Ciężko było Dżemowi po śmierci Ryszarda Riedla, bardzo ciężko. Z jednej strony skończył się schizofreniczny problem, czy frontman wyjdzie dziś na scenę, czy też nie będzie w stanie i zagramy instrumentalny koncert. A z drugiej – to gadanie, którego osobiście nie cierpię – że Dżem bez Riedla to już nie to, że nie ma racji bytu. To, że kapela gra do dziś – i to jak! – jest najlepszym uzasadnieniem podjętych w trudnych chwilach decyzji.

[more]
Trzy studyjne albumy nagrane z Jackiem Dewódzkim dawały jednak pewne argumenty do ręki przeciwnikom. Było słabiej i Pod wiatr (1997). Ale też, dodajmy od razu, słabiej nie znaczy słabo.
Nawet jeśli w wywołanym albumie zignorujemy (czego osobiście nie popieram) osiem pierwszych numerów, za dwa ostatnie należą się zespołowi głębokie ukłony. Chyba nigdy niegrane na żywo, fantastyczne kompozycje braci Otrębów – pierwsza Adama, druga Bena. Jedyne w swoim rodzaju, Dżemowe pomieszanie bluesa i rocka, soczyste gitary. I na plecach dreszcze, ciary. I fenomenalna, gilmourowska solówka Jerzego Styczyńskiego w drugim z nich. A gdy utwór, zdaje się, już gaśnie, jeszcze pojawiają się monumentalne nuty Pawła Bergera, znów słyszymy dźwięk gitar, powraca refren. Po prostu piękne…
