Stadion Śląski Reaktywacja

stadion

Jako mieszkaniec Śląska do tego obiektu zawsze będę miał stosunek daleki od obojętnego, zwłaszcza że w młodości byłem zapalonym kibicem, natomiast muzyka nawet z łysiejącej głowy nie chce mi wywietrzeć.

[more]

*

Radiowa Trójka zjechała 26 października na Śląsk i z niegdysiejszego „kotła czarownic” nadawała swoje audycje. Słuchając rano wspomnień redaktorów oraz słuchaczy, pomyślałem sobie, że też mam co nieco, i to bynajmniej nie małe, do opowiedzenia.

*

Jako mieszkaniec Śląska, a od 1977 roku Katowic, do tego obiektu zawsze będę miał stosunek daleki od obojętnego, zwłaszcza że w młodości byłem zapalonym 

kibicem,

natomiast muzyka nawet z łysiejącej i siwiejącej głowy nie chce mi wywietrzeć. A – jak powszechnie wiadomo – meczów i koncertów odbyło się trochę na chorzowskim gigancie. W głowie mam strzępy szczenięcych wspomnień dotyczących potyczek Górnika Zabrze z AS Roma, Manchesterem City czy Dynamem Kijów. Znacznie więcej niż strzępy to rok 1973 i zwycięskie mecze kadry Kazimierza Górskiego z Anglią i Walią. Do końca życia nie zapomnę czterdziestej siódmej minuty, gdy Włodek (jak mówiła cała Polska) Lubański odebrał piłkę Moore’owi i pognał na bramkę rywali, kończąc rajd wspaniałym strzałem i podwyższając prowadzenie na 2-0. Nie zapomnę też, gdy jakiś czas później, poturbowany przez McFarlanda, opuszczał boisko na noszach, co radykalnie miało odmienić oblicze reprezentacji.

*

Nie dojdę już dziś do tego, czy 10 września 1975 roku to była moja pierwsza wizyta na Śląskim. Polska była wtedy trzecią drużyną świata, a w eliminacjach do ME 1976 przyszło naszym orłom bić się z Holendrami, czyli wicemistrzami świata. To był, ośmielę się powiedzieć, ostatni naprawdę wielki mecz kadry Górskiego, która w proch i pył rozniosła rywali 4-1. Trzynastoletnie gardło zdarłem tak, że następnego dnia w ogóle nie mogłem mówić, za to byłem bohaterem nie tylko w swojej klasie i nie tylko na swoim podwórku.

(W dołączonym filmie słychać głos Jana Ciszewskiego, nieodżałowanej pamięci komentatora i świadka największych triumfów polskiej piłki. Dzisiaj, 12 listopada, mija ćwierć wieku od jego śmierci). W Chorzowie zaliczyłem też między innymi jeden z finałów MŚ na żużlu, a także ostatni występ Lubańskiego w reprezentacji – przeciwko Czechosłowacji. W latach 80., a jeszcze bardziej później, motywacja do tego, by bywać na Śląskim, spadła tak samo jak miejsce futbolistów we wszelkich europejskich czy światowych rankingach.

*

Ktoś mądry jednak doszedł do wniosku, że ten stadion to dobre miejsce do organizowania koncertów. 

Występu AC/DC wraz z supportującymi Aerosmith i Metallicą „wysłuchałem” latem 1991 przez uchylone okna mieszkania, bowiem czteromiesięczne wtedy bliźniaki nie miały żadnej konkurencji, gdy chodziło o spędzanie tzw. czasu wolnego. Pierwszym obejrzanym koncertem był więc dopiero siedem lat później ten, który pozostanie jednym z najważniejszych w moim życiu: 

The Rolling Stones.

Dożyć chwili, gdy ukochana kapela wybiega na scenę przy riffach Satisfaction – bezcenne! Tym bardziej, że koncert był po prostu rewelacyjny, nawet bez You Can’t Always Get What You Want na bis (granego w wielu innych miejscach podczas tamtej trasy – było to po wydaniu Bridges to Babylon).

W 2005 roku spełniło się moje kolejne muzyczne marzenie: by zobaczyć w akcji 

U2. 

Było tak pięknie, że nie było mowy, by cztery lata później tego nie powtórzyć, choć bilety sprzedawano przez internet i, pamiętam, można było dostać zawału. Żonie udało się je zabukować o jakiejś absurdalnej, wczesnoporannej porze, przed wyjściem do pracy. Przy New Year’s Day widownia utworzyła jedną wielką biało-czerwoną flagę, wprawiając w osłupienie Bono i jego kumpli. Ukłonił się głęboko, wywrócił swoją kurtkę na lewą stronę (była w czerwieni) i tak pozostał do końca występu.

Gdzieś po drodze, bardziej jako bodyguard (za przeproszeniem mojej wagi lekkopółśmiesznej) niż sympatyk, trafiłem z nieletnimi jeszcze wtedy synami na koncerty Iron Maiden i Metalliki. Nikt i nic – niech fani wybaczą – nie skłoni mnie do słuchania, jak kolorowy rokendrol przechodzi na czarną stronę metalu. Próbowałem parokrotnie, w różnych życia okresach, ale nie – i koniec.

2007 to trzy koncerty: 

Pearl Jam 

z Linkin Park jako supportem. W sumie zawód, zwłaszcza że osiem lat wcześniej w Spodku było fantastycznie. Tym razem dwukrotnie chrzanił się sprzęt, a panowie zeszli ze sceny po półtorej godzinie, ponieważ mieli obstalowany samolot do następnego miejsca na trasie. Oj, tak się nie robi tym, którzy tyle lat czekali, a nawet jeździli po obcych landach z transparentami „You Forgot Poland”. 

Prawdziwą miazgą był jednak występ 

Red Hot Chilli Peppers. 

Popelina sączyła się z głośników aż miło, tyle że nie dla mnie. Byłem tak rozczarowany, że już bodaj następnego dnia zakupiłem Mother’s Milk, by posłuchać, jak RHCP gra bezkompromisowego rokendrola.

Na 

Genesis

– w parę lat po koncercie w Spodku z Wilsonem jako wokalistą – szedłem z pełnym przekonaniem, że chciałbym usłyszeć zupełnie inny materiał, a otrzymam coś, na co czekają tysiące ludzi. Ten zespół skończył się dla mnie na Second’s Out, a już na pewno na Duke’u – czyli tam, gdzie dla wielu dopiero zaczął. Sceneria grozy – gwałtowna ulewa i burza z wściekle walącymi piorunami – dodały jednak niesamowitego smaku temu koncertowi. Szkoda tylko, że Mama i inne takie to nie moja bajka.

Rok później zaliczyłem ostatni, póki co, koncert na Stadionie Śląskim – 

Police.

Pisałem nawet o nim w blogu. Znakomite brzmienie, lepsze niż trzech kapel rok wcześniej, ale zejście po sześćdziesięciu pięciu minutach ze sceny było jak obicie mnie po gębie. Panowie po miesiącu wspólnego grania, po ćwierćwiecznej – dodajmy – przerwie, mieli siebie tak dość, że nawet nie potrafili spojrzeć od czasu do czasu w swoją stronę. Tak się nie traktuje ludzi, którzy zapłacili za bilet, kupowali i kupują płyty. Dla mnie był to fragment większej całości pt. Sting.

*

Wychodzi na to, że starego zgreda trudno zadowolić. Cóż, tak już mam, trochę w życiu widziałem i posłuchałem i byle czym smarowana kanapka mi nie smakuje. Lecz ufam, że jeszcze na tym samym, aczkolwiek zupełnie innym stadionie, czekają mnie wrażenia wielkie i piękne. Co prawda dwa hasła – Van Morrison i Dave Matthew Band – na które czekam najbardziej, stadionu u nas, w Polsce, nie wypełnią, ale parę innych – kto wie?

Jak w starym serialu: J-23 znowu nadaje. W innej rzeczywistości, wśród paru innych pięknych, ale „tylko” piłkarskich obiektów, w tym z koszmarnym akustycznie, nie do nagłośnienia Stadionem Narodowym w stolicy. Pierwsze imprezy sportowe w Chorzowie  już zapowiedziane, inne planowane. Pora zabrać się za kawałki muzycznego tortu.

P.S. Właśnie ogłoszono, że koncertową inauguracją będzie występ Guns’N’Roses. Mam wątpliwości, czy gwiazdorzy sprzed lat zdołają wypełnić chorzowski stadion. I czekam na kolejne zapowiedzi.

[W NaTemat; 12 listopada 2017]

Panowie, dziewczyny zwiewają stąd!

motown

Co łączy spółkę autorską Holland – Dozier – Holland, The Birds – kapelę, w której zaczynał karierę późniejszy gitarzysta Rolling Stones, Ronnie Wood, The Who, Motörhead i Pearl Jam? Ano jeden fantastyczny numer: „Leaving Here”.

[more]

*

Nie będę udawał, że poznałem ten kawałek jako osesek, ciągnąc mleko z butelczyny, albo tylko trochę później, bawiąc się klockami gdzieś pod stołem. Nastąpiło to dopiero w 2003 roku, gdy którejś soboty zabraliśmy się z żoną od znajomych przed północą, aby zdążyć jeszcze do MM i – w ramach weekendowych okazji – nabyć świeżo wydany podwójny album Lost Dogs Pearl Jam za całe cztery dychy.To wtedy wśród bezmiaru muzyki pomieszczonej na dwóch CD pierwszy raz wyłowiłem w pewnym utworze stare, tak ukochane przeze mnie brzmienie lat 60. Dopiero potem skonstatowałem, że nic w tym dziwnego, bo pochodzi on z tamtych właśnie czasów.

Soul, rhythm & blues – swing, dęciaki, chórek, czyli jedyne w swoim rodzaju brzmienie Motown. Piosenka Leaving Here wyszła spod rąk słynnej spółki autorskiej Holland – Dozier – Holland. Pierwsze wykonanie – Eddiego Hollanda – ujrzało światło dzienne w postaci singla w grudniu 1963 roku. Co tu dużo mówić – wersja to wzorcowa, znakomita i pełna ognia.

I wkrótce dzieje się z tym kawałkiem coś idealnie wpisującego się w tamte czasy – czyli młodzi Brytyjczycy zachłystują się muzyką czarnej Ameryki. The Birds, formacja, w której zaczyna swoją karierę Ronnie Wood, późniejszy gitarzysta Rolling Stones, nagrywa ten utwór w kwietniu 1965 roku. 

W tym samym czasie The Who dokonują trzech podejść do tego numeru. Ale trzeba było długo czekać, aby odnaleźć któreś z nich na płytach zespołu. Stało się to dopiero w 1985 roku na kompilacji Who’s Missing, a następnie kompaktowej wersji Odds & Sods (1998). W 2000 roku ukazał się album BBC Sessions, na którym znalazła się wersja live. No i –  tak jak w przypadku Birds – mamy gitarowe, bezkompromisowe łojenie. Trudno się dziwić, że w stronę The Who mocno zerkali dekadę z okładem później punkowcy – ze szczególnym uwzględnieniem The Jam.

Nie zaskakuje też fakt, że wielki fan Birds, Lemmy, umieścił ten utwór na EPce England w 1977 roku, a następnie pierwszym krążku Motörhead, On Parole (1979).

W stronę brytyjskich wykonań z lat 60. zerkał też Eddie Vedder, który wprost przyznaje, że bardzo bliskie są mu losy głównego bohatera rockopery The Who Tommy (1969), że ta muzyka pozwoliła mu przetrwać trudne chwile w młodości. Nie jest więc zaskoczeniem, że utwór ten mają w swoim repertuarze Pearl Jam. Pierwszy raz znalazł się on na płycie Home Alive (1996), a siedem lat później powrócił wśród stron B singli i innych rarytasów na wspomnianym wyżej Lost Dogs. I w ten sposób dokonało się, jakże charakterystyczne, pełne rokendrolowe koło: czarni Amerykanie – Brytyjczycy – biali Amerykanie.

Moją uwagę zwróciło ponadto całkiem świeże wykonanie tego utworu przez młodziaków z Zielonej Wyspy – The Strypes.

[W NaTemat: 8 lutego 2015]

Błazen i złodziej na wieży strażniczej

jwh1

Pod pozycją numer cztery na pierwszej stronie płyty znalazł się jeden z najsłynniejszych utworów w historii muzyki rockowej – „All Along The Watchtower”, w 2004 roku sklasyfikowany przez magazyn „Rolling Stone” na czterdziestym ósmym miejscu.

[more]

*

W maju 1966 roku ukazuje się podwójny album Boba Dylana Blonde On Blonde, zawierający takie utwory jak I Want You czy Just Like A Woman. Dwa miesiące później muzyk ulega bardzo poważnemu wypadkowi motocyklowemu i milknie na długie wtedy półtora roku. 

Psychodelia

opanowuje świat, do boju ruszają Jefferson Airplane, Grateful Dead, The Doors, Velvet Underground i Pink Floyd, The Beatles nagrywają Sierżanta Pieprza, tymczasem Dylan najpierw przez długie tygodnie walczy o życie i zdrowie, a potem zamyka się w swej posiadłości w znanej skądinąd miejscowości Woodstock pod Nowym Jorkiem. Nie udziela wywiadów, unika ludzi, za to intensywnie oddaje się lekturze Biblii i Tory. Z kumplami z The Band tworzy prywatne studio nagraniowe, w którym wciąż nagrywa nowe piosenki.

Wreszcie, w ostatnich dniach 1967 roku, do sklepów trafia krążek

John Wesley Harding.

Chyba najbardziej oczekiwany – i zaskakujący – w tamtym okresie. Krytycy kolejny raz porównują artystę do proroka. W pełnym rozkwicie flower power oraz psychodelii Dylan przedstawia niezwykle oszczędnie zaaranżowany materiał rozpisany na głos i obsługiwane przez siebie gitarę akustyczną, harmonijkę oraz pianino, a ponadto gitarę basową, gitarę hawajską i bębny: dwanaście piosenek nagranych w trzy- lub czteroosobowym składzie, bliższe wiejskiej Ameryce niż czemukolwiek innemu. Pod prąd kolorowym czasom jest też czarno-biała okładka płyty, a na niej zdjęcie przypominające fotografie pionierów albo band rabusiów. 

W tym zestawie pod pozycją numer cztery na pierwszej stronie znalazł się

jeden z najsłynniejszych utworów w historii 

muzyki rockowej – All Along The Watchtower, w 2004 roku sklasyfikowany przez magazyn „Rolling Stone” na czterdziestym ósmym miejscu. Stąd musi być jakieś wyjście – mówi błazen do złodzieja. A ten drugi powiada: Między nami wielu jest takich, co sądzą, że życie to tylko żart. Lecz ty i ja mamy to już za sobą. Dość udawania, robi się późno. Album Dylana jest ostatnim z grona najistotniejszych wydawnictw w zachwycającym muzycznie 1967 roku.

Piosenka doczekała się olbrzymiej liczby coverów, ale bezdyskusyjnie najważniejszym z nich jest ten pierwszy. Ten, w którym dominującym instrumentem jest gitara elektryczna, a jej przecież nie było w pierwowzorze. Wersja pojawiła się dziesięć miesięcy później, w pażdzierniku 1968, na ostatnim albumie grupy

The Jimi Hendrix Experience

Electric Ladyland.

Bardzo wielu znaczących artystów znajduje się na liście interpretatorów tego utworu: niedawno zmarły Bobby Womack, Grateful Dead, Jan Akkerman (gitarzysta Focusa), Taj Mahal, Neil Young (sam i z Pearl Jam), U2, Dave Matthews Band, Brian Ferry, Lisa Gerrard, są nawet polskie interpretacje – Brygady Kryzys i Martyny Jakubowicz. Żadna jednak – choć nie brak wśród nich porywających – nie wniosła nic ponad te dwa pierwsze, kanoniczne, genialne wykonania.

[W NaTemat: 18 sierpnia 2014]

Największy rockman z Kanady

neil_young_freedom

Od 1966 roku mieszka w Stanach, współpracuje i nagrywa z muzykami amerykańskimi, ale nigdy nie zrezygnował z kanadyjskiego paszportu: Neil Young.

[more]

Urodzony w 1945 roku w Toronto kompozytor, autor tekstów, wokalista i gitarzysta – samouk ma tak bogatą biografię, wciąż – mimo upływu lat – jest tak aktywny, że próbować ogarnąć jego dzieło jest ekwilibrystycznym zajęciem. W tym miejscu skupię się więc na jednym małym, za to bardzo smakowitym szczególe.

W 1989 roku Young rozstał się z wytwórnią Geffen i powrócił do (macierzystej w jego przypadku) Reprise. Powrócił albumem, nomen omen, Freedom, na który złożyły się m.in. utwory wydane wcześniej tylko w Japonii i Australii na EPce Eldorado czy odrzuty z innych sesji nagraniowych, a także klasyk On Broadway. Życzyć by należało wszystkim wykonawcom, by dane im było dysponować takimi pozostałościami – płyta jest po prostu bardzo dobra.

Album spina rewelacyjny kawałek zaprezentowany w dwóch wersjach, akustycznej i elektrycznej – Rockin’ In The Free World. Wersja otwierająca nawiązuje do nurtu balladowego, a nawet – jak się trochę uprzeć – folkowego w twórczości artysty (dominują w niej dylanowskie gitara akustyczna i harmonijka ustna), zaś kończąca pokazuje Younga jako bezkompromisowego rokendrolowca, który potrafi solidnie dosypać do pieca.

Nic dziwnego, że zupełnie inne pokolenie – grunge – dojrzalo w nim jednego ze swych największych mistrzów. Szczególną atencją obdarzyli go panowie z Pearl Jam, czego dowodem jest także włączenie na stałe rzeczonego utworu do swego repertuaru. Youngowi i PJ zresztą od lat jest po drodze – i on, i oni zaangażowani są w sprawy społeczne, a wzajemny szacunek dla swych dokonań zaowocował przyjaźnią i wieloma wspólnymi występami.

Ostatni z dołączonych filmów pochodzi z koncertu w Toronto, a więc dla Younga domowego, Muzyk ma wtedy, nie wypominając, sześćdziesiąt sześć lat. Kondycji można tylko pozazdrościć. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Rokendrol jednym zabrał życie, innych wyśmienicie zakonserwował.

{W NaTemat: 19 czerwca 2014]

Czemu winni są Vedder i spółka? – Pearl Jam, Lightning Bolt, 2013

pearl_jam_light

Wielokrotnie już manifestowałem uwielbienie dla Dżemów – tyskiego i perłowego. Moje uczucie jest głębokie, trwa lata całe, przeszło przez pierwsze okresy fascynacji, poradziło sobie też ze słabszymi momentami. To miłość w pełni dojrzała, której byle podmuch nie zmiecie.

[more]

Ale, jak to z uczuciami, o ten ogień trzeba dbać. Więc słucham, kupuję kolejne płyty, chodzę na koncerty. Z przyczyny tyleż oczywistej, co pięknej: 

dostaję to, czego pragnę.

Czasem więcej, czasem trochę mniej, zawsze jednak dostatecznie dużo, by nie mieć wątpliwości.

People Are Strange. Ludzie są dziwni. Większość z nas nie robi jakichś szczególnych rzeczy w życiu (tak było, jest i będzie – i nic w tym złego). Nie odkrywamy Ameryki, nie zmieniamy biegu świata. A jednak tak często odzywa się w człowieku głos krytyka lub dziecka: chcę być zaskakiwany, czarowany, pragnę, by świat jak najczęściej dostarczał mi chwil szczęścia lub przyjemności. I to też normalne, jednak gdy wkraczamy na delikatniejszy ze swej natury grunt sztuki, ludzkiej aktywności, twórczości, trzeba wzmóc czujność. Łaska fana na pstrym koniu jeździ, ale artyści nie raz i nie dwa sami są sobie winni.

Czemu winni są Vedder i spółka?

Że zespół wciąż działa, że w dwadzieścia dwa lata po debiucie fonograficznym wydaje nową płytę? Że gra wciąż tak samo?

Po pierwsze, ilu jest takich wykonawców, którzy nagrywali bądź nagrywają, o których wciąż tyle się mówiło lub mówi po prawie ćwierć wieku obecności na scenie? Jakie płyty nagrywali w połowie lat 80. eks-Beatlesi, Rolling Stones albo The Who? Gdzie byli w połowie lat 90. Uriah Heep, Iron Butterfly, Wishbone Ash czy Budgie? W którym miejscu odnajdujemy dziś Living Colour, Red Hot Chili Peppers, Spin Doctors lub Alice In Chains?

Po drugie, czy zawsze dobrze gitarowym zespołom robiły stylistyczne wolty – na przykład w stronę klawiszy i komputerów: Queen, U2 na [i]Zooropie[/i] czy [i]Popie[/i], Radiohead, Heyowi na dwóch ostatnich płytach?

Po trzecie, czy Pearl Jam, podobnie jak Stonesi, muszą się komuś tłumaczyć z tego, że wciąż grają rokendrola?Chyba warto mieć świadomość, że PJ był i nadal jest zespołem z poziomu dla większości nieosiągalnego. Choćby przy wyjątkowych wzlotach artystycznych, choćby z trampoliny. Wielu, bardzo wielu nie zagra nigdy tak, jak formacja z Seattle na swoich nawet tzw. słabszych płytach. Warto także mieć świadomość, z jakiego pułapu PJ wystartował. W 1991 roku, wydając pierwszy album, był kapelą w pełni dojrzałą, całkowicie ukształtowaną. Ten to arcydzieło. Jeśli tak się debiutuje, potem pozostaje już tylko ściganie się z samym sobą, a to cholernie trudna sztuka. Zwłaszcza przez tyle lat.

Backspacer (2009) wyraźnie sygnalizował powrót do bardzo dobrej formy. Lightning Bolt z pewnością nie jest gorszy. Mamy nowy słoik, nową zakrętkę, a w środku 

dżem zrobiony ze znanych nam owoców.

Bardzo dobrych i dojrzałych. To mało?! A czym niby chcielibyśmy być dziś czarowani przez zespół? Elektroniką, samplami, sekcją dętą, produkcją nie z tej ziemi? Jak dobrze, że Vedder wciąż śpiewa tak, iż pewnie uwiódłby większość pań bez względu na wiek. Jak dobrze, że gitary wciąż brzmią tak jak przed laty. Jak dobrze, że ci faceci nadal potrafią napisać kilkanaście co najmniej dobrych piosenek.

Ileż radości, ileż dobrze znanej przyjemności konsumenta muzyki czerpię z sączenia się tych nut do mojego ucha. Piąte, siódme, dziesiąte odsłuchanie krążka – coraz lepiej rozpoznawalne melodie moszczą się coraz wygodniej w moim muzycznym sercu.Nowa płyta PJ jest jak spotkanie po paru latach przerwy ze starymi, bardzo dobrymi kumplami. Na które idziemy z niepokojem, czy przypadkiem nie zmąci nam wielu pięknych wspomnień, Idziemy z obawą, czy ciągle będziemy mieli sobie coś do powiedzenia. I oto z radością, z satysfakcją stwierdzamy, że może włosów na głowie ubyło, a przybyło tu i ówdzie tłuszczu, ale poza tym jest jak dawniej, ciągle dobrze rozmawia się nam ze sobą.

Słucham nowych utworów z przyjemnością, w paru przypadkach wielką. Życzę Wam tego samego.

(Pearl Jam, Lightning Bolt, 2013)

[W NaTemat: 27 października 2013]

Słoik dżemu z bardzo dobrego rocznika – Pearl Jam, Backspacer, 2009

Dziwne mamy czasy. Na rynku muzycznym płyta goni płytę, właściwie nie ma czasu, by nacieszyć się jednym czy drugim wydawnictwem, bo oto już na światło dzienne pchają się następne. Rozmiary tego rynku są nie do ogarnięcia. A jak rynek, to i towar, produkt – znacznie częściej niż dzieło sztuki czy przynajmniej propozycja artystyczna.

[more]

I jak reaguje normalny człowiek? Jeśli

nie sposób to wszystko przetrawić,

ogarnąć choćby, co bliższe sercu, to objawy, jakie nas dopadają, mają coś na kształt niestrawności, mdłości, wymiotów albo biegunki. A przecież trzeba sobie z tym jakoś radzić, jeśli bez muzyki trudno wyobrazić sobie życie.

Kiedyś było tego mniej, znacznie mniej. W dodatku skuteczna zapora w postaci muru berlińskiego, podział świata na nas i onych powodowała, że owo źródełko biło bardzo nieśmiało. Docierało do nas niewiele z tego, co działo się w Stanach i na Wyspach. Programów radiowych z muzyką było niewiele, a jednak – sam nie wiem, czy to tylko nostalgia, czy prawda – wydaje mi się, że i redaktorzy, i my – słuchacze – razem z nimi mieliśmy więcej czasu, by pochylić się nad kolejnym albumem tego lub innego wykonawcy. Z większym namysłem zatrzymać się nad porcją nowych nagrań, przyswoić, pomlaskać lub pogrymasić.

A jednocześnie było tak, że działalność grupy czy solisty była bardzo intensywna:

bezustanne trasy i nagrywanie kolejnych płyt.

Bywało, że dwóch w ciągu roku, natomiast dwuletnia przerwa oznaczała de facto niebyt.

Od wielu lat jest tak, że – zwłaszcza ci najwięksi, już „zarobieni” i uznani – nagrywają rzadko. Co dwa lata prawie się nie zdarza, zbędny pośpiech.

Ktoś ostatni album wydał cztery lata temu i nikt dziś nie mówi, że zespół się rozpadł, przestał istnieć, że członkowie zespołu realizują jakieś swoje indywidualne projekty lub zajmują się nicnierobieniem. Celebruje się wydanie nowego albumu, media donoszą, że muzycy mają zamiar wejść do studia, że mają gotowy materiał, że właśnie nagrywają, miksują, że album już ukończony, że wyjdzie jesienią, że zespół ruszy w wielki światowy tour. Po Stanach i Europie, że zarobi kolejne grube miliony. Karuzela musi się kręcić, wędrowna trupa cyrkowa wyposażona w samoloty, kilkadziesiąt wielotonowych ciężarówek i dziesiątki ludzi rusza w trasę.

Darujcie ten przydługi wstęp, porcję dygresji. Dżemy (tyski i perłowy) należą do moich ulubionych elementów muzycznego stołu, w prywatnym rankingu Pearl Jam to

najlepszy zespół ostatniego dziesięciolecia XX wieku.

Zaliczyłem dwa jego koncerty, pierwszy, w Spodku, wspaniały, drugi na Stadionie Śląskim dobry i stanowczo za krótki.



Backspacer, ostatni studyjny, właściwie minialbum sprzed czterech już lat, wydany w osiemnaście lat po debiucie, ucieszył mnie bardzo. Nie jest to nowa jakość – to niełatwe w przypadku wykonawcy, który już na początku swej drogi wydaje arcydzieło, jest zespołem kompletnym i ukształtowanym (i który nie dokonuje stylistycznej wolty). Lecz po paru nieco słabszych krążkach zaserwował nam jedenaście piosenek, z których co najmniej sześć mogłoby znaleźć się na wczesnych płytach. Oszczędził nam surowych, niemal punkowych riffów (może poza Supersonic), tak charakterystycznych dla wielu poprzednich albumów, dał

porcję radosnego rokendrola

i dwie wielkiej urody ballady – Just Breathe i The End oraz nieco walcujący Speed of Sound.

No i taki numer jak Amongst The Waves. To jeden z tych średniotempowych kawałków, za które uwielbiam Stonesów i Pearl Jamów. Jak się umie – a jedni i drudzy umieją, oj, umieją! – robi się z tego porcja wspaniałego grania, jest miejsce na porządną solówkę gitarową, a tę, jeśli smaczna, zawsze przyjmę z radością. Niewiele mu ustępuje następny w kolejności, Unthought Known.

Świetny album. Jeśli nowy okaże się równie dobry, będę – jako wielki fan PJ – szczęśliwy. 

Powrót do ogrodu dźwięków – Soundgarden, King Animal, 2012

Czwórgłowe bóstwo – zwane nie Światowidem, a grunge’em – po latach podnosi swoją trzecią głowę. A właściwie podniosło dwa lata temu, a teraz raczy nas nową, pierwszą od szesnastu lat studyjną płytą. Soundgarden to powrót pełnoprawny, w oryginalnym składzie i – o ile można tak po latach powiedzieć – w starym brzmieniu.

[more]

Przyznam, że ten zespół kręcił mnie mniej niż Pearl Jam, Nirvana czy Alice In Chains. Za mało w jego graniu było rokendrolowej finezji spod znaku Led Zeppelin, za mało swingu, za dużo dość płaskiego metalowego łomotu. To sprawiało, że smakowite w moim odczuciu kąski musiałem wyławiać z całości.

W przypadku nowej płyty nie jest inaczej. Ale – co istotne – nie jest gorzej.

Nie ma mowy o odgrzewanych kotletach.

Otrzymaliśmy materiał w pełni porównywalny z tym dawnym, z jego zaletami i słabościami. Ilekroć chłopaki zwalniają, Chris Cornell schodzi z wysokiego „C” – jest interesująco i przyjemnie.

Krążek zaczyna się od singlowego przeboju – Been Away Too Long, bardzo zdrowej porcji łojenia, potem są dwa typowe dla SG mocniejsze numery, by w czwartym, A Thousand Days Before, przenieść słuchacza w okolice klimatów zeppelinowsko-orientalnych. Następny utwór jest z kolei zdecydowanie sabbathowski – gdyby tak podłożyć głos Osbourne’a, moglibyśmy dać się zwieść…

Bones of Birds przywodzi na myśl Black Hole Sun. Nie jest jednak tak monumentalny, a – odwrotnie – poza refrenem wręcz wyciszony. Chyba będzie zyskiwać przy kolejnych przesłuchaniach. Wyeksponowany bas przy wybrzmiewającej gitarze mile łechce uszy.

Później wchodzimy, aż do dziesiątej pozycji, w stany średnie, w takie granie, które niczym szczególnym się nie wyróżnia w morzu gitarowej konfekcji, a już z pewnością średniej ogrodowej.

Ciekawiej robi się na koniec.

Ostatnie trzy numery zdecydowanie pracują na poziom całej płyty. Tempo zwalnia, mniej gitarowych nakładek, więcej tu muzyki do autentycznego smakowania. Świetnie brzmi misternie zbudowany, do samego mocnego finału, Eyelid’s Mouth z gościnnym udziałem Mike’a McCready’ego (gitarzysty Pearl Jam). Cóż, to kompozycja Matta Camerona, który bębni teraz i w PJ, i w SG. Czy może być jeszcze lepiej? Okazuje się, że tak. Album kończy znakomity numer Cornella – Rowing.

Podsumowując – po takim finale nie mam więcej pytań. Rokendrolowe arcydzieła powstają dziś niezwykle rzadko. Jeśli dostajemy do rąk krążek, który w całości jest zdecydowanie do słuchania, jeśli w kilku utworach zespół wznosi się – nie waham się tego napisać – na swój najwyższy poziom, to czego więcej chcieć?

Czego? By Cameron wziął kumpli z obu zespołów i zagrał z nimi we Wrocławiu, jak się już o tym tu i ówdzie mówi. Jeśli tak się stanie, wybiorę się na taki koncert na pewno.

Dżem babci Pearl

To już dwadzieścia jeden mija od ich debiutu płytowego. Sporo, patrzę choćby na moich synów, właśnie dwudziestojednoletnich. A jednak – muzycznie – jest to dla mnie coś „po”. Co jeszcze chłonąłem absolutnie na świeżo, jako młody człowiek? Szybko teraz myślę, co stanowi w moim życiu tę cezurę? Studia i U2? Chyba tak.

[more]

Na grunge nie załapałem się z powodu pieluch i całego tego zamieszania. Pearl Jam, mój absolutnie

ukochany zespół końca XX i początku XXI wieku,

poznawałem trochę ex post, dopiero od Yield. Ale tego, co działo się na koncercie w Spodku w czerwcu 2000 roku, nigdy nie zapomnę. Grali rewelacyjnie, a polska młodzież – studenci i licealiści – śpiewała z Vedderem wszystkie kawałki od początku do końca. Tego nie mogło być na Page’u i Plancie ani na Deep Purple… Absolutnie fantastyczne doświadczenie. Ci z mojego pokolenia i starsi rozumieją, o czym mówię. Młodsi nie muszą, oni przecież śpiewali.

Tych emocji nie udało się, niestety, powtórzyć po paru latach na Stadionie Śląskim, w czerwcu 2007 roku. Właściwie wszystko było O.K. Ci faceci nie grają złych koncertów. Tyle że – dwa razy sypał się sprzęt, a zespół nie zagrał ani minuty ponad półtorej godziny, bo miał obstalowany samolot do następnej stacji na trasie. Tak się nie robi tym, którzy jeździli za kapelą po świecie z transparentami „You forget Poland”.

Ale i tak jest dla mnie PJ wspaniałą kontynuacją Led Zeppelin. A butelka wina w rękach Edka wyglądała niewinnie w porównaniu z tym, co zrobił „Bonzo” Bonham.

Gitarowe granie ma się nieźle, choć od

grunge’u

nie pojawiła się właściwie żadna nowa jakość w okolicach mainstreamowego grania. Ten cudowny splot bezczelnej anarchii przynależnej młodości, umiejętności wymyślania pięknych melodii, powrót do prostego, prymitywnego rock’n’rolla i gwałtowności punka, nawiązanie do najlepszych tradycji z Led Zeppelin i Black Sabbath na czele –  udało się osiągnąć w jednym czasie, na początku lat 90. kilku kapelom współistniejącym po sąsiedzku, w okolicach Seattle – obok PJ jeszcze, przede wszystkim, Nirvanie, Alice In Chains i Soundgarden.

Trzy lata temu, po ukazaniu się Backspacer, dałem sobie w żyły całą dawkę studyjnego Perłowego Dżemu. Bo

Backspacer

zdecydowanie przypomniał najlepsze, pierwsze lata grupy. I doszedłem wtedy do mało odkrywczego wniosku, że ta kapela ma może w dorobku albumy słabsze, lecz na pewno nie słabe. Poziom, z jakiego wystartowała, był niemożliwy do utrzymania. Jednak w kolejnych słoikach – czy to Yield, Binaural czy Riot Act – nigdy nie było zgniłych owoców. Może mniej tych najsmaczniejszych, wygrzanych w słońcu i skropionych poranną rosą, ale to wciąż był pułap trudno dostępny dla większości wykonawców.

Bardzo jestem ciekaw, co też następnego wysmażą nam Vedder i spółka. Dziś już klasycy gatunku, a przecież – gdy porównać ich z Dylanem czy Stonesami – ciągle młodziaki. No i coś przebąkuje się o ich występie jesienią 2013 we Wrocławiu…

P.S. Fani PJ wiedzą, ale inni niekoniecznie – Pearl, babcia Eddiego Veddera, słynęła z dżemów własnej roboty. To o wiele milsze przejście do historii niż inne, które dokonało się za sprawą członków zespołu Lynyrd Skynyrd. Swoją nazwą uwiecznili znienawidzonego nauczyciela, Leonarda Skinnera.



Słowo o debiutach z wysokiego „C”

Jest trochę debiutów płytowych, które nagrane zostały przez wykonawców „gotowych”. Tych, którzy na swych pierwszych płytach zaprezentowali się w pełni, od razu znakomicie.

[more]

Mieli potem bardzo trudne zadanie. Już nie można było mówić w ich przypadku o rozwoju, a „tylko” o ściganiu się z samymi sobą. Takim zespołem byli The Doors, a po nich jeszcze m. in. Wishbone Ash, Steely Dan, Dire Straits czy Pearl Jam. Takim artystą był w tym samym czasie co panowie z Kalifornii Jimi Hendrix.