Ptasie mleczko na czerwonym jęzorze

pobrane33

Tylko Fripp mógł wpaść na pomysł pełnoprawnego zatrudnienia w zespole faceta grającego na skrzypcach nie jako instrumencie tworzącym tło, lecz jednym z wiodących. I jeszcze tego perkusjonisty, nie bez kozery pozującego do zdjęcia w piłą w rękach…

[more]

*

1973? Należy do Pink Floyd i ich dzieła nad dziełami, opus magnum – The Dark Side of The Moon. 1973? Dla mnie

jeden z tych magicznych,

wspominałem bowiem o tym parokrotnie, że czas zastąpienia w moim domu pocztówek dźwiękowych magnetofonem szpulowym zbiegł się z zamianą dominujących gitar na syntezatory. A przecież tamten rok dla muzyki progresywnej jest zdecydowanie najlepszy – poza wymienioną wyżej, ukazują się wtedy krążki: Genesis – Selling England By The Pound, Yes – Tales From Topographic Ocean i Emerson, Lake & Palmer – Brain Salad Surgery. Gdzieś bardzo blisko są Jethro Tull z A Passion Play, a nawet Electric Light Orchestra z On The Third Day, kolejne płyty wydają m.in. Manfred Mann’s Earth Band czy Gentle Giants. Jak dorzucić do tego jeszcze Houses of The Holy Led Zeppelin, Sabbath Bloody Sabbath Black Sabbath,  The Who i ich Quadrophenię, Lou Reeda z Berlinem, Roxy Music z For Your Pleasure, McCartneya i Band On The Run, Eltona Johna z Goodbye Yellow Brick Road, Mike’a Oldfielda z Tubular Bells, Steely Dan z Countdown To Ecstasy oraz szalony Raw Power The Stooges – uświadamiamy sobie, że było to wyjątkowe dwanaście miesięcy, nie pierwsze i nie ostatnie, ale jedne z niewielu aż tak znaczących. Jednakże zarówno ten zestaw, jak i mój prywatny wybór najlepszych płyt wszech czasów byłby niepełny, gdyby zabrakło w nim Larks’ Tongues In Aspic kapeli dowodzonej przez Roberta Frippa, czyli King Crimson. Albumu, który – tak jak krążek Floydów – ukazuje się w marcu 73.

*

Jedna z niewielu płyt, które moi bracia mieli nagrane w całości – bo też 

taśm magnetofonowych

mieli niewiele. Dziś aż trudno się nie dziwić, gdy rozebrać na części pierwsze operację nagrywania muzyki z audycji radiowych na dość podłym sprzęcie, w wersji monofonicznej. Lecz przecież tak było: wielu fanów miało dostęp do muzyki taki – albo żaden.
Więc znałem tę płytę, zaprezentowaną z pewnością w jednej z audycji Piotra Kaczkowskiego, od zawsze. W 1977 roku, gdy zawartość nielicznych taśm poddawałem wielokrotnej samodzielnej lekturze – zwariowałem i pokochałem. I nie odkochałem się nigdy, a gdy teraz słucham tych nagrań z jubileuszowego, wydanego w trzydzieści lat po analogowej premierze krążka kompaktowego, mój zachwyt nie jest ani trochę mniejszy. Ba! – raczej większy, ponieważ emocje wspiera jeszcze głowa, ponieważ teraz mam świadomość, jaki ogrom znakomitych płyt ukazał się do marca 1973, a jaki – choć już znacznie mniejszy – przez kolejne czterdzieści pięć lat. I jak ciągle znakomicie na tym tle wypada Larks’.
W 1972 roku, w zaledwie trzy lata po genialnym debiucie, Fripp montuje zupełnie nowy skład, można rzec – trzecią odsłonę KC. Przy mikrofonie, z gitarą basową przewieszoną przez ramię, staje John Wetton (pozyskany z Family), za bębnami zasiada Bill Bruford, do niedawna w Yes, ponadto formację zasilają skrzypek David Cross i Jamie Muir grający na przeróżnych instrumentach perkusyjnych, który niedługo po nagraniu płyty zamyka się w buddyjskim klasztorze. Zmiana dokonuje się także na posadzie autora tekstów: Richard Palmer-James (nb. pierwszy gitarzysta Supertramp) zastępuje Pete’a Sinfielda (który niebawem znajduje zatrudnienie w EL&P).

Bruford wspomina: 

„To naprawdę było piekło

– bo nikt nie mógł się zdecydować, jaką muzykę mieliśmy grać”. Ostatecznie dochodzi do nagrania swoistej trylogii, którą uzupełniają Starless And Bible Black oraz Red, płyt – wreszcie? – spójnych stylistycznie, zaś fanom dających oddech w postaci głosu tego samego frontmana. Tyle tylko, że po kolejnych dwóch latach, w 1974, jest już pozamiatane: Fripp rozwiązuje zespół. I to w chwili, gdy ten wspina się na sam szczyt.
Spójnych stylistycznie? Dekadę później sporą karierę zrobiło określenie „odjazd”, na przykład w odniesieniu do niesamowitych nowych płyt. Pierwszy raz usłyszałem je z ust znajomego, który zachwycił się… Three of A Perfect Pair (1984), zupełnie innego zespołu o tej samej nazwie: King Crimson. Larks’ to piekielny odjazd – z jednej strony potężne riffy gitary znane już z 21st. Century Schizoid Man, liryczność, zwłaszcza olśniewającej miniatury Book of Saturday, w stylu I Talk To The Wind, symforockowa przestrzeń w stylu Epitaph czy tytułowych kompozycji z dwóch pierwszych albumów w Exiles, ale wszystko to zaprawione jest szalonymi improwizacjami z okolic muzyki współczesnej, tzw. konkretnej, albo jazzu. Tylko Fripp mógł wpaść na pomysł pełnoprawnego zatrudnienia w zespole Crossa, faceta grającego na skrzypcach (lub altówce), nie jako instrumencie tworzącym tło, lecz jednym z wiodących. I jeszcze ten perkusjonalista Muir, nie bez kozery pozujący do zdjęcia w piłą w rękach… Jednak ucho, przynajmniej moje, ogarnia to zdecydowanie lepiej niż dokonania Zappy. Amerykanin nie daje słuchaczowi większych szans, by zaczepić się o melodię czy harmonię, jego muzyka sprawia wrażenie, jakby była niemożliwa do odtworzenia na żywo bez pomocy partytury. Fripp tymczasem raz po raz daje wytchnienie, powracając do odwiecznego kanonu muzyki europejskiej. Jego i jego kolegów 

odloty

w jakiś sposób przywodzą na myśl te o kilka lat wcześniejsze The Cream – Bruce’a, Claptona i Bakera. Jeśli jednak trio BBC robiło to na bazie bluesa, gitar i przystawek, u Frippa żadne granice już nie istnieją.
Cream przypominam tu nieprzypadkowo. Jeden z najpiękniejszych w moim odczuciu fragmentów muzyki rockowej, finał pierwszej części utworu tytułowego z Larks’  – te niespełna dwie minuty od jedenastej minuty i czterdziestej sekundy – całego wyjętego jakby z ówczesnych telewizyjnych teatrów sensacji („Kobry”) jest tak niesamowity także z tego powodu, że ani nie eksploatuje, ani nawet nie ogrywa fantastycznego konceptu z gitarą basową w roli głównej i wtóryjącym jej skrzypcom (lub altówce, nie potrafię rozstrzygnąć). Całkiem jak w Badge Claptona i Harrisona, gdzie powalające wejście gitary rozbrzmiewa tylko raz. 
Dlatego tak cenię sobie robotę Roberta Frippa i różnych jego kolegów. Poszukiwacz ciągle żądny nowych wrażeń przez wiele lat gnał ciągle do przodu, ani myśląc okopać się w rozpoznanych rewirach – w tej strefie komfortu własnego, ale też – i może przede wszystkim – słuchaczy. Stąd tyle wcieleń – jego i jego formacji. Stąd bezustanne wymykanie się wszelkim szufladom: 

progresja Frippa

zdaje się nie do opanowania, nie do ogarnięcia. Zupełnie inaczej niż ta floydowska, yesowa czy Genesis (oczywiście do 1976 roku). Może tylko Keitha Emersona da się jakoś z nim porównać, choć w tym przypadku mamy do czynienia z fascynacją klasyczną muzyką europejską i czerpaniem z jej formuły. Zaś z tych zasłuchanych, umiejętnie czerpiących z – między innymi – KC z tego okresu wymienić należy rodzime SBB.

Na zasadzie żartu jeszcze jedno spostrzeżenie. Mocny, pulsujący w refrenie gitarowy numer, jakim jest Easy Money, został umieszczony w tym samym miejscu na krążku analogowym – jako otwierający drugą stronę – co Money Pink Floyd. To oczywiście przypadek (przypominam, że obie płyty ukazały się w marcu 73), ale…
Dark Side of The Moon zgarnęła całą pulę: dziewięćset trzydzieści siedem tygodni obecności na liście „Bilboardu” to rekord już chyba nie do pobicia. Od lat uparcie uciekając od rankingów i innych zestawień wiem jednak, że gdybym miał spędzić resztę życia na bezludnej wyspie i mógł zabrać na nią tylko dziesięć płyt, i Dark Side, i Larks’ znalazłyby się wśród nich. 

(King Crimson, Larks’ Tongues In Aspic, 1973)

[W NaTemat: 26 marca 2018]

Omega na aktywnej emeryturze

pobrane13

Słucham koncertowych wersji utworów, w większości dobrze mi znanych, z rozrzewnieniem i nostalgią, ale i z potwierdzonym po latach wrażeniem, że mieliśmy i mamy nadal do czynienia z zespołem niepospolitej miary.

[more]

*

Dzieciństwo i młodość musiałyby być czymś bardzo niedobrym, by nie chcieć do nich wracać. Moja pamięć, wciąż jako tako dopisująca, sięga czasów coraz bardziej odległych, bo lat 60. – w dodatku, jak coraz częściej się mówi i pisze, ubiegłego stulecia. Okien na świat było wtedy nie za wiele, a większość z nich zaledwie uchylona. Muzyka rockowa przesączała się przez mur berliński wąską strużką, ale dostatecznie wartką, by skazić krew milionów młodych ludzi zza żelaznej kurtyny.

Ówczesne, pożal się, Boże, elity polityczne na różne sposoby próbowały ujarzmić albo przynajmniej zapanować nad zjawiskiem, którego za bardzo nie rozumiały. Skoro już nie można było udawać, że czegoś nie ma, starano się, tak jak całą gospodarkę, narastający

proces szarpidructwa

okiełznać, a że w rękach państwa było praktycznie wszystko, sprawowanie kontroli przychodziło tym łatwiej.

Na różne sposoby więc też próbowano nam wmawiać, że socjalistyczne nie jest gorsze od zgniłego kapitalistycznego, ba! – jest częstokroć znacznie lepsze, bo własne. Jednakże rock zawsze był dzieckiem niepokornym, w odróżnieniu od tradycyjnej piosenki. Właśnie: był, toteż jeden z wentyli stanowiły – tradycyjnie nieliczne – programy muzyczne prezentujące głośne granie z demoludów rodem. Nieocenione usługi w tym zakresie oddał Dariusz Michalski, prowadzący w Trójce, we wtorki, Muzyczną Pocztę UKF i prezentując muzykę „stąd”. Redaktor miał do dyspozycji jeszcze piątkowe Interradio – magazyn informujący o bieżących wydarzeniach. I tak balansując, by i Panu Bogu oddać, co boskie, i diabłu zapalić ogarek, prezentował płyty „najwybitniejszych” przedstawicieli ostrego grania naszego Wielkiego Brata, wynajdywał nawet propozycje rumuńskie albo bułgarskie. Ale wszyscy czekaliśmy na to, co w kadeelach było najlepsze: muzykę z ówczesnej Jugosławii, pewne propozycje z Czechosłowacji albo NRD, ale nade wszystko – przynajmniej tacy jak ja – na krążki wydawane przez 

madziarską Pepitę.

Dobrze grających kapel było nad Dunajem, uwzględniwszy populację naszych bratanków, wyjątkowo sporo, a i paru solistów, jak chociażby Zsuzsy Koncz, też im zazdrościliśmy. Był Fonograf, General, Piramis, Scorpio, ale przede wszystkim dwie formacje: Locomotiv GT (zasłuchany pod koniec lat 70. w Steely Dan) oraz – no właśnie – Omega.

Mam parę pięknie wydanych – to też budziło naszą, Polaków, zazdrość – winyli z tamtych czasów, do których wracam z sentymentem, ale i przyjemnością – zwłaszcza do albumów VI i VIII. W 2001 roku, podczas pobytu na Węgrzech, rozglądałem się za krążkami kompaktowymi, ale, o dziwo, nie natrafiłem na żadne. U nas także pojawiają się z rzadka i zwykle drogie. Dlatego zaskoczyła mnie niedawna oferta MM – Greatest Performances, dwupłytowy zestaw nagrań koncertowych wydany z okazji…

pięćdziesięciolecia

istnienia zespołu, w cenie niespełna dwudziestu złotych.
Słucham tych koncertowych wersji utworów, w większości dobrze mi znanych, z rozrzewnieniem i nostalgią, co nietrudno było przewidzieć, ale i po latach wrażeniem potwierdzonym, a wręcz – świeżym uchem – umocnionym, że mieliśmy i mamy nadal do czynienia z zespołem niepospolitej miary.

*

I cóż z tego, że to mainstream rockowy czasem aż do bólu. Osobiście szczypie mnie w uszy, gdy słucham podobnych rzeczy w trochę innym wykonaniu – grup, o których nikt nigdy nie zapomniał, a ich niektóre utwory zajeżdżono w polskim radiu jak łyse kobyły. Nazwy? Proszę bardzo, już się narażam: Deep Purple i Pink Floyd, dorzucę jeszcze Scorpions. Sam sobie odpowiadam na wątpliwość – dlaczego w przypadku Omegi uwodzi i wzrusza mnie to samo, co w tamtych przypadkach powoduje wręcz zgrzytanie zębami? Bo Omegi od lat nikt nie prezentuje, nie przypomina (poza t y m jednym numerem), a warsztat – co dobrze słychać na omawianym albumie – mają ci panowie wyborny, niczym nieustępujący wielu uznanym i świetnie zarobionym tuzom, nawet jeśli wziąć poprawkę na fakt, iż pięciu niemłodych już muzyków wspomagają na scenie inni. No i wszelkie chwyty tzw. 

rocka stadionowego

– w tym miejscu do wymienionej trójki dorzuciłbym jeszcze Queen – także mają opanowane do perfekcji.

Szczyt artystycznej formy w przypadku Omegi przypada na drugą połowę lat 70. Z tamtego okresu rekrutuje się więc przeważająca część materiału dwupłytowego wydawnictwa. Zawsze oczywiście pojawia się niedosyt, bo repertuar koncertowy „odsiał” kilka bardzo interesujących kawałków (jak choćby dwa numery kończące album Omega VII), lepszych niż niejeden z obecnych w setliście, ale do tego już przywykłem, przyglądając się i przysłuchując przez lata choćby naszemu Dżemowi. Moja żona, z jakichś powodów w czasach licealnych uodporniona na wpływy takich kapel, jak SBB czy właśnie formacje węgierskie („Czego wy w tym Chorzowie wtedy słuchaliście?!” – zapytałem kiedyś ironicznie i z wyrzutem) stwierdziła, że brzmi to archaicznie. Hm, dobrze, ale czy muzyka sprzed kilkudziesięciu lat może ścigać się z powstałą dopiero co? Dobre stare jest lepsze niż takie sobie nowe, powiem krótko. A po przejrzeniu – kolejny raz – artykułu o zespole w wikipedii upewniam się w przekonaniu, że SBB była formacją najbardziej poszukującą w tej części Europy, zaś Omega znakomicie wpisywała się w nurt mainstreamowy. Miała wszelkie dane ku temu, by 

odnieść sukces

zarówno artystyczny, jak i komercyjny, ale duch marksizmu i leni(ni)zmu oraz czujne ręce aparatczyków pilnie czuwały nad tym, by ta bajka o wschodnioeuropejskim Kopciuszku przypadkiem się w okolicach Londynu nie ziściła.

  

Pozostaje ukłonić się nisko kwintetowi, który od dawna tworzą János Kóbor, László Benkő, Győrgy Molnár, Mihály Tamás i Ferenc Debreczeni – za to, czego dokonali przez te wszystkie lata. I z zazdrością odnotować fakt, że na ich olbrzymie, jubileuszowe i stadionowe koncerty zjeżdżają fani nie tylko z całych Węgier, ale z różnych miejsc w Europie, zaś rodzimi Skaldowie obchodzili półwiecze na festiwalu w Opolu (co i tak nie jest pozbawione pewnej wartości). A urodę Leny, jednego z największych przebojów zespołu, pochodzącego z krążka Omega VIII, przyszło mi w pełni, z zachwytem, docenić dopiero dziś.

(Omega, Greatest Performances, 2012)

[W NaTemat: 21 października 2017]

David Gilmour: sukienka żółta do szaleństwa

gilmour_rattle

Miłości, także te muzyczne, trwają albo przemijają. Zeznań przeróżnych na ten sam temat nie brakuje. Pragnienia, by nowe płyty starych mistrzów czarowały z mocą równą nagraniom sprzed lat, są najczęściej nieziszczalne.

[more]

Z rozmysłem unikam pisania o całej ostatniej płycie Gilmoura, by nie popaść w banał, nie tłuc i tak już obitych przez lata fraz. Mr. David bowiem popada raz po raz w

banał autocytatów,

tych nut rzewnych i rozciągniętych, a i trwających bez zmian przez lata. Lecz przecież gdzieś między nimi dosłyszeć można dźwięki mniej oczywiste, mniej flojdowate – i, przyznam – ich moje ucho spragnione jest najbardziej.

Po Rattle That Lock, nawet jeśli zabrakłoby jakichkolwiek innych argumentów na „tak”, warto sięgnąć i cierpliwie słuchać  już tylko dlatego, by dotrzeć do numeru ósmego, choć po drodze natrafiamy na jeszcze jedną smakowitość – Dancing Right In Front of Me.

Po kilku pełnych odurzenia odsłuchaniach The Girl In Yellow Dress głowa mi podpowiada, że przecież ten swing też już kiedyś otrzymaliśmy w muzyce macierzystej formacji DG. W 1971 roku ukazał się album Meddle, a na nim można znaleźć  taką jazzującą perełkę jak St. Tropez.

Zachwyt jednak nie mija,

bo nowa piosenka urody jest wielkiej i najczystszej. To trochę tak, jakbym wszedł do starego hotelu, w którym dobudowano kolejne piętro. Idę korytarzem, którego podłoga wyłożona jest tą samą wykładziną co na niższych kondygnacjach. Drzwi do kolejnych pokojów też znane: na lewo Pink, na prawo Floyd – i tak na zmianę. I nagle ósme spośród nich wyprowadzają mnie w noc…

W niezbyt bezpieczną dzielnicę, w podejrzaną ulicę, na której kręci się sporo typów spod ciemnej gwiazdy. Naciskam klamkę i wchodzę do knajpy. Też szemranej. Ciemno w niej, powietrze tak gęste od dymu, że można by siekierę zawiesić (Careful With That Axe Eugene). 

Przy paru zaledwie stolikach widzę sylwetki nielicznych konsumujących – degustujących raczej drinki niż zagrychę. W kącie samotnie siedzi niewiasta. Nie młódka już, może czterdziestka, ale taka, że każde 

męskie oko musi choć na chwilę zawiesić się na niej.

Sączy jakiś alkohol, w prawej dłoni trzyma zapalonego papierosa. Wzrok ma nieobecny, zatopiony gdzieś na dnie szklanki. Jest smutna, ale smutkiem, który łzy ma już jakiś czas za sobą. Tylko ból wciąż czai się w jej oczach.

Z kontemplowania tego widoku wyrywa mnie głos wokalisty i gitarzysty jednocześnie. Spoglądam na niewielką scenę. Pianista gra swoje nuty, trzymając wargami resztę papierosa. Facet od basu jest gdzieś daleko stąd, palcami głaszcząc struny swego instrumentu. Perkusista, najwyraźniej nieco już zawiany, stylowo omiata bębny. W pewnej chwili odzywa się saksofon, jakby naćpany i tęskny zarazem. Dźwięk instrumentu wywołuje chwilowy grymas na twarzy kobiety. No tak, więc to dla niej gra. To jej opowiada o tym, co było piękne jak nic nigdy wcześniej na świecie, a skończyło się banalnie i okrutnie pospolicie jak większość takich historii. 

Muzyka snuje się po sali,

zespół jest świetny, zupełnie z innej bajki niż ta knajpa. I chciałoby się, by grał nadal, wciąż i jeszcze. Tymczasem kobieta dopija drinka i szybko podnosi się z miejsca. Wychodzi, nie spoglądając nawet na scenę. Saksofonista gra nadal, tylko jakby jeszcze bardziej skulony, jeszcze mocniej pochylony ku ziemi. 

Chciałbym doczekać końca utworu, ale wychodzę na ulicę w ślad za piękną kobietą, gnany jakimś irracjonalnym impulsem. Muzyka cichnie z każdym moim krokiem. A ona – pani, dama, zjawa – znika niespodziewanie z oczu za pierwszym rogiem. 

Nie ma więc już ani jej, ani muzyki. Zatrzymuję się bezradnie, nie wiedząc, co ze sobą dalej począć. Pozostaje tylko wspomnienie – dziewczyny w żółtej sukience, którą była kiedyś. W piosence.

[W NaTemat: 1 lutego 2016]

Trupa Trupa: niezwyczajny ból głowy

trupa_trupa_headache

Karmią nas bólem głowy. Ale nie jakimś tam prostackim napieprzaniem łba, nie arystokratyczną migreną, lecz opętańczym, obsesyjnym rozsadzaniem czaszki aż po przekraczanie granic tego, co powszechnie uznaje się za normalność.

[more]

*

Gdyby w latach sześćdziesiątych dysponowano takimi jak dziś możliwościami w studiach nagraniowych, otrzymywalibyśmy między innymi takie realizacje, jak w przypadku trójmiejskiej Trupy Trupa. Podziało się tak, że musiało minąć niemal pół wieku: „Syn – minie pismo, lecz ty spomnisz, wnuku”, chciałoby się powtórzyć za Norwidem – by to granie wróciło do łask i – w najlepszych przypadkach – zalśniło pełnym blaskiem.

Jeśli Trupa Trupa coś „straciła”, to na samym początku, decydując się na granie prawie zupełnie nieobecne w mediach, z góry odpuszczając ewentualny szum wielkich radiostacji i zaistnienie na ich playlistach. A teraz, na trzecim dużym krążku, wściekle dojrzale i w sposób dowodzący całkowitej pewności tego, co i jak, proponuje jeszcze bardziej zakręconą podróż przez muzyczne lądy.

Próbując pisać o tej muzyce, zamieniam się w bezradnego dzieciaka. Bo przemieliło się już tego w życiu co niemiara, wszystko coś przypomina, wszystko gdzieś już kiedyś zostało zagrane. A przecież czasem (bardzo, bardzo rzadko, coraz rzadziej) nowych kilkadziesiąt minut daje niczym nieskażoną frajdę słuchania. Choć niekoniecznie – tak jak w przypadku płyt TT, jest to podróż do krainy łagodności. Oj, zdecydowanie nie. 

Karmią nas bowiem bólem głowy. Ale nie jakimś tam dostępnym pospólstwu, prostackim napieprzaniem łba, nie arystokratyczną migreną, lecz zaraźliwym, obsesyjnym rozsadzaniem czaszki aż po przekraczanie granic tego, co powszechnie uznaje się za normalność.

Z tym już zostaniemy: najważniejsze, najdojrzalsze w rocku wydarzyło się gdzieś między 1967 a 1975 rokiem – i wszystko (no, prawie), co ważnego powstawało później i powstaje dzisiaj, odnosić się będzie mniej lub bardziej do tamtego okresu. 

Można żonglować tropami (bo ta szafa nie jest muzycznym demobilem, a to, co z niej wypada, trupem), szukać nazwisk i nazw, z którymi kojarzą się docierające do uszu dźwięki. Dosłuchać się – znów, jak na poprzednim krążku – wczesnego Pink Floyd i matowych falsetów w stylu Gilmoura, na przykład w Sacrifice czy Unbelievable. Dostrzec klimat dojrzałych The Beatles w Rise And Fall, a gęstą fakturę wielu utworów nieodmiennie kojarzyć z Velvet Underground. 

Nade wszystko jednak odnajduję „zorganizowaną anarchię” King Crimson – głównie z okresu Frippowsko-Wettonowskiego – jak w fantastycznym Wasteland, ale także Discipline – co wyraźnie słychać w Getting Older oraz w początkowych i końcowych fragmentach utworu tytułowego. W nim nie ma żartów w szczególny sposób: atmosfera gęsta i duszna od pierwszych dźwięków narasta i potężnieje z każdą minutą niczym w The End Doors, a głos Wojciecha Juchniewicza (drugiego, obok Grzegorza Kwiatkowskiego, wokalisty) brnie w rozwibrowane, szaleńcze rejony spod znaku Jima Morrisona. Zespół nie odpuszcza do samego końca. Progi szpitala psychiatrycznego przekraczamy raz jeszcze w industrialnym Picture Yourself.

Od wydania płyty – tym razem przez brytyjskiego wydawcę, Blue Tapes And X-Ray Records, mijają prawie dwa miesiące. Po okresie ostrego aplikowania, a następnie odstawieniu tej muzyki na pewien czas i – teraz – powrotu do niej mogę wreszcie powiedzieć, że poznałem ten materiał, oswoiłem się z nim. Ale nie wiem, czy o psychodelicznym pokoju, w którym czasem brakuje klamek, mogę powiedzieć, że pokochałem.

Świetna płyta.

(Trupa Trupa: Headache, 2015)

[W NaTemat: 26 kwietnia 2015]

Igrajet kamanda Pinka Fłojda

more

Czy gdy mówimy „Pink Floyd”, zawsze mamy na myśli to samo? Czy wśród znudzonych już ciągłym wynoszeniem zespołu na ołtarze wywołuje to tylko wzruszenie ramion, a wszyscy zagorzali miłośnicy kochają go za to samo?

[more]

*

Czy gdy mówimy lub słyszymy „Pink Floyd”, mamy pewność, że zawsze chodzi właśnie o „to”, a nie o nic innego? Czy wśród znudzonych ciągłym wynoszeniem zespołu na ołtarze ta nazwa wywołuje już tylko wzruszenie ramion, a wszyscy zagorzali miłośnicy kochają go za to samo? Czy, wreszcie, można nie tolerować pewnych płyt, a cenić i/lub uwielbiać inne? Odpowiedź jest oczywista.

Wściekłej psychodelii, przede wszystkim pierwszego albumu, sam uległem niedawno, za to całkowicie. Czas The Dark Side of The Moon i kolejnych krążków wydawanych w dwuletnich odstępach pozostanie najsłynniejszy i najlepiej rozpoznany przez szerokie rzesze wyznawców grupy. W obu okresach prawie zawsze znajdowało się miejsce na wyciszenie, na gitarę akustyczną. Na piękną balladę.

Pierwszą porcję takiego grania otrzymaliśmy w lipcu 1969 roku na płycie More – w wielkim pośpiechu powstającym materiale będącym muzyczną ilustracją do filmu Barbeta Schroedera (podobno poganiany kwartet uwinął się z robotą w osiem dni). 

Dość rzadko wraca się dziś do tych utworów, a ja mam do nich wielką słabość. Wynika to z dwóch prostych faktów. Pierwszy to ten, że moi starsi bracia mieli tę płytę nagraną na jednej ze swych nielicznych taśm magnetofonowych. Drugi natomiast związany jest z uczestnictwem w obozie we Francji w 1977 roku. W ośrodku był do dyspozycji (niezbyt wysokich lotów) gramofon, a obok niego leżało bezpańsko kilka płyt. Po jedną z nich wyjątkowo chętnie sięgał pewien bardzo przystojny, długowłosy francuski nastolatek. 

To była właśnie More. Okładkę, nieco już sfatygowaną, wielokrotnie i nabożnie brałem do rąk i uważnie studiowałem. Dziś, po wielu, wielu latach, nawet jeśli potraktować ten materiał jako swego rodzaju szkicownik – tak wiele utworów na jednym krążku, nie licząc kolejnego filmowego dzieła Obscured By Clouds (1972), pojawiło się dopiero na The Wall – jest to szkicownik, jak przystało na wielki zespół, urody niepospolitej.

A w nim pod trzecią pozycją pojawia się przepełniony smutkiem i nostalgią numer Crying Song ozdobiony w finale solem gitary elektrycznej, którego autorstwa nie sposób pomylić. Dwa tracki dalej mamy Green Is The Colour, balladę w klasycznym, akustycznym wydaniu. Na proste akordowe granie gitary rytmicznej nałożone są jednak subtelne dźwięki gitary solowej, a całość wzbogaca jeszcze cudownie lekka partia fortepianu Wrighta oraz flet. A zaraz potem jeszcze jedna perła: Cymbaline. Znów świetne piano i nieoczywista piosenkowość. Element niepokoju słyszalny od samego początku rozrasta się wciąż mocniej i mocniej. Gitara oraz fortepian znikają, pozostają tylko psychodeliczne organy i bębny. Ta pieśń chyba bardzo zainspirowała panów z Rare Bird – w skądinąd bardzo dobrym kawałku House In The City.

Sporą porcję łagodności PF zaserwowali też rok później, na drugiej stronie Atom Heart Mother. Ale o tym to już może przy innej okazji.

*

Tytuł tekstu ma źródło w czymś niewiele młodszym niż More. Stare radioodbiorniki radiowe odbierały kilka zakresów fal, w tym krótkich. Jakość dźwięku była kiepska, stacje ciągle „uciekały”, odstrajały się, ale zdarzało się wśród nich namierzać te z mową naszego ówczesnego wielkiego brata. I gdzieś pojawiła się taka właśnie zapowiedź: „Igrajet kamanda Pinka Fłojda”.

[W NaTemat: 28 września 2014]

Raz i wystarczy – The Australian Pink Floyd Show, Katowice, Spodek, 15 maja 2013

Nigdy nie byłem na koncercie Floydów, żałuję. Wiesław Weiss przed laty, gdzieś na początku lat 90., opisywał swoje wrażenia z dwóch kolejnych występów zespołu, które dane mu było obejrzeć. Pierwszy wprawił go w zachwyt, po drugim, gdy zorientował się, że wszystko jest powtarzane w najdrobniejszych szczegółach, że pewne guziki muszą być naciśnięte w ściśle określonym momencie, że reżyseria spektaklu dominuje nad spontanicznością grania na żywo, był trochę rozczarowany.

[more]

Aussie byli już w Spodku kilkakrotnie,

lecz ja dopiero teraz, wysłuchawszy wielu pochlebnych opinii znajomych i nieznajomych, zdecydowałem się pójść. Trzeba wreszcie, mimo wcześniejszej nieufności, zobaczyć i wyrobić sobie własne zdanie. Bez uprzedzeń, bez nastawiania się, że będzie tak lub siak.

Od dawna już nie mam nabożnego stosunku do dokonań Pink Floyd, dosyć chyba poukładane – na własny oczywiście użytek – opinie w głowie, swoje typy. Oraz wiele sympatii dla pierwszych płyt grupy, tych z lat 60., ze szczególnym uwzględnieniem The Piper At The Gates of Dawn. I niechęć do późnych albumów – ze dwa lata temu zatrzymałem w połowie odtwarzanie The Division Bell – znudzony i niemile zaskoczony swoją własną reakcją. Aż tak bardzo przeszła mi miłość do tej kapeli? Albo ten krążek  po prostu się zestarzał?

Cokolwiek mówić, jej dorobek to jednak

rockowe sacrum.

I właśnie: czy do – podkreślam – rockowego sacrum należy, paradoksalnie, podchodzić w sposób kanoniczny, na kolanach, wręcz z partyturą w rękach? Czy przeniesienie takiego zabiegu z filharmonii do wielkich hal jest właściwym zabiegiem? I czy coś tu zmieni fakt, że kiedyś umrą wszyscy pamiętający wielkich rocka (tak jak znacznie bezpieczniej mówić o drugiej wojnie światowej, gdy świadków tamtych wydarzeń gotowych zaprotestować, że to przecież nie tak było, coraz mniej). To, co odróżnia muzykę dwudziestowieczną od tej starszej, także – a może zwłaszcza – rokendrolową, to dostęp do płyt, do pierwszych wykonań. Już kiedyś o tym pisałem, a po występie obejrzanym w środę utwierdzam się w przekonaniu, że rock to muzyka oryginału.

W niczym nie pomagała mi świadomość, że pewnie w 2013 roku nikt tego materiału nie zagrałby lepiej niż tych kilku ludzi, nie wyłączając samego Pink Floyd. Pełna kompatybilność zapisu na osobistym twardym dysku, czyli w mojej głowie, z tym, co docierało do moich uszu,

odwzorowanie oryginału w skali 1:1

z niewielkimi i rzadkimi odstępstwami, tylko upewniło mnie w przekonaniu, że nie mam do czynienia ze sztuką, a rzemiosłem. W majestacie prawa autorskiego, z pieczątką PF, ale tylko odtwórstwem. Dobrym, starannym, rzetelnym, ale zaledwie odwzorowaniem dzieła mistrzów. Prawie jak z kopistami dzieł wielkich mistrzów malarstwa. Wymaga to niebylejakich umiejętności, ale jest dziełem eunuchów. Ci, miast stanąć w szranki i próbować grać swoje, odstąpili od tego zamiaru, właściwie mierząc skalę własnych talentów i stwierdzając, że więcej kasy zarobią na graniu cudzych niż własnych kawałków. A jak już grać cudze, to najlepiej te, które wciąż świetnie się sprzedają.

Absolutnie nie potępiam, nie gardzę, nie czuję się lepszy od tych, którym się podobało. Uwierzcie mi, wręcz im zazdroszczę. Bo oni byli szczęśliwi, słysząc tę muzykę, wyszli zadowoleni ze Spodka. Podczas gdy mnie to granie pozostawiło całkowicie obojętnym – najgorsze, co może być. Muzyka to emocje, ich wyzwalanie w słuchaczach, dostarczanie wrażeń, wzruszeń. Na to zawsze czekałem i czekam, tego pragnę, słuchając płyt i chodząc na koncerty. Ale tym razem ta łaska nie była mi niestety dana.

Zaczęli od odegrania,

na czterdziestolecie wydania,

całości Dark Side of The Moon.  Po On The Run wiedziałem już, że ten koncert mnie nie porwie. Clare Torry wykonująca wokalizę w The Great Gig In The Sky była jedyna i wyjątkowa, choć trzy dziewczyny śpiewające każda po fragmencie dały sobie radę. Kolejny raz podziwiałem linię basu w Money, fantastyczny finał tego utworu, ale im bliżej końca, wciąż mocniej zastanawiałem się, czy poza tym, że wszystko byłoby wtedy większe – stadion, scena, widownia, czterech panów Pinków Floydów wywarłoby na mnie większe wrażenie. Do cholery, muszę wierzyć, że tak, bo inaczej zwątpiłbym w siebie jako odbiorcę.

Australijczycy widać wątpili w dostateczną moc ostatnich minut Ciemnej strony, bo pierwszą część występu zakończyli trochę ni gruchy, ni z pietruchy The Happiest Days of Our Lives i Another Brick In The Wall Part 2.  

Po cichu liczyłem, że w drugiej części usłyszę trochę starszych nagrań, ale widać TAPFS za punkt honoru wzięli sobie, by dość

radykalnie zmieniać program koncertów

w kolejnych trasach. Skoro poprzednio było nieco z lat 60., tym razem pojawiło się to, za czym nie przepadam. Rozpoczęli od In The Flash!, co jakby stworzyło klamrę z końcem pierwszej części i usprawiedliwiało obecność przed przerwą Cegły, było trochę z A Momentary Lapse of Reason. I to zgromadzenie w krótkim odstępie czasu monumentalnych, powyciąganych nut Gilmoura nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia. Podobnie jak oczywistości w postaci Shine On You Crazy Diamond (niestety – Part 1) i Wish You Were Here, One of These Days (najstarszy kawałek grany w środę) i koniec w postaci Comfortably Numb oraz na bis Run Like Hell. Znacie? To posłuchajcie.

Boleśnie przewidywalny.

I repertuar, i sposób podejścia do materii muzycznej. Rock – powtórzę raz jeszcze, co pisałem w pierwszym blogowym wpisie, jest muzyką oryginału. A jeśli coverów, to wnoszących nową jakość. Na proste kopiowanie, nawet jeśli wymagające sporych umiejętności, jest albo za wcześnie o jakieś pięćdziesiąt lat, albo – czego osobiście bym sobie życzył, nie będzie miejsca nigdy. Miejsca po tej stronie, gdzie mówimy o dokonaniach artystycznych. O sztuce.

Mądra/głupia – starość/młodość

W kwietniu 2005 roku, po śmierci, a przed pogrzebem Jana Pawła II, mieliśmy bardzo szczególny tydzień. W publicznej telewizji przejawiło się to tak, że zamiast wcześniej ustalonego programu, zamiast obowiązującej ramówki – zrobiło się siedem dni gadających głów. Statycznie, w fotelach, przed kamerami w studiu zasiadali bardzo różni ludzie. Łączyła ich metryka – wszyscy mieli grubo po pięćdziesiątce. Byli to ci, którzy niejedno już przeżyli i potrafili swoje doświadczenia albo zsyntetyzować, albo interesująco zanalizować.

[more]

Było takich programów bardzo wiele. Siadało się przed telewizorem i z wielkim zainteresowaniem słuchało tych siwych w większości głów. Michał Ogórek zawarł wtedy interesujące spostrzeżenie w swym cotygodniowym felietonie w „Gazecie Telewizyjnej”. Napisał mianowicie, że w tych szczególnych okolicznościach uwolniliśmy się w TV od kultu młodości. Do studia wpuszczono starych ludzi, pozwolono im mówić na żywo do kamery – i było to niejednokrotnie niezwykle pasjonujące. Młodość natomiast – pisał – ma to do siebie, że trzeba ją filmować dwadzieścia cztery godziny na dobę (pił tu do programów typu „Big Brother”), by potem z biedą zmontować z tego pół godziny.

*

Od opozycji mądra starość i głupia młodość są jednak wyjątki. Najważniejszym z nich wydaje mi się rock’n’roll. Muzyka młodych, muzyka, w której pierwsze, oryginalne wykonanie najczęściej jest tym najważniejszym. Muzyka buntu, sprzeciwu. Wobec starych, wobec panującego porządku. Rock, siłą rzeczy, był zrazu muzyką młodych. Zastępy dwudziesto- i – z rzadka – trzydziestolatków zabrały się za robienie hałasu na scenie. Dziś pierwsi z nich, jeśli dożyli, są już po siedemdziesiątce. I podobnie ich fani.

Bardzo charakterystyczne jednak, że zarówno w złotych latach 60., jak i późniejszych, najwspanialsze płyty wychodziły z głów i spod rąk ludzi trochę przed lub trochę po trzydziestce. Tak to jakoś w rocku było i jest, że kiedy mówimy o dziełach największych, zwykle są one dziełem ludzi od kilku lat obecnych na rynku. Okrzepli, rozwinęli się, dojrzeli. Udoskonalili warsztat kompozytorski i wykonawczy. A jednocześnie – wciąż są młodzi i nadal zdziwieni porządkiem świata. Biały album Beatlesów, Let It Bleed  Stonesów, Dark Side of The Moon Floydów, by wymienić tylko największe spośród największych.

Są oczywiście, jak zawsze, odstępstwa od tej reguły. Znakomite albumy nagrywali wykonawcy zaledwie tuż po dwudziestce (np. Led Zeppelin), znakomite nagrywają – dziś – też i ci, którzy od kilku dekad wciąż są na scenie (np. Robert Plant – dwa ostatnie krążki). Ale najwięcej arcydzieł rockowych jest efektem talentu ludzi w okolicach trzydziestki. Jeszcze ciągle ze świeżymi pomysłami, a już w pełni ukształtowanych, jeszcze bezkompromisowych, a już świadomie operujących warsztatem.

Naprawdę, trudno mi znaleźć inny przykład, inną dziedzinę. Na pewno  sportowcy w większości dyscyplin, czasem tancerze (estetyka zupełnie mi obca). Ale poza tym? Kto? Nie widzę.

(20 maja 2012) 

Najjaśniejsza strona mocy – Pink Floyd, The Dark Side Of The Moon, 1973

Nieziszczalny zdawałoby się koncept – zjeść ciastko i mieć ciastko – w prosty i fantastyczny sposób realizuje się na gruncie sztuki. W sierpniu, w wiedeńskim Belvederze, oczarowany oglądanymi z bliska pracami Gustava Klimta wracałem kilkakrotnie w ciągu dwóch godzin do sal z dziełami robiącymi na mnie szczególnie mocne wrażenie. Do świetnego wiersza też można sięgać wielokrotnie. Płytę, która wpada w ucho, jeśli tylko czas na to pozwala, już w dniu zakupu można skonsumować parokrotnie.

[more]

Moje dochodzenie do rozbrajającej w swej oczywistości (przynajmniej dla pewnych roczników) prawdy objawionej, iż to  Ciemna strona księżyca jest najlepszym krążkiem Floydów i

rockowym albumem wszechczasów,

trwało jednak ładnych parę lat.

Jak uczniowi mówią, że Słowacki wielkim poetą był, to ten zaczyna się bronić całym sobą. Zamiast jak dziecko szukać własnych, świeżych wrażeń, albo ucieka gdzie pieprz rośnie, albo przyjmuje cudzy sąd i wytwarza w sobie mechanizm uniemożliwiający normalną percepcję. Na kolanach źle odbiera się sztukę.

Ucho bezustannie ćwiczone w końcu sobie jednak poradzi. Wszystko z miłości do muzyki, tych godzin spędzonych na uważnym trawieniu nuty po nucie. Miałem trochę takich wspaniałych momentów w życiu młodego rockfana, gdy nagle, niespodziewanie, nieoczekiwanie – przy którymś tam z kolei odsłuchiwaniu tej czy innej płyty, tego czy innego wykonawcy – nagle czułem, że zakochuję się w tych dźwiękach na zabój. Do grobowej deski. Tak, bo wszystkie te miłości zostały we mnie do dzisiaj (sztuka pod jeszcze jednym względem jest fantastyczna: nie karze za poligamię, a wręcz nagradza – najszerszym z możliwych wachlarzem doznań). A że do młodziaków już niestety nie należę, wiem, że pozostaną ze mną do końca.

I The Dark Side Of The Moon jest takim właśnie cudownym ciastkiem. Oczywistym do bólu. Czasem myślę sobie: „Znów mam tego słuchać? Przecież znam wszystko na pamięć”. Wrzucam do szufladki. Mija minuta, dwie – i kolejny raz wpadam w tę muzykę bez reszty. Arcydzieło, które na przestrzeni lat robi ze mną dziwne rzeczy: przesuwa akcenty, zwraca na siebie uwagę wciąż inaczej – jak obraz oglądany w różnym świetle, pod różnym kątem. W różnych momentach życia.

Łączenie utworów

ze sobą stało się znakiem rozpoznawczym PF w latach 70. Z czasem trochę wątpliwym, wręcz pretensjonalnym. W przypadku tego albumu jest ono – kto wie, czy nie ten właściwy, jeden jedyny raz w historii muzyki – tak bardzo na miejscu. Opus magnum, pełnia, zamknięta całość. Nie każcie mi wymieniać tytułów szczególnie ulubionych fragmentów, ale – przyparty do muru – podam dwa: The Great Gig In The Sky i Us And Them.

Jeśli dzieła genialne wymykają się prostym definicjom, nie całkiem pozwalają opisać poprzez znany nam aparat poznawczy – to, nie wpadając bynajmniej w ekstazę, zaczynam przypuszczać, że jest w nich odciśnięty palec Boga. Krzysztof Kieślowski, nieżyjący już niestety jeden z najwybitniejszych reżyserów w historii polskiego kina, powiedział kiedyś, że Bóg odwraca się do nas plecami, abyśmy nie widzieli, że śpi. Czyżby Stwórca wypoczywał po ciemnej stronie księżyca?

Sześćdziesiąty siódmy

Zabawa się skończyła. Od narodzin minęło kilkanaście lat i oto rock’n’roll utracił dziewictwo. Nie stało się to nagle, bez sygnałów i zapowiedzi, ale wreszcie objawił się światu jako dorosła, piękna kobieta w pełni świadoma swych zalet i wdzięku. Jednak wewnętrznie bardzo skomplikowana.

[more]

Łupnęło tuż po Nowym Roku – 4 stycznia 1967 roku na rynku pojawił się pierwszy album

The Doors.

Jeśli wzrastanie w siłę zjawisk noszących nazwy The Beatles i The Rolling Stones wymagało czasu, o tyle w tym przypadku debiut płytowy od razu wyniósł zespół do roli gwiazdy największego formatu. Płyta zawiera m.in. słynne Light My Fire oraz The End (ten drugi wykorzystany został dwanaście lat później przez Coppolę w znakomitym filmie Czas apokalipsy). Tak zaczęła tworzyć się legenda intensywnie przeplatająca wspaniałą muzykę z problemami osobowościowymi, z niszczącą siłą alkoholu i – przede wszystkim – narkotyków.  

W marcu w sprzedaży pojawia się pierwszy krążek

Velvet Underground

zatytułowany The Velvet Underground And Nico. Za sprawą tekstów otwarcie mówiących o narkotykach (Heroin) szybko wycofany z rynku, ale i tak okazał się z czasem jednym z najważniejszych albumów rockowych w historii. Surowe brzmienie, przegląd stylistyk od folku po psychodelię zachwyca i inspiruje innych do dziś.

12 maja ukazuje się w Wielkiej Brytanii (1 września w Stanach) pierwsza płyta Jimiego Hendriksa –

Are You Experienced?

z tak fantastycznymi numerami jak Hey Joe czy Purple Haze. Tu też, jak w przypadku Doorsów, mamy do czynienia z genialnym debiutem oraz początkiem gitarowo-narkotycznego tańca ze śmiercią. Wielki Jimi, gdyby żył, właśnie dziś obchodziłby siedemdziesiąte urodziny.

Także w maju, tyle że po drugiej stronie oceanu, do studia wchodzą członkowie pierwszej supergrupy, za jaką uznawana jest

The Cream.

Bruce, Clapton i Baker rejestrują materiał na drugi krążek, Disraeli Gears, który ukazuje się w listopadzie. To na nim znajdują się dwa klasyczne już utwory: Strange Brew i Sunshine Of Your Love.

Podobnie jak Cream, na swoim – także drugim – albumie kierowali się w stronę psychodelii

Jefferson Airplane.

Surrealistic Pillow zawiera dwie znakomite kompozycje wokalistki zespołu, Grace Slick – White Rabbit oraz Somebody To Love.

Co jednak powiedzieć o debiucie

Pink Floyd

The Piper At The Gates Of Dawn – który w sklepach pojawił się 5 sierpnia? To był dopiero kompletny odlot muzyczno-narkotykowo-oniryczny. Dla ówczesnego lidera grupy, Syda Barretta, stanowił wspaniały początek i jednocześnie, za sprawą używek, koniec artystycznej kariery. Wciąż naćpany zupełnie nie nadawał się do grania, stał na scenie, brzdąkając cały czas jeden akord. Wkrótce zastąpił go David Gilmour. 

Z używkami eksperymentowali wtedy praktycznie wszyscy rockmani, z tego powodu popadali też raz po raz w tarapaty, jak na przykład – wraz z gronem przyjaciół – Keith Richards, na którego dom w lutym tamtego roku zrobiła nalot policja.

Nie przeszkodziło to Stonesom przyjechać do Polski i 13 kwietnia zagrać w warszawskiej

Sali Kongresowej.

Co prawda dwa lata wcześniej odwiedzili nasz kraj The Animals (ci od The House of The Rising Sun – to tak dla młodszych czytelników), ale to właśnie występ toczących się kamieni stał się katalizatorem przemiany świadomościowej ówczesnych nastolatków w naszym kraju. Chemiczna bomba pełna imperialistycznego, zgniłego hałasu wybuchła, o ironio, w miejscu, w którym odbywały się kolejne zjazdy przewodniej siły narodu, jaką przez cztery dekady była Polska Zjednoczona Partia Robotnicza.

1 czerwca ukazuje się

Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Beatlesów, uważany za najważniejszy koncept album i, w ogóle, za jedną z najlepszych płyt w historii pop music. Czwórka z Liverpoolu niczego już wtedy nie musiała udowadniać, rok wcześniej wydała znakomity Revolver, a jednak kolejny raz zadziwiła świat. Trudno tu wskazywać jakieś utwory, bo całość jest świetna, wspomnę jednak With a Little Help From My Friends (rozsławione potem przez Joego Cockera), When I’m Sixty-Four i Lucy In The Sky With Diamonds (moje wytłuszczenia dotyczą jednej z wersji interpretujących tytuł). 

W czerwcu tego roku odbył się też pierwszy wielki festiwal muzyczny –

The Monterey International Pop Festival.

Zabrakło na nim bardzo wielu liczących się wówczas wykonawców, ale zagrali m.in. Jimi Hendrix Experience, Janis Joplin, The Who, Greatful Dead, Jefferson Airplane, Otis Redding oraz Simon i Garfunkel.

The Rolling Stones

swoje najlepsze płyty mieli nagrać trochę później, ale i tak światło dzienne ujrzały w 1967 roku dwa krążki – Between The Buttons (zawierający choćby Yesterday’s Papers) oraz Their Satanic Majesties Request (She’s A Rainbow, 2000 Man).

We wrześniu pojawiła się na rynku druga płyta Doorsów – Strange Days, potwierdzająca klasę zespołu (Love Me Two Times, Moonlight Drive, When The Music’s Over).

9 listpada wychodzi pierwszy numer

„Rolling Stone Magazine”,

jednego z najbardziej opiniotwórczych czasopism zajmujących się muzyką czy, szerzej rzecz ujmując, kulturą.

Pod koniec roku (w USA 1 stycznia 1968) ukazuje się drugi album Hendriksa Axis: Bold As Love, a na nim Little Wing oraz Castles Made Of Sand. Podobnie jak w odniesieniu do Doors – umacniający pozycję wykonawcy na rynku.

27 grudnia pojawia się w sprzedaży nowa płyta

Boba Dylana

John Wesley Harding, a na niej All Along The Watchtower. Po psychodelicznych szaleństwach wcześniejszych albumów otrzymujemy porcję stylistycznej ascezy, od strony tekstowej wspartych elementami religijnymi czy wręcz mistycznymi. Dylan znowu wyprzedza czas. Śpiewa: „Wielu jest pomiędzy nami takich, którzy sądzą, że życie to tylko żart. Ale ty i ja mamy to już za sobą. Nie ma więc co udawać, pora robi się późna”.

Tak, żarty zdecydowanie się kończyły. Zjawisko zwane rock’n’rollem stawało się wielkim, największym w powojennych czasach przeżyciem pokoleniowym po obu stronach oceanu. Wolna miłość, orgie, alkohol, narkotyki – to wszystko zdawało się nie mieć granic. Poza tą jedną, najważniejszą – śmiercią. Brian Jones, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison nie dali rady, zmarli zdecydowanie przedwcześnie, przegrywając z nałogami. A jednocześnie rock całymi seriami zaczął wyrzucać z siebie płyty dobre i bardzo dobre. A między nimi – arcydzieła.

Madziarska Alfa i – Omega, Nem tudom a neved (Omega 6), 1975

Pod ramię z bratankami Węgrami wiedliśmy rząd muzycznych dusz w demoludach. Z perspektywy lat też wydaje się, że nad Wisłą i Dunajem działo się najwięcej. To nasze ówczesne pochylenie nad muzyką węgierską nie było – najwyraźniej – przypadkowe. Zazdrościliśmy im wielu kapel rockowych w latach 70., pięknie wydanych i bardzo dobrze tłoczonych płyt winylowych.

[more]

Dziewczyna o perłowych włosach

Wśród najważniejszych wykonawców stamtąd przez wiele, wiele lat wymieniana była Omega. Jeśli u nas kuźnią talentów byli Niebiesko-Czarni, to tam taką instytucją była właśnie ta grupa, powstała w 1962 roku. Przez jej skład przewinęło się wielu czołowych muzyków rockowych. Na przełomie lat 60. i 70. jeszcze z Gaborem Presserem, późniejszym liderem Locomotiv GT, zasłynęła zwłaszcza utworami Dziewczyna o perłowych włosach i Dziesięć tysięcy kroków.

Najlepsze lata: 1975-1979

W swój najlepszy, dojrzały artystycznie okres zespół – już w ukształtowanym, pięcioosobowym składzie – wszedł albumem  Nie znam twego imienia wydanym w 1975 roku. Gdy dziś, po latach przerwy, wracam do płyt grupy z drugiej połowy lat 70., widzę wyraźnie, jak wielką inspiracją dla członków zespołu była twórczość Pink Floyd. Krążek, o którym piszę w tym miejscu, jest jednak inny. Więcej na nim rokendrola, ostrych gitar (takie kawałki zwykle wychodziły Omedze bardzo dobrze), mniej powłóczystych dźwięków syntezatorów, które dominowały na kolejnych albumach. To siedem bardzo dobrych i znakomitych utworów. Zaaranżowanych z niezwykłą starannością i dojrzałością, ale jednocześnie z wielkim rozmachem. No i do tego perfekcyjnie wykonanych.

Omega, podobnie jak nasze SBB, wielokrotnie próbowała sforsować „żelazną kurtynę”, przez wiele lat wyjeżdżała na koncerty do krajów Europy Zachodniej, nagrywała płyty dla tamtych wydawców, ale… Mimo tego, że właśnie w tamtym okresie, w latach 1975-1979, skutecznie pod względem artystycznym goniła światową czołówkę, kariery, jak zresztą żaden zespół z tej strony barykady, nie zrobiła. Pozostała natomiast z pewnością wielką instytucją i najpopularniejszą kapelą na wschód od Łaby.

Nie znam twego imienia

Ten album wciąż robi wielkie wrażenie – na pierwszej stronie analoga tytułowa mini, a może wręcz mikrosuita oraz dwa hardrockowe numery: to już jest kawał świetnego grania. Gdy jednak odwrócić krążek – robi się wyśmienicie. Rewelacyjny, gitarowy A büvész, po nim śliczna ballada (mniejsza o tytuł, można sobie połamać język) i na koniec porywające, skonstruowane z wielkim rozmachem Mozgỏ világ i Huszadik századi városlakỏ.

Cóż, węgierskiemu kwintetowi nie dane było zrobić światowej kariery. Proste i brutalne – musieliby urodzić się w innym miejscu na świecie albo tam przenieść na stałe. A kto wtedy żył i pamięta, ten wie, że zostawić w latach 70. wszystko tutaj, karierę, pozycję, i puścić się w niepewność zachodniego rynku muzycznego, narażając jednocześnie na społeczny ostracyzm i represje rodzinę pozostawioną po tej stronie – nie było wcale łatwo. Nikt z najlepszych kadeelowych wykonawców nie zdecydował się na ten krok.

Konteksty ulatują jak łezka spod rzęs – jak powiada stara piosenka – ale zostają płyty. W przypadku wykonawców znad Dunaju trudne do zdobycia i ciągle drogie, ale możliwe do upolowania. Trudno przypuszczać, że jest to propozycja dla młodych odbiorców, ale ci, co sięgają pamięcią do tamtych lat, pewnie nie reagują obojętnie na te kilka – kilkanaście nazw i nazwisk węgierskich. Zaś jeśli już sięgać, to właśnie po krążki najlepsze. A więc – przede wszystkim – po Nem tudom a neved.