dziś) najczęściej z radia – nie było łatwe. 

Gdzieś chyba około południa udało się to jednak zrobić. Trójka okropnie wówczas dołowała, natomiast okres świetności przeżywał RMF pod wodzą Piotra Metza. O, Dżem! – ucieszyłem się, słysząc swoją ukochaną kapelę. Po pierwszym utworze nastąpił jednak drugi, potem trzeci i kolejny. 

Każdy, kto miał wtedy choć mgliste pojęcie o zakrętach losu zespołu i jego frontmana, domyśliłby się, o co chodzi. Lecz przecież jednocześnie człowiek broni się przed podobnymi scenariuszami jak długo się da, nie dopuszcza takiej myśli do siebie, rozpaczliwie – w tym przypadku jako fan – szuka innego wytłumaczenia. Zderzenie z prawdą, okrutną, bezlitosną, musi jednak w końcu nastąpić. I nastąpiło. W najbliższych wysłuchanych wiadomościach.

Ryszarda Riedla, Dżem, widziałem wielokrotnie w akcji. Najczęściej w katowickim Spodku – między innymi przy okazji kolejnych edycji festiwalu Rawa Blues czy koncertów urodzinowych. To była wielka radość: patrzeć, jak zespół rośnie w siłę. Z niezłego staje się dobrym, z dobrego – znakomitym. Jak dojrzewa, tworząc kolejne świetne numery, jak fantastycznie wykonuje je na żywo. Nawet zaledwie dwudziestominutowy set na koniec jednej z Raw, w którym zagrali kawałki z przygotowanego dopiero do wydania Detoksu, robił piorunujące wrażenie. 

Zaliczam się do grona wielkich wyznawców całego dorobku formacji. Tego z Riedlem, jak i późniejszego. Dżem bez RR, a potem także i bez Pawła Bergera, jest nadal Dżemem. Czy bracia Beno i Adam Otrębowie, Jerzy Styczyński  i Zbigniew Szczerbiński wraz z Maciejem Balcarem oraz Januszem Borzuckim mogliby składać hołd pamięci swym zmarłym kolegom w lepszy sposób, niż to właśnie czynią – czyli grając dalej, dochowując wierności zarówno samym sobie, jak i Im?

[W NaTemat: 30 lipca 2014]

Wyrwane z kontekstu: Dżem, Bym zobaczyć mógł i Jeden zwyczajny dzień

Ciężko było Dżemowi po śmierci Ryszarda Riedla, bardzo ciężko. Z jednej strony skończył się schizofreniczny problem, czy frontman wyjdzie dziś na scenę, czy też nie będzie w stanie i zagramy instrumentalny koncert. A z drugiej – to gadanie, którego osobiście nie cierpię – że Dżem bez Riedla to już nie to, że nie ma racji bytu. To, że kapela gra do dziś – i to jak! – jest najlepszym uzasadnieniem podjętych w trudnych chwilach decyzji.

[more]

Trzy studyjne albumy nagrane z Jackiem Dewódzkim dawały jednak pewne argumenty do ręki przeciwnikom. Było słabiej i Pod wiatr (1997). Ale też, dodajmy od razu, słabiej nie znaczy słabo.

Nawet jeśli w wywołanym albumie zignorujemy (czego osobiście nie popieram) osiem pierwszych numerów, za dwa ostatnie należą się zespołowi głębokie ukłony. Chyba nigdy niegrane na żywo, fantastyczne kompozycje braci Otrębów – pierwsza Adama, druga Bena. Jedyne w swoim rodzaju, Dżemowe pomieszanie bluesa i rocka, soczyste gitary. I na plecach dreszcze, ciary. I fenomenalna, gilmourowska solówka Jerzego Styczyńskiego w drugim z nich. A gdy utwór, zdaje się, już gaśnie, jeszcze pojawiają się monumentalne nuty Pawła Bergera, znów słyszymy dźwięk gitar, powraca refren. Po prostu piękne…

Long live rock’n’roll, it live, let it live

Tym różnimy się od zwierząt, iż wiemy, że umrzemy. Wszyscy. Z biegiem lat tych śmierci wokół nas wciąż więcej i więcej. Coraz więcej tych, których znaliśmy, lubiliśmy, kochali, którzy dostarczali wzruszeń – a których nie ma już w tym jedynym znanym nam świecie. Każda śmierć wyjątkowa, tak jak wyjątkowe, niepowtarzalne jest życie każdego człowieka.

[more]

Czy można zastanawiać się, czy etyczne jest wartościowanie –

czyja śmierć ważniejsza,

a czyja taka sobie, jedna z wielu? Nieuchronnie zmierzając w swych rozważaniach w stronę muzyki, pomyślałem tak: czy bardziej należy żałować tych, którzy okazali się niezastąpieni – solistów, liderów grup, muzyków, bez których kumple nie wyobrażali sobie dalszej wspólnej działalności – od tych, którzy znaleźli swoich następców?

Spojrzałem ostatnio na okładkę analogowego wydania Najemnika Dżemu. Trzy do trzech. Trzech jest w tym zespole do dziś. Perkusista wrócił do macierzystego zespołu. Riedel i Berger dżemują już ze świętym Piotrem.

Każde działanie żyjących muzyków uważam za zasadne i uprawnione, nie czuję się upoważniony do jego moralnej oceny. Mogę tylko mówić o swoich wrażeniach, próbować dokonywać artystycznej oceny. Mówiłem już o tym, ale powtórzę: bardzo, bardzo się cieszę, że Dżem działa dalej. Cieszę się, bo muzyka zespołu jest ciągle wysokiej próby. Rozważanie, jak by to było,

gdyby żyli Rysiek i Paweł,

jest ze wszech miar niestosowne i niezręczne, Ból, żal, wzruszające wspomnienia – pozostają, ale budzimy się rano i trzeba dalej żyć.

Niemen, Grechuta, Nalepa, Ciechowski. Wymieniam tylko największych w polskiej muzyce drugiej połowy XX i początku XXI wieku. Tę listę, niestety, można by ciągnąć bardzo długo. Ona zawsze będzie otwarta i wciąż uzupełniana o kolejne nazwiska. Tych ludzi już nie ma, ale twórcze działanie jest tą cudowną sferą życia, dzięki której obdarzeni największym talentem pozostają na długo nie tylko w pamięci, ale przede wszystkim w głowach i sercach innych – za sprawą napisanych książek, namalowanych obrazów, skomponowanej i nagranej muzyki.

Ponad

pół wieku rock’n’rolla

to dużo i mało jednocześnie. Nie sposób dociec, ile znaczyć on będzie za kolejne pół wieku, za sto, dwieście lat w dziejach ludzkości. Jednocześnie jednak dla wielu żyjących dzisiaj rock jest czymś, bez czego trudno sobie wyobrazić świat. Tak się porobiło, że nawet tak wielka ilość hałasu i decybeli, niespotykana wcześniej w historii, dowodzi wrażliwości. Tej czy innej, ale wrażliwości.

Dla mnie muzyka – pojmowana od lat szerzej, ale jednak z akcentem na gitary i perkusję – jest jedyną używką, od której stale jestem uzależniony. A przecież nie ja jeden. Jest nas naprawdę bardzo, bardzo wielu. Niech żyje rokendrol. On żyje. Pozwólmy mu żyć.

W kolejnej drodze do nieba – Dżem, 2004, 2004

Pisałem już o tym, muzyka w głowie musi się uleżeć. Po pewnym czasie – po pól roku, a czasem po paru latach można nabrać należytego dystansu. Oczywiście, dopiero mijające dziesięciolecia dają tę perspektywę, która pozwala mówić o dokonaniach w sztuce istotnych.

[more]

O Dżemie

też już wspominałem wielokrotnie. Przyszła wreszcie pora, by powiedzieć, za co kocham tę kapelę najbardziej. Miłością dozgonną, której nic nie jest w stanie zniszczyć. Wiem, że w ustach pięćdziesięcioletniego faceta to bardzo niebezpieczna deklaracja. Ale Dżem to sama istota rokendrola – a więc muzyki, którą od dzieciństwa mam w sercu i w głowie.

Chyba każda studyjna płyta zespołu pozostawia jakieś wątpliwości, o żadnej nie da się powiedzieć, że to arcydzieło. Najbliżej tego są Najemnik i Detox, ale o nich przy innej okazji. 2004 to album odrobinę nierówny, zbyt długi (niepotrzebne, ponaddziesięciominutowe W imię ojca na koniec), ale – i tak nic nie szkodzi. Dżemy od lat grają tak, że warto posłuchać nawet słabszych kawałków. Tego, jak to jest zrobione – znakomite brzmienie, perfekcyjna aranżacja, wielka biegłość instrumentalistów. Jubilerska robota, która nie jest  efektem żmudnej, mozolnej pracy nad każdym szczegółem, ozdobniki niemające nic wspólnego z barokowym przepychem. Końcowy efekt, nawet w przypadku słabszych, prostszych konstrukcyjnie utworów, to wynik zderzenia ogromnych talentów kilku ludzi, ich absolutnego słuchu bluesowo-rokendrolowego, który sprawia, że w najmniejszym nawet fragmencie jakiegokolwiek utworu tyle się dzieje, tyle tam smaczków dowodzących wielkiego mistrzostwa.

2004 to płyta przełomowa

– pierwsza z Maciejem Balcarem jako wokalistą i ostatnia z Pawłem Bergerem na klawiszach. Balcar w Dżemie – nic lepszego po śmierci Riedla obu stronom nie mogło się przytrafić. Śmierć Bergera to już wydarzenie wykraczające niestety poza artystyczne ramy. Natomiast całkowicie w nich mieści się fakt, że spośród pięciu wspaniałych numerów na krążku trzy wyszły spod jego rąk…

Całość zaczyna się od Gorszego dnia – prostego rokendrola, dość schematycznego kawałka, jakich sporo w dorobku zespołu, z upodobaniem granego na koncertach – taki sobie, ale fajnie pobrzmiewają w nim Stonesowskie klimaty. Potem, nomen omen, Chleb z dżemem, bardzo podobny do pierwszego.

Pyszności na krążku zaczynają się od utworu trzeciego – W drodze do nieba, którym zespół zaczął swój pierwszy (na festiwalu Ku Przestrodze w 2005 roku) występ w nowym składzie, z Januszem Borzuckim. Znakomite blusidło, utwór, który należy umieścić w – skądinąd wyjątkowo obszernym w przypadku tej kapeli – zestawie dzieł największych.

Wściekły profesjonalizm wbija w fotel przy Ćmie barowej.. Kalifornijskie klimaty, nieprawdopodobna swoboda w wydobywaniu każdego dźwięku – cudo po prostu.

Te lekkości unoszą mnie dalej – trochę Allmanowski Nieproszony to jeszcze większe pomlaskiwanie z zachwytu. Solówki gitarowe dowodzące niebywałej wirtuozerii. Jeden z moich najukochańszych utworów grupy.

Po mniej skomplikowanym muzycznie Wymarzonym świecie kolejna perła – największy przebój od czasów AutsajderaDo kołyski. Takich bluesowych ballad powstało co niemiara, a jednak w tej jest coś takiego, że w gardle ściska (Niech dobry Bóg/zawsze cię za rękę trzyma/kiedy ciemny wiatr/porywa spokój/siejąc smutek i zwątpienie).

Dzień świstaka

– dla mnie arcydzieło na tym krążku arcydzielne najbardziej. Znów ta cudowna lekkość, olśniewające współbrzmienie dwóch gitar, wspaniale wplecione klawisze. Panowie, jak można takiego kawałka nie grać na koncertach?

Tego znakomitego poziomu nie udaje się utrzymać do końca płyty. Jednakże zarówno Szeryfie, co tu się dzieje?, jak i Diabelski żart, choć skrojone z, wydawałoby się, mocno zajechanych już patentów, są tak świetnie zagrane, że bynajmniej nic tu nie boli i nie uwiera. I jeszcze bardzo Stonesowski 66. Znów bez cmokania z zachwytu, ale swing i feeling wyczuwalny w każdej sekundzie. Stanowczo zbyt długi W imię ojca, przywodzący na myśl Obracam w palcach złoty pieniądz Perfectu, obniża ocenę całości.

Dżem, po słabszych (zwłaszcza Albo być, albo mieć) albumach z Jackiem Dewódzkim znów w świetnej formie. Struny głosowe Maćka Balcara idealnie zestrojone z resztą zespołu. Pięć utworów z najwyższej półki. Jeśli to dla kogoś mało, to przepraszam, ale nie mamy o czym rozmawiać.


Dżem bez Riedla

Dżem bez Ryszarda Riedla? Dla wielu było to nie do przyjęcia, a jednak zespół grał dalej. Ja natomiast poczułem wielką ulgę – i radość. Nie chciałem, by tu, na Śląsku, powtórzył się kolejny raz scenariusz, że rozpada się świetna kapela, a jej członkowie zaczynają robić jakieś mało istotne rzeczy – myślę tu o SBB i Krzaku. (W sumie najlepiej przez pewien czas spisywał się Jerzy Piotrowski, bo bębnił u Dudka i parę lat w Dżemie właśnie).

[more]

Dewódzki był inny. Tak pewnie miało być, na zasadzie kontrastu. Dżem na żywo dalej był potęgą, ale gdy chodzi o płyty studyjne – wpadł w artystyczny dołek. Słabsza jest zwłaszcza Albo być, albo mieć. Nie ma na niej, jako jedynej, żadnego utworu, który z czystym sumieniem umieściłbym na Dżemowym The Best of.

Zdziwiłem się, gdy wyczytałem, że Maciej Balcar został nowym wokalistą zespołu. I bardzo ucieszyłem, bo pamiętałem, jak świetnie przed laty zaśpiewał w Opolu Dziwny jest ten świat (próbuje wielu, a powinno tylko kilku). Bo już wiadomość, że jest w Harlemie, była bardzo dobra – to było miejsce dla takiego głosu. A przejście do Dżemu okazało się strzałem w dziesiątkę – dla obu stron. Dla Balcara nie ma lepszego miejsca na polskiej scenie muzycznej, dla Dżemu nie widzę lepszego wokalisty. Feeling, swingowanie – dla mnie rewelacja. Do tego bardzo dobra dykcja. I kultura osobista – nigdy z jego ust, ze sceny, nie padły jakieś dziwne czy niecenzuralne słowa. Z całą sympatią dla Jacka D., z którym chyba Dżemy mają dobre relacje, bo pojawia się na tych najważniejszych koncertach (i płytach), Pan Maciek bije go na głowę.

Zespół gra do dziś. Siłę Bena Otręby jako kompozytora wspierają pozostali członkowie grupy, raz ci, raz inni. 2004 zawiera kilka absolutnie fantastycznych numerów (jeszcze do tego wrócę), zaś Muzę uważam za najlepszy album grupy w czasach „poriedlowych”. A koncertowy Pamięci Pawła Bergera za jeśli nie najlepszy, to jeden z najlepszych koncertowych albumów w historii polskiej fonografii. I gdy ktoś mi mówi (ktoś, kto od wielu lat nie był na ich koncercie i nie posłuchał sobie parę razy uważnie ich ostatnich płyt), że czas Dżemu minął, to moje muzyczne serce na takie opinie strasznie się oburza.

(pisane jesienią 2011)


Jesteś Bogiem. Reż. Leszek Dawid, 2012

Nie moja bajka. Hip-hop nie jest moją muzyką, nie to pokolenie. I tu właściwie mógłbym skończyć, ale to byłoby za proste.

[more]

Akcja filmu – tak jak i rzeczywiste wydarzenia – rozgrywa się w Katowicach-Bogucicach, wszystko w promieniu trzech kilometrów od miejsca, w którym mieszkam od prawie trzydziestu lat. Sześć lat pracowałem w kopalni „Katowice”, która przez blisko dwa stulecia, aż do zamknięcia w 1999 roku, stanowiła serce tej dzielnicy. Znam wszystkie bogucickie kąty pokazywane na ekranie. To sprawia, że trudno pozostać obojętnym.

Drugi powód – Śląsk, muzyka i pod wieloma względami historia podobna do tej pokazanej w Skazanym na bluesa (reż. J. Kidawa-Błoński, 2005). Samotność prostego i skomplikowanego jednocześnie człowieka. Najczęściej nieumiejącego nazwać niepokojów go gnębiących, co wcale tych problemów nie czyniło mniejszymi. Nieradzącego sobie ze sobą i światem.

Nie sposób nie dostrzec też analogii między kobietami obu bohaterów. Justyna przeżywa dokładnie te same rozterki co Gola. Nieszczęściem ich obu stało się to, że pokochały neurotycznych mężczyzn, którzy – nawet jeśli bardzo chcieli i czasem próbowali – nie nadawali się do roli mężów, a jeszcze bardziej ojców.

W Skazanym wiele rzeczy było mi dobrze znanych, wiele byłem w stanie zweryfikować, rozpoznać jako twór wyobraźni autorów filmu, w Jesteś Bogiem nie potrafię tego uczynić. Ale to nie ma znaczenia. Oba filmy, mimo punktowanych przez krytyków mielizn scenariuszowych i realizacyjnych, są w gruncie rzeczy przejmującymi historiami samotności.

Wydaje się, że Magikowi wystarczyłoby znacznie mniej niż Riedlowi, by się uratować. Może wręcz jest tak, że Riedel był już chory nieuleczalnie, przez długie lata, a Magik nie znalazł tej jednej, jedynej pomocnej dłoni, która w odpowiednim momencie pomogłaby mu wyjść z kręgu samobójczych myśli i wrócić do w miarę normalnego życia. Z filmu wynika raczej, że bardziej niż o rodzinę chodzi o opłakane relacje „biznesowe” między zespołem a hochsztaplerami, którzy na piosenkach Paktofoniki zwąchali niezły interes do zrobienia. Choć jednocześnie, jako ojciec dwudziestojednoletnich dziś mężczyzn wiem, że w tym wieku trudno jeszcze mówić o pełnej dorosłości (Piotr Łuszcz popełnia samobójstwo, mając zaledwie dwadzieścia dwa lata).

O Riedlu można powiedzieć – zaryzykuję stwierdzenie – że tej pomocy w gruncie rzeczy nie chciał. O Magiku – że nie nadeszła w porę. Wspominając największe postacie muzyki drugiej połowy XX wieku, te, które przedwcześnie rozstały się z życiem, niejednokrotnie zastanawiałem się, czy ludzie ci – i wszyscy inni odbierający sobie życie – rzeczywiście chcieli to zrobić. Czy życie potrafi boleć do tego stopnia, by utracić wszelką nadzieję i na zimno podjąć decyzję o jego zakończeniu. I to „na zimno” zrealizować potem na przykład przez otwarcie okna i przełożenie nóg przez parapet na dziewiątym piętrze. W tych ostatnich, pełnych wewnętrznego napięcia chwilach z pewnością coraz głębiej wpadając w bezdenną dziurę czarnych myśli.

Szaleństwo niepoparte szczególnymi działaniami i osiągnięciami w tej lub innej dziedzinie życia, sztuce czy nauce – jest najczęściej dokuczliwym dla otoczenia dziwactwem. Jeśli te osiągnięcia się pojawiają – powodują, że inność, przynajmniej w pewnym stopniu, zostaje usprawiedliwiona.

Kaliber 44, Paktofonika, Magik – to trzy legendy polskiej muzyki ostatniego dwudziestolecia. Śmierć, bezsensowna, okrutna i zawsze straszna – tę legendę legitymizuje w najmocniejszy z możliwych sposobów.

Jesteś Bogiem to artystycznie film znacznie wyższych lotów niż Skazany na bluesa, pewnie więc dostanie sporo różnych nagród na różnych festiwalach. Dla mnie pozostanie jednak przede wszystkim przejmującym studium samotności w czasach – szczerzącej niejednokrotnie wilcze zęby – transformacji. A samej muzyki jest w nim umiarkowanie dużo. Czy to zarzut? Chyba nie, bo to historia muzyków, a nie film muzyczny.

*

Z zapisaniem tytułu filmu mam problem. Panuje tu niekonsekwencja. Bóg raz pojawia się pisany z dużej, raz z małej litery.

Gienek Loska Band, Bielsko-Biała, 18 sierpnia

Gienek Loska wygrał program X Factor w 2011 roku. Wygrał tyleż zasłużenie, co niespodziewanie. Jest bowiem białoruskim naturszczykiem odpornym na wszelkie wpływy programowo-medialne, facetem, który za cholerę nie da się przerobić ani jeśli chodzi o gusta muzyczne, ani o swoją hipisowską proweniencję.

[more]

Nagrodą na wygranie Factora było przede wszystkim nagranie płyty. Już w tym momencie można było być pełnym obaw. Bo od lat polskie stacje telewizyjne serwują nam podobne programy, kreując gwiazdy świecące pełnym blaskiem, tyle że do ostatniego odcinka tego czy innego wyścigu. A muzyka to nie wyścig, a już na pewno nie bieg na sto metrów. To raczej dystans wielokilometrowy, wielosezonowy. Pod jednym wszakże warunkiem – że ma się światu do zaoferowania nie tylko głos dany od Boga, ale i talent, który pozwoli przekroczyć próg dla większości nieprzekraczalny – czyli najlepiej nawet zaśpiewanych, ale tylko coverów.

Gdzież są dziś ci, którzy zwyciężali w pierwszych Idolach? Ala Janosz usilnie walczy o możliwość, de facto, „powtórnego” debiutu. Szymon Wydra bije się z reaktywowaną Irą o mistrzostwo Radomia i okolic, obdarzona fenomenalnym rockowym głosem Ewelina Flinta po popelinowych dokonaniach przepadła bez wieści. Inaczej rzecz ma się z Anią Dąbrowską czy Moniką Brodką, które – po prostu – mają coś od siebie do zaproponowania i próbują ostać się dłużej na wątłym polskim rynku muzycznym. Moje rockowe serce rosło, słysząc głos Gienka Loski. Skojarzenia, jeśli mówimy o polskich wokalistach, są jednoznaczne. Zwłaszcza że chodził w Grodnie do tego samego liceum, co parę dekad wcześniej Czesław Wydrzycki, czyli Niemen. Drugi trop – to Ryszard Riedel.

Płyta mnie rozczarowała. Sam wokalista użył wczoraj określenia „Już nie Karpiel Bułecka, jeszcze nie Dżem” – i jest w tym sporo prawdy. Klimaty muzyczne są równie ewidentne jak tropy wokalne. Jesteśmy na przełomie lat 60. i 70. Jeśli w Factorze Loska śpiewał kawałki soulowe i rhytmandbluesowe, to teraz jesteśmy już na miedzy dzielącej bluesa i rocka. Lynard Skynard (wielokrotne pogwizdywanie à la Ronnie van Zant), wczesny Cocker i tym podobne. W rodzimym wydaniu – oczywiście Dżem i Cree. No właśnie, początki Cree zdawały się sygnalizować, że Dżemowi rośnie wielka konkurencja, ale później nie było już tak dobrze. Debiutowi płytowemu zespołu Gienka dość daleko do poziomu pierwszej płyty Cree. Dlaczego? W zasadzie trudno przyczepić się do materiału, bo to solidne, mainstreamowe kawałki sprzed lat. Rzecz w ich wykonaniu.

I dokładnie te same odczucia miałem podczas koncertu. To, gdy chodzi o czterech instrumentalistów, rzemieślnicy, całkiem nieźli i mający szansę stać się artystami, ale póki co rzemieślnicy. Słowa najbardziej krytyczne kieruję pod adresem najważniejszego obok Loski na scenie – Andrzeja „Makara” Makarewicza, gitarzysty, całkiem zresztą przyzwoitego, ale… Zbyt on, na moje ucho, metalowy albo co najmniej hardrockowy, za mało bluesowy. Jeszcze te palce nie dość finezyjnie przemieszczają się po gryfie, za ostro, za płasko, za szybko. Jeszcze trzeba się wsłuchać w Jerzego Styczyńskiego, podpatrzeć, jak on to robi. I może być naprawdę całkiem nieźle, wręcz bardzo dobrze. Oby! Życzę tego liderowi i zespołowi z całego serca.

Bo wydaje się, że pomysłów nie zabraknie – wczoraj zagrali dwa nowe kawałki. Ochoty do gry było aż nadto. Dość przypadkowa, jak to zwykle na darmowych koncertach bywa, publiczność umiarkowanie głośno domagała się bisów. Tymczasem, po półtoragodzinnym secie złożonym głównie z materiału z debiutanckiej płyty oraz coverów utworów Niemena (Płonąca stodoła, Jednego serca i Ciuciubabka), zespół nie dał się długo prosić i wyszedł na scenę, by zagrać jeszcze zeppelinowskie Thank You, a gdy już zrobiło się prawie pusto – dla najbardziej wytrwałych rozbrzmiały takty Whole Lotta Love z brawurowo weń wplecionym Break On Through (To The Other Side) Doorsów. W sumie godzina pięćdziesiąt – imponujący rezultat jak na tego typu występy.

Losce i jego kolegom bardzo się chce. Widać, że kochają to, co robią. Niezmanierowani, kipiący energią, świeżością – czują, że to jest ich pięć minut, że tej szansy nie wolno zmarnować. By przekuć na przykład wczorajszą ciepłą reakcję widowni na sprzedaż biletowanych już koncertów – gdzieś w przyszłości – oraz na kolejne płyty, które chcieliby nagrywać i znaleźć na nie nabywców. I niech tak się stanie. Bo słuchanie Gienkowego wokalu przenosi mnie w najukochańsze klimaty muzyczne. Bo to głos, stwierdzam bez zbędnego patosu, z tych absolutnie największych. I źle by się stało, gdyby został zmarnowany. Przez samego Loskę, przez nas, przez kulejący rynek. Przez parszywe okoliczności.

19 sierpnia


Osiemnasta rocznica śmierci Ryszarda Riedla

Bodaj w 1988 roku, na urodzinach Dżemu w Spodku (odbywały się przez pewien czas co roku), zespół ogrywał materiał z Najemnika. Riedel szalał. Nigdy wcześniej (i później) nie widziałem go tak aktorskiego. Był niesamowity, pewnie trochę naćpany, ale wiedział, co się dzieje dokoła. Pamiętam, że w moim ukochanym Najemniku II nawet padał na scenę. To naprawdę robiło wrażenie.

[more]

A przecież nigdy nie był dla mnie istotą tej kapeli, istotą było współistnienie sześciu ludzi, oni razem. Moje wykształcenie polonistyczne nigdy nie pozwalało mi na bezkrytyczne przyjmowanie wyśpiewywanych przez Riedla tekstów. Wiele z nich jest bardzo naiwnych, zahaczających o grafomanię. Choć bywa, że nawet w słabych tekstach pojawiały się, ni stąd ni zowąd, wersy dużej próby. To wszystko jednak nie miało znaczenia: naturalność, prawda bijąca od tego faceta, świetna, coraz doskonalej grana muzyka uwiarygodniały jego przekaz. Takie głosy jak jego, tak mokro w gardle mieli i mają nieliczni. Chyba nikomu nie przeszkadzało, że miał coraz większe ubytki w uzębieniu i śpiewał coraz bardziej niewyraźnie. Aż wreszcie, przed Detoksem, wstawił sobie zęby i było fantastycznie.

Nie byłem na ani jednym koncercie instrumentalnym, nie wiedziałem, nie zdawałem sobie sprawy, że jest z nim aż tak źle. Że bywały trasy, gdy zespół nie miał pewności, czy danego wieczoru wyjdzie na scenę.

30 lipca 1994 roku wiele zmieniło się w polskim rocku. Wiadomość nie tylko dla fanów zespołu była straszna. Zmarł ktoś wyjątkowy, jedna z największych postaci w historii rodzimego showbiznesu.

Nie zapomnę tego dnia. Był to czas zapaści programu trzeciego PR, a okres świetności Metzowego RMF. Włączyłem radio, a tam cały czas grali kawałki Dżemu. Jeden, potem drugi i następny. O rany, chyba coś się stało! To „coś” – to mogło być wtedy tylko jedno…