Ptasie mleczko na czerwonym jęzorze

pobrane33

Tylko Fripp mógł wpaść na pomysł pełnoprawnego zatrudnienia w zespole faceta grającego na skrzypcach nie jako instrumencie tworzącym tło, lecz jednym z wiodących. I jeszcze tego perkusjonisty, nie bez kozery pozującego do zdjęcia w piłą w rękach…

[more]

*

1973? Należy do Pink Floyd i ich dzieła nad dziełami, opus magnum – The Dark Side of The Moon. 1973? Dla mnie

jeden z tych magicznych,

wspominałem bowiem o tym parokrotnie, że czas zastąpienia w moim domu pocztówek dźwiękowych magnetofonem szpulowym zbiegł się z zamianą dominujących gitar na syntezatory. A przecież tamten rok dla muzyki progresywnej jest zdecydowanie najlepszy – poza wymienioną wyżej, ukazują się wtedy krążki: Genesis – Selling England By The Pound, Yes – Tales From Topographic Ocean i Emerson, Lake & Palmer – Brain Salad Surgery. Gdzieś bardzo blisko są Jethro Tull z A Passion Play, a nawet Electric Light Orchestra z On The Third Day, kolejne płyty wydają m.in. Manfred Mann’s Earth Band czy Gentle Giants. Jak dorzucić do tego jeszcze Houses of The Holy Led Zeppelin, Sabbath Bloody Sabbath Black Sabbath,  The Who i ich Quadrophenię, Lou Reeda z Berlinem, Roxy Music z For Your Pleasure, McCartneya i Band On The Run, Eltona Johna z Goodbye Yellow Brick Road, Mike’a Oldfielda z Tubular Bells, Steely Dan z Countdown To Ecstasy oraz szalony Raw Power The Stooges – uświadamiamy sobie, że było to wyjątkowe dwanaście miesięcy, nie pierwsze i nie ostatnie, ale jedne z niewielu aż tak znaczących. Jednakże zarówno ten zestaw, jak i mój prywatny wybór najlepszych płyt wszech czasów byłby niepełny, gdyby zabrakło w nim Larks’ Tongues In Aspic kapeli dowodzonej przez Roberta Frippa, czyli King Crimson. Albumu, który – tak jak krążek Floydów – ukazuje się w marcu 73.

*

Jedna z niewielu płyt, które moi bracia mieli nagrane w całości – bo też 

taśm magnetofonowych

mieli niewiele. Dziś aż trudno się nie dziwić, gdy rozebrać na części pierwsze operację nagrywania muzyki z audycji radiowych na dość podłym sprzęcie, w wersji monofonicznej. Lecz przecież tak było: wielu fanów miało dostęp do muzyki taki – albo żaden.
Więc znałem tę płytę, zaprezentowaną z pewnością w jednej z audycji Piotra Kaczkowskiego, od zawsze. W 1977 roku, gdy zawartość nielicznych taśm poddawałem wielokrotnej samodzielnej lekturze – zwariowałem i pokochałem. I nie odkochałem się nigdy, a gdy teraz słucham tych nagrań z jubileuszowego, wydanego w trzydzieści lat po analogowej premierze krążka kompaktowego, mój zachwyt nie jest ani trochę mniejszy. Ba! – raczej większy, ponieważ emocje wspiera jeszcze głowa, ponieważ teraz mam świadomość, jaki ogrom znakomitych płyt ukazał się do marca 1973, a jaki – choć już znacznie mniejszy – przez kolejne czterdzieści pięć lat. I jak ciągle znakomicie na tym tle wypada Larks’.
W 1972 roku, w zaledwie trzy lata po genialnym debiucie, Fripp montuje zupełnie nowy skład, można rzec – trzecią odsłonę KC. Przy mikrofonie, z gitarą basową przewieszoną przez ramię, staje John Wetton (pozyskany z Family), za bębnami zasiada Bill Bruford, do niedawna w Yes, ponadto formację zasilają skrzypek David Cross i Jamie Muir grający na przeróżnych instrumentach perkusyjnych, który niedługo po nagraniu płyty zamyka się w buddyjskim klasztorze. Zmiana dokonuje się także na posadzie autora tekstów: Richard Palmer-James (nb. pierwszy gitarzysta Supertramp) zastępuje Pete’a Sinfielda (który niebawem znajduje zatrudnienie w EL&P).

Bruford wspomina: 

„To naprawdę było piekło

– bo nikt nie mógł się zdecydować, jaką muzykę mieliśmy grać”. Ostatecznie dochodzi do nagrania swoistej trylogii, którą uzupełniają Starless And Bible Black oraz Red, płyt – wreszcie? – spójnych stylistycznie, zaś fanom dających oddech w postaci głosu tego samego frontmana. Tyle tylko, że po kolejnych dwóch latach, w 1974, jest już pozamiatane: Fripp rozwiązuje zespół. I to w chwili, gdy ten wspina się na sam szczyt.
Spójnych stylistycznie? Dekadę później sporą karierę zrobiło określenie „odjazd”, na przykład w odniesieniu do niesamowitych nowych płyt. Pierwszy raz usłyszałem je z ust znajomego, który zachwycił się… Three of A Perfect Pair (1984), zupełnie innego zespołu o tej samej nazwie: King Crimson. Larks’ to piekielny odjazd – z jednej strony potężne riffy gitary znane już z 21st. Century Schizoid Man, liryczność, zwłaszcza olśniewającej miniatury Book of Saturday, w stylu I Talk To The Wind, symforockowa przestrzeń w stylu Epitaph czy tytułowych kompozycji z dwóch pierwszych albumów w Exiles, ale wszystko to zaprawione jest szalonymi improwizacjami z okolic muzyki współczesnej, tzw. konkretnej, albo jazzu. Tylko Fripp mógł wpaść na pomysł pełnoprawnego zatrudnienia w zespole Crossa, faceta grającego na skrzypcach (lub altówce), nie jako instrumencie tworzącym tło, lecz jednym z wiodących. I jeszcze ten perkusjonalista Muir, nie bez kozery pozujący do zdjęcia w piłą w rękach… Jednak ucho, przynajmniej moje, ogarnia to zdecydowanie lepiej niż dokonania Zappy. Amerykanin nie daje słuchaczowi większych szans, by zaczepić się o melodię czy harmonię, jego muzyka sprawia wrażenie, jakby była niemożliwa do odtworzenia na żywo bez pomocy partytury. Fripp tymczasem raz po raz daje wytchnienie, powracając do odwiecznego kanonu muzyki europejskiej. Jego i jego kolegów 

odloty

w jakiś sposób przywodzą na myśl te o kilka lat wcześniejsze The Cream – Bruce’a, Claptona i Bakera. Jeśli jednak trio BBC robiło to na bazie bluesa, gitar i przystawek, u Frippa żadne granice już nie istnieją.
Cream przypominam tu nieprzypadkowo. Jeden z najpiękniejszych w moim odczuciu fragmentów muzyki rockowej, finał pierwszej części utworu tytułowego z Larks’  – te niespełna dwie minuty od jedenastej minuty i czterdziestej sekundy – całego wyjętego jakby z ówczesnych telewizyjnych teatrów sensacji („Kobry”) jest tak niesamowity także z tego powodu, że ani nie eksploatuje, ani nawet nie ogrywa fantastycznego konceptu z gitarą basową w roli głównej i wtóryjącym jej skrzypcom (lub altówce, nie potrafię rozstrzygnąć). Całkiem jak w Badge Claptona i Harrisona, gdzie powalające wejście gitary rozbrzmiewa tylko raz. 
Dlatego tak cenię sobie robotę Roberta Frippa i różnych jego kolegów. Poszukiwacz ciągle żądny nowych wrażeń przez wiele lat gnał ciągle do przodu, ani myśląc okopać się w rozpoznanych rewirach – w tej strefie komfortu własnego, ale też – i może przede wszystkim – słuchaczy. Stąd tyle wcieleń – jego i jego formacji. Stąd bezustanne wymykanie się wszelkim szufladom: 

progresja Frippa

zdaje się nie do opanowania, nie do ogarnięcia. Zupełnie inaczej niż ta floydowska, yesowa czy Genesis (oczywiście do 1976 roku). Może tylko Keitha Emersona da się jakoś z nim porównać, choć w tym przypadku mamy do czynienia z fascynacją klasyczną muzyką europejską i czerpaniem z jej formuły. Zaś z tych zasłuchanych, umiejętnie czerpiących z – między innymi – KC z tego okresu wymienić należy rodzime SBB.

Na zasadzie żartu jeszcze jedno spostrzeżenie. Mocny, pulsujący w refrenie gitarowy numer, jakim jest Easy Money, został umieszczony w tym samym miejscu na krążku analogowym – jako otwierający drugą stronę – co Money Pink Floyd. To oczywiście przypadek (przypominam, że obie płyty ukazały się w marcu 73), ale…
Dark Side of The Moon zgarnęła całą pulę: dziewięćset trzydzieści siedem tygodni obecności na liście „Bilboardu” to rekord już chyba nie do pobicia. Od lat uparcie uciekając od rankingów i innych zestawień wiem jednak, że gdybym miał spędzić resztę życia na bezludnej wyspie i mógł zabrać na nią tylko dziesięć płyt, i Dark Side, i Larks’ znalazłyby się wśród nich. 

(King Crimson, Larks’ Tongues In Aspic, 1973)

[W NaTemat: 26 marca 2018]

Wieczór na dworze Karmazynowego Króla

pobrane22

Moja północna dusza uwielbia być od czasu do czasu sponiewierana półmrokiem panującym na dworze Karmazynowego Króla.

[more]

*

Jeśli w piątek, na koncercie Carlosa Santany, doświadczyliśmy z żoną muzyki radośnie rozwibrowanej, wygrzanej w słońcu i pieszczącej na przemian gorącym piaskiem i ciepłym oceanem, to dzień później klimat uległ radykalnej zmianie, choć zamieniliśmy tylko Oświęcim na Kraków. W graniu King Crimson pełno jest 

brytyjskich mgieł,

wściekle uderzających o szyby kropel deszczu, niepokojących porywów wiatrów i z rzadka jedynie wyzierających zza chmur, nieśmiałych promyków słońca. Nic jednak nie poradzę na to, że choć doceniam i bardzo lubię meksykańskiego gitarzystę, moja północna dusza uwielbia być sponiewierana i unurzana w półmroku panującym na dworze Karmazynowego Króla. Tak miałem jako dzieciak i nastolatek, tak mam i dziś – a że wokół siebie lubię raczej porządek niż nieład, laboratoryjne podejście do muzyki Roberta Frippa jest mi szczególnie bliskie.

Miejsce – krakowska hala ICE – świetnie współgrało z koncepcją muzyczną. Nowoczesna bryła, dużo szkła, zaś widownia, z dominującym drewnem,  powyżej parteru stworzona jakby z całego szeregu wysuniętych z półokrągłej komody szuflad, ponownie nas zachwyciła. Matematyczny układ sceny znaliśmy już z koncertu w Zabrzu – trzy zestawy perkusyjne z przodu i za nimi, trochę wyżej, stanowiska dla pozostałych pięciu muzyków. Lista płac wydłużyła się więc o jedno nazwisko w porównaniu z tamtą trasą.

Lepszego początku nie mogłem sobie wymarzyć: Larks’ Tongues In Aspic Part One, nieco skrócony w stosunku do płytowej wersji i z odrobinę inaczej zaaranżowanym, moim ukochanym finale: partia smyków zastąpiona została gitarą. Szczęście to coś, co muska nas w przelocie i zaraz odchodzi? Nie, są takie minuty w życiu, gdy zostaje obok na dłużej. Przecież to był dopiero początek. Gdy jako trzeci w kolejności rozbrzmiał Moonchild, z żalu ścisnęło się chyba nie tylko moje gardło. Na przełomie 2016 i 2017 roku, w odstępie niespełna dwóch miesięcy zmarli Greg Lake i John Wetton, zabierając ze sobą 

okruchy marzeń

fanów o tym, że może jeszcze kiedyś staną wspólnie z Frippem na scenie. A tego najstarszego materiału w programach koncertów zespołu przybywa – i dobrze, bo jest w czym wybierać. W pierwszej części występu – bagatela, osiemdziesięciominutowej – usłyszeliśmy jeszcze The Court of The Crimson King, Cirkus, Lizard, Islands, a na jej zakończenie drugi fragment Larks’.

 

Ciężkie, gitarowe klimaty ostatnich trzech studyjnych albumów to  wariacje, wręcz „umocowane” w postaci tytułu, na temat Larks’ Tongues In Aspic  (wczoraj część trzecia) – a innym razem, mam nieodparte wrażenie, Red. Wzruszyłem się przy pierwszych dźwiękach Cadence And Cascade, jedynego wczoraj, lecz jakże pięknego reprezentanta drugiej płyty, wsłuchiwałem w narastanie napięcia w kończącym zasadniczą część koncertu słynnym Starless. Po kilku minutach niemilknących oklasków grupa pojawiła się raz jeszcze na scenie, by uraczyć nas

długim bisem,

a w nim klasykami Epitaph i, na sam koniec, 21. Century Schizoid Man, jak w soczewce skupiającym styl KC: symforockową monumentalność, potężne gitarowe, niemal heavymetalowe riffy i jazzowo-oniryczny odjazd.

Tym razem uważniej przypatrywałem się perkusistom. Temu, jak kunsztownie rozpisali między siebie partie w kolejnych utworach i jak wspaniale razem walili w kotły i co tam jeszcze mieli. Parokrotnie czułem się, jakby wrota zamku Króla Karmazyna otwierały się przede mną, zaś nim dane będzie stanąć przed obliczem władcy, mam okazję zobaczyć i usłyszeć fenomenalnych afrykańskich bębniarzy. Może ktoś oburzy się na takie skojarzenie, ale z Patem Mastelotto, Gavinem Harrisonem i Jeremym Staceyem jest trochę jak z Paco de Lucią, Alem di Meolą i Johnem McLaughlinem. Bo jeśli w koncertach KC jest 

pierwiastek szaleństwa,

wymykania się z zakreślonych przez lidera ram – to jest on przynależny przede panom z pałeczkami w dłoniach. Lecz nad ich głowami nie było gorzej: na basach szalał Tony Levin, piękne partie fletu i saksofonów odegrał Mel Collins, a jeden z zestawów klawiatur obsługiwał Bill Rieflin. Gitarzystą i głównym wokalistą pozostaje Jakko Jakszyk, barwowo przypominający Haskella i Burella (czyli czas trzeciej i czwartej płyty). No i całkiem na prawo siedział lider, w skupieniu obsługujący gitarę oraz instrumenty klawiszowe.

Była zapowiadana dwudziestominutowa przerwa – to już standard, gdy chodzi o koncerty KC – ale muzyki dużo, dużo więcej. Łącznie z bisami nazbierało się tego sto sześćdziesiąt minut, co usatysfakcjonować i dopieścić musiało chyba każdego.

Parę razy już do tego się przyznawałem: robotę Frippa i kolegów noszę głęboko w sobie. Ten rodzaj muzycznej wyobraźni jest mi wyjątkowo bliski, stąd też przeżywam szczególne emocje w trakcie ich występów. Dają one słuchaczom istotę tego, o co chodzi: staranną, ale bez niekoniecznych szaleństw oprawę koncertu i zero umizgów do publiczności. Bez tego drugiego widzowie mogą się obejść i mimo to uszczęśliwieni wrócić do domów. Warunkiem niezbędnym jest, powtarzam uparcie, strona muzyczna. A ta jest ciągle najwyższej próby, zaś powrót po latach do materiału z pierwszych płyt jest – co tu dużo gadać – wielką wartością dodaną występów kapeli w ostatnich latach.

(King Crimson, ICE Kraków, 16 czerwca)

Gizmodrome!

pobrane_1

Bębniarz Police Stewart Copeland, gitarzysta i wokalista Franka Zappy oraz King Crimson Adrian Belew, basista Level 42 Mark King oraz keyboardzista Vittorio Cosma uśmiechają się do nas ze wszystkich zdjęć umieszczonych na okładce płyty – to świetnie definiuje klimat, jaki panował w studiu w czasie nagrywania krążka.

[more]

*

Gdy dowiedziałem się, że materializuje się taki projekt, serce zabiło mi mocniej. Jeśli pamięć mnie nie myli, poprzedni 

superskład 

to Them Crooked Vultures z Joshem Homme’em, Dave’em Grohlem i Johnem Paulem Jonesem i ich jedyna płyta sprzed ośmiu lat. Gdy spotykają się słynni muzycy mający w swoim CV członkostwo w słynnych kapelach, nie sposób przejść obok tego obojętnie i, co zdecydowanie istotniejsze, bez nadziei na nową jakość i kawał dobrego grania.

Bębniarz Police Stewart Copeland, gitarzysta i wokalista Franka Zappy oraz King Crimson Adrian Belew, basista Level 42 Mark King oraz keyboardzista Vittorio Cosma uśmiechają się do nas ze wszystkich bodaj zdjęć zamieszczonych na okładce oraz w książeczce dołączonej do płyty formacji Gizmodrome. Widać – i słychać! – że zażarło, że jest chemia, że wspólne granie dało czterem niemłodym już panom mnóstwo radości.

Dwanaście utworów tworzących album kipi energią, jazda jest naprawdę przednia i bardzo wysokiej próby. Głowa oczywiście od razu chce to jakoś ogarnąć, wpisać w kontekst szerszy niż umieszczenie krążka na domowej półce wśród wykonawców na literę G. Tak więc te 

rozwibrowane dźwięki

kojarzą mi się z Dave Matthews Band, a jeszcze bardziej z dokonaniami Carlosa Santany – i to tymi najlepszymi. Tym, co bardziej oczywiste, są regałowe i chórkowe klimaty spod znaku Police, czemu trudno się dziwić, zważywszy że Copeland dostarczył najwięcej materiału na płytę. Są gitarowe odloty spod znaku Zappy i King Crimson, ale też Hendriksa – riffy chwilami zaiste potężne. Są linie ostrego, funkującego basu, są echa Talking Heads i wspólnego dzieła Byrne’a oraz Eno My Life In The Bush of Ghosts.

Całość działa – i to wybornie. Wciąż mam ochotę podkręcać potencjometr we wzmacniaczu, jakby z chęci sprawdzenia, czy ta muzyka może stać się zbyt głośna, czy nadmiar decybeli jest w stanie przebić, przykryć nieokiełznaną energię emanującą z każdego wydobytego przez czterech panów dźwięku. Pewnie tak, ale jeśli ktoś chce takiej muzyki słuchać cicho, lepiej niech nie słucha wcale. 

Marzy mi się udział w ich 

koncercie

– zespół ma ruszyć w trasę w 2018 roku. Właśnie teraz, gdy ten miłosny czworokąt jest tak świeżym doznaniem dla wszystkich (choć cały proces powstawania, nagrywania i realizacji płyty był nieźle rozciągnięty w czasie). Teraz, gdy to rozsadzanie wszystkich zmysłów – jestem pewien – da się natychmiast przenieść ze sceny na widownię. I nic to, że wspólnego materiału, przynajmniej tego zarejestrowanego na płycie – jest zaledwie na trzy kwadranse. Nie mam wątpliwości, że uraczono by słuchaczy pełnowymiarowym i pełnokrwistym występem.

 

Tyle że taki koncert nie mógłby odbyć się w Polsce. Tu prawie nikt nie zaprząta sobie głowy tą płytą, Poza Gabą Kulką, która na bardzo gorąco, tuż po ukazaniu się albumu, poświęciła całą swoją Trójkową audycję Gizmodrome właśnie, racząc słuchaczy obszernymi fragmentami interesującej rozmowy z Copelandem i Belew. Jedna Kulka wiosny jednak nie czyni, od Pani Kulki do efektu kuli śnieżnej bardzo jeszcze daleko. Niestety, zupełnie nie rozumiem tego braku zainteresowania – co stwierdzam z przykrością, bo dla mnie to jedna z najważniejszych płyt 2017 roku.

(Gizmodrome, Gizmodrome 2017)

[W NaTemat: 12 października 2017]

Czas przeszły: John Wetton

images1

John Wetton, basista i wokalista takich m.in. zespołów, jak King Crimson, United Kingdom, Asia, zmarł na raka 31 stycznia.

[more]

*

Z każdą taką śmiercią czuję, że jest mnie mniej. Świat, w którym rozglądałem się z ciekawością jako młody człowiek, którego częścią pragnąłem się stać, odchodzi w przeszłość. Jest coraz mniejszym światem. Coraz mniejszą cząstką tego wielkiego, który nieszczególnie mnie interesuje, coraz bardziej irytuje i niepokoi. Którego coraz bardziej nie rozumiem. To taka typowa refleksja związana ze starzeniem się.

Facetowi po pięćdziesiątce niewiele i niewielu może już zaimponować, nastolatkowi – imponuje prawie wszystko. Mimo świadomości, iż coraz mocniej skręcam w park jurajski, w skansen dla bezzębnych, więc niegroźnych dinozaurów – poczynię jedno zastrzeżenie: moi muzyczni idole, rockmani z lat 60. i 70., wytyczali  muzyczne szlaki, stworzyli kanon tej muzyki. I właściwie wszystko, co później jeszcze udało się w tej materii powiedzieć znaczącego, czerpie z ich dokonań.

John Wetton zmarł 31 stycznia, mając sześćdziesiąt siedem lat. Muzycznie do końca aktywny, nie dał rady rakowi. Występował i nagrywał jako solista, współpracował z połową muzyków Roxy Music, słychać go na płytach Uriah Heep czy Wishbone Ash, a największy komercyjny sukces odniósł z zespołem o nazwie Asia – złożonym z wybitnych muzyków wybitnych formacji (m.in. Yes i Emerson, Lake & Palmer), ale grającym bardzo niewybitną muzykę. Z perspektywy lat nie ma to – pewnie nie tylko dla mnie – większego znaczenia. Nie liczą się bowiem rzeczy mało istotne, gdy mamy do czynienia z sytuacją, w której po przesianiu zostają na sicie perły: 

muzyka najznakomitszej próby. 

Czyli pięć studyjnych albumów nagranych w latach 1973-79 – trzy King Crimson i dwa United Kingdom.

Wetton pojawił się w składzie King Crimson w 1972 roku, jako dwudziestotrzylatek, został nowym wokalistą i basistą zespołu.  Jak wiele wniósł do formacji dowodzonej przez Roberta Frippa, nie trzeba nikogo znającego jej dyskografię przekonywać. Po latach, z uwzględnieniem późniejszych o parę lat krążków U.K., widać i słychać to jeszcze wyraźniej. Nie odważę się swoim blogerskim uchem oceniać, która z trzech ówczesnych odsłon KC jest najlepsza, nie o to zresztą chyba chodzi. Wydaje mi się jednak, że okres 1972-74 jest najbardziej zwarty, jednorodny stylistycznie, wspaniale łączący rocka progresywnego z mocnym, niemal hardrockowym graniem, mimo iż rozlicznych odjazdów w niezbadane rejony – a jakże – nie brakuje. Wetton dał kapeli matowy, ale bardzo mocny wokal oraz potężne brzmienie gitary basowej.

Larks’ Tongues In Aspic

(1973) jest ze mną od zawsze. Nie mam dystansu do tej płyty, pokochałem ją jako nastolatek, a po upływie może dwóch dekad zaliczyłem do najważniejszych płyt rockowych wszechczasów i tej opinii nic już nie zmieni.  Spina ją dwuczęściowa, szalona i olśniewająca pomysłami kompozycja tytułowa, a cała reszta jest nie mniej frapująca. Po latach do koncertowego repertuaru KC wrócił numer Easy Money. Na kolejnym krążku, Starless And Bible Black (1974), nie ma utworów, które weszły do kanonu grupy, co w niczym nie umniejsza jej wartości. Znakomity jest już otwierający krążek The Great Deceiver. Słuchając całości mam przekonanie, że płyta musiała wielkie wrażenie wywrzeć na muzykach SBB, stała się inspiracją do dalszych i jeszcze odważniejszych poszukiwań trójki muzyków ze Śląska. Natomiast ostatni studyjny album przed rozpadem zespołu, Red (1974), to najostrzej brzmiący krążek w całej dyskografii. Czadu i brawury jest w nim mnóstwo – to rzeczywiście materiał, którego wykonywanie na żywo mogło przenieść się z hal na wielkie stadiony. 

Nazwisko Wettona jako 

współautora

pojawia się pod większością utworów umieszczonych na tych trzech płytach. Muzyk w późniejszych latach wielokrotnie wracał podczas swych występów do olśniewającej urodą kompozycji Starless (nawiązującej do monumentalnych kompozycji z początku działalności grupy, takich jak Epitaph czy In The Court of The Crimson King), a także do podobnej w klimacie, choć kameralnej Book of Saturday, prezentując swe bardziej liryczne oblicze.

Fripp w 1974 roku zaskoczył wszystkich informacją o rozwiązaniu zespołu. Wetton nie krył rozgoryczenia jego decyzją, był bowiem przekonany, że z KC mógłby grać kolejne ćwierć wieku. Twierdził, że Fripp bał się uczynienia z KC gwiazdy pierwszej wielkości.

Jak bardzo wyobraźnia muzyczna kilku ludzi może się „zunifikować”, jak wielkie muzyczne porozumienie mogą osiągnąć wybitne osobowości, widać trzy lata później, gdy trzej panowie z ekipy Roberta F. – Wetton, perkusista Bill Bruford (znany też z Yes) oraz skrzypek i klawiszowiec Eddie Jobson (jego partie zarejestrowane w studiu dograno do koncertowego materiału wydanego na dwupłytowym analogowym albumie USA, 1975) powołali do życia grupę

U.K.

Skład uzupełnił zdradzający jazzowe inklinacje gitarzysta Allan Holdsworth. Jak mocne musiało być pragnienie, by kontynuować wypracowaną na wspomnianych trzech płytach formułę King Crimson! Artystycznie jest bez zarzutu, muzyka kipi od pomysłów. Słuchając United Kingdom (1978) i Danger Money (1979) aż trudno uwierzyć, że rock progresywny dogorywa, że to ostatnie jego wybitne przejawy. 

Zespołowi nie udaje się zyskać należnej popularności. Holdsworth i Bruford odchodzą już po nagraniu pierwszej płyty, a na miejsce tego drugiego ściągnięty zostaje kumpel Jobsona z zespołu Franka Zappy, Terry Bozzio. W tym trzyosobowym składzie nagrywają jeszcze tylko dwie płyty, wspomnianą Danger Money i koncertową, dokumentującą występy w Japonii, Night After Night (1979).

Danger Money to jedna z moich ukochanych płyt. To z niej pochodzi chyba ostatnie progresywne cudeńko, Rendezvous 6’02. Poza nim – brawurowo wykonany Caesar’s Palace Blues, najsłabszy, zapowiadający produkcje Asii Nothing To Lose oraz trzy rozbudowane kompozycje: tytułowa, The Only Thing She Needs i mój wielki faworyt, Carrying No Cross – utwór, który należałoby umieścić w żelaznym zestawie progresywnego grania. Jest w nim wszystko: andante i largo, liryczność i gwałtowność – to muzyka na miarę najlepszego King Crimson, a i cytatów z Emersona też nietrudno się dosłuchać. Palce lizać. 

To pewnie przypadek, że Starless jest ostatnim utworem na ostatniej studyjnej płycie tamtego KC, a Carrying No Cross ostatnim na ostatniej – zaledwie drugiej – płycie z premierowym materiałem U.K. Cóż, jeśli już nie mogło być nic więcej, to przynajmniej kończą się obie te historie w najpiękniejszy z możliwych sposobów.

Po latach, w 2012 roku, pełen obaw wybrałem się do krakowskiego „Studia” na koncert reaktywowanego United Kingdom. To był mój jedyny raz, gdy zobaczyłem Johna Wettona w akcji, a odwiedzał nasz kraj wielokrotnie. Był, zresztą tak jak i Eddie Jobson, w świetnej formie. Koncert dali znakomity.

Dziś niestety wiadomo, że – najpewniej – United Kingdom już nie zagrają. A marzenie, by Wetton zaśpiewał kiedyś jeszcze z King Crimson, też się nie spełni…

[W NaTemat: 12 lutego 2017]

Sierota po Gregu Lake’u

pobrane3

Nie znajduję drugiego męskiego tak seksownego głosu w rocku, tak bardzo uwodzącego, głębokiego, tak urzekająco i jednocześnie zupełnie nieckliwie brzmiącego w nastrojowych balladach.

[more]

*

Osobista linia horyzontu coraz bliżej. Dowodów na to mam aż nadto: pierwsze cyfry peselu stają się coraz bardziej zamierzchłą przeszłością, narodzin wokół mnie coraz mniej, za to informacji o śmierci wciąż przybywa.

Tych szczególnie bolesnych również. Z poprzedniego pokolenia w rodzinie ostali się bardzo nieliczni, umierają też ci, którzy swoim życiem czy dziełem wpłynęli na mnie szczególnie. Gdy umiera ktoś spośród tych najbardziej lubianych i cenionych muzyków, mam wrażenie, że oto odszedł człowiek naprawdę bliski, niemal członek rodziny.

Bo przecież od zawsze był w moim domu, tym czy innym, na taśmach magnetofonowych, a potem płytach. Był ze mną za sprawą głosu, gitary czy innego instrumentu. Wyzwalał wielkie emocje, wzruszał – a przecież: czy można wpływać mocniej na drugiego człowieka niż wtedy, gdy – na przykład muzyką – dociera się do jego najintymniejszych zakamarków? Jako fana może mnie nie interesować życie prywatne muzyka, czy ćpał, pił, miał jedną albo wiele żon oraz gdzie i z kim spał ostatniej nocy. Najbardziej istotne jest to, że ktoś taki był ze mną za sprawą tego, co w nim najlepsze, najpiękniejsze: talentu.

Kilka miesięcy temu wspominałem Keitha Emersona i w głowie mi nie postało, że końca 2016 roku nie doczeka też inny członek słynnego tria. Tymczasem 7 grudnia, w wieku sześćdziesięciu dziewięciu lat, walkę z rakiem przegrał Greg Lake.

*

Tak się złożyło, że dla mojego starszego rodzeństwa, przynajmniej w pewnym okresie, końca lat 60. i przez całe 70., rozbudowane formy muzyczne z użyciem baterii instrumentów klawiszowych stały się istotniejsze niż ostre brzmienie gitar. Czy ja, kilku-, a potem kilkunastoletni chłopak mogłem pozostać wolny od wpływu braci? Pozostać zupełnie obojętnym, gdy szczególną atencją darzyli oni grupę Emerson, Lake & Palmer?

Cóż, mogło być pewnie i tak, ale – do dziś – pozostaję głęboko nieobojętnym. Mimo że minęło od tamtego czasu parę dziesiątków lat, przetrawiłem mnóstwo różnej muzyki, na szczenięce emocje nałożyła się chłodna analiza, a z niektórych dawnych miłości pozostały jedynie zgliszcza albo obojętne wzruszenie ramion.

Co tu dużo mówić, najprzyjemniejsza w słuchaniu muzyki nagranej dawno temu jest konstatacja, że młodzieńcza i nieopierzona czasem miłość przerodziła się w dojrzałe uczucie, że ta czy inna płyta wkładana po raz enty do odtwarzacza nieodmiennie powoduje żywsze bicie serca.

Jak popatrzę na swoje regały z płytami, coraz trudniej znaleźć na nich te pozycje, które nagrane zostały przez zespoły, których wszyscy członkowie do dzisiaj żyją, podobnie rzecz się ma z wieloma wykonawcami tworzącymi pod własnym nazwiskiem . AC/DC – nie żyje Bon Scott, Allman Brothers Band – Duanne i Gregg Allmanowie, Beatles – John Lennon i George Harrison, David Bowie, Leonard Cohen, Cream – Jack Bruce, Doors – Jim Morrison i Ray Manzarek, Eagles – Glenn Frey, Emerson, Lake & Palmer – dwaj pierwsi. A to ledwie cząstka, zaledwie początek alfabetu. 

Przy słuchaniu muzyki coraz częściej pojawia się więc to ukłucie w sercu fana, że wielu spośród nich już nie ma, ukłucie szczególnie mocne, co zrozumiałe, na świeżo, krótko po usłyszeniu czy przeczytaniu wiadomości o śmierci. Bolesna refleksja dotycząca przemijania, nieodwracalności. Ten ból łagodzi nieco fakt, że po nieprzeciętnych coś zostaje, ich już nie ma, ale oddziałują nadal: pisarze, malarze, kompozytorzy, muzycy – non omnis moriar.

*

Grega Lake’a (ur. 1947) słychać na kilkudziesięciu albumach. Zaryzykuję precyzyjną liczbę: siedem z nich to płyty wybitne – dwie King Crimson i pięć EL&P. Wśród nich In The Court of The Crimson King (1969) i debiut EL&P (1970) to krążki przełomowe, tworzące nową jakość w muzyce rockowej, prowadzące ją w rejony wcześniej nieodkryte. Jak popatrzeć w metryki twórców, okazuje się, że stworzyli te płyty ludzie bardzo młodzi, a przecież skala ich talentu oszałamiała i oszałamia nadal.

Wielkie grupy w sporej mierze stoją wybitnymi wokalistami – głos to pierwszoplanowy instrument, trudno być świetnym śpiewakiem w słabej grupie i, odwrotnie, trudno być dobrą grupą ze słabym wokalistą. W tej mojej muzycznej karmie, początek biorącej w drugiej połowie lat 60., głos Grega Lake’a na zawsze już pozostanie  wyjątkowy: nie znajduję drugiego męskiego tak seksownego wokalu w rocku, tak bardzo uwodzącego, głębokiego, tak urzekająco i jednocześnie zupełnie nieckliwie brzmiącego w nastrojowych utworach, najczęściej zresztą autorstwa samego Lake’a.

Muzyk trafił na swojej muzycznej drodze na dwie bardzo silne osobowości, Roberta Frippa zamienił na Keitha Emersona, iskry leciały wielokrotnie, lata mijały, a rany nie chciały się goić. Lake nie był dość mocny, by samodzielnie pokierować zespołem, jednakże jako współautor przeszedł do historii rocka. 

Jego głos nieodłącznie kojarzyć się będzie z pierwszym wcieleniem King Crimson, choć na In The Wake of Poseidon (1970) był już tylko gościem. Epitaph z jednej, 21st Century Schizoid Man z drugiej oraz I Talk to The Wind z trzeciej strony. Będąc członkiem EL&P zapisał się jako autor wspaniałych ballad: Lucky Man kończącego pierwszy album, a napisanego podobno jeszcze w bardzo wczesnej młodości, From The Beginning, Still… You Turn Me On, C’est la vie czy antyświątecznego I Believe In Father Christmas.

Ktoś powie, że te wspomniane siedem płyt to przecież zaledwie pięć lat: 1969-1973. Zgoda, życzyłbym jednak sobie samemu i każdemu tak wybitnego kawałka biografii. I całej tak bardzo niepospolitej.

*

Lista tych, co odeszli, jest w tym roku okrutnie długa. Ale jako facet po pięćdziesiątce od dawna już nie mam złudzeń: świat, który zastałem wkraczając najpierw w młodość, a potem w dorosłość, odchodzi coraz bardziej w przeszłość. A więc także ten świat najbardziej ukochany – muzyczny.

[W NaTemat: 18 grudnia 2016]

Profesor Fripp na karmazynowym tronie

kc_zabrze_2016

Uśmiechałem się cały czas w niedzielny wieczór, oto spełniało się moje jeśli nie ostatnie z czasów dzieciństwa i młodości, to na pewno największe marzenie. Ale w osobistej strefie komfortu przebywałem tylko od czasu do czasu. Podążać bowiem za wyobraźnią Roberta Frippa – choć największe wzloty ma on już za sobą – nadal nie jest łatwo.

[more]

*
Nie jest aż tak bardzo trudno wyobrazić sobie formację King Crimson jako gwiazdę wypełniającą i dziś stadiony, wielbioną przez miliony zakochanych w powłóczystych nutach fanów kilku pokoleń. Wystarczy wybrać z dyskografii takie numery, jak np. Epitaph, The Court of The Crimson King, I Talk to The Wind, Cadence And Cascade. Book of Saturday, Starless czy nawet Matte Kudasai. Już widzę te

tysiące rozkołysanych rąk

uniesionych w górę, uzbrojonych w telefony komórkowe lub zapalniczki. Widzę tę nadmuchiwaną, unoszącą się nad sceną gębę Karmazynowego Króla albo, podczas innego touru, „słońcoksiężyc” z okładki Larks’ Tongues In Aspic. Słyszę te opowieści o tonach przerzucanego z miejsca na miejsce wyposażenia, o wielomilionowych kosztach kolejnej trasy koncertowej i jeszcze większych zyskach wpływających na konta muzyków. O kasę chodziłoby tak wielką, że gościnny udział Grega Lake’a razem z Johnem Wettonem byłby tylko kwestią dogadania się prawników stron.

Zespół miał dane ku temu, by gdzieś pod koniec lat 70. stać się takim właśnie wykonawcą. Nawet jeśli uwzględnić cały szereg zmian personalnych, wolty stylistyczne, a więc – z grubsza rzecz biorąc – trzy oblicza w okresie między 1969 a 1974 rokiem (a czwarte od 1981).

Właśnie. Robert Fripp wyczuł

wyczerpywanie się formuły

rocka symfonicznego, progresywnego (czy jak go tam zwał), na długo przed innymi. Wszystko zaczęło rozpadać się i pękać gdzieś w okolicach 1977 czy 78 roku – członkowie Pink Floyd opowiadali, że czują rosnący mur między sceną a widownią, Emerson, Lake i Palmer wyzionęli artystycznego ducha w 1978 roku, panowie z Yes mieli się chwilami tak dosyć, że uprawiali boks na oczach fanów. Genesis położyli głowy pod topór po odejściu Steve’a Hacketta i w 1978 roku wkroczyli na piosenkową drogę. Tylko Peter Gabriel zdał sobie z tego sprawę wcześniej i w 1974 roku opuścił pokład. Tak jak Fripp, który w tym samym 1974 roku rozwiązał swoją grupę.

Rock progresywny dogorywał, ratowali go jeszcze kumple Frippa, tworząc United Kingdom, ale trwało to krótko, ze wschodu nadciągnęło SBB, jednak wszystko szlag trafił ostatecznie w 1980 roku. Rozpaczliwe działania spod znaku zespołu Asia czy wejście na rynek duplikatu Genesis, czyli Marillionu, Final Cut (nomen omen) Pink Floyd – były w moim osobistym odczuciu tylko dowodem ostatecznej klęski tego nurtu.

Robert Fripp był już wtedy o lata świetlne dalej. Przywrócił do życia nazwę, ale pokłócił się z fanami, nie chcąc grać starego materiału – i muzycznie wyprzedził wszystko w rocku o jakieś niebotyczne długości. Wymyślił do tego – on, gwiazdor i trzydziestopięciolatek wtedy – zupełnie nowy sposób gry na gitarze. Taki, że po kilku sekundach wiadomo, iż takie dźwięki, takie rozwiązania harmoniczne mogą wydobyć się tylko z jego głowy i spod jego rąk. League of Gentlemen i, już pod nazwą KC, Discipline to było w rokendrolu, w parę lat po gwałcie punka, wejście na zupełnie inną orbitę.

Fripp otworzył

nowy rozdział

– w swoim życiu, w historii King Crimson i całego rocka. Poszedł w kierunku, który nie mógł zjednać mu uwielbienia tłumów – grał rzeczy nieoczywiste i, najzwyczajniej, zbyt opornie wchodzące zarówno do mniej wyrobionego ucha, jak i tego nawykłego do starych dźwięków. Zaryzykuję opinię, na ile starcza mi wiedzy i świadomości, że nikt od strony rockowej nie zbliżył się tak bardzo do jazzu jak on, to była (i jest) swoista, Frippowska odmiana jazz-rocka i fusion.

Obecnie, gdy w koncertowym repertuarze KC znów, ku radości także i mojej, są kawałki z dyskografii pierwszego wcielenia grupy, widać wyraźnie – i paradoksalnie – jak wszystkie elementy jego układanki się przenikają i niczym puzzle pasują do siebie: progresja i psychodelia najwcześniejszego okresu, jazzowe inklinacje charakterystyczne dla pierwszej połowy lat 70., potężne gitarowe riffy pochodzące z płyt nagranych z Wettonem jako wokalistą, riffy, których nie powstydziłyby się najlepsze ostro grające zespoły nie tylko w tamtych latach, i wreszcie ten szalony, odjechany wynalazek brzmieniowo-rytmiczny z początku kolejnej dekady.

Dziś to wszystko bezustannie przenika się w muzyce KC, miesza, nie pozwalajac słuchaczowi zbyt długo pozostawać w strefie komfortu, jaką daje „nałożenie” w głowie zapisu znanego z płyt na to, co słyszy w danym momencie z głośników. Stadiony tego nie lubią, tam musi być bardziej przewidywalnie, a Fripp zdaje się robić wszystko, aby nikt nie mógł tego powiedzieć o jego graniu. U niego nie ma skakania po scenie, żadnego taniego spoufalania się z publicznością. Panuje wręcz akademicki porządek, są białe koszule, kamizelki i garnitury, w menzurkach i słoikach są może i znane składniki, ale do ostatniej chwili nie wiadomo, czego i w jakich ilościach użyje tym razem

profesor wraz ze swymi asystentami.

On nam i naszym uszom nie schlebia dłużej niż przez kilka minut, znacznie częściej zabiera w niełatwą podróż, której warunki dyktuje nieustannie, zmuszając słuchacza, by przyspieszył kroku, jeśli nie chce stracić z nim kontaktu. Prowadzi nas bardzo nieoczywistymi drogami, a jednak wciąż jest tak, że zapełnia hale. Cztery występy – dwa w Zabrzu i dwa we Wrocławiu -wyprzedane zostały błyskawicznie.

Uśmiechałem się cały czas w niedzielny wieczór, miejsca mieliśmy z żoną fantastyczne, na wprost estrady, oto spełniało się moje jeśli nie ostatnie z czasów dzieciństwa i młodości, to na pewno największe marzenie. Ale z powodów, o których napisałem wyżej, w osobistej strefie komfortu przebywałem tylko od czasu do czasu. Niby od ponad trzydziestu lat Fripp niewiele już nowego wniósł do swojego postrzegania muzyki, a jednak biec za nim wciąż nie jest łatwo. Jak, nie przymierzając – kiedyś i za oceanem – za Frankiem Zappą. Z tą wszakże różnicą, że Zappa przypominał naukowca – szaleńca, raz po raz dającego upust swoim emocjom i nieokiełznanej wyobraźni, zaś Fripp jakby cyzelował swoje dzieła w zaciszu akademickich laboratoriów.

Układ sceny był wręcz matematyczny: na dole trzy zestawy perkusyjne – Pata Mastelotto, Gavina Harrisona i Billa Rieflina, wyżej Mel Collins z fletem i saksofonami, Tony Levin z zestawem basów, Jakko Jakszyk, gitara i wokal, i lider z gitarą i klawiszami. Otrzymaliśmy de facto podwójną dawkę muzyki – wszystko zaczęło się dwadzieścia minut po dwudziestej i z dwudziestominutową przerwą trwało do dwudziestej trzeciej z okładem. Po zaaplikowaniu takiej dawki nikt chyba nie mógł powiedzieć, że za mało i za krótko.

Obawiałem się nieco po perkusyjnym intro, że bębniarze przytłoczą całość potężnymi uderzeniami swoich zestawów. Częściej jednak grali w danej chwili na cztery ręce niż na sześć, a pierwsze mocne akordy gitar i basu w Lizard upewniły mnie tylko, że dźwięk jest ustawiony bez zarzutu, podobnie jak dyspozycja, w jakiej znajdują się wszyscy panowie. Równowaga między starymi (do 1974) i nowszymi (od 1981) utworami była zachowana. Jednak rozglądając się po widowni, widząc w przeważającej liczbie tych, którzy lat naście mieli raczej w okolicach przełomu lat 60. i 70. poprzedniego stulecia, mam przekonanie, że serce żywiej nie tylko mi biło przy najstarszym materiale. Czy muszę się z tego tłumaczyć, że w głowie mam wyrytą każdą nutę z Larks’… zapisanego przez moich braci jeszcze na ZK120? Że przemielone i przetrawione nastoletnią jeszcze głową mam te właśnie siedem pierwszych studyjnych albumów?

Taka karma

i z tym trudno dyskutować.

Tyle lat przyszło mi czekać, by wreszcie móc usłyszeć King Crimson na żywo, wcześniej jakoś się nie składało. Warto było, koncert był znakomity, wrażenia, jakie dopadają człowieka za tym pierwszym razem, uderzyły we mnie z całą mocą. Nie ośmielę się marudzić, że nie było nic z Discipline, że nie śpiewał Adrian Belew, że to czy tamto.

Wciąż na nowo próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie, które wcielenie KC jest mi najbliższe – to symfoniczne (?) z dwóch pierwszych płyt z Lake’em, to psychodeliczno-jazzrockowe (?) z Lizard i Islands, czy progresja połączona z hardrockowymi riffami (?) z czasów Larks’…, Starless… i Red. I najbliższą prawdy odpowiedź otrzymałem w ostatnim numerze na bis – tym pochodzącym z pierwszej płyty z 1969 roku: 21st Century Schizoid Man. Bo były w nim wtedy, przed laty, potężne gitary i psychodeliczno-progresywny odjazd, a teraz jeszcze z dokładką w postaci jazzowych improwizacji. Czyli wszystko.

(King Crimson, Dom Muzyki i Tańca, Zabrze, 18 września)

[W NaTemat: 20 września 2016]

Camel: taki ładny bezdech

camel_breathless

Miałbym opory, by Camel wymienić jednym tchem z King Crimson czy Pink Floyd. Jeśli największe firmy tamtych czasów stanowiły szpicę „First Division”, to Wielbłąda usytuowałbym gdzieś w środku stawki. Ale jak to bywa z ligowymi średniakami, czasami potrafią skutecznie powalczyć z drużynami z czołówki.

[more]

*

Powroty do przeszłości bywają ryzykowne. Dlatego też, pominąwszy permanentny niedoczas, lękam się powrotu do lektur, które zachwyciły mnie w studenckich czasach, boję się  – kto wie? – może wręcz brutalnej weryfikacji wrażeń po latach, a tym samym odebrania sobie ciepłych wspomnień i… jakiejś cząstki siebie.

Podobnie jest z muzyką, pewnymi wykonawcami, płytami z różnych powodów odłożonych na całe dziesięciolecia na bok. Im wcześniej, im bliżej początku dźwiękowych penetracji usłyszanych, tym bardziej naznaczonych emocjami i w ten sposób bardziej wystawionych na bolesną konfrontację.

Za krążkiem 

Breathless

grupy Camel rozglądałem się w ogólnie znanych sklepach muzycznych od dawna. Nie intensywnie, ale miałem go, jak wiele płyt poznanych dawno temu, w pamięci. Breathless to moje osobiste początki – już nie pakiet z dzieciństwa otrzymany od starszych braci, a samotne mierzenie się z muzyką. Jakieś dwa zimowe „Minimaksy” i zarejestrowanie na jednej z pierwszych swoich taśm magnetofonowych całego materiału.

Było wtedy tej muzyki tak mało – a jeszcze mniej miałem możliwości jej zapisu – że wszystko, co posiadałem w domu w postaci płyt i taśm, zostało wielokrotnie, gruntownie odsłuchane – z taką intensywnością, że niemal każda nuta z tamtych lat odciśnięta została na twardym dysku, czyli w głowie.

*

Koniec lat 70. był 

schyłkową fazą rocka progresywnego

w swym pierwotnym kształcie, wyraźnym wyczerpywaniem się artystycznej formuły, gdy chodzi o czołowych reprezentantów tego nurtu (choć, trzeba od razu dodać, że nie inaczej działo się z bliższą źródeł muzyką gitarową: rozpadały się albo dołowały takie formacje jak np. Deep Purple czy Black Sabbath).

Miałbym opory, by Camel wymienić jednym tchem, w jednym szeregu z King Crimson czy Pink Floyd. Jeśli największe firmy tamtych czasów stanowiły szpicę „First Division”, to Wielbłąda usytuowałbym gdzieś w środku stawki. Ale jak to bywa z ligowymi średniakami, czasami potrafią skutecznie powalczyć z drużynami z czołówki – i to niekoniecznie licząc na słabszą tamtych dyspozycję.

Rok 1978 jest – przypadek? – dość osobliwym momentem w dziejach rocka symfonicznego. Dla pełnego obrazu warto może jeszcze zacząć niniejszy wywód od krążka o kilkanaście miesięcy starszego: wydanego w styczniu 1977 roku Animals Pink Floyd. Zawierającego trzy co prawda rozbudowane, jak dawniej, kompozycje, ale jak nigdy dotąd i nigdy potem dające bardzo dużo miejsca mocno brzmiącej gitarze Davida Gilmoura. Gitarze, nigdy co do tego nie miałem wątpliwości, doskonałej, zwłaszcza w numerach z drugiej strony wydawnictwa analogowego: Pigs (Three Different Ones) oraz Sheep. Na podobne łojenie pozwalał sobie wcześniej tylko lider King Crimson, Robert Fripp, ale KC to w ogóle osobliwy i całkiem osobny rozdział w dziejach rocka.

W marcu 1978 okrojone do tria Genesis wydaje ...And Then There Were Three..., 20 września, na swoje dziesięciolecie, grupa Yes publikuje Tormato, dwa dni później ukazuje się album Camel, zaś 18 listopada Love Beach Emerson, Lake & Palmer, zdecydowanie najsłabszy z wymienionych.

*
Camel, podobnie jak Genesis, Yes i EL&P w pierwszej części swej płyty, 

odchodzi od długich form,

nawiązuje do struktury – częstokroć bardzo przebojowej – piosenki. A podobnie jak u Floydów – na plan pierwszy raz po raz wypuszczana jest soczysta gitara elektryczna, niebylejakiego zresztą majstra, jakim jest Andy Latimer, czasem riffująca jak u zespołów hardrockowych. Ta mieszanka progresywno-hardrockowo-popowa przyniosła bardzo ciekawe efekty. 

Rozbuchane formy zdecydowanie dożywały swoich dni, zaś w późniejszych realizacjach, grup-następców, częstokroć przybierały karykaturalną i wręcz niestrawną postać. Pop spod znaku Genesis też broni się średnio, ale jest to pewnie skutkiem kontekstu wielkiej próby, jaki tworzą wcześniejsze dokonania bandu w pięcio- i czteroosobowym składzie. 

Camelom natomiast udała się na tym krążku trudna sztuka połączenia tych elementów w zwartą i artystycznie bardzo udaną całość. Wpłynęło na to, jak zawsze, kilka czynników. Świetna forma kompozytorska i wykonawcza – utwory w zdecydowanej większości są po prostu bardzo dobre i po mistrzowsku wykonane. Typowe motywy progresywne, wygrywane na klawiszach, ścieśnione zostały do skondensowanych, kilkuminutowych utworów. Nie ma miejsca na nudę, jest za to na konstatację, ile się może wydarzyć w tak krótkim czasie. 

Urzekają głosy

– aż trzech muzyków na tej płycie śpiewa główne partie wokalne, trudno powiedzieć, który lepiej. Uwodzi już na samym początku, w tytułowej piosence, ciepły, ale nie przesłodzony głos Richarda Sinclaira. Przez gitarę akustyczną i nieco jazzujący bas przebija się – na zmianę – a to obój, a to flet, a to saksofon drugiego wielkiego fachury, Mela Collinsa (trudno zliczyć tych, z którymi zagrał w swej karierze), stanowiące wielką ozdobę całości. Z krainy łagodności i powłóczystych dźwięków klawiszy raz po raz wytrącają nas soczyste uderzenia gitary Latimera, dodając piosenkom tempa i dynamiki. 

Od progresji Camel ucieka jeszcze na dwa inne sposoby: czuje się wpływ znakomitej i bardzo popularnej w tamtym okresie formacji amerykańskiej, Steely Dan i, szerzej, całego kwitnącego wówczas, elektrycznego ze swej natury jazz-rocka (choćby Weather Report – w The Sleeper). Muzycy nie wzbraniają się też przed podróżami w minione wieki, jak w stylowym i bardzo nastrojowym Starlight Ride.

*

Album po latach brzmi bardzo dobrze, pewnie – paradoksalnie – tym lepiej, że nigdy nie był szczególnie popularny nad Wisłą i utwory z niego właściwie są na antenie radiowej nieobecne. Kompozycje brzmią zdecydowanie szlachetniej niż wspomniane wyżej, zbyt popowe wydawnictwo Genesis, a jednocześnie – w wielu przypadkach – są bliższe przebojowej, mainstreamowej piosence niż połamane faktury Yes. Poczucia humoru też członkom zespołu nie zabrakło, czego dowodem jest Down On The Farm.

Sześć lat później Tomasz Beksiński zaraził mnie – i nie tylko mnie – muzyką ze Stationery Traveller. Dynamiczny Breathless broni się jednak zdecydowanie lepiej niż momentami przelukrowany album z 1984 roku.

(Camel, Breathless, 1978)

[W NaTemat: 18 stycznia 2016]

Jazzowe bramy i furtki

img268

Ze sterty wakacyjnych zakupów, płyt całkiem nowych i bardzo już starych, wybieram dziś, na jesienne przełamanie oporu elektronicznej materii, fragmenty krążka Kurta Ellinga – wokalisty jazzowego urodzonego w 1967 roku w Chicago, a mającego holenderskie korzenie. Wybieram – przede wszystkim – interpretacje piosenek King Crimson i The Beatles.

[more]

*

Lwią część wydawnictwa The Gate (2011) stanowią covery, między innymi Milesa Davisa (Blue In Green), Joego Jacksona, Herbiego Hancocka, Earth, Wind & Fire czy Steviego Wondera. W zestawie moją szczególną uwagę zwróciły dwie pieśni – pochodzące z repertuaru wykonawców szczególnie przeze mnie ulubionych.

Najpierw Matte Kudasai. Gdy w 1981 roku kwartet w składzie Fripp, Bruford, Levin i Belew zdecydował się na powtórne przywołanie do rzeczywistości nazwy King Crimson, z górki nie było. Bo Robert Fripp uparł się, że nie będzie powrotu do starego materiału, którego pragnęła publiczność. Natomiast w zamian zaproponował taki odlot, że chyba nie tylko ja, wówczas jako dziewiętnastolatek, nie byłem na coś podobnego przygotowany. 

Płytę zaprezentował w Trójce Piotr Kaczkowski, a ja skwapliwie zarejestrowałem ją na swym wysłużonym ZK. Ale dopiero parę lat później, gdy Tomasz Beksiński w stereofonicznej Dwójce przypomniał trzy albumy reaktywowanego KC – poza Discipline jeszcze Beat (1982) i Three As A Perfect Pair (1984) – zwariowałem. Uświadomiłem sobie, jak bardzo – który to już raz? – profesor Fripp popchnął muzykę do przodu, jak bardzo na początku lat osiemdziesiątych urwał się peletonowi. Trudno się dziwić, że stylowy śpiewak jazzowy, pokorny uczeń Ala Jarreau, jakim jest Elling, sięgnął po utwór znajdujący się na pierwszej z wymienionych płyt.

Klasyk Norwegian Wood (This Bird Has Flown) Lennona i McCartneya pochodzi z 1965 roku, z płyty Rubber Soul. W wersji Ellinga piękne solo na gitarze należy do Johna McLeana – tego samego, który współpracował m.in. z Grażyną Auguścik.

*

A na koniec perełka podpisana przez Marca Johnsona i samego Ellinga: Samurai Cowboy. Na płycie jest wyraźnym ukłonem w stronę Bobby’ego McFerrina. W przywołanym tutaj wykonaniu na żywo – fantastycznym, kameralnym opracowaniem na głos, gitarę wspomnianego McLeana i robiące także za instrument perkusyjny pianino.

[W NaTemat: 6 września 2015]

Trupa Trupa: niezwyczajny ból głowy

trupa_trupa_headache

Karmią nas bólem głowy. Ale nie jakimś tam prostackim napieprzaniem łba, nie arystokratyczną migreną, lecz opętańczym, obsesyjnym rozsadzaniem czaszki aż po przekraczanie granic tego, co powszechnie uznaje się za normalność.

[more]

*

Gdyby w latach sześćdziesiątych dysponowano takimi jak dziś możliwościami w studiach nagraniowych, otrzymywalibyśmy między innymi takie realizacje, jak w przypadku trójmiejskiej Trupy Trupa. Podziało się tak, że musiało minąć niemal pół wieku: „Syn – minie pismo, lecz ty spomnisz, wnuku”, chciałoby się powtórzyć za Norwidem – by to granie wróciło do łask i – w najlepszych przypadkach – zalśniło pełnym blaskiem.

Jeśli Trupa Trupa coś „straciła”, to na samym początku, decydując się na granie prawie zupełnie nieobecne w mediach, z góry odpuszczając ewentualny szum wielkich radiostacji i zaistnienie na ich playlistach. A teraz, na trzecim dużym krążku, wściekle dojrzale i w sposób dowodzący całkowitej pewności tego, co i jak, proponuje jeszcze bardziej zakręconą podróż przez muzyczne lądy.

Próbując pisać o tej muzyce, zamieniam się w bezradnego dzieciaka. Bo przemieliło się już tego w życiu co niemiara, wszystko coś przypomina, wszystko gdzieś już kiedyś zostało zagrane. A przecież czasem (bardzo, bardzo rzadko, coraz rzadziej) nowych kilkadziesiąt minut daje niczym nieskażoną frajdę słuchania. Choć niekoniecznie – tak jak w przypadku płyt TT, jest to podróż do krainy łagodności. Oj, zdecydowanie nie. 

Karmią nas bowiem bólem głowy. Ale nie jakimś tam dostępnym pospólstwu, prostackim napieprzaniem łba, nie arystokratyczną migreną, lecz zaraźliwym, obsesyjnym rozsadzaniem czaszki aż po przekraczanie granic tego, co powszechnie uznaje się za normalność.

Z tym już zostaniemy: najważniejsze, najdojrzalsze w rocku wydarzyło się gdzieś między 1967 a 1975 rokiem – i wszystko (no, prawie), co ważnego powstawało później i powstaje dzisiaj, odnosić się będzie mniej lub bardziej do tamtego okresu. 

Można żonglować tropami (bo ta szafa nie jest muzycznym demobilem, a to, co z niej wypada, trupem), szukać nazwisk i nazw, z którymi kojarzą się docierające do uszu dźwięki. Dosłuchać się – znów, jak na poprzednim krążku – wczesnego Pink Floyd i matowych falsetów w stylu Gilmoura, na przykład w Sacrifice czy Unbelievable. Dostrzec klimat dojrzałych The Beatles w Rise And Fall, a gęstą fakturę wielu utworów nieodmiennie kojarzyć z Velvet Underground. 

Nade wszystko jednak odnajduję „zorganizowaną anarchię” King Crimson – głównie z okresu Frippowsko-Wettonowskiego – jak w fantastycznym Wasteland, ale także Discipline – co wyraźnie słychać w Getting Older oraz w początkowych i końcowych fragmentach utworu tytułowego. W nim nie ma żartów w szczególny sposób: atmosfera gęsta i duszna od pierwszych dźwięków narasta i potężnieje z każdą minutą niczym w The End Doors, a głos Wojciecha Juchniewicza (drugiego, obok Grzegorza Kwiatkowskiego, wokalisty) brnie w rozwibrowane, szaleńcze rejony spod znaku Jima Morrisona. Zespół nie odpuszcza do samego końca. Progi szpitala psychiatrycznego przekraczamy raz jeszcze w industrialnym Picture Yourself.

Od wydania płyty – tym razem przez brytyjskiego wydawcę, Blue Tapes And X-Ray Records, mijają prawie dwa miesiące. Po okresie ostrego aplikowania, a następnie odstawieniu tej muzyki na pewien czas i – teraz – powrotu do niej mogę wreszcie powiedzieć, że poznałem ten materiał, oswoiłem się z nim. Ale nie wiem, czy o psychodelicznym pokoju, w którym czasem brakuje klamek, mogę powiedzieć, że pokochałem.

Świetna płyta.

(Trupa Trupa: Headache, 2015)

[W NaTemat: 26 kwietnia 2015]

Epitafium na dworze karmazynowego króla

king_crimson_1

Jeśli przed laty jakaś grupa szczególnie wymykała się z szuflady z napisem „rock symfoniczny” czy też „progresywny”, do której zwyczajowo ją wkładano, z pewnością chodzi o King Crimson.

[more]

Niespokojny duch, kameleon,

gitarzysta, lider tej kapeli, Robert Fripp, szukał bezustannie. Składy więc ciągle się zmieniały, zmieniało się instrumentarium, zmieniali się wokaliści. Zakres stylistyczny, w jakim poruszał się zespół, też był wyjątkowo szeroki – od hard rocka, poprzez patenty progresywne, aż po rozwiązania charakterystyczne dla muzyki poważnej czy jazzu. No i ten kompletny odjazd w 1981 roku, gdy KC w jedyny w swoim rodzaju sposób (na [i]Discipline[/i]) wyprzedzili o parę lat wszystko, co działo się w rocku. 

Ten 

rozrzut stylistyczny

dotyczy już debiutanckiego krążka – In The Court of The Crimson King – wydanego w 1969 roku. Otwierający płytę 21st Century Schizoid Man to znakomity, oparty na hardrockowym riffie kawałek wzbogacony partią instrumentów dętych. Najdelikatniej jak można sobie wyobrazić tkane są balladowe i zarazem psychodeliczne I Talk To The Wind oraz Moonchild. Tyle że, bagatela, w tym drugim utworze wszystko się rozjeżdża: raz w stronę freejazzowych improwizacji, a w innym miejscu (tu sięgam do „Rock encyklopedii” Wiesława Weissa) Weberowskiego punktualizmu. No i wreszcie mamy klasykę rocka symfonicznego, dwie pozycje nawiązujące do muzyki symfonicznej z XIX stulecia, w których dominują partie melotronu: tytułowa oraz Epitaph.

Najcelniej zdefiniował muzykę zespołu sam Fripp: „Podstawą twórczości King Crimson jest zorganizowana anarchia: wyzwalanie potężnych sił chaosu, a następnie szukanie dróg powrotu do stanu równowagi”. 

Na tym arcydzielnym bez wątpienia albumie po raz pierwszy pojawia się też jeden z moich szczególnie ulubionych głosów – 

Greg Lake.

Tu jeszcze jako pełnoprawny członek zespołu, rok później, na bliźniaczym albumie In The Wake of Poseidon, już jako gość. Bo po drodze zdążył stać się członkiem supertria Emerson, Lake & Palmer.

(King Crimson, In The Court of The Crimson King, 1969)

[W NaTemat:   lutego 2014]