Dzień dobry Państwu. Albo, mniej oficjalnie i bigbitowo: serwus. Bo w tym miejscu będzie muzycznie – czasem lirycznie, akustycznie, klawiszowo, rzadziej jazzowo i popowo, zwykle jednak gitarowo i rokendrolowo.
[more]
Ponieważ sięgam pamięcią już znacznie dalej, niż bym chciał, a dźwięk podpiętych do prądu instrumentów docierał do mnie, gdy ledwie wystawałem nad stół, nieuchronnie raz po raz skręcać będę w przeszłość, w stronę lat siedemdziesiątych i sześćdziesiątych, a zdarzy się, że jeszcze wcześniejszych. By jednak nie ulec całkowicie pokusie założenia ciepłych kapci i oddania się zgredowemu wspominkarstwu, obiecuję, że o tym, co niedawno ujrzało światło dzienne, też postaram się napisać.
Pragnę w tym wszystkim zachować umiar, nie czując przymusu ani zawodowej konieczności bycia na bieżąco przynależnej dziennikarzom muzycznym. Czas lektur obowiązkowych w moim życiu minął, więc czytam to, co chcę, chodzę do kina tylko na wybrane filmy, słucham tylko tych płyt, które sprawiają mi radość. Na inne szkoda czasu. Jednak mam nadzieję, że wciąż jeszcze szukam, że ten pociąg jeszcze mi nie odjechał.Będzie o muzyce – starej i nowej, o wykonawcach sprzed dekad i całkiem współczesnych, o koncertach, płytach i pojedynczych nagraniach. Wszystko to z miłości, bo bez muzyki nie wyobrażam sobie życia. I choć mam świadomość, że lepiej samemu słuchać, niż czytać, co piszą inni – spróbuję powalczyć z tym paradoksem. Zapraszam do lektury.
*
Tytuł tego tekstu to jednocześnie tytuł piosenki skomponowanej przez Grega Lake’a. Zamieszczonej na czwartej płycie tria Emerson, Lake & Palmer, Trilogy, wydanej w 1972 roku. Jednej z kilku przepięknych ballad napisanych przez tego gitarzystę i wokalistę – na samym początku kariery członka zespołu King Crimson, z którym nagrał dwa albumy: In The Court Of The Crimson King (1969) oraz, już tylko gościnnie, In The Wake Of Poseidon (1970). Gościnnie, bo po drodze zdążył wylądować w ELP.
Rok 1979. Dogorywanie rocka symfonicznego w – dla mnie jedynym szlachetnym – pierwszym okresie, w pierwszym pokoleniu tego typu wykonawców. Na finiszu wśród najlepszych byli SBB z Welcome (1979) i Mementem z banalnym tryptykiem (1980), Yes z albumem Drama (1980) i właśnie United Kingdom.
[more]
Supergrupa powstała na bazie rozwiązanej w 1974 roku formacji King Crimson, dowodzona była przez Johna Wettona i Eddiego Jobsona. Kapela, która jak meteor przemknęła przez rynek muzyczny: trzy płyty, dwie studyjne oraz rejestracja występów w Japonii i – tyle. Wetton zaraz potem znalazł się, na krótko, w Wishbone Ash, a następnie w składzie pod nazwą Asia – tyleż znakomitym, jeśli chodzi o nazwiska, co koszmarnym, gdy wspomnieć repertuar.
Co innego jednak U.K. Dwa albumy studyjne bronią się po latach znakomicie, a zawartością przywodzą na myśl tak wspaniałe płyty King Crimson, jak Larks’ Tongues In Aspic (1973) czy Red (1974).
Na płycie Danger Money, którą Piotr Kaczkowski uznał za najlepszą w 1979 roku, jest utwór trochę wyłamujący się z konwencji rocka progresywnego. Trochę, bo zbudowany jest z trzech części – takich samych początkowej i końcowej, pięknych, pełnych nostalgii i smutku, oraz – jednak – z symforockowego odlotu w części środkowej.
Trzeba będzie kiedyś wrócić do tego brawurowo zagranego materiału, natomiast teraz – jako swoista zapowiedź – Randka.
W 1970 roku, w parę miesięcy po wydaniu debiutanckiego In The Court of The Crimson King, zespół Roberta Frippa miał już gotowy drugi album – In The Wake Of Poseidon. Śpiewał na nim, tak jak na pierwszym, Greg Lake. Z tą różnicą, że tym razem już tylko gościnnie, bo w międzyczasie stał się członkiem supertria Emerson, Lake & Palmer.
[more]
I z jednym wyjątkiem – właśnie wywołanym do tablicy utworem, w którym wokalnie udziela się trudno rozpoznawalny dziś Gordon Haskell. Ten pan, po wielu, wielu latach, miał swoje pięć minut przy okazji wydania albumu Harry’s Bar i piosenki How Wonderful You Are.
Współpraca Frippa z Haskellem nie trwała długo. Nawet po wielu latach ten drugi mówi o tym z żalem – że za swój udział w powstaniu utworu nie ujrzał ani funta itp. Nie wiem, co mówił na ten temat Fripp. Dla nas, fanów, nie to jest najistotniejsze. Haskell odszedł z zespołu zaraz po nagraniu kolejnej płyty, Lizard, jeszcze w tym samym, 1970 roku.
Nad Cadence and Cascade warto się pochylić. Jest przecudnej urody.
Mój ojciec – i nie on jeden – mówił: „Wygląda i drze się jak małpa”. Ani rokendrola, ani kolorowych strojów, ani długich włosów Niemena, a potem innych, wielu nie było w stanie pojąć. A ja dziś, pisząc te słowa i wsłuchując się po raz nie wiadomo który w jego czwartą płytę długogrającą, wciąż jestem zdumiony, w jakie rejony zabrnął w 1969 roku najwspanialszy polski wokalista i jeden z najwybitniejszych kompozytorów. A może, po prostu, najwybitniejszy.
[more]
Niemen był artystą niespokojnym i niepokornym. Po paru latach współpracy z Niebiesko-Czarnymi utworzył własną grupę Akwarele, z którą nagrał swoje trzy pierwsze duże płyty. Ale gnało go dalej i dalej.
To Wojciech Młynarski namówił Niemena do skomponowania muzyki do Norwidowskiego
Bemapamięci żałobnego rapsodu.
Impulsem zaś od strony brzmieniowej była dość ciekawa okoliczność. W 1967 roku przyjechał na Jazz Jamboree Georgie Fame. Zagrał i odleciał, ale o jeden dzień dłużej w Polsce zostały jego organy Hammonda. Anegdota głosi, że Niemena niemal siłą trzeba było od nich odrywać, by móc je wreszcie spakować i odesłać na lotnisko.
No i ten zespół!
Czesław „Mały” Bartkowski na bębnach, Zbigniew Namysłowski i Zbigniew Sztyc na saksofonach, Michał Urbaniak na saksie i flecie, Tomasz Jaśkiewicz na gitarze i Janusz Zieliński na basie i gitarze – to pierwszy skład typu all stars w polskim rocku. A że w większości tworzyli go jazzmani – efekt artystyczny był nieprawdopodobny. Wokalnie wspomagały lidera Alibabki i chór R. Miazgi, co pozwoliło zbliżyć się z jednej strony do soulu, a z drugiej – do monumentalnych chorałów gregoriańskich.
Pamiętam dzień, gdy mój brat, Grzegorz, przyniósł te płytę do domu. Był to co prawda egzemplarz zakupiony za pieniądze kolegi i nazajutrz mu przekazany, ale wkrótce płyta zagościła w naszym domu na stałe (ach, te niedobory kieszonkowego!). Już sama
okładka robiła piorunujące wrażenie
– albumowe wydanie, ciemne, mroczne zdjęcia długowłosego i brodatego artysty przy własnych już Hammondach, te płonące na nich świece – i wszystko w grubej, złotej ramie: absolutny odjazd!
A potem płyta z pietyzmem zostaje położona na talerz gramofonu i… Wtedy, na świeżo, tej świadomości raczej nie mogliśmy mieć, zbyt mało zachodniej muzyki docierało do Polski. Z perspektywy czasu widać jednak bardzo wyraźnie – tym albumem Czesław Niemen zameldował się w ścisłej światowej czołówce, o czym – niestety – mało kto zza żelaznej kurtyny wiedział. Powstała płyta fenomenalna,
arcydzieło.
Przez kilka kolejnych lat, w różnych składach (przede wszystkim z późniejszym SBB) artysta nagrał kilka jeszcze świetnych krążków, ale poziomu NE już nie osiągnął.
Wciąż nurtuje mnie pytanie, dlaczego odmówił współpracy ówczesnej wielkiej gwieździe łączącej klimaty czarnej i białej muzyki – Blood, Sweet & Tears. Podobno w obawie, że będzie musiał zrezygnować z własnych pomysłów. Inaczej postąpił czeski wirtuoz instrumentów klawiszowych, Jan Hammer, który pograł trochę z Mahavishnu Orchestra Johna McLaughlina, a potem podjął solową karierę. Ale to już tylko akademickie rozważania.
Niemen Enigmatic
to cztery utwory skomponowane do wierszy poetów polskich: Norwida, Asnyka, Kubiaka i Przerwy-Tetmajera. Mistrzowskie kompozycje, perły nad perłami, zagrane przez najlepszych muzyków, jakich sobie można było wyobrazić w rockowym składzie. Aż się wierzyć nie chce, że tak znakomitym albumem Niemenowi przybyło niewielu mniej nowych antagonistów niż entuzjastów. Artysta bezustannie drażnił ówczesną władzę, zaś tym krążkiem rozsierdził ortodoksów nabożnie pochylonych nad klasyką literatury polskiej.
Płyta ukazała się w 1970, lecz nagrywana była w październiku 1969 roku. Anglosaskie gitarowe granie notowało już pierwsze wielkie dzieła, jednak rock progresywny najlepsze miał dopiero przed sobą. Co prawda prężnie działał w tamtym czasie The Nice z Keithem Emersonem na klawiszach, ale Pink Floyd mieli za sobą dopiero dwa studyjne albumy. Filmowy More natomiast ukazał się w lipcu, zaś Ummagumma w listopadzie 1969. Fantastyczny debiut King Crimson, In The Court ofThe Crimson King, pojawił się w sprzedaży 10 października 1969 roku. A tu, nad Wisłą, Czesław Niemen – bez baterii syntezatorów – stworzył swoje opus magnum i zarazem najwspanialszą płytę w historii polskiej muzyki rockowej.
Moja pierwsza, osobista żona od paru lat przed koncertami rozgląda się po widowni. Czasem – tak też było wczoraj – mówi z wielkim niepokojem: Jesteśmy tu najstarsi… Mnie to nigdy szczególnie nie przerażało. Mogę oczywiście zazdrościć innym młodości, ale mam też pewną przewagę – moja perspektywa muzyczna jest zupełnie inna niż u dwudziestolatków. A małżonce odpowiedziałem: W razie czego powiedz, że jesteś tutaj z ojcem.
[more]
The Saintbox
Pychota, palce lizać. The Saintbox to projekt Macieja Szupicy (Dick4Dick, Gypsy Pill), do którego zaprosił jazzowego kontrabasistę Ola Walickiego (m. in. Łoskot) oraz Gabę Kulkę, chyba najlepszą polską wokalistkę ostatnich lat. Stary rock progresywny umarł. Te wszystkie Marilliony i Pendragony to dla mnie nieporozumienie, gonienie własnego, albo – co znacznie gorsze – cudzego ogona. Ale termin rock progresywny w nieco innym znaczeniu pojawił się w mojej głowie, gdy w 1997 roku posłuchałem O.K. Computer Radiohead. Takie rozwiązania harmoniczne nie odeszły, jak widać, do lamusa, mogą wręcz lśnić pełnym blaskiem. Pod warunkiem jednak, że podejdzie się do nich w zupełnie inny, a nie zgrany do imentu przed laty sposób. Na scenie mieliśmy czworo ludzi, sporo różnych instrumentów, a wszystko zbudowane wokół fenomenalnego głosu Kulki i basu Walickiego. Cała gama kolorów: melancholia, liryzm, delikatność na jednym końcu, totalny jazzrockowy odjazd spod znaku King Crimson i SBB z drugiej. Gdzieś tam pobrzmiewały mi też klimaty Możdżerowo-Danielssonowo-Frescowe. Jakie to wszystko świeże, dopiero co przyrządzone, a mamy przecież rok 2012! Ta godzina wczoraj to kolejne moje wspaniałe zdziwienie słuchacza, że w Polsce mamy tak znakomitych muzyków i utalentowanych kompozytorów. W ten sposób doświadczyłem jeszcze jednego muzycznego odlotu, dźwięków dla moich uszu z gatunku tych najwspanialszych, najukochańszych. Tym piękniejszych, że zupełnie nieoczekiwanych. Bo, wstyd przyznać, o Saintbox nic wcześniej nie wiedziałem, a płytę wydaną 19 marca tego roku nabyłem drogą kupna dopiero wczoraj. Ale natychmiast po koncercie, bo była taka możliwość.
Kari Amirian
Młoda wokalistka miała tego wieczoru bardzo trudne zadanie. Przynajmniej dorównać poprzednikom na scenie w hali starego dworca kolejowego w Katowicach oraz udowodnić, że materiał z bardzo dobrej płyty broni się także na żywo. Bardzo trudne. Stary dworzec w stolicy Śląska to jedna z secesyjnych pereł architektonicznych. Pozostający ciągle w rękach PKP obiekt przedstawia jednak coraz bardziej żałosny widok, gdyż czułej ręki konserwatora i budowlańca dotąd nie doświadczył. Kubatura w środku, jak na potrzeby koncertów rockowych, dość spora – hala jest wysoka, w dodatku na podłodze, zamiast najbardziej wskazanego parkietu, położone są ciągle, skądinąd bardzo niebrzydkie, płyty. Pogłos więc spory, ciężka robota dla akustyka. The Saintbox poradzili sobie z tym bardzo dobrze, zespół Kari trochę gorzej. Materiał zabrzmiał znacznie dynamiczniej niż na CD. Sporo bębnów i gitary basowej, momentami nieco to, niestety, dudniło. Muzycznie – w tych dynamicznych fragmentach – znacznie bliżej było do Petera Gabriela niż klimatów skandynawskich. Ale to absolutnie nie zarzut – trochę bardziej popowo, ale w dalszym ciągu szlachetnie. Głos urodziwej frontmenki bez zarzutu – czysty, mocny, pozostała piątka muzyków na scenie też powyżej średniej krajowej. Muzyka zdecydowanie się broni, jestem przekonany, że w lepszej sali może zabrzmieć równie urzekająco jak na krążku. Bez ochów i achów, lecz była to godzinna porcja bardzo porządnego grania, w starej szkolnej skali od 2 do 5 – na czwórkę.
*
Na koniec jeszcze uwaga nieco szerszej natury. Jak dobrze, że przygotowywanie imprez muzycznych oddano w ręce ludzi, którzy mają pojęcie o tym, co dzieje się w tej branży. Jeszcze dwa lata temu po kasę rękę wyciągała np. Kate Ryan, „flamandzka artystka muzyki pop and dance” czy, z całym szacunkiem, Maryla Rodowicz. Promowanie rodzimej muzyki w wydaniu niekoniecznie festiwalowym ma w moim odczuciu znacznie więcej sensu. Ze starych wyjadaczy – Armia, Kobranocka, Róże Europy, z grona młodszych – Mika Urbaniak, Mitch & Mitch, Sofa, Pinnawela. Dla miłośników czerpania z folkloru – Żywiołak. Ale i tak znajdą się niezadowoleni, którzy woleliby pogibać się przy piosenkach artysty Rynkowskiego, celebrytki Kukulskiej albo autorki nowej aranżacji hymnu narodowego Górniak.
13. Babe Ruth. Pół ich pierwszej płyty nagranej z Minimaksu. Zupełnie dziś zapomniany zespół, a był to kawał solidnego grania z damskim wokalem – Janity Haan. Do niniejszego wyboru dołączam pierwszy na krążku ostry, gitarowy Wells Fargo.
Płyty zespołu, przynajmniej w polskich sklepach, nie do zdobycia.
[more]
14. Emerson, Lake & Palmer – jak mi się zdaje, uznawany przez braci za najwyższy stopień muzycznego wtajemniczenia. Pierwsze płyty tria – brawurowo zagrane, rozbudowane aranżacyjnie utwory, robiływielkie wrażenie. Po latach nie wszystko się broni, ale np. ballady Lake’a brzmią wciąż wspaniale. Wybieram jednak Lucky Man, utwór kończący pierwszą płytę, z fantastycznym syntezatorowym solem w finale. Miłość do ELP wzmocniła jeszcze „trylogia” Polskich Nagrań, które w 1975 lub 1976 roku wydały trzy licencyjne krążki: Keith Emerson & The Nice (nr katalogowy SX 1235), Atomic Rooster (SX 1236), gdzie w paru kawałkach bębnił Carl Palmer, i Rare Bird (SX 1237).
15. Właśnie – Rare Bird. Hej, bracia moi, pamiętacie Rebeth? Kaczkowski już rzadziej literował nazwy zespołów, wiedzieliście tylko, że to „z pewnością zapisuje się inaczej”. Na wspomnianej wyżej płycie jest kilka znakomitych utworów z pierwszego okresu działalności – Sympathy czy Down On The Floor. Wybieram jednak Hey Man, fragment z Epic Forest, płyty nagranej na szpuli najpierw przez braci, a po latach, w 1980 roku, także przeze mnie, zaś od pewnego czasu posiadanej w wersji CD. Wciąż wspaniałe muzyczne doznania.
16. Focus, Hokus Pokus. Na przełomie lat 60. i 70. w Holandii działo się sporo. To tam właśnie jeździli Breakout i potem Budka Suflera. Focus i Ekseption sytuowali się w pobliżu ELP – tak samo obficie czerpiąc z muzyki klasycznej.
17. Sabbath Bloody Sabbath we fragmentach nagrana na szpuli. Najlżejsza w dorobku, wirtuozowska płyta, szczyt artystycznych możliwości grupy. Krążek w dyskografii Black Sabbath absolutnie wyjątkowy, inny niż pozostałe. Mój typ to Sabbra Cadabra.
18. Larks’ Tongues In Aspic. Pychota, ciary na plecach. Robert Fripp – geniusz, kameleon, anarchista, wieczny poszukiwacz. Tyle wcieleń grupy o jednej nazwie – i wszystko co najmniej bardzo dobre. King Crimson, w gronie grup tzw. symforockowych, są moim zdaniem zdecydowanie najlepsi. Do niniejszego zestawu wybieram nieco przewrotnie maleńki, ale genialny fragment kończący część pierwszą tytułowego nagrania (gdzieś od jedenastej minuty i dwudziestej sekundy).
19. Czym zakończyć, gdzie urwać tę muzyczną opowieść? Gdzie jest mój ostatni kamień milowy, ostatnia wielka młodzieńcza fascynacja, ciągnąca się za mną do dziś? I znów, wbrew wszystkiemu, wybór jest jednak dość oczywisty – SBB. Na moich oczach – uszach ich muzyka rozkwitała, sięgając apogeum na Welcome w 1979 roku. Wybieram Walking Around The Stormy Bay – instrumentalne arcydzieło, ekstrakt symphonic i hard rocka. Wielki popis całego tria.
Jeszcze można by ciągnąć dalej. Z taśm braci i moich pierwszych odnotować CloseTo The Edge Yesów, płyty Weather Report czy Fleetwood Mac. Zatrzymać się nad znakomitymi utworami czy całymi płytami z czasów dawnych i bardzo dawnych, a poznanymi później. Ale to były już „tylko” brakujące puzzle w układance, której ramy wyznaczyły opisane krótko wyżej zespoły i nagrania. Siła, z jaką wdarły się do mojej głowy, nuta po nucie utrwalone poprzez wielokrotne słuchanie – nieporównywalna jest z niczym. Dziś, jak każdy człowiek zajęty nie tylko wrzucaniem kolejnych krążków do odtwarzacza, nie jestem już w stanie tak mocno wgryźć się w jakąkolwiek nowo nabytą płytę.
Słuchanie muzyki dostarcza jednak o wiele zdrowszych emocji niż oglądanie meczów piłkarskich, zwłaszcza tych z udziałem polskich piłkarzy. Stary już jestem, wiele widziałem i przeżyłem, a ciągle się łudzę, że stanie się cud. A po ostatnim gwizdku pozostaje tylko modlitwa o cud niepamięci. Bardzo chciałbym się mylić, ale zdaje się, że jesteśmy – który to już raz? – po pierwszym akcie Sienkiewiczowskiej trylogii. W ostatnim usłyszymy znów: „Pułkowniku Wołodyjowski, Rzeczpospolita w potrzebie!…”. Co prawda poległa, ale, jak zawsze, z honorem. O tym, że poległa, dowie się cały świat, zaś o tym, że z honorem, będą wiedzieć tylko rodacy. Powtarzam, obym się mylił, ale coś czuję, że będzie jak zwykle.
[more]
*
Przed laty, w 1968 roku, greccy emigranci we Francji, m. in. Vangelis i Roussos, założyli zespół Aphrodite’s Child. Bodaj ich największym przebojem była rzewna piosenka Rain and Tears. Dziś rain w Warszawie mieliśmy przed meczem, a tears w drugiej połowie.
*
Ze słuchaniem muzyki jest przyjemniej. Z domowego zestawu, w którym szczęśliwie niewiele jest chybionych zakupów, mogę wybrać coś, na co w danej chwili mam ochotę. Po raz piąty, pięćdziesiąty czy dwusetny. Meczu oglądać drugi raz zwykle nie mam zamiaru, a przy pierwszym – nie mam wyboru i nie wiem, co mnie czeka. Po meczu z udziałem naszych piłkarzy – zwykle nie jestem szczęsny.
*
Od lat zastanawiam się nad pewną sprzecznością, którą noszę w sobie. Otóż nie lubię angielskiej piłki, w reprezentacyjnym wydaniu w szczególności. Jestem zdania, że nigdy nie powtórzą sukcesu, w dodatku osiągniętego przy wydatnej pomocy panów z gwizdkiem, z 1966 roku.
Uwielbiam natomiast angielską muzykę. Z wielkim oddaniem fana myślę o wielu wspaniałych zespołach, instrumentalistach i wokalistach. A sporo z nich to też przecież kibice piłkarscy.
I tak żyję, w tej dychotomii, od wielu, wielu już lat.
*
Niewykorzystane sytuacje, wyborne pozycje niedostrzeżone przez partnerów z drużyny. Transfery, które nie doszły do skutku, a mogły dać nieoczekiwane, wspaniałe efekty. Choćby raz. Na jednej płycie.
Na początku lat 70. członkowie zespołu Yes złożyli propozycję Robertowi Frippowi, by ten stał się członkiem ich grupy. Było to, jeśli dobrze pamiętam, po nagraniu In the Wake Of Poseidon. Fripp odmówił w obawie, że nie będzie mógł realizować swych pomysłów. A muzycy Yes chcieli, do czego przyznali się później, by pokierował ich zespołem.
Muzyczny strach pomyśleć, ilu znakomitych płyt by nie było – zarówno King Crimson, jak i Yes. A jakie byłyby zamiast tych, które się ukazały?
I, na odmianę, transfer dokonany. Byli kumpel Emersona z The Nice, Brian Davison i Lee Jackson, w 1973 roku utworzyli wspólnie ze szwajcarskim multiinstrumentalistą Partickiem Morazem formację Refugee. Po nagraniu pierwszej, bardzo dobrej płyty Moraz odszedł do Yes, zajmując tam miejsce zwolnione przez Ricka Wakemana. Refugee przestali istnieć, a o Davisonie i Jacksonie słuch zaginął.
U.K. – ostatnia legenda wielkiego rocka progresywnego, czyli tego z lat 70. Informacja o koncercie zupełnie niespodziewana, nieoczekiwana. Jak odpuścić sobie takie granie w nieodległym od Katowic Krakowie, skoro na scenie znów, po latach, mają stanąć obok siebie John Wetton i Eddie Jobson?
[more]
Zaledwie trzy płyty, w tym dwie studyjne, ale zespół utworzony przez byłych członków King Crimson znacząco zapisał się w historii muzyki rockowej. Jak to wszystko zabrzmi po latach, w jakiej formie będą dwaj niemłodzi już liderzy?
Problemy techniczne sprawiły, że występ rozpoczął się dopiero o 20.40, czterdzieści minut po planowanym czasie. I niemal natychmiast irytacja związana z przedłużającym się oczekiwaniem minęła. Pierwsze dźwięki Alaski porwały widownię, a gdy muzycy płynnie przeszli do In the Dead of Night i kolejnych części trylogii otwierającej pierwszy album – wehikuł czasu przeniósł nas w lata siedemdziesiąte. Potężne brawa, owacja na stojąco – dla takich chwil warto żyć, tak spełniają się muzyczne marzenia.
Pozostajemy przy pierwszym krążku – Thirty Years. Do świetnej od początku gry całej czwórki coraz pełniej dołącza głos Wettona, mimo upływu lat brzmiący wciąż mocno i nie do pomylenia z żadnym innym. A potem – potem rozbrzmiały pierwsze dźwięki jednego z najpiękniejszych rockowych utworów wszechczasów: Starless. Wspaniale zabrzmiał zarówno powłóczysty początek, jak i rozimprowizowany, szalony finał. Rewelacja!
Kiedy w następnej kolejności zagrali Carrying No Cross, mój najukochańszy, monumentalny kawałek U.K., byłem już tego wieczoru spełniony. A przecież muzyczna uczta trwała dalej. Na scenie został sam Jobson, najpierw przy klawiszach, grając fragmenty solowej Theme of Secrects, a potem wziął do rąk podświetlane skrzypce. Widzieliśmy skrzypce, a słyszeliśmy solo Hendriksa. Zmiana i na scenie staje Wetton z gitarą akustyczną, by zagrać jeszcze jeden klasyk King Crimson, Book of Saturday.
Powracamy do repertuaru United Kingom, by pod koniec koncertu usłyszeć jeszcze m. in. Danger Money i Nevermore.
Po półtorej godziny kwartet schodzi ze sceny, ale nie na długo. Doskonale zorientowana w twórczości zespołu publika – w większości faceci po pięćdziesiątce – wie, na co czeka. Na pierwszy bis znakomity, rokendrolowy Caesar’s Palace Blues z popisową partią skrzypiec. Palce lizać. I kiedy wszyscy czekają na randkę – niespodzianka: jeszcze jeden „długas”, The Only Thing She Needs. Na koniec na scenie zostają tylko Wetton i Jobson. Wjeżdża dodatkowa klawiatura i wiadomo, że usłyszymy wyklaskaną i wyskandowaną Rendezvous 6.02. W kameralnej wersji, tylko na głos i klawisze.
Jeszcze jedno, ostatnie już standing ovation – długie, długie, w pełni zasłużone brawa – i ruszamy do wyjścia. Było naprawdę pięknie. Żadnych dróg na skróty: pełne, bogate, oryginalne wersje utworów odegrane z maestrią, młodzieńczą energią i świeżością. Stara muzyka trzyma się mocno, ale też jest to stara muzyka w swych najpiękniejszych przejawach. Starszym panom dwóm też niczego nie brakuje – głos Wettona ciągle mocny, a umiejętności instrumentalnych wciąż można tylko pozazdrościć. Warto w tym miejscu dodać, że młoda siła – Alex Machacek na gitarze i Gary Husband na bębnach – świetnie wkomponowała się w całość.
U.K. znowu grają, to był ich ostatni koncert na europejskiej trasie. Nie są to już wielkie hale, a zaledwie kluby na kilkaset miejsc. Ale muzyka nadal najwyższej próby.