Szał niebieskich ciał nad samotną filiżanką herbaty

pobrane31

Może trzeba skłonić się ku opinii, że Kora była wokalistką punkową, w dodatku, zupełnie wbrew tej stylistyce, obdarzoną wspaniałą dykcją?

[more]

*

O tym, że Kora walczy z rakiem, wiedzieli chyba wszyscy, nie tylko fani muzyki rockowej i nie jedynie ci o mocno już ugruntowanych peselach. A jednak jej śmierć – ta chwila, gdy wszystko staje się nieodwołalne i nieodwracalne – poruszyła bardzo wielu.

Nigdy nie byłem fanem Maanamu. Z powodu Kory. Nigdy nie porywały mnie głosy, które ze stylistyką mocnego uderzenia miały i mają niewiele wspólnego – i jej też nie. Nic na to nie poradzę, tak mam i tak mi już zostanie. Choć piosenka musi posiadać tekst, głos wokalisty stanowi bardzo ważny, czy nie najważniejszy instrument w zestawie, i powinien być stylowy.Kora nie była wokalistką rockową i nic to, że miała obok siebie bardzo niezłych muzyków. Jednak wobec spraw ostatecznych człowiek raz jeszcze rewiduje swoje opinie, sądy i odczucia, gdzieś tam – i niekoniecznie na dnie – po ludzku czując żal i wzruszenie. Nie będę wdawał się w oczywiste oczywistości, że nie ma dziś takiego zestawu autorów, jakimi w latach 80. i później byli Olga Jackowska, Grzegorz Ciechowski i Lech Janerka.

Może trzeba skłonić się ku opinii, że Kora była wokalistką punkową, w dodatku, zupełnie wbrew tej stylistyce, obdarzoną wspaniałą dykcją. Wystarczy posłuchać [i]Oddechu szczura[/i], spróbować choć przez parę linijek nadążyć za wokalistką – by oddać się zwątpieniu i pokornie skłonić głowę przed mistrzynią.

Tekst niniejszy w swym zamiarze nie ma być żadnym hołdem, ale nie ma też stanowić dowodu w przewodzie sądowym. Choć uwielbiam tropienie bliźniaczych dźwięków w muzyce – w tym przypadku daleki jestem od prokuratorskich zapędów. Sprawa naznaczona jest patyną czasu, a poza tym, upierać się będę, muzyka ma sprawiać radość, a nie dzielić. 

Szał niebieskich ciał, przedostatnia piosenka na debiutanckim albumie Maanamu, bluesidło, był pierwszym kawałkiem grupy, który zaakceptowałem od razu i bez zastrzeżeń. Tylko że jakiś czas potem, w ramach nieustannie trwających – do dziś zresztą – rekolekcji i ślęczenia w oślej ławce nad zaległościami (co nota bene robię ze znacznie większą ochotą niż zapoznawanie się z tzw. nowościami), dotarłem wreszcie do pierwszej z dwóch najmniej klasycznych płyt pewnej klasycznej formacji. Myślę o Led Zeppelin i ich albumie Presence z 1976 roku, a więc o cztery lata wcześniejszego od krążka polskiej grupy. Jeśli cierpliwie – co przecież nie wymaga szczególnych poświęceń, przejść przez całość materiału, dopływając do pozycji numer 7, jeśli odsączyć dwadzieścia dwie sekundy fusów z herbaty bynajmniej nie gruzińskiej, dotrzemy do miejsca pt. „Skąd my to znamy?!”. By już nie przynudzać,  tylko jedno spostrzeżenie: choć z biegiem lat rósł mój szacunek dla umiejętności Ryszarda Olesińskiego, niegodziwością byłoby wystawianie go do wspólnej gonitwy z Jimmym Page’em.

Potraktujmy więc ten minizestaw jako dwa zeznania (znów ta sądowo-śledcza terminologia) w tej samej, muzycznej, bardzo pięknej sprawie. Szał… Maanamu był wtedy tak bardzo inny od reszty ich dokonań, tak osobny, zaś Tea For One dowodziło, iż wysokie loty Zeppelina, aż gdzieś w okolice Since I’ve Been Loving You, ciągle są możliwe.

[W NaTemat: 8 września 2018 ]

Młot bogów

pobrane30

Czas trwania utworu kojarzy się nieodparcie z latami 50. i początkami rokendrola. Jednakże sposób podania tego esencjonalnego dania był w 1970 roku inny i wyprzedzający prawie wszystko, co dotąd nagrano.

[more]

*

Greta Van Fleet braci Kiszków i ich kuzyna Wagnera zdobyła sobie serca niektórych Trójkowych dziennikarzy oraz słuchaczy, szczególnie tych stęsknionych za starym, porządnym łojeniem. Obecność najpierw jednego, a potem kolejnego utworu tego kwartetu na antenie i następnie w samym czubie listy przebojów, każdorazowo przypominała nam o źródle pochodzenia tych dźwięków. Albowiem źródło jest tu jednoznaczne – i jedno.

I pewnie ten fakt sprowokował redaktorów do wciągnięcia do zestawu propozycji do LP3 utworu, który… No właśnie, gdyby nie on i jedna z ostatnich w niedużej kolekcji pocztówek moich starszych braci, formację Led Zeppelin, jak wiele innych, poznawałbym tak naprawdę mocno ex post. Jeden kawałek wiosny oczywiście nie czyni i nie uczynił, ale wpisany we właściwy czas – czas swojego powstania – pozwolił mi na uzyskanie zupełnie innego kontekstu, a pewnie i osobistego, jako konsumenta muzyki, za przeproszeniem, backgroundu.

„W tym czasie położono podwaliny nie tylko pod następny album, ale także pod kolejne trzy – stanowiące szczytowe osiągnięcia grupy. Plant wraz z Page’em stali się kreatywną awangardą formacji, a inspiracje czerpali z wirującego wokół nich bogatego muzycznego potpourri. Dzięki niemu tworzyli muzykę zakorzenioną w przeszłości. Chwilami brzmiała ona jednak jak z innego świata. Powstała w efekcie głębokich przemyśleń i dzięki poczuciu cudownej izolacji, dosłownie i w przenośni”.*

Trzeci album LZ zasmakował mi szczególnie i upływ kolejnych dekad niczego w tym względzie nie zmienił. Wciąż fascynuje mnie  pierwszy w historii rocka set unplugged, którym jest druga strona analogowej wersji płyty, niezmiennie zakochany jestem w najpiękniejszym i najbardziej rozdzierającym bluesie świata, czyli Since I’ve Been Loving You. I wciąż mam ciary na plecach, gdy słucham kawałka, który został nagrany jako jeden z ostatnich. Niezmiennie zachwycony jestem formą – dwiema minutami i dwudziestoma sześcioma sekundami, w których mieści się to wszystko. Czas trwania i nieszczególnie skomplikowana faktura kojarzą się nieodparcie z latami 50. i początkami rokendrola, jednakże sposób podania tego esencjonalnego dania był wtedy – w 1970 roku –  inny i wyprzedzający prawie wszystko, co dotąd nagrano. Prawie, bo wcześniejszy krążek LZ otwiera cechująca się równie potężnym riffem kompozycja Whole Lotta Love.  Do dziś w mocnym graniu nie wymyślono niczego równie spektakularnego, nie bójmy się tego słowa: niczego nowego.

Immigrant Song rozpędza się w piorunującym tempie – sto kilometrów na godzinę osiąga już w trzeciej sekundzie, a gdy w osiemnastej do gitary i wtórującej jej perkusji dołącza porażający mocą bas – zespołu nic już nie jest w stanie zatrzymać. Plant tnie swym głosem powietrze na strzępy i wyśpiewuje „okrzyk wojenny Zeppelinów: „Młot bogów skieruje nasze statki ku nowym lądom, ku walce z hordą, śpiewając i krzycząc, Valhallo, nadchodzę*

Dziś kwestia imigrantów jest niesłychanie nośna i – co istotniejsze – bardzo bolesna na Starym Kontynencie, ale prawie pół wieku temu dwudziestodwuletni Robert Plant co innego miał na myśli – inspiracją stał się dla niego powrót z koncertu na Islandii. A „wspominając pobyt w Bron-Yr-Aur, stwierdził: Kiedy skończyliśmy trasę [po USA] i pojechaliśmy [na miesiąc] do Walii, zespół nabrał nowej dynamiki. Chodziło chyba o zamianę przesytu na nicość, w której przeżywaliśmy tę sielankę.*

Z tej sielanki powstała zaczynająca się od trzęsienia ziemi znakomita płyta. Nawet jeśli – jak pisze biograf Planta – pozostaje najbardziej niedocenioną. 

_________________

* Paul Rees, Życie. Robert Plant, Bukowy Las, 2014.

[W NaTemat:8 kwietnia 2018]

Play Like Led Zep, czyli Kiszka z chrzanem

pobrane19

Ten, kto w swym muzycznym sercu znajduje miejsce na wspólne dokonania Planta, Page’a, Jonesa i Bonhama, nie może nie zareagować na granie młodych Amerykanów uśmiechem pomieszanym ze wzruszeniem.

[more]

*

Zacznę banałem: każdy, kto często słucha muzyki, na własnej skórze – i uszach – doświadcza tego, że po wyjęciu z odtwarzacza jednej płyty, wkłada do niego coś z zupełnie innego czasu czy rodzaju – po klasyce może zabrzmieć jazz, po płycie starej, sprzed półwiecza, coś świeżo wydanego. Ot, normalna kolej rzeczy.

Więc zdarzyło mi się, po kilku tygodniach przerwy, wrzucić do odtwarzacza najnowszy album Queens of The Stone Age (ciesząc się znalezionymi pod choinką biletami na ich czerwcowy koncert na Torwarze), a zaraz potem włożyć w to samo miejsce własny świąteczny nabytek – krążek młodej amerykańskiej kapeli Greta Van Fleet, która zdobyła sobie ostatnio uznanie sporej części Trójkowych słuchaczy.

Ten, kto w swym muzycznym sercu znajduje miejsce na wspólne dokonania Planta, Page’a, Jonesa i Bonhama, nie może nie zareagować

uśmiechem pomieszanym ze wzruszeniem,

słuchając piosenki Highway Tune. Pozornie to proste: wykorzystać naturalne warunki głosowe, zastosować gitarowe (ale nie tylko) patenty – i zagrać jak Led Zeppelin. Pozornie, bo gdyby tak było w istocie, naśladowców mielibyśmy jeszcze więcej niż ma to miejsce, a od udanych kopii roiłoby się w YouTubie albo na sklepowych półkach z płytami. W przypadku trzech braci Kiszków (typowo amerykańskie nazwisko) i ich kuzyna Wagnera „podróba” jest jednak wyjątkowo udana: kipi nieskrępowaną energią, świeżością i radością grania.

Pierwsze przesłuchania całości, czyli dwóch EPek umieszczonych na jednej, trochę ponadpółgodzinnej płycie, to przedzieranie się przez siedem nieznanych utworów okraszonych tym jednym dobrze już przyswojonym. I co się okazuje, przynajmniej gdy chodzi o moje wrażenia? Chłopaki potrafią posługiwać się instrumentami i, jak mnóstwo dwudziestoparolatków, są zafascynowani 

graniem z przełomu lat 60. i 70.

Do tego – powtórzę – barwa głosu Josha Kiszki nieuchronnie prowokująca do porównań z mistrzem Robertem spowodowała zapewne, iż skłonność amerykańskiej czwórki do dziedzictwa LZ przybrała szczególną postać. Można się domyślać, ile razy na próbach przećwiczyli lwią część dorobku Page’a i Planta, jak bardzo ich muzyczna wyobraźnia została naznaczona brzmieniem słynnych Brytyjczyków. Ale nie tylko ich – A Change Is Gonna Come, znakomity soulowy numer Sama Cooke’a,  brzmi w wykonaniu Grety jak wyrwany żywcem z dorobku Janis Joplin. W ogóle, za wybór coverów – drugi to kawałek Fairport Convention – należą się chłopakom duże brawa.

Kwartet istnieje od 2012 roku, w 2018 ma zjechać do Europy, a nawet dać koncert w studiu im. Agnieszki Osieckiej. Będzie więc okazja, by sprawdzić, jak spisuje się na żywo. Co zaś do jego przyszłości – tak jak oczywiste są skojarzenia, tak nieuchronne pytania, czy obecne granie GVF to patent na dłuższą i sporą karierę, czy może punkt wyjścia do przemówienia własnym, bardziej oryginalnym głosem. Czy mamy do czynienia z narodzinami gwiazdy, czy raczej kolejnym przemykającym meteorem, który – nim zgaśnie – zdołał na chwilę poruszyć serca fanów klasycznego rocka?

(Greta Van Fleet, From The Fires, 2017)

[W NaTemat: 6 stycznia 2018]

Robert Plant: popowy czy topowy?

pobrane_11

Jeśli ktoś pytałby mnie o najwybitniejszych wokalistów rockowych, Planta wymieniłbym jako pierwszego, a – po chwili krótkiego namysłu – postawił na najwyższym stopniu podium.

[more]

*

Urodzony w 1962 roku, wychowywałem się na muzyce lat 70. a mając znacznie starszych od siebie braci, nie mogłem nie nasiąknąć muzyką poprzedniej dekady. Gdy bardziej metodycznie zacząłem penetrować pop music, wsiąknąłem w tamten okres – dosłownie – po uszy, dokładając sobie jeszcze drugą połowę lat 50. Nie wiem więc, jak to jest być znacznie młodszym i nie wychować się na Beatles, Stones czy Led Zeppelin. Jak to jest odbierać ich, a także nowe nagrania członków słynnych kapel z tamtego czasu, nie nosząc w sobie muzycznych emocji z gatunku tych największych i najgorętszych. 

Jeśli ktoś pytałby mnie o 

najwybitniejszych rockowych wokalistów,

Planta wymieniłbym jako pierwszego, a – po chwili krótkiego namysłu – postawił na najwyższym stopniu podium. Potem dopiero zastanawiałbym się nad Freddiem Mercurym, Jimem Morrisonem czy Mickiem Jaggerem. Plant – bo, po pierwsze, był wokalistą największego łojącego ansamblu w historii rokendrola, a po drugie  – robił z głosem, pozostając w rockowej konwencji, co chciał.   Wyciągał, za sprawą barwy, bardzo wysokie rejestry, był tzw. screamerem: świetnie się darł i krzyczał, ale też, po prostu, pokazywał – i pokazuje do dzisiaj – że umie śpiewać kawałki utrzymane w średnim tempie i potrafi być liryczny.

Spracowana twarz

na okładce nowej płyty, ogorzała od tytułowego ognia, to oblicze niepokojąco niemłodego już idola (pojawiają się wręcz jakieś skojarzenia z Iggym Popem, choć gdzie tam Plantowi do niego, gdy chodzi o igranie z ogniem, to jest – chciałem powiedzieć – z życiem). Zawartość jednak rozwiewa niepokój – RP od dawna prowadzi się należycie, a jego głos wciąż brzmi czysto i pięknie. Wręcz anielsko.

A jak anioły – to i

syreny.

Przed laty sięgnął (na Dreamland, 2002) po kawałek Song to the Siren, interpretując go w bardzo podobny sposób jak osiemnaście lat wcześniej zrobili to Elisabeth Frasier i Robin Guthrie na pierwszej płycie This Mortal Coil. I po kilkakrotnym wysłuchaniu nowej płyty Pana Roberta od skojarzeń z TMC nie umiem się uwolnić. Oczywiście, tam dominowały instrumenty elektroniczne, klawiszowe, u Planta, na szczęście, jest inaczej, pojawia się piano, gitara akustyczna albo smyki. Jest też trochę gitar elektrycznych, zdecydowanie więcej niż na przykład na poprzednim albumie, są – tradycyjnie już – elementy muzyki bliskowschodniej czy afrykańskie bębny, ale całość daje obraz 

krainy łagodności:

wyciszonego wokalu i ładnych melodii, których jednak faktura oraz aranżacja dalekie są od popowego banału. Nawet gdy pod koniec albumu na plan pierwszy wysuwa się brzmienie instrumentów elektronicznych, gitara – na zasadzie kontrapunktu – brzmi szczególnie ostro.
Carry Fire nie zmusza słuchacza do przyklęknięcia. Nie jest to bowiem album wybitny, album, na którym stary mistrz szuka swoich nowych ścieżek. Jest ciągiem dalszym Lullaby and… THE CEASELESS ROAD, co słychać bardzo wyraźnie, zwłaszcza gdy pomiędzy kolejnymi odsłuchaniami nowej płyty włożyć do odtwarzacza tę z 2013 roku – i to może stanowić dla niektórych powód do niejakiego zawodu. Nie mam jednak wątpliwości, że to bardzo dobry zestaw piosenek, kolejny raz dowodzący wielkiego talentu muzyka, który wciąż trzyma poziom i klasę. Powtórzę, co już zdarzyło mi się parę razy napisać: ilu ich jest, ich – starogwardzistów – co ciągle są aktywni i ciągle nagrywają płyty, nad którymi nie sposób się nie pochylić? Tych, co ciągle tworzą muzykę, przy której nie sposób się – z satysfakcją starego fana – nie uśmiechnąć? Szczególnie szeroko na przykład wtedy, gdy w końcówce Bones of Saints cytuje wokalizę z The Battle of Everymore.

(Robert Plant, Carry Fire, 2017)

[W NaTemat: 5 listopada 2017]

Jack White III Akustyczny

jw_iii

To, najwyraźniej, definiuje styl Jacka White’a: pierwotność, powrót do korzeni, do źródeł bluesa i rock and rolla, prosty, surowy przekaz.

[more]

*

Notując swoje wrażenia dotyczące dwóch poprzednich albumów artysty, zżymałem się na „pośpiech” w rejestrowaniu nagrań, niechęć do wycelowania szczegółów w studiu, ubolewałem, że wciąż brak mi tej kropki nad „i”. A teraz?

Teraz wracam pamięcią do pierwszej sceny 

It Might Get Loud

(Będzie głośno, 2008), w której muzyk, w plenerze, bierze do ręki byle jaką deskę, znajduje jakiś gwóźdź, który – jeśli mnie pamięć nie zawodzi – wbija w tę deskę kamieniem, następnie podnosi z ziemi kawałek drutu i… ma gitarę gotową. I chyba ten obrazek definiuje JW III: pierwotność, powrót do korzeni, do źródeł bluesa i rock and rolla, prosty, surowy przekaz, melodia i tekst, zaś całą tę mniejszą lub większą ornamentykę pozostawia w spokoju, daleko od siebie, niech inni sobie dłubią jeśli chcą, poprawiają i dopieszczają, on – nie.

https://youtu.be/UbDrtUZGHPA

A jakiś czas potem w tym samym filmie trzej panowie – JW, The Edge i Jimmy Page – znajdują się w studiu. I ten ostatni dobywa ze swej gitary pierwsze riffy Whole Lotta Love. Oczy pozostałych dwóch płoną…

*

Whole Lotta Love otwiera drugą płytę Led Zeppelin, wydaną w październiku 1969 roku. Rok później ukazuje się trzecia, moja ukochana, odkąd usłyszałem ją w całości (oj, było to wiele lat później). A na niej – pierwszy 

akustyczny set

w dziejach rocka.

W tym miejscu dodać też należy, że Jack W.  jakiś czas temu zamienił rodzinne Detroit na Nashville. Bo to są te, dość oczywiste, tropy dotyczące nowego wydawnictwa artysty. Tyle że oczywistość niczego jeszcze nie załatwia, częściej może przełożyć się raczej na banalność niż przekaz udany artystycznie, zwłaszcza po upływie tylu dekad, w roku 2016. Tym bardziej że album ma kompilacyjny charakter, zbiera bowiem utwory nagrane na przestrzeni osiemnastu lat. Ściślej – akustyczne bądź prawie akustyczne wersje utworów zamieszczonych na płytach White Stripes, Dead Weather, Raconteurs i solowych.  Album w dodatku nie jest krótki – składają się nań dwie płyty, dwadzieścia sześć utworów.

Dostatecznie dużo, by dać obraz albo odpadów, przypadkowo dość pozbieranych z różnych sesji i lat, niekoniecznie trzymających się tzw. kupy, albo – właśnie: piosenek świadczących o 

wierności

muzycznym ideałom i idolom, dowodzących stylistycznej jednorodności. Rozpiętej – jak na Amerykanina z Południa (z wyboru) przystało – między bluesem, rock and rollem, bluegrassem i country. I jeśli brakuje mi w jego innych płytach ostatniego szlifu, to tutaj mam wreszcie poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu: prawie nic ponad niezbędne minimum, proste aranże, skromna, w przeważającej mierze akustyczna instrumentacja, A to tylko mocniej uwypukla urodę poszczególnych kawałków i ich niekoniecznie prostą fakturę. Czyli, chciałoby się rzec, zupełnie jak u McCartneya, choć White’owi znacznie bliżej do patentów Page’owsko-Plantowskich.

(Jack White, Acoustic Recordings 1998-2016, 2016)

[W NaTemat: 20 listopada 2016]

PSYCHOrganek

organek_gupi

Pewien poeta powiedział kiedyś, że aby łapać za pióro po Homerze i Mickiewiczu, trzeba mieć w sobie sporą dozę bezczelności. Gdy patrzyłem wczoraj na Tomasza Organka, nie takiego już przecież pierwszego młodziaka, pomyślałem, że po tych wszystkich Hendriksach, Morrisonach i Kriegerach trzeba mieć w sobie mnóstwo brawury, aby grać taką muzykę.

[more]

Jednak brawura, uzupełniona imponującą grzywą, byłaby tylko wabikiem dla panienek i niczym więcej, gdyby nie – bagatela – solidny warsztat nie tylko lidera, ale całego kwartetu, kultura muzyczna wsparta latami studiów w pobliskiej Akademii Muzycznej, świadomość tradycji muzycznej, głównie rockowej, ale przecież nie tylko, błogosławiony dystans do siebie objawiający się dowcipnymi zapowiedziami i komentarzami pomiędzy utworami. A do tych wszystkich talentów dopisać należy jeszcze, last but not least, pisanie niebylejakich tekstów: kłania się duch Torunia i nieodżałowanej pamięci Grzegorz Ciechowski.

Tradycja muzyczna,

do której odwołuje się TO, jest mi szczególnie bliska. Można oczywiście odnajdować tropy świeższej daty: Jack White, The Black Keys, Lenny Kravitz (niech będzie, zacznę wyliczankę: Stay), a z domowego podwórka Kim Novak (Nazywam się Organek albo Kate Moss) albo, nie tylko z racji personalnych koneksji, Atrakcyjny Kazimierz i Cyganie (knajpiany Italiano), ale to odbywałoby się trochę na podobnej zasadzie, jak w sztuce czerpano z Michała Anioła, a on sam inspirował się sztuką starożytnej Grecji i Rzymu. Organek ma za sobą wielokrotne lektury Doors, Led Zeppelin i całej reszty klasyków z przełomu lat 60. i 70. – i nie ma tu żadnego znaczenia, że ci z kolei czerpali z dorobku szczerbatych Murzynów.

Terminu „brawura” używam już po raz trzeci i nieprzypadkowo. Bo z tradycji można czerpać na wiele sposobów, ale trzeba naprawdę wielkiego talentu, by czynić to właśnie tak. 

Bezczelnie mieszać riffy

i faktury, nuty i zagrywki – i robić to na przemian lekko, piosenkowo, dotykając na przykład najlepszych patentów Doors z Light My Fire, Love Her Madly czy Hyacinth House – choćby w Nie lubię, zapuszczać się w okolice korzennego bluesa rodem z akustycznego setu Led Zeppelin z trzeciej płyty (O, matko i Głupi ja) zaaranżowane w stylu Bron-Y-aur Stomp czy Hats Off To (Roy) Harper) albo ciężkich basów z pierwszego albumu, można też podjąć próbę przekroczenia drzwi percepcji w King of The Parasites, gdy melodyjność Light My Fire powoli przeistacza się w oniryczną psychodelię The End, i testować jednocześnie gitarę na wzór i podobieństwo niejakiego Jimiego H. Trzeba naprawdę wielkiego talentu, by ze starych i wciąż rozlicznie stosowanych składników uzyskać nową wartość – błyskotliwą raz po raz świeżość, najlepiej pojętą przebojowość melodii, no i mieć jeszcze to „coś”, by na żywo, przed publicznością, odjechać czasem dość daleko od płytowych wersji.

Scena Rialta została wczoraj zalana rockową energią. Koncert sprawił mi wyjątkowo wiele frajdy – a nie byłem sam z takimi odczuciami. I od razu też pojawia się niepokój o to, 

co będzie dalej.

Organkowi udała się wielka sztuka: stylistycznie odbiegł daleko od macierzystej Sofy i zaproponował świetny, mainstreamowy rock. Zyskał zasłużone uznanie i zainteresowanie. Jednakże publiczność w naszym kraju bardzo chętnie pochyla się nad nowościami: nowymi nazwiskami, nazwami – nad debiutami. Pojawia się nowa jakość: głos, brzmienie, piosenki. Ale potem jest już różnie, nawet jeśli wykonawcy udaje się – co jest warunkiem niezbędnym – trzymać artystyczny poziom. Mija rok, dwa lata, pojawia się następna płyta, ale przecież zwykle o znanych już cechach. Posmak nowości uleciał, a tymczasem na ryneczku lidla lśnią kolejne gwiazdy i gwiazdeczki. Oby patronat Trójki był silną tarczą, choć – co oczywiste – nie daje on pełnej gwarancji zachowania popularności. Organek to dziś artysta gotowy – co będzie miał do zaproponowania za, powiedzmy, pięć lat? 

(Organek, Kinoteatr Rialto, Katowice, 9 czerwca 2015)

[W NaTemat: 10 czerwca 2015]

(The) Who Are You

who_odds

Jak to się stało, że kwartet nigdy nie zaistniał w szerszej świadomości rockfanów nad Wisłą? The Who przecież byli tam, gdzie działy się wielkie rzeczy – w 1967 roku na Monterey Pop Festival, dwa lata później wystąpili w Woodstock. Wystawili także dwie znaczące rockopery.

[more]

*

Przez całe dziesięciolecia muzyka przedostawała się

z Zachodu nad Wisłę

w bardzo skromnym wymiarze. Poza wybrańcami losu mającymi z tych czy innych względów dostęp do wydawnictw zza żelaznej kurtyny, gardło to bardzo długo było wąskie jak Program III Polskiego Radia, jego ramówka reglamentująca audycje muzyczne – i w końcu upodobania redaktorów je prowadzących.

Co mi, rocznikowi 1962, zostało w pamięci? „Muzyczne Poczty UKF” – Witolda Pogranicznego z muzyką polską („Co mam zrobić, jeśli Państwo ciągle proszą o Czerwone Gitary, Marylę Rodowicz i Czesława Niemena?”), Dariusza Michalskiego z graniem z demoludów i, jak przyszło co do czego, nowymi nagraniami SBB, Marka Gaszyńskiego z ostrzejszą odmianą rocka, ale zbyt często gitarową popeliną w stylu Sweet, Slade czy Suzi Quatro. 

Długo okrętami flagowymi rozgłośni były środowe „Poczty” i „Tonacje” oraz zmieniający swoje miejsce – raz we wtorki, raz w czwartki – „Minimax” Piotra Kaczkowskiego. Był oczywiście jeszcze „Bielszy odcień bluesa” Wojciecha Manna i Jana Chojnackiego, ale skupiony, jak podpowiada sama nazwa, na bluesie, był Janusz Kosiński z „Odkurzonymi przebojami” (bajko ty moja, w 1978 na przykład odkurzał Cream albo Free, czyli utwory okołodziesięcioletnie zaledwie), trochę później pojawił się Marek Wiernik serwujący nowe gitarowe brzmienia. Był – niestety sporadycznie – Jerzy Janiszewski. Zmierzam do tego, że nieuchronne filtrowanie i tak niewielkiej rzeczki zamiast oceanu muzyki przez gusta kilku – kilkunastu radiowców powodowało, że pewne nazwy – nawet z tych największych – nie były darzone szczególną atencją, a ich nagrania stanowczo zbyt rzadko pojawiały się na antenie.

Z pierwszego pokolenia brytyjskich rokendrolowców – nawet jeśli weźmiemy poprawkę na, generalnie, tendencję spadkową w latach 70. – nie dano polskim fanom zapomnieć o Stonesach. Beatles, choć prawdziwy renesans zaczęli przeżywać dopiero od następnej dekady, zawsze mogli liczyć na łaskawość i przychylność. Ale, przejdę do konkretów, The Kinks czy The Who już niekoniecznie.

*

W 1986 roku wraz z rodzicami, na pokładzie FSO 1500 (już nie Fiata 125p, bo zirytowani jakością produktu Włosi odebrali nam licencję) udawałem się na dwa tygodnie do Grecji. Tuż po przekroczeniu granicy w Cieszynie, w jego czeskiej części namierzyłem sklep z płytami, a na wystawie The Best of The Who, wydany przez Supraphon na licencji Polydoru. Wtedy takie wydawnictwa były rzadkością i

rozpalały wyobraźnię…

Wracaliśmy tą samą drogą (ja z pieczołowicie chronioną L.A. Woman Doorsów), zatrzymaliśmy się tuż przed przekroczeniem ostatniej granicy. Uprosiłem tatę, by odpalił mi odpowiednią ilość koron. Wszedłem do sklepu. I zupełnie nie pamiętałem w tym momencie, że płyta to po czesku deska.- The Who…- Dehu? – zażywna, trzymająca skrupulatnie knedlikową dietę pani za ladą bez cienia uśmiechu wyraziła swe niezrozumienie tematu. – Jaku dehu?! – No, The Who… – Dehu? – spytała raz jeszcze, nie kryjąc niechęci. Nie umiejąc się porozumieć, wskazałem odpowiednią okładkę z witryny. – Aaa, Dehuvku…

*

W 2010 roku rzuciłem się na zremasterowane wersje płyt The Beatles, w tym samym czasie w domowym zbiorze pojawiły się upragnione Get Yer Ya Ya’s Out i Let It Bleed Rolling Stones (dziś można już upolować większość płyt The Glimmer Twins z lat 60.). I chyba wtedy też zakupiłem My Generation – The Very Best of – w końcu coś The Who na CD.

Ale dopiero w ostatnich kilku miesiącach nabyłem wreszcie – bo wreszcie dostępnych w Polsce – osiem katalogowych płyt zespołu. Co nie bez znaczenia – w cenie 19,99 zł za sztukę. I właśnie teraz mam taki okres, że domięśniowo i dożylnie aplikuję sobie, bez jakiegokolwiek znieczulenia, nagrania kwartetu. Wspaniałe są takie korepetycje – jeśli nie dane mi było poznać tych płyt wcześniej (poza Who’s Next), tym świeższym uchem docierają one do mnie teraz.

Jest bosko. Genialność Who’s Next doceniłem już dawniej. Live At Leeds powala swoją mocą, żywiołowością wykonań na żywo. Sell Out to klasyka – ten wyjątkowy 1967 rok! Odds & Sods to potężna, blisko osiemdziesięciominutowa w wersji kompaktowej dawka rarytasów. By Numbers zadziwiająco pięknie nawiązuje do brzmień z poprzedniej dekady, a i na Who Are You, wydanej tuż przed śmiercią bębniarza, Keitha Moona, jest wiele dobrych momentów.

*

The Who zaczynali jako naśladowcy Beatlesów i Stonesów, by błyskawicznie stać się w

trzecią siłą brytyjskiego rocka.

I wciąż czerpiąc z pionierskich lat rokendrola, przeistoczyli się w rasowy i nowoczesny band gitarowy w końcu lat 60. Rozwalali instrumenty na zakończenie swych występów, ale – co bez porównania istotniejsze, tak jak Rolling Stones – mieli uszy i oczy otwarte na wszystko to, co działo się u schyłku dekady. Psychodelia czy hard rock spod znaku Cream i Led Zeppelin – to wszystko umiejętnie przeszczepili na swój grunt. Nie atakując nadmiarem przystawek (co słychać w Live At Leeds), potrafili powalić mocą brzmienia. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że kwartet nigdy nie zaistniał w szerszej świadomości rockfanów nad Wisłą. The Who przecież byli tam, gdzie działy się wielkie rzeczy – w 1967 roku na Monterey Pop Festival, dwa lata później wystąpili w Woodstock. Wystawili dwie znaczące rockopery: Tommy’ego w 1969 roku i Quadrophenię w 1973.

Po przedwczesnej śmierci Keitha Moona w 1978 roku Pete Townshend, Roger Daltrey i John Entwistle nie bardzo wiedzieli, co dalej ze sobą począć. Pierwszy z nich zastanawiał się, czy nie należałoby zatrudnić dwóch perkusistów, częściej jednak dominowała myśl o rozwiązaniu zespołu – jak w przypadku Led Zeppelin po śmierci Bonhama. Stało się to w 1982 roku, po nagraniu jeszcze dwóch albumów z Kenneyem Jonesem na perkusji. Jednak kolejne trzy lata później zameldowali się na Live Aid i ostatecznie dali spokój z deklaracjami o zawieszeniu instrumentów na kołkach – czyli występowali nadal. Nawet śmierć basisty Johna Entwistle’a w 2002 roku nie odwiodła ich od tego. Ich – już tylko dwóch oryginalnych członków bandu. 

W 2013 roku kolejny raz wystawili w Londynie Quadrophenię, a jej zapis można na różnych nośnikach nabyć także w polskich sklepach. W ubiegłym roku w sieci pojawił się nowy kawałek kapeli – Be Lucky. Wyraźnie dowodzi to, że Townshend i Daltrey, wbrew młodzieńczej deklaracji wokalisty w słynnym numerze My Generation z 1965 roku, że chciałby umrzeć, nim się zestarzeje, mają zamiar grać póki sił im starczy.

Ufam, że przyjdzie niebawem pora, by zatrzymać się na dłużej przy jednym czy drugim albumie The Who.

[W NaTemat:25 stycznia 2015]

Jack Bruce nie żyje

cream1

Do historii rocka przeszedł i pozostanie w niej na zawsze przede wszystkim jako kompozytor, basista, harmonijkarz, pianista oraz wykonawca lwiej części partii wokalnych w zespole Cream. Zespole, który pozostawił po sobie dorobek najwyższej próby.

[more]

*

Pięciuset 

pocztówek,

o których mowa w Autobiografii Perfectu, w moim domu nie było. Było ich wielokrotnie mniej – i tym bardziej ostatniej z nich nigdy nie zapomnę: była w kolorze brudnego różu, z piosenką nr 2 zespołu Herman’s Hermits. Ale zakupiona została dlatego, że utworem otwierającym był Badge Cream.

Z tych moich lat szczenięcych, bardzo skromnej, gdy chodzi o ilość, inicjacji muzycznej dokonanej za sprawą starszych braci, z tego okresu pocztówkowego właśnie, z czasów, kiedy moja głowa ledwie wystawała ponad stół, zostały mi w głowie trzy świętości: The Beatles (obecni w utworach Lady Madonna i Hey Jude), Rolling Stones (Country Tonk opisane błędnie jako Honky Tonk Women i Let It Bleed) oraz Cream właśnie.

Gdzieś to wszystko, tę muzykę i te nazwy, odłożyłem na całe lata daleko na bok, ale też – jak się okazało – głęboko w sercu. I przebijając się już sam, począwszy od 1977 roku, przez rockowy ocean, właściwie dość szybko powróciłem do tych zespołów. By dziś, jako ten, co młodość dawno ma za sobą, stwierdzić tyleż trywialnie, co z miłością fana od dziesiątków lat – że we wszystkich tych przypadkach to po prostu muzyka największa.

*

25 października 2014, w wieku siedemdziesięciu jeden lat zmarł Jack Bruce. 

Muzyk legenda,

facet przez lata pojawiający się w wielkiej ilości przeróżnych składów. Człowiek, który długo zmagał się z uzależnieniem od narkotyków oraz problemami z niewydolnością wątroby, która ostatecznie stała się bezpośrednią przyczyną śmierci.

Szkot John Symon Asher Bruce urodził się 14 maja 1943 roku. W 1960 roku zdobył stypendium Royal Scottish Academy of Music na wydziałach kompozycji oraz gry na wiolonczeli, ale szybko porzucił studia. Od 1962 roku występował jako basista z największymi – Alexisem Kornerem oraz Johnem Mayallem, a także z zespołami Grahama Bonda i Manfreda Manna.

Po rozpadzie Cream wspólpracował z wieloma, często najwybitniejszymi w historii rocka muzykami: Dickiem Heckstallem-Smithem i Jonem Hisemanem (obaj z Colosseum), w formacji Lifetime zetknął się z Johnem McLaughlinem. W 1972, wespół z byłymi członkami Mountain – grupy założonej przez producenta nagrań Cream, Feliksa Pappalardiego – Lesliem Westem i Corkym Laingiem, utworzył trio wzorowane na Cream, jednakże poziomem artystycznym mocno od tego ostatniego odbiegającym.

Później zetknął się ze znakomitym jazzowym perkusistą Billym Cobhamem, nawiązał współpracę z Soft Machine, występował jako wiolonczelista w orkiestrze Charliego Wattsa, perkusisty Rolling Stones. Z Bakerem i Garym Moore’em utworzył trio BBM. Wziął też m. in. udział w nagraniach takich wykonawców, jak Lou Reed (Berlin), Frank Zappa (Apostrophe), Bill Ward – bębniarz Black Sabbath – czy Carla Bley. Co pewien czas, choć coraz rzadziej, wydawał swoje autorskie płyty, z których ostatnia, nagrana w studiach Abbey Road, ukazała się w marcu bieżącego roku.

Nie podlega jednak dyskusji, że do historii rocka przeszedł i pozostanie w niej na zawsze jako kompozytor, basista, harmonijkarz, pianista oraz wykonawca lwiej części partii wokalnych w zespole Cream. Zespole, który pozostawił po sobie dorobek najwyższej próby.

*

Rokendrol dojrzewał błyskawicznie, w połowie lat 60. coraz więcej młodych ludzi władało instrumentami w stopniu znacznie lepszym niż poprawny. Pojawili się też 

pierwsi mistrzowie.

W podobnym czasie ukonstytuowały się dwa tria: w USA The Jimi Hendrix Experience, a w Wielkiej Brytanii – Cream. Warsztat i tu, i tu był tak doskonały, że granice rokendrola w ciągu kilku, kilkunastu miesięcy przesunęły się w wymiar iście kosmiczny. Najbardziej zadziwiające jest jednak to, że po blisko półwieczu widać, iż na styku bluesa i rocka niemożliwe okazało się pójście dalej, że ustalone zostały raz na zawsze kanony takiego grania. Że na przykład fenomenalne skądinąd koncertowe wersje Dazed And Confused Led Zeppelin są swoistymi mutacjami Creamowskiego opracowania Spoonful W. Dixona.

Zespół powstał w czerwcu 1966 roku. Najstarszy z trójki, jazzowy właściwie perkusista Ginger Baker, miał wtedy niespełna dwadzieścia siedem lat, Bruce dwadzieścia trzy, zaś Eric Clapton zaledwie dwadzieścia jeden. Mimo młodego wieku za każdym z nich stał już taki dorobek, każdy z nich prezentował taki poziom wykonawczy, że Cream natychmiast ochrzczono mianem supergrupy, a stało się to pierwszy raz w historii.

Choć pierwsze deklaracje mówiły o tym, że chcą grać materiał pop i rzeczywiście takie były pierwsze nagrania – na przykład Wrapping Paper czy I Feel Free – szybko okazało się, że ich 

wyobraźnia muzyczna

oraz nadążające za nią umiejętności zaprowadziły trzech muzyków w rejony, w których nikt przed nimi nie przebywał. Ewolucja była wyraźna już w nagraniach studyjnych, ale prawdziwe odloty dokonywały się w czasie koncertów, gdy każdy z instrumentalistów miał pełne pole do popisów. W partiach improwizowanych potrafili odejść bardzo daleko od bazowych, prostych bluesowych tematów, z jednej strony zbliżając się do solówek niemal jazzowych, a z drugiej atakując uszy słuchaczy ścianą potężnych, gęstych dźwięków gitar i perkusji (to także efekt korzystania z fuzz-boksa). W utworach takich jak na przykład Born Under A Bad Sign czy Politician Bruce zastosował natomiast wyrazisty riff gitary basowej – tyleż prosty, co wzorcowy: tę zasadę przejęły po Cream całe zastępy kapel hardrockowych.

Zmęczenie materiału nastąpiło bardzo szybko, bo w listopadzie 1968 roku. Panowie stwierdzili, że są wypaleni, kręcą się w kółko, że niczego nowego nie są w stanie powiedzieć. Cóż, z pewnością na ich decyzję wpłynęła ówczesna intensywność życia rockmanów, bezustanne trasy koncertowe oraz nadmiar używek.

W maju 2005 roku reaktywowany okazjonalnie zespół zagrał cztery koncerty w londyńskiej Royal Albert Hall. Tej samej, w której w 1968 roku odbył się pożegnalny występ.

*

Do historii przechodzi się na wiele sposobów. W przypadku Claptona będzie to na pewno całokształt dokonań, choć ze szczególnym naciskiem położonym na dorobek zespołów Cream, Blind Faith i Derek & The Dominos. W przypadku Jacka Bruce’a – nade wszystko Cream. Cztery kanoniczne albumy, w tym Wheels of Fire – jeden z pierwszych w historii rokendrola albumów dwupłytowych. Mało? Daj, Panie Boże, każdemu.

[W NaTemat: 1 listopada 2014]

Muchy latają wysoko jak nigdy

muchy_karma

„Karma Market” to krążek, którym Muchy przebijają się do ścisłej już czołówki rodzimych wykonawców. Ten album powinien stać się tym, czym dla Myslovitz była i jest „Miłość w czasach popkultury”.

[more]

*

W poniedziałkowe popołudnie kupiłem nowy album U2 – i byłem przekonany, że to o nim będzie dzisiejszy wpis. Tymczasem, w ramach jesiennego wysypu płyt, następnego dnia w sprzedaży pojawił się czwarty krążek poznańskich Much. Który dystansuje wydawnictwo skądinąd ulubionych przeze mnie Irlandczyków o jakieś, z lekka licząc, dwie długości. Który jest najdojrzalszym – co niespecjalnie powinno zaskakiwać – ale i, co istotniejsze, najlepszym dokonaniem Michała Wiraszki i jego aktualnych kolegów. Krążek, którego zawartość powoduje, iż obecność Much w czołówce krajowej ekstraklasy nie podlega żadnej dyskusji. Lecz po kolei.

Zestawienie 

Son gs of Innocence i Karma Market

jest tyleż przypadkowe (z racji zbieżności dat wydania), jak i najbardziej uzasadnione, a to z tego powodu, iż Muchy – z zachowaniem odpowiedniej skali – podążają podobną drogą do U2. Zaczynały mianowicie od surowego gitarowego grania, które dominowało na dwóch pierwszych płytach. Trzecia, do której przyłożył rękę Marcin Bors, nasączona została sporą porcją elektroniki, ale jednocześnie zachowała najważniejsze cechy wypracowanego wcześniej stylu grupy.

Obecność Borsa na nowej płycie specjalnie nie zaskakuje, choć w trakcie pierwszego odsłuchania płyty pojawił się we mnie cały szereg wątpliwości. Czy oto, w ślad za Heyem, Muchy nie stają się kolejną formacją zdradzającą struny gitar na rzecz elektroniki? Jednak samochodowy odtwarzacz ma to do siebie, że natychmiast po ostatnim utworze (płyta jest zwarta, trwa niecałe trzydzieści osiem minut), przechodzi znowu do pierwszego. I przy tym drugim słuchaniu zacząłem wyłapywać te pierwsze „cosie”, które szczególnie przyjemnie podziałały na mój zmysł słuchu. Zaś od trzeciego razu rozpoczęła się 

prawdziwa uczta.

Początek – kawałek Odkąd – jest ostry, gwałtowny, atakuje elektroniką. Czyżby to Prodigy? Klawisze i komputery dominują też w kolejnym numerze, Tak jak dziś, tyle że jest on zdecydowanie łagodniejszy, a na plan pierwszy, co prawda na kilka tylko sekund,  za to parokrotnie, przedostaje się gitara akustyczna – zapowiedź tego, co wydarzy się dalej.

W krainę stricte rockowej łagodności zabiera nas trzeci w zestawieniu Queen of The Day – trzy utwory śpiewane po angielsku to jedna z nowych jakości w twórczości Much. Utwór, przy którym wyraźnie słychać, o ileż ciekawszy jest nowy materiał poznaniaków w porównaniu z tym dublińczyków. Najprostszymi środkami osiągają to, co w rocku uwielbiam: ucieczkę od banalnych rozwiązań popowych, stworzenie frapującego, trochę niepokojącego klimatu.

Nic się nie stało to wielki ukłon w stronę Klausa Mitffocha. Linia basu i gitary wyraźnie przypominają Strzeż się tych miejsc.

Przyjdą poniedziałki

Wtorków prawie nie ma

Środy, czyli prawie czwartki

Może piątek coś pozmienia

Sto burz przeszło bokiem

Żaden zły nie zapukał do drzwi

To wciąż tylko trochę

A jednak nadal więcej niż my.

 

Świetny utwór.

A dalej jest jeszcze lepiej. Muchy zaczynały od inspiracji gitarowym graniem lat 80., spod znaku m.in. The Smiths. Biały walc to, przynajmniej póki co, jeden z dwóch moich faworytów tej płyty i jednocześnie wyraźny sygnał, iż muzycy zanurzyli się 

jeszcze głębiej w przeszłości. 

Nerwowe riffy charakterystyczne zwłaszcza dla dwóch pierwszych albumów coraz częściej ustępują pola mainstreamowym, z pozoru tylko prostszym rozwiązaniom brzmieniowym. Zespół serwuje faktycznie lekko walcującą melodię, a przy tym iście Page’owskie połączenie delikatnych dźwięków gitary elektrycznej i akustycznej. Do tego znów mocne linijki – wyznanie frontmana rockowej kapeli:

Zostań na dzień

Bo trudno tak

Ciągle w połowach dróg (…)

Biały walc – panie proszą

a ja tylko z Tobą mam parę

Zawsze mi będzie brakować dni

których nie zmarnowałem.

W klasycznych klimatach pozostajemy przy drugim anglojęzycznym numerze, A Place. Znakomicie prezentują się nawiązania do wyciszonych – ponownie – Led Zeppelin, a w drugiej części do The Beatles – w partii gitary oraz chórkach. 

Kolej na Bliżej, singlowy utwór znany już z radia, który jednak zdecydowanie lepiej brzmi na płycie. Mocny fragment z nieco funkującą gitarą, w którym komputery dominują ostatni raz. Between The Lines zaczyna się rytmicznie, by po minucie, w refrenie, ponownie przenieść słuchacza w świat The Beatles, w głębokie Lennonowskie wokale i znowu świetne chórki. 

I wreszcie wieńczący całość, rewelacyjny numer Idą święta. Raz jeszcze niepokojąca gitara oraz nostalgia, a może wręcz szczypta psychodelii. Jednocześnie wyczuwam w nim ducha nagrań Janerki (może kiedyś zagrają ten kawałek razem?).

Album dowodzi, że nonszalancja i błazenada przynależna dwudziestolatkom to dla Much już przeszłość. Coraz więcej w tych piosenkach

gorzkiej refleksji,

charakterystycznej dla trzydziestolatków. Podobnie jak wielokrotnie na Karma Market przejawiającej się dojrzałości artystycznej. Ten album powinien stać się tym, czym dla Myslovitz była Miłość w czasach popkultury. Pytanie tylko, czy zupełnie odmienna sytuacja rynkowa po piętnastu latach, jakie dzieli daty wydania tych płyt,  nie stanie temu na przeszkodzie.

Ostatnio tak wiele frajdy miałem przy słuchaniu nowych nagrań znanego sobie zespołu, gdy w szufladce buszował …Like Clockwork Queens of The Stone Age. Niełatwo będzie poznańskiemu zespołowi przebić walory swojego czwartego krążka w przyszłości, ale to problem za kolejnych kilka – kilkanaście miesięcy. I, jestem przekonany, że zdecydowanie do przeskoczenia. A póki co, ponieważ katowicki Muchowiec położony jest niedaleko mojego domu, więc lecę dalej uganiać się za nutami tych dziewięciu bardzo dobrych i znakomitych utworów. Do czego i Was gorąco zachęcam.

(Muchy, Karma Market, 2014)

{W NaTemat: 19 października 2014]

Robert Plant: „The Road Remains The Same”

plant__lullaby

8 września 2014 w sprzedaży pojawił się nowy, bardzo udany album Roberta Planta. Nawiązujący do klimatów z „No Quarter” (1994), czyli stonowanej muzyki rockowej nasączonej sporą dawką orientalnych, wschodnich brzmień, oraz – choćby z racji podobnego składu – do „Mighty ReArranger” (2005), bodaj najbardziej zeppelinowskiego albumu w solowej karierze wokalisty.

[more]

*

Ludzki głos to jeden z najwspanialszych, a może po prostu najwspanialszy instrument muzyczny, jaki znamy. Rokendrol, tak samo jak w przypadku gitary, basu, perkusji i czego tam jeszcze, ustalił trochę inne niż obowiązujące wcześniej sposoby jego używania, inne normy, gdy chodzi o to, co dobre, a co zaledwie takie sobie.

Nie wiem, czy Robert Plant jest 

najwspanialszym wokalistą

w dziejach rocka, od dawna uciekam od podobnych zestawień rodem z wymiernych dziedzin, choćby sportu. Ale gdy się chwilę zastanowić, to pewnie znalazłby się jeśli nie na czele, to w szpicy takiego rankingu. Powiedzmy sobie też od razu, że niemożliwe jest być przez wiele lat świetnym wokalistą w kiepskim zespole. Jakość muzycznego materiału musi być kompatybilna z klasą wykonawczą, inaczej pojawiają się wątpliwości bądź całkowity brak zainteresowania dla czyichś dokonań. 

Plant to frontman jednej z najwybitniejszych kapel w dziejach rokendrola (Jack Black, muzyk i aktor, prowadzący w 2012 roku wielką galę na cześć LZ nazwał zespół „The greatest rock’n’roll band all of the time, better than Beatles, better than The Stones”, czym wzbudził nerwowy śmiech widowni i samych zainteresowanych), współkompozytor większości jej utworów, człowiek obdarzony przez naturę głosem, który pozostanie na zawsze jednym z niewielu 

wzorców z Sèvres,

gdy mówimy o wokalistyce rockowej. A jeśli spojrzeć na trzydzieści cztery lata dzielące nas od rozpadu formacji i solowy dorobek trzech żyjących jej członków – wychodzi na to, że też, najzwyczajniej, Zeppelinem najbardziej utalentowanym, twórczym i najaktywniejszym. Nie dziwota więc, że i najmniej zainteresowanym jakąkolwiek formą trwalszej reaktywacji LZ.

Po czterech latach od wydania Band of Joy, w dwa lata po Celebration Day Zeppelinów – ukazała się nowa płyta Roberta Planta. Nie poszerza ona terytoriów eksplorowanych przez tego sześćdziesięciosześcioletniego dziś człowieka, słuchaczom nie mówi o nim niczego, czego dotąd by nie wiedzieli. Ale to przecież nie zarzut. 

Po wymienionych wyżej powrotach do źródeł, po znakomitym romansie z country na wspólnym z Alison Krauss Raising Sand z 2007 roku, otrzymaliśmy album nawiązujący do klimatów z No Quarter (1994), czyli stonowanej muzyki rockowej nasączonej sporą dawką orientalnych, wschodnich brzmień. (To jeden ze znaków rozpoznawczych panów P – takie nuty zaserwowali nam już na debiutanckim krążku LZ w numerze Black Mountain Side, a parę lat później pojawił się słynny Kashmir). Album nawiązujący też, już choćby z racji podobnego składu personalnego, do Mighty ReArranger (2005), bardzo dobrego i bodaj najbardziej zeppelinowskiego krążka w solowym dorobku RP.

Droga, 

którą przebiega kariera Planta, wydaje się, że jest już dobrze rozpoznaną, choć zawsze chętnie przyjmiemy tak świetne artystycznie odmiany – bo już raczej nie całkowite zaskoczenia – jak wspomniany Raising Sand. W tym zestawie najnowsza płyta jawi się jako udana, nawet bardzo, ale jednocześnie w tym „kołysaniu i nieustannym krzyku” tworząca aurę rockowego misterium nie na tyle często, by – w moim odczuciu – zasłużyć na oceny najwyższe. Cóż, w przypadku artysty tej miary poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko. I wiadomo też, że wciąż jest pokonywana, czasem efektownie, czasem z pewnym wysiłkiem.

Pilotującą album piosenkę Rainbow zdążyliśmy już poznać, zaś na drugiego singla typowałbym Somebody There. Jeśli wskazywać najmocniejsze punkty nowego programu, to wyjątkowej urody jest delikatny A Stolen Kiss, zaś Poor Howard stanowi nawiązanie do klimatów folkowo-country’owych. Uwagę zwraca też zdecydowanie Embrace Another Fall. Natomiast puls rośnie mi – wybaczcie, nic na to nie poradzę – tam, gdzie niepokojące dźwięki rozsiewane są przez struny elektrycznej gitary. W ten sposób moimi faworytami, przynajmniej na etapie zaznajamiania się z krążkiem, są Turn It Up oraz Up On The Hollow Hill (tutaj pod koniec dostrzegam pewne podobieństwa do patentów basowo-gitarowych U2). W pierwszym z nich wokalista śpiewa:

On Charley Patton highway

The mist, the rain, the mud

Somewhere east of Tunica

I’m close to giving up

The car goes round in circles

The road remains the same

For help and consolation

I’ll turn it on again

Turn it up

Turn it up

I jak tu wers The road remains the same może się nie kojarzyć, nawet jeśli jest w tym skojarzeniu trochę nadinterepretacji?

*

Może to za mało, by rozpływać się w zachwytach nad całą płytą, ale z nawiązką wystarczy, by nie wolno było tylko wzruszeniem ramion podsumować jedenastu nowych utworów jednego z gigantów rocka. I, w zaledwie kilka dni od ich ukazania się, z radością i ciekawością wkładać CD kolejne razy do szufladki z przekonaniem, że jest na nim jeszcze sporo do odkrycia.

(Robert Plant and The Sensational Space Shifters, [i]Lullaby and… THE CEASELESS ROAR[/i], 2014)

[W NaTemat: 14 września 2014]