Long live rock’n’roll, it live, let it live

Tym różnimy się od zwierząt, iż wiemy, że umrzemy. Wszyscy. Z biegiem lat tych śmierci wokół nas wciąż więcej i więcej. Coraz więcej tych, których znaliśmy, lubiliśmy, kochali, którzy dostarczali wzruszeń – a których nie ma już w tym jedynym znanym nam świecie. Każda śmierć wyjątkowa, tak jak wyjątkowe, niepowtarzalne jest życie każdego człowieka.

[more]

Czy można zastanawiać się, czy etyczne jest wartościowanie –

czyja śmierć ważniejsza,

a czyja taka sobie, jedna z wielu? Nieuchronnie zmierzając w swych rozważaniach w stronę muzyki, pomyślałem tak: czy bardziej należy żałować tych, którzy okazali się niezastąpieni – solistów, liderów grup, muzyków, bez których kumple nie wyobrażali sobie dalszej wspólnej działalności – od tych, którzy znaleźli swoich następców?

Spojrzałem ostatnio na okładkę analogowego wydania Najemnika Dżemu. Trzy do trzech. Trzech jest w tym zespole do dziś. Perkusista wrócił do macierzystego zespołu. Riedel i Berger dżemują już ze świętym Piotrem.

Każde działanie żyjących muzyków uważam za zasadne i uprawnione, nie czuję się upoważniony do jego moralnej oceny. Mogę tylko mówić o swoich wrażeniach, próbować dokonywać artystycznej oceny. Mówiłem już o tym, ale powtórzę: bardzo, bardzo się cieszę, że Dżem działa dalej. Cieszę się, bo muzyka zespołu jest ciągle wysokiej próby. Rozważanie, jak by to było,

gdyby żyli Rysiek i Paweł,

jest ze wszech miar niestosowne i niezręczne, Ból, żal, wzruszające wspomnienia – pozostają, ale budzimy się rano i trzeba dalej żyć.

Niemen, Grechuta, Nalepa, Ciechowski. Wymieniam tylko największych w polskiej muzyce drugiej połowy XX i początku XXI wieku. Tę listę, niestety, można by ciągnąć bardzo długo. Ona zawsze będzie otwarta i wciąż uzupełniana o kolejne nazwiska. Tych ludzi już nie ma, ale twórcze działanie jest tą cudowną sferą życia, dzięki której obdarzeni największym talentem pozostają na długo nie tylko w pamięci, ale przede wszystkim w głowach i sercach innych – za sprawą napisanych książek, namalowanych obrazów, skomponowanej i nagranej muzyki.

Ponad

pół wieku rock’n’rolla

to dużo i mało jednocześnie. Nie sposób dociec, ile znaczyć on będzie za kolejne pół wieku, za sto, dwieście lat w dziejach ludzkości. Jednocześnie jednak dla wielu żyjących dzisiaj rock jest czymś, bez czego trudno sobie wyobrazić świat. Tak się porobiło, że nawet tak wielka ilość hałasu i decybeli, niespotykana wcześniej w historii, dowodzi wrażliwości. Tej czy innej, ale wrażliwości.

Dla mnie muzyka – pojmowana od lat szerzej, ale jednak z akcentem na gitary i perkusję – jest jedyną używką, od której stale jestem uzależniony. A przecież nie ja jeden. Jest nas naprawdę bardzo, bardzo wielu. Niech żyje rokendrol. On żyje. Pozwólmy mu żyć.

W kolejnej drodze do nieba – Dżem, 2004, 2004

Pisałem już o tym, muzyka w głowie musi się uleżeć. Po pewnym czasie – po pól roku, a czasem po paru latach można nabrać należytego dystansu. Oczywiście, dopiero mijające dziesięciolecia dają tę perspektywę, która pozwala mówić o dokonaniach w sztuce istotnych.

[more]

O Dżemie

też już wspominałem wielokrotnie. Przyszła wreszcie pora, by powiedzieć, za co kocham tę kapelę najbardziej. Miłością dozgonną, której nic nie jest w stanie zniszczyć. Wiem, że w ustach pięćdziesięcioletniego faceta to bardzo niebezpieczna deklaracja. Ale Dżem to sama istota rokendrola – a więc muzyki, którą od dzieciństwa mam w sercu i w głowie.

Chyba każda studyjna płyta zespołu pozostawia jakieś wątpliwości, o żadnej nie da się powiedzieć, że to arcydzieło. Najbliżej tego są Najemnik i Detox, ale o nich przy innej okazji. 2004 to album odrobinę nierówny, zbyt długi (niepotrzebne, ponaddziesięciominutowe W imię ojca na koniec), ale – i tak nic nie szkodzi. Dżemy od lat grają tak, że warto posłuchać nawet słabszych kawałków. Tego, jak to jest zrobione – znakomite brzmienie, perfekcyjna aranżacja, wielka biegłość instrumentalistów. Jubilerska robota, która nie jest  efektem żmudnej, mozolnej pracy nad każdym szczegółem, ozdobniki niemające nic wspólnego z barokowym przepychem. Końcowy efekt, nawet w przypadku słabszych, prostszych konstrukcyjnie utworów, to wynik zderzenia ogromnych talentów kilku ludzi, ich absolutnego słuchu bluesowo-rokendrolowego, który sprawia, że w najmniejszym nawet fragmencie jakiegokolwiek utworu tyle się dzieje, tyle tam smaczków dowodzących wielkiego mistrzostwa.

2004 to płyta przełomowa

– pierwsza z Maciejem Balcarem jako wokalistą i ostatnia z Pawłem Bergerem na klawiszach. Balcar w Dżemie – nic lepszego po śmierci Riedla obu stronom nie mogło się przytrafić. Śmierć Bergera to już wydarzenie wykraczające niestety poza artystyczne ramy. Natomiast całkowicie w nich mieści się fakt, że spośród pięciu wspaniałych numerów na krążku trzy wyszły spod jego rąk…

Całość zaczyna się od Gorszego dnia – prostego rokendrola, dość schematycznego kawałka, jakich sporo w dorobku zespołu, z upodobaniem granego na koncertach – taki sobie, ale fajnie pobrzmiewają w nim Stonesowskie klimaty. Potem, nomen omen, Chleb z dżemem, bardzo podobny do pierwszego.

Pyszności na krążku zaczynają się od utworu trzeciego – W drodze do nieba, którym zespół zaczął swój pierwszy (na festiwalu Ku Przestrodze w 2005 roku) występ w nowym składzie, z Januszem Borzuckim. Znakomite blusidło, utwór, który należy umieścić w – skądinąd wyjątkowo obszernym w przypadku tej kapeli – zestawie dzieł największych.

Wściekły profesjonalizm wbija w fotel przy Ćmie barowej.. Kalifornijskie klimaty, nieprawdopodobna swoboda w wydobywaniu każdego dźwięku – cudo po prostu.

Te lekkości unoszą mnie dalej – trochę Allmanowski Nieproszony to jeszcze większe pomlaskiwanie z zachwytu. Solówki gitarowe dowodzące niebywałej wirtuozerii. Jeden z moich najukochańszych utworów grupy.

Po mniej skomplikowanym muzycznie Wymarzonym świecie kolejna perła – największy przebój od czasów AutsajderaDo kołyski. Takich bluesowych ballad powstało co niemiara, a jednak w tej jest coś takiego, że w gardle ściska (Niech dobry Bóg/zawsze cię za rękę trzyma/kiedy ciemny wiatr/porywa spokój/siejąc smutek i zwątpienie).

Dzień świstaka

– dla mnie arcydzieło na tym krążku arcydzielne najbardziej. Znów ta cudowna lekkość, olśniewające współbrzmienie dwóch gitar, wspaniale wplecione klawisze. Panowie, jak można takiego kawałka nie grać na koncertach?

Tego znakomitego poziomu nie udaje się utrzymać do końca płyty. Jednakże zarówno Szeryfie, co tu się dzieje?, jak i Diabelski żart, choć skrojone z, wydawałoby się, mocno zajechanych już patentów, są tak świetnie zagrane, że bynajmniej nic tu nie boli i nie uwiera. I jeszcze bardzo Stonesowski 66. Znów bez cmokania z zachwytu, ale swing i feeling wyczuwalny w każdej sekundzie. Stanowczo zbyt długi W imię ojca, przywodzący na myśl Obracam w palcach złoty pieniądz Perfectu, obniża ocenę całości.

Dżem, po słabszych (zwłaszcza Albo być, albo mieć) albumach z Jackiem Dewódzkim znów w świetnej formie. Struny głosowe Maćka Balcara idealnie zestrojone z resztą zespołu. Pięć utworów z najwyższej półki. Jeśli to dla kogoś mało, to przepraszam, ale nie mamy o czym rozmawiać.


Dżem bez Riedla

Dżem bez Ryszarda Riedla? Dla wielu było to nie do przyjęcia, a jednak zespół grał dalej. Ja natomiast poczułem wielką ulgę – i radość. Nie chciałem, by tu, na Śląsku, powtórzył się kolejny raz scenariusz, że rozpada się świetna kapela, a jej członkowie zaczynają robić jakieś mało istotne rzeczy – myślę tu o SBB i Krzaku. (W sumie najlepiej przez pewien czas spisywał się Jerzy Piotrowski, bo bębnił u Dudka i parę lat w Dżemie właśnie).

[more]

Dewódzki był inny. Tak pewnie miało być, na zasadzie kontrastu. Dżem na żywo dalej był potęgą, ale gdy chodzi o płyty studyjne – wpadł w artystyczny dołek. Słabsza jest zwłaszcza Albo być, albo mieć. Nie ma na niej, jako jedynej, żadnego utworu, który z czystym sumieniem umieściłbym na Dżemowym The Best of.

Zdziwiłem się, gdy wyczytałem, że Maciej Balcar został nowym wokalistą zespołu. I bardzo ucieszyłem, bo pamiętałem, jak świetnie przed laty zaśpiewał w Opolu Dziwny jest ten świat (próbuje wielu, a powinno tylko kilku). Bo już wiadomość, że jest w Harlemie, była bardzo dobra – to było miejsce dla takiego głosu. A przejście do Dżemu okazało się strzałem w dziesiątkę – dla obu stron. Dla Balcara nie ma lepszego miejsca na polskiej scenie muzycznej, dla Dżemu nie widzę lepszego wokalisty. Feeling, swingowanie – dla mnie rewelacja. Do tego bardzo dobra dykcja. I kultura osobista – nigdy z jego ust, ze sceny, nie padły jakieś dziwne czy niecenzuralne słowa. Z całą sympatią dla Jacka D., z którym chyba Dżemy mają dobre relacje, bo pojawia się na tych najważniejszych koncertach (i płytach), Pan Maciek bije go na głowę.

Zespół gra do dziś. Siłę Bena Otręby jako kompozytora wspierają pozostali członkowie grupy, raz ci, raz inni. 2004 zawiera kilka absolutnie fantastycznych numerów (jeszcze do tego wrócę), zaś Muzę uważam za najlepszy album grupy w czasach „poriedlowych”. A koncertowy Pamięci Pawła Bergera za jeśli nie najlepszy, to jeden z najlepszych koncertowych albumów w historii polskiej fonografii. I gdy ktoś mi mówi (ktoś, kto od wielu lat nie był na ich koncercie i nie posłuchał sobie parę razy uważnie ich ostatnich płyt), że czas Dżemu minął, to moje muzyczne serce na takie opinie strasznie się oburza.

(pisane jesienią 2011)


Hey, ?, 1995

W marcu 1991 roku zostałem ojcem – i to od razu podwójnym. Jeśli komuś wydaje się, że nie ma czasu, bo studiuje, że nie ma czasu, bo już skończył studia i pracuje, bo już pracuje i zmienił stan cywilny – to opowiada bzdury. Życie zmienia się tak naprawdę dopiero wtedy, gdy na świecie pojawia się dziecko. A jeśli jest to dwójka w pakiecie, tym bardziej. I dzieje się tak, że człowiek przestaje nadążać. Że traci kontakt – ze znajomymi, z nowościami literackimi, filmowymi, płytowymi. Nagle czasu robi się bardzo niewiele.

[more]

Tymczasem w kraju panoszyła się wolność. Do muzycznych bojów ruszali ludzie urodzeni już w latach 70. Nakłady kaset oraz płyt kompaktowych osiągały niebotyczne nakłady rzędu set tysięcy egzemplarzy.
Lata 90. na świecie należały do grunge’u, największe triumfy święciły Nirvana i Pearl Jam. Ta fala powrotu do rock’n’rollowych i punkowych źródeł dotarła także do Polski.

Na największą grupę tego nurtu wyrasta na Wisłą szczeciński Hey, którego kariera rozwija się w niespotykanym dotąd u nas tempie. Siłą zespołu jest bezkompromisowe, mocne gitarowe brzmienie i wokalistka, jakiej jeszcze nie było – takiego damskiego gardła dotąd na polskich scenach i w studiach nagraniowych nikt nie słyszał.
Hey to po wielekroć zespól dla mnie wyjątkowy. Pierwszy ważny „po”. Po zmianie mojej życiowej optyki na ojcowską. Pierwszy złożony z ludzi wyraźnie już młodszych ode mnie, a który tak mocno wszedł mi pod skórę.
Po dwóch pierwszych albumach, bardzo ostrych Fire i Ho!, po niepotrzebnym, zbyt szybkim krążku koncertowym, przyszedł czas bezlitosnej weryfikacji: czy poza materiałem tworzonym przez parę lat, a który został zamieszczony na wspomnianych płytach – jest coś jeszcze do zaproponowania. Czy można mówić o rozwoju.
Pierwotnie szykowany jako singiel, ostatecznie Heledore został wydany jako minialbum. Kupiłem go natychmiast po ukazaniu się – i moja miłość do grupy, zupełnie jak jej muzyka, przeszła w dojrzałą fazę. Powalił mnie zwłaszcza List – pierwsza perła wśród tekstów Nosowskiej, autorki,  która objawiła się tutaj jako już właściwie poetka, cudownie liryczna i intymna. Do tego znakomicie, niezwykle dojrzale zagrana wartwa instrumentalna. Od tego momentu z równą, a może nawet większą uwagą jak nad mocnymi kawałkami, pochylam się nad Heyem delikatnym, balladowym – a nazbierało się takich utworów w dorobku zespołu sporo.
? – będący rozwinięciem Heledore, zjechany przed laty w Tylko rocku – uważam za album przełomowy w dyskografii zespołu, a Wczesną jesień, Prawdę, List i Gdy mnie sen zmorzy umieszczam na prywatnym „The best of”.
Warsztat muzyczny piątki muzyków jest już bardzo, bardzo solidny, talenty kompozytorskie, zwłaszcza Piotra Banacha, ówczesnego lidera, rozwijają się znakomicie. Hey staje się firmą z tych najważniejszych w polskim showbiznesie. Rewelacyjny materiał trzeciej studyjnej płyty wyraźnie dowodzi, iż mamy do czynienia ze zjawiskiem muzycznym wielkiej miary. 

I tak jest do dziś. Talent Katarzyny Nosowskiej – literacki i kompozytorski – rozkwitł w pełni, Hey potęgą jest i basta. Obok Dżemu to, moim zdaniem, drugi tak wielki zespół w dziejach polskiego rocka – działający od ponad dwóch dekad i cały czas prezentujący materiał na poziomie dla większości innych wykonawców niedostępnym. Można dyskutować nad ostatnią płytą – Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! Osobiście lubię ją bardzo, choć mniej podobało mi się koncertowe oblicze zespołu na trasie promującej album: za mało gitar, za dużo instrumentów klawiszowych. Wolałbym, by takie aranże były domeną solowych dokonań Pani Katarzyny, a gitarzyści w zespole, z Marcinem Żabiełowiczem na czele, jak dawniej dosypywali do pieca.


 *

                jedyny mój

                to zaledwie kilka dni

                a ja nie mieszczę łez

                zagryzam wargi

                dotykam się

                jak to zwykłeś robić ty

                wyczuwam wyczuwam cię

                w zapachu ubrań

                a niebo znów na głowę spada mi

                i nadziei coraz mniej na słońce

                tak trudno jest zasypiać budzić się

                gdy imię twoje echem

                odbija się od ścian

               

                a te dni ciszy które dzielą nas

                podpowiadają mi złe obrazy

                muszę to przespać przeczekać

                przeczekać trzeba mi

                a jutro znowu

                pójdziemy nad rzekę

 

                jedyny mój

                pora kończyć już

                pielęgnuj obraz mój w swym sercu

                jestem wodą do której raz włożywszy dłoń

                nigdy nie zdołasz jej zapomnieć

  

                a te dni…


List  to przepiękny tekst o tęsknocie kobiety za mężczyzną w czasach, gdy telefonów komórkowych jeszcze nie było i pozostawało ewentualne pisanie listów oraz pośrednictwo Poczty Polskiej. O tym, że Nosowska równie urzekająco potrafi pisać o uczuciach także dziś – może przy innej okazji.

Na śniadanie, obiad i kolację – Dżem

Dżem. Rodzaj słabości. Powrót do arkadii. Miałem niespełna trzy miesiące, gdy 20 października 1962 roku, w urodziny jednego z moich braci, przeprowadzaliśmy się do Tychów. Spędziłem w tym mieście prawie piętnaście lat, tych pierwszych, w pewien sposób – najważniejszych.

[more]

Jakieś mgliste wspomnienia: tuż obok szeregowców, gdzie mieszkaliśmy, miał swoją siedzibę Górniczy Klub Technika. W soboty wieczorem nieźle tam czasem dawali „po garach”. Nigdy nie byłem w środku, byłem za młody, ale w tym miejscu chyba też grywali ludzie, którzy później utworzyli ten zespół.

Rok 1981. Ukazuje się pierwszy singiel. Strasznie grafomańskie teksty (albo coś w tym rodzaju), powiedział jeden z braci po tym, jak zaprezentowałem mu świeżo nabytą płytkę. Bardzo stylowy wokalista (albo coś podobnego), powiedział drugi, gdy puściłem mu te dwa nagrania. Obaj mieli rację. Ja sam byłem nieco zawiedziony regałowym obliczem zespołu, ale cieszyłem się, że jest – płyta zespołu z „moich” Tychów.

W 1985 roku ukazał się pierwszy duży krążek. I znów niedosyt. Najlepsi w Polsce nagrywali już pod okiem panów Przybylskiego i Regulskiego – pierwszych facetów, którzy między Bugiem a Odrą mieli pojęcie, jak nagrywa się kapele rokendrolowe. Po nich zresztą szybko pojawili się następni. A tymczasem Dżem nagrał płytę pod okiem starych polskonagraniowych repów – i to, niestety, było słychać. Nagraniom brakowało dynamiki, szerokiego pasma – tonów wysokich i niskich. Brzmienie grupy było z poprzedniej epoki: płaskie. Ale – była płyta! Kto żył w tamtych czasach, słuchał rocka, ten wie, o czym mówię. Płyty nie czekały na swych nabywców, trzeba je było zdobywać, polować na nie.

Ten LP był wyraźnym sygnałem, że Dżem jest zespołem koncertowym, przy której to opinii wielu trwa do dziś, że płyty za dobrze im nie wychodzą. Po pierwsze: fakt, że świetnie wypada się na koncertach, może tylko dobrze świadczyć o umiejętnościach członków grupy. A to, że pierwsza płyta Dżemu, dodajmy – w wersji analogowej – brzmi blado, jest robotą realizatorów nagrań. (Gdy po latach kupiłem ten krążek na CD, z radością skonstatowałem, że poszczególne ślady zmiksowano powtórnie, co bardzo poprawiło końcowy efekt).

Nie pamiętam, kiedy ujrzałem zespół na żywo po raz pierwszy, ale było to jeszcze grubo przed wydaniem pierwszej dużej płyty. Przypominam sobie, jak zaczynali ogrywać dopiero Cegłę, która przecież otwiera krążek. Grali dobrze, ale moja głowa wychowana na SBB, urzeczona płytami tria nagrywanymi przez C. Plancka w RFN i samego Skrzeka w Opolu, na pierwszym Krzaku (fantastyczny koncert w Teatrze Młodego Widza w Katowicach, jeszcze z Błędowskim, a już z Lakisem), nie była skłonna tak bezkrytycznie zachwycić się tyszanami.

Aż wreszcie zdarzyło mi się być – razem z moją przyszłą żoną – na pierwszej Rawie Blues organizowanej w Spodku. Byli wszyscy liczący się w polskim bluesie, a pod koniec – Jakubowicz, Dżem, Nalepa i Dudek. Porywające. Dżem w tym czasie przeistaczał się z zespołu dobrych, bardzo dobrych rzemieślników w artystów. Doprowadzili pełną widownię do takiego wrzenia, że ani tato Tadzio (choć bardzo dobry), ani Dudek (choć w swej szczytowej formie, z okresu No. 1) nie dali rady utrzymać tej temperatury. Stało się wtedy jasne, kto po bluesowo-rockowej stronie polskiej sceny rozdaje karty. Nastawała era Dżemu, który zaczynał swe niepodzielne królowanie.

*

W kolejnych latach Rawę kończył Dżem. Było to oczywiste, wszyscy na nich czekali. Pamiętam kuriozalny bodaj 1990 rok. Z niezrozumiałych powodów organizatorzy festiwalu ustalili z dyrekcją Spodka, że impreza musi się skończyć o 21.00. A Dżem wyszedł na scenę o 20.40… Zagrali cztery kawałki z przygotowywanego do wydania Detoksu – i rzeczywiście zeszli ze sceny. Uczucie niedosytu było ogromne. Jak to, jak tak można?! Ale miłość do kapeli po takim krótkim secie była jeszcze większa. Byli po prostu rewelacyjni, absolutnie pewni tego, co i jak robią.

W dorobku zespołu jest przecież sporo kawałków takich sobie, ledwie średnich. Takich, jak Mała aleja róż, które w oryginalnej, studyjnej wersji brzmią wręcz koszmarnie. A jednak na żywo ci faceci robią z takiego przeciętnego numeru absolutną perłę, wyciskając z niego to, czego tam pierwotnie właściwie nie było. Niesamowite. To umiejętność przynależna tylko największym.

Jan Chojnacki, który wielokrotnie zapowiadał występy grupy, powiedział kiedyś, że to jedyny taki ansambl w Europie. Nie mam takiej wiedzy muzycznej jak on, ale jestem pewien, że gdyby Dżemianie urodzili się w Kalifornii, byliby dziś większą gwiazdą niż Lynyrd Skynyrd. Byliby sławni i kochani przez ludzi na całym świecie. Ale… byliby wtedy kapelą amerykańską, która być może (tak jak LS) nigdy nie odwiedziłaby Polski. A tak – mamy ich tu blisko i możemy smakować po łyżeczce lub całymi słoikami. A że to się nie nudzi, świadczą pełne widownie w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu na koncercie poświęconym pamięci Pawła Bergera i w Spodku na trzydziestolecie grupy. W obu przypadkach ponad cztery godziny grania. Zastanawiam się, ilu jest polskich wykonawców, których chciałbym słuchać równie długo. Do głowy przychodzi mi tylko Hey – ten gitarowy, niezmiękczony klawiszami. I chyba tyle.

Gienek Loska Band, Bielsko-Biała, 18 sierpnia

Gienek Loska wygrał program X Factor w 2011 roku. Wygrał tyleż zasłużenie, co niespodziewanie. Jest bowiem białoruskim naturszczykiem odpornym na wszelkie wpływy programowo-medialne, facetem, który za cholerę nie da się przerobić ani jeśli chodzi o gusta muzyczne, ani o swoją hipisowską proweniencję.

[more]

Nagrodą na wygranie Factora było przede wszystkim nagranie płyty. Już w tym momencie można było być pełnym obaw. Bo od lat polskie stacje telewizyjne serwują nam podobne programy, kreując gwiazdy świecące pełnym blaskiem, tyle że do ostatniego odcinka tego czy innego wyścigu. A muzyka to nie wyścig, a już na pewno nie bieg na sto metrów. To raczej dystans wielokilometrowy, wielosezonowy. Pod jednym wszakże warunkiem – że ma się światu do zaoferowania nie tylko głos dany od Boga, ale i talent, który pozwoli przekroczyć próg dla większości nieprzekraczalny – czyli najlepiej nawet zaśpiewanych, ale tylko coverów.

Gdzież są dziś ci, którzy zwyciężali w pierwszych Idolach? Ala Janosz usilnie walczy o możliwość, de facto, „powtórnego” debiutu. Szymon Wydra bije się z reaktywowaną Irą o mistrzostwo Radomia i okolic, obdarzona fenomenalnym rockowym głosem Ewelina Flinta po popelinowych dokonaniach przepadła bez wieści. Inaczej rzecz ma się z Anią Dąbrowską czy Moniką Brodką, które – po prostu – mają coś od siebie do zaproponowania i próbują ostać się dłużej na wątłym polskim rynku muzycznym. Moje rockowe serce rosło, słysząc głos Gienka Loski. Skojarzenia, jeśli mówimy o polskich wokalistach, są jednoznaczne. Zwłaszcza że chodził w Grodnie do tego samego liceum, co parę dekad wcześniej Czesław Wydrzycki, czyli Niemen. Drugi trop – to Ryszard Riedel.

Płyta mnie rozczarowała. Sam wokalista użył wczoraj określenia „Już nie Karpiel Bułecka, jeszcze nie Dżem” – i jest w tym sporo prawdy. Klimaty muzyczne są równie ewidentne jak tropy wokalne. Jesteśmy na przełomie lat 60. i 70. Jeśli w Factorze Loska śpiewał kawałki soulowe i rhytmandbluesowe, to teraz jesteśmy już na miedzy dzielącej bluesa i rocka. Lynard Skynard (wielokrotne pogwizdywanie à la Ronnie van Zant), wczesny Cocker i tym podobne. W rodzimym wydaniu – oczywiście Dżem i Cree. No właśnie, początki Cree zdawały się sygnalizować, że Dżemowi rośnie wielka konkurencja, ale później nie było już tak dobrze. Debiutowi płytowemu zespołu Gienka dość daleko do poziomu pierwszej płyty Cree. Dlaczego? W zasadzie trudno przyczepić się do materiału, bo to solidne, mainstreamowe kawałki sprzed lat. Rzecz w ich wykonaniu.

I dokładnie te same odczucia miałem podczas koncertu. To, gdy chodzi o czterech instrumentalistów, rzemieślnicy, całkiem nieźli i mający szansę stać się artystami, ale póki co rzemieślnicy. Słowa najbardziej krytyczne kieruję pod adresem najważniejszego obok Loski na scenie – Andrzeja „Makara” Makarewicza, gitarzysty, całkiem zresztą przyzwoitego, ale… Zbyt on, na moje ucho, metalowy albo co najmniej hardrockowy, za mało bluesowy. Jeszcze te palce nie dość finezyjnie przemieszczają się po gryfie, za ostro, za płasko, za szybko. Jeszcze trzeba się wsłuchać w Jerzego Styczyńskiego, podpatrzeć, jak on to robi. I może być naprawdę całkiem nieźle, wręcz bardzo dobrze. Oby! Życzę tego liderowi i zespołowi z całego serca.

Bo wydaje się, że pomysłów nie zabraknie – wczoraj zagrali dwa nowe kawałki. Ochoty do gry było aż nadto. Dość przypadkowa, jak to zwykle na darmowych koncertach bywa, publiczność umiarkowanie głośno domagała się bisów. Tymczasem, po półtoragodzinnym secie złożonym głównie z materiału z debiutanckiej płyty oraz coverów utworów Niemena (Płonąca stodoła, Jednego serca i Ciuciubabka), zespół nie dał się długo prosić i wyszedł na scenę, by zagrać jeszcze zeppelinowskie Thank You, a gdy już zrobiło się prawie pusto – dla najbardziej wytrwałych rozbrzmiały takty Whole Lotta Love z brawurowo weń wplecionym Break On Through (To The Other Side) Doorsów. W sumie godzina pięćdziesiąt – imponujący rezultat jak na tego typu występy.

Losce i jego kolegom bardzo się chce. Widać, że kochają to, co robią. Niezmanierowani, kipiący energią, świeżością – czują, że to jest ich pięć minut, że tej szansy nie wolno zmarnować. By przekuć na przykład wczorajszą ciepłą reakcję widowni na sprzedaż biletowanych już koncertów – gdzieś w przyszłości – oraz na kolejne płyty, które chcieliby nagrywać i znaleźć na nie nabywców. I niech tak się stanie. Bo słuchanie Gienkowego wokalu przenosi mnie w najukochańsze klimaty muzyczne. Bo to głos, stwierdzam bez zbędnego patosu, z tych absolutnie największych. I źle by się stało, gdyby został zmarnowany. Przez samego Loskę, przez nas, przez kulejący rynek. Przez parszywe okoliczności.

19 sierpnia


Oberek nadwiślański

Dużo ostatnio dni polskich w Trójce. Grają tej rodzimej muzyki w jeden dzień tyle, co kiedyś w miesiąc bez mała. I dobrze, bardzo dobrze.

[more]

Bo ducha należy wzmocnić – po łomocie w Euro, po kolejnej już olimpiadzie, kiedy ponadtrzydziestomilionowemu narodowi, a wręcz państwu niemałemu, w barwach którego występowali nawet przedstawiciele nacji skośnookiej, nie dane było wyjść z dychy, jeśli chodzi o ilość zdobytych medali, po debiucie Fornalików biało-czerwonych i niebieskich, po lechickich, a i legionowych olśnieniach futbolowych. Udowodnić, iż Polacy nie gęsi i swoją muzykę mają. Trudno co prawda przypuszczać, byśmy pokazywali ją, do słuchania podawali wszem narodom postronnym, albowiem ci eine kleine nacht, a nawet hudbę własną mają i trudno przypuszczać, by poza dziwakami jakimiś, Witami Stwoszami, Celtesami czy Johnami Porterami, nad naszą od mazurków i oberków pochylać się mieli zamiar.

A przecież my, najpierwsi wśród Słowian, krew gorącą mamy. Do smaku doprawioną gorzałką i rokendrolem zza wielkiej wody albo kanału La Manche co najmniej. Dla nas trzy gitary i perkusja to bułka z masłem. Pardon, z dżemem. Z Dżemem.

Dżemu dziś usłyszałem dwa kawałki (Czerwony jak cegła i Partyzant), a w ostatnich dniach całe cztery, co jest liczbą iście zawrotną. W tej ciężkostrawnej zalewie nowo powstałych dzieł w sporej mierze nikomu niepotrzebnych, anglosaskich i domowych, wśród powrotów do nazwisk i nazw boleśnie powtarzalnych – miło jest czasem usłyszeć coś mniej oczywistego, niezasłużenie przykurzonego.

Miło jest też poczuć połechtaną miłość własną, a więc usłyszeć znienacka to, co od lat szumi w głowie, co obecne jest na domowych półkach z płytami, co kojarzy się z dawnymi, coraz dawniejszymi niestety latami. Gdy jeszcze brałem grzebień do ręki, by włosy jak myśli nieposłuszne choć na parę godzin ułożyć, grzywkę na bok przerzucić, coby kosmyki niesforne obrazu świata nie zaciemniały, w pomroczność jasną nastoletnią albo nieco późniejszą nie wpędzały.

Bułka z Dżemem. Ale może też być set z pasztetową. Krupniok z ogórkiem w chórkach. Unplugged solidny salcesonu. A niechby i, pal diabli, ogonówki cover. Byle tylko nie – błagam! – garmażeryjne popmielone. I parówkowa dansingowa kiełbasą zwana, koniunkturą przegrzana wielokrotnie – precz z odtwarzacza, won od bębenków moich, zauszników najzaufańszych!

16 sierpnia


 

Osiemnasta rocznica śmierci Ryszarda Riedla

Bodaj w 1988 roku, na urodzinach Dżemu w Spodku (odbywały się przez pewien czas co roku), zespół ogrywał materiał z Najemnika. Riedel szalał. Nigdy wcześniej (i później) nie widziałem go tak aktorskiego. Był niesamowity, pewnie trochę naćpany, ale wiedział, co się dzieje dokoła. Pamiętam, że w moim ukochanym Najemniku II nawet padał na scenę. To naprawdę robiło wrażenie.

[more]

A przecież nigdy nie był dla mnie istotą tej kapeli, istotą było współistnienie sześciu ludzi, oni razem. Moje wykształcenie polonistyczne nigdy nie pozwalało mi na bezkrytyczne przyjmowanie wyśpiewywanych przez Riedla tekstów. Wiele z nich jest bardzo naiwnych, zahaczających o grafomanię. Choć bywa, że nawet w słabych tekstach pojawiały się, ni stąd ni zowąd, wersy dużej próby. To wszystko jednak nie miało znaczenia: naturalność, prawda bijąca od tego faceta, świetna, coraz doskonalej grana muzyka uwiarygodniały jego przekaz. Takie głosy jak jego, tak mokro w gardle mieli i mają nieliczni. Chyba nikomu nie przeszkadzało, że miał coraz większe ubytki w uzębieniu i śpiewał coraz bardziej niewyraźnie. Aż wreszcie, przed Detoksem, wstawił sobie zęby i było fantastycznie.

Nie byłem na ani jednym koncercie instrumentalnym, nie wiedziałem, nie zdawałem sobie sprawy, że jest z nim aż tak źle. Że bywały trasy, gdy zespół nie miał pewności, czy danego wieczoru wyjdzie na scenę.

30 lipca 1994 roku wiele zmieniło się w polskim rocku. Wiadomość nie tylko dla fanów zespołu była straszna. Zmarł ktoś wyjątkowy, jedna z największych postaci w historii rodzimego showbiznesu.

Nie zapomnę tego dnia. Był to czas zapaści programu trzeciego PR, a okres świetności Metzowego RMF. Włączyłem radio, a tam cały czas grali kawałki Dżemu. Jeden, potem drugi i następny. O rany, chyba coś się stało! To „coś” – to mogło być wtedy tylko jedno…

Myslovitz bez Rojka

Z obozu Myslovitz już dawno dobiegały niepokojące wieści. Dla mnie, miłośnika muzyki ze Śląska, tym bardziej przykre. Wciąż mam w pamięci przypadek SBB, kiedy po rozwiązaniu zespołu nastąpił wieloletni regres.

[more]

Lakis gdzieś przepadł, Piotrowski, o zgrozo, pojawił się w Kombi – na szczęście zaraz potem w najlepszym składzie Dudka, a następnie w Dżemie. Skrzek co prawda szybko wydał kilka płyt: „Ojca chrzestnego Dominika” (choć to realizacja równoległa do „Mementa z banalnym tryptykiem”), „Józefinę”, „Ambitus Extended” razem z Tomaszem Szukalskim – i do tego momentu było całkiem nieźle. Ale zaraz potem koszmarna, nudna „Podróż w krainę wyobraźni” (już sam tytuł kiczowaty). W świadomości, nawet radiowego, „trójkowego” konsumenta muzyki, czyli takiego, który o nowościach płytowych dowiaduje się raczej z radia niż z internetu, przestali właściwie istnieć.

To samo z Krzakiem. Już rozstanie Windera z Błędowskim było artystycznym nieszczęściem, potem pozostało tylko plątanie się po klubach typu ‘Leśniczówka’ w Chorzowie.

I – dla przeciwwagi – Dżem. Zespół, którego życie potraktowało najdotkliwiej. Najpierw śmierć Ryszarda Riedla, charyzmatycznego wokalisty, po jedenastu latach wypadek samochodowy i odejście Pawła Bergera. Dwa momenty zwrotne, w których kariera grupy mogła się załamać.

Pojawienie się Jacka Dewódzkiego dla ortodoksów było nie do przyjęcia. Jeśli Dżem, to tylko z Riedlem. Odmawianie innym ludziom prawa do robienia w życiu tego, co potrafią najlepiej, czyli do grania, choćby w  innym składzie. A ja jestem przekonany, że ani bracia Otrębowie, mimo iż Beno dostarcza na kolejne płyty najwięcej kompozycji, ani tym bardziej Jerzy Styczyński, nie mówiąc o reszcie, nie poradziliby sobie w odmiennych konfiguracjach personalnych. Siła tkwi w tym, że są razem, że każdy coś od siebie dorzuca. Dla mnie to jest magia – wirtuozeria instrumentalistów i mnóstwo znakomitych utworów. Tę magię czułem np. na koncercie w Bielsku Białej pod szpitalem, bodaj w 1998 roku, kiedy po raz pierwszy na Dżemie byłem ze swoimi, wówczas siedmioletnimi, synami bliźniakami, tę magię czuję do dziś. Tym bardziej, że zmiana Dewódzkiego na Balcara była, z całą sympatią dla tego pierwszego – potężnym jakościowo krokiem naprzód. Balcar zawsze jawił mi się jako stylowy wokalista (pamiętam, jak znakomicie zaśpiewał przed laty w Opolu „‘Dziwny jest ten świat”), do tego bardzo świadomy, gdy chodzi o materiał, na którym pracuje, czyli język – bardzo dobra dykcja, która nigdy nie pozwoliła mu zaśpiewać „włanczam silnik”, co zdarzało się Riedlowi. Nigdy nie użył też ze sceny przekleństwa (Sebastianowi Riedlowi, w którym wielu upatrywało następcę Ryszarda, to się zdarza, występ na piętnastolecie Cree zaczął nawet od słów: „Wzmacniacz nam się spier…”).

Bałem się, że Myslovitz się rozpadnie, a w zamian nie dostaniemy nic choćby zbliżonego poziomem do dokonań grupy. Myślałem sobie: „Wadzą się, nie lubią? Cóż, niech nie niszczą instytucji, jaką stał się zespół”. No i grali. Nagrali przecież w ubiegłym roku bardzo dobrą płytę. „I tak trzymać!”.

Ostatecznie jednak stało się inaczej. Ale też, na szczęście (wierzę w to mocno, że na szczęście!) inaczej, niż myśleliśmy. Zespół pozostał, odszedł Artur Rojek. Ufam, że siły artystycznej w braciach Kuderskich, Powadze i Myszorze jest dostatecznie wiele, by sobie poradzić (przykład Heya po odejściu pierwszego lidera, Piotra Banacha, jest bardzo budujący). Nowy wokalista, Michał Kowalonek, na ile jestem w stanie to na gorąco ocenić, ma sporo z barwy Rojka, a jednocześnie, po prostu, znacznie mocniejszy i do tego lekko chropowaty głos. Powinno być więc – od strony brzmieniowej – bardzo dobrze. Kompozytorsko – czas pokaże. Wierzę w to, że chłopakom się uda.

A co do Artura Rojka – też mam nadzieję, że będzie się realizował nie tylko jako dyrektor OFF Festivalu, ale dostaniemy czasem od niego, jego nowych kolegów, także porcję wielkiej muzyki. Takiej jak Lenny Valentino.

I wtedy naprawdę będzie pięknie. Bo chodzi przecież o muzykę, o nowe nagrania. O koncerty. O dawanie wzruszeń słuchaczom.

A ortodoksów nie lubię, bo są nieprzejednani w swych poglądach. I uparci, czasami głupio uparci. A wtedy – niebezpieczni. Pink Floyd bez Barretta, Rolling Stones bez Jonesa – to chyba dwa najlepsze przykłady.

3 maja 2012

Nie lubię oceniać płyt na gorąco

Nie lubię oceniać płyt na gorąco. Co prawda z racji tylko amatorskiego zajmowania się muzyką moje opinie nikomu chwały nie przysporzą ani krzywdy nie zrobią, ale na swój własny użytek przekonałem się, że płyta musi się uleżeć w głowie. Począwszy od truizmu, że bardzo źle dla krążka, jeśli dobry wydaje się przy pierwszym słuchaniu, przy drugim znacznie mniej, trzecie powoduje niesmak, a czwartego razu już po prostu nie ma. Świetne płyty mało kiedy wpadają w ucho od pierwszego słuchania. Ich zaletą jest, że podobają się za każdym razem bardziej, aż gdzieś przy siódmym – dziesiątym stwierdzamy: „To jest kawał muzyki!”. I tak już zostaje.

[more]

Przed laty, jako młody chłopak, „kupowałem” płyty w całości, nie umiałem odróżnić utworów znakomitych – w moim odczuciu – od tylko dobrych. Ale w końcu się tego nauczyłem, a raczej – po prostu przyszło samo. Bezustanny trening (bez muzyki nie wyobrażam sobie życia)  robi swoje.

Wracając do pierwszej myśli – nie rozumiem ludzi, którzy wydają autorytatywne sądy po jednorazowym przesłuchaniu materiału. Piszę to, mając świadomość, że o pewnych wykonawcach mówić po prostu nie warto – tutaj chciałbym się zajmować  przynajmniej przyzwoitą półką muzyczną (do definicji tego terminu mam nadzieję kiedyś dojść).

Owo uleżenie się płyty w moich uszach powoduje, że już od lat mam swoje typy choćby w dorobku ukochanego Dżemu. Nawet na słabszych płytach, tych z Jackiem Dewódzkim, zawsze pojawiały się dwa – trzy takie numery, dla których warto sięgać po te krążki (i bardzo żałuję, że nigdy nie mieściły się one w repertuarze koncertowym zespołu).

Potrzebą dni, w których przyszło nam żyć, jest informowanie o nowościach. Rynek ma swoje prawa. Dziennikarze słuchają więc, czytają książki, oglądają filmy. Recenzują na gorąco, ferując pierwsze wyroki. Wielce ryzykowne to zajęcie, bo czas bezlitośnie odsiewa ziarna od plew, z biegiem lat pozostawiając na powierzchni coraz mniejszą liczbę dzieł. I to, jak pokornie uczy historia, niekoniecznie tych, które wydawały się znakomite w chwili ukazania się.